środa, 16 sierpnia 2017

LARUM GRAJĄ - ROK 1920!

Oddziały bolszewickie pod Warszawą.
15 sierpnia 2017 r.
   Kresy wschodnie, Małopolska i Mazowsze od wieków wiedziały, co znaczy burza idąca od wschodu. Ale Wielkopolska oddalona od kresów, nie zaznała straszliwego zagrożenia z tamtej strony. Toteż wiadomość, że od wschodu idzie na Polskę wielka armia bolszewickich barbarzyńców, wzbudziła w spokojnych i opanowanych zwykle mieszkańcach Poznania prawdziwą panikę.
Generał Sikorski ze swoim sztabem.
 Istniały przecież telegrafy, telefony, a nawet radioodbiorniki i informacje przekazywano błyskawicznie. W salach kinowych wyświetlano kroniki filmowe, ukazujące zbrodnie popełniane przez bolszewicką Armię Czerwoną. Codzienna prasa podawała przerażające opisy o okrucieństwach, jakich dopuszczały się wojska bolszewickie na obywatelach Rzeczypospolitej, niedawno krwawym trudem odzyskanej. Jak przed wiekami, płonęły polskie miasta, wsie, dwory ziemiańskie i kościoły. Wielowiekowy dorobek  całych pokoleń obracał się w popiół. Znowu popłynęły rzeki krwi i łez.
Księża w kościołach, jak przed wiekami, nawoływali wiernych do ratowania śmiertelnie zagrożonej ojczyzny. Do obrony chrześcijaństwa, do  obrony matek, żon i dzieci. Z kościelnych ambon, z wielkich afiszów, z radia i prasy, rozlegało się rozpaczliwe hasło: DO BRONI!
 Moja Mama miała wtedy osiem lat, ale zapamiętała  na całe życie gorączkowy zamęt tych dni w Poznaniu. Mobilizacja, zbieranie datków od społeczeństwa. Na ulicach i placach miasta, przedstawiciele organizacji społecznych, agitowali młodzież do wstępowania do wojska. Kobiety rzucały na tace kościelne złotą biżuterię, srebra stołowe, najcenniejsze skarby - wszystko na cele obronne. Strach przed nieznanym  niebezpieczeństwem, zagrażającym już całej ojczyźnie, zmuszał ludzi do największych ofiar. Pułki poznańskie szykowały się do wymarszu na front. Babcia Jadwiga, choć była osobą oszczędną, złożyła na zakup broni tysiąc marek w złocie! To był prawdziwy majątek, bo za te pieniądze można było kupić dom!
Wuj Mieczysław, najstarszy brat Mamy, właśnie ukończył 17 lat. Pewnego dnia przyszedł z  szkoły do domu i krótko oznajmił Babci:
 - Mamo, wstąpiłem do wojska!
Cytadela poznańska w pierwszym dziesięcioleciu XX wieku.
To było coś niesłychanego, żeby młody chłopiec sam podejmował decyzję o sobie.
W porządnej rodzinie to się nie zdarzało!
Babcia oniemiała i ciężko usiadła na najbliższym krześle. W głowie miała tylko jedną myśl: ”Nie, to niemożliwe. On jest za młody. Dopiero za rok  zda maturę. Nie wolno mu iść na front, bo może zginąć. Jezu, zabiją moje dziecko. Nie!
- Nigdzie nie pójdziesz. Nie pozwalam! - odezwała się spokojnym lecz apodyktycznym tonem, który dzieci doskonale znały. - Masz siedzieć w domu i uczyć się do matury. Na wojaczkę masz jeszcze czas.
- Czy mama gazet nie czyta? Jeżeli każdy tak powie, to wkrótce możemy spodziewać się bolszewików na Placu Wolności! Ja już zgłosiłem się do pułku, a do domu przyszedłem, żeby wziąć  swoje rzeczy. -  oznajmił stanowczo wuj. - Niech się mamusia nie martwi. Zaraz na front nie pojedziemy, bo  najpierw musimy przejść ćwiczenia wojskowe.
Ochotnicy roku 1920.
 Babcia zamierzała dalej się sprzeciwiać, ale nadszedł Dziadek Michał, już w mundurze, prosto z Cytadeli, ze swojego batalionu łączności. Dziadek zawsze pragnął zostać architektem, gdyż był w tym kierunku wybitnie uzdolniony. Lecz po Powstaniu Wielkopolskim, w którym brał czynny udział,  zaproponowano mu pracę w policji i tam już pozostał. Od kilku tygodni był zmobilizowany, jak i inni oficerowie policji i do domu przychodził jedynie okazjonalnie. Babcia rzuciła się do męża, opowiadając chaotycznie o decyzji najstarszego syna. Była przekonana, że Dziadek  wybije mu z głowy ten szalony pomysł, ale spotkał ją zawód. Dziadek spojrzał na syna z dumą i powiedział:
- Wstydziłbym się za ciebie, jakbyś został w domu. - wyciągnął rękę i po męsku uścisnął synowi dłoń. - Gdzie się zaciągnąłeś?
- Na Cytadeli, do łączności.
- No to będę miał ciebie na oku. - zaśmiał się Dziadek i poklepał syna po łopatce.    

Babcia już nie protestowała, ale ukryła twarz w dłoniach i chlipnęła. Od tego dnia zaczęła się martwić nie tylko o męża, ale i o syna. Przez jakiś czas wuj rzeczywiście odbywał musztrę w swoim pułku, gdzie szkolono młodziutkich rekrutów. Babcia często go odwiedzała, przynosząc mu domowe smakołyki i czystą bieliznę. Pragnęła wierzyć, że niepotrzebnie się martwi, bo zanim pułk syna wyruszy na front, wojna się zakończy, a on powróci do szkoły i zda maturę. Zresztą nie tylko on wstąpił do wojska, bo poszli niemal wszyscy chłopcy z jego klasy, razem z profesorami!        

Minęły dwa tygodnie i powoli Babcia się uspokoiła, chociaż informacje o sytuacji na froncie, były coraz bardziej zatrważające. Bolszewicy zbliżali się do Warszawy. Lwów bronił się rozpaczliwie, a generał Rozwadowski odpierał krwawo ataki nieprzyjaciela. W ubiegłym roku nawet dzieci chwyciły tam za broń, stając do walki z doskonale uzbrojonymi oddziałami ukraińskimi, walcząc o wolność ukochanego miasta.  Rodziła się już Legenda Orląt Lwowskich. Część Małopolski i Mazowsza była zalana przez armię bolszewicką. 
Bitwa Warszawska - gen. Haller odwiedza polskich artylerzystów.
 Do polskiego wojska wstępowali masowo tak zwani: "biali Rosjanie", oficerowie dawnej armii carskiej, którzy ratując życie, z rodzinami szukali w Polsce schronienia przed bolszewikami. Dziadek już wyruszył na front, ale wuj Mieczysław nadal przechodził szkolenie w pułku.  Osoby dobrze poinformowane zapewniały Babcię, że na razie nie ma mowy o wysłaniu tych dzieciaków do walki.
Piłsudski obserwuje idące na front pułki piechoty.
Poprzedniego dnia, Babcia zaniosła synowi domowy obiad i ulubione ciasto owocowe. Wuj Mieczysław uspokajał matkę, że jeszcze długo będą ich szkolić, zanim wyruszą do boju. Umówili się, że w niedzielę odwiedzi go cała bliższa i dalsza rodzina, a wuj postara się u dowódcy o kilkugodzinną przepustkę. Babcia zajęła się obowiązkami domowymi, ostatnio nieco zaniedbanymi. Miała przecież na głowie dom i pięcioro młodszych dzieci, o które trzeba było zadbać. Po południu ze zmęczenia rozbolała ją głowa i Babcia położyła się na sofie z kompresem na czole, pragnąc chwilę podrzemać w spokoju. Naraz ktoś mocno zapukał do drzwi. Moja Mama odrabiała właśnie lekcje, ale odłożyła pióro i poszła otworzyć. Do przedpokoju wpadła blada jak kreda gosposia, wysłana przez babcią po jakieś zakupy.
 - Gdzie nasz pani? - spytała, widocznie bardzo zdenerwowana.
- Mamusię głowa boli i położyła się na godzinkę. - wyjaśniała Mama. - Proszę jej nie budzić.
-  Niech panienka obudzi panią! - zawołała gosposia. – Szybko!
Ale Babcia już nie spała. Słysząc podniesiony głos gosposi, wyszła do przedpokoju.
-  Co się stało, Wojciechowa? - spytała zaniepokojona.
- Niech pani zaraz idzie do Cytadeli. Nasi chłopcy jadą na front! - wykrzyknęła gosposia, mająca również syna w wojsku.
Babcia otworzyła szeroko oczy, a potem tak jak stała, w domowej sukni i w laczkach na stopach, popędziła na Winiary. Biegła jak szalona, dysząc ciężko i potykając się na nierównościach bruku. Kilka razy upadła. Po drodze gdzieś zgubiła jeden laczek i pół boso, a potem już całkiem boso, pędziła ulicami potrącając ludzi, niepomna na nic, opętana tylko jedną myślą. Musi pożegnać się z synem! Pobłogosławić go na drogę, nakreślić krzyż na czole dziecka. Ledwie żywa dobiegła pod górę do bramy Cytadeli. Stojący tam wartownik patrzył na nią zdumiony
oddziały piechoty ruszają do walki. Warszawa 1920 r.
 - Czy chłopcy są tu jeszcze? - wykrztusiła, oddychając ciężko i ocierając pot z twarzy.
- Niech pani zejdzie na stację. Pewnie już ich ładują do pociągu.- poradził życzliwie wartownik.
Babcia podziękowała mu skinieniem głowy i zbiegła ze wzniesienia, idąc szybko w kierunku małej stacji kolejowej na Garbarach. Modliła się żarliwie, żeby jeszcze zdążyć i zobaczyć syna. Resztką sił dotarła na stację. Wpadła na peron i rozejrzała się nerwowo, ale pociągu już nie było. Na peronie leżała tylko rozrzucona słoma i jakieś połamane skrzynki. Babcia stała przez chwilę patrząc przed siebie nieprzytomnym wzrokiem, a potem upadła  zemdlona.
Wuj Mieczysław i Dziadek, powrócili z frontu dopiero po  roku.
                                -------------------------------------------------------
Kawaleria polska gotowa do boju.
Mniej więcej w tym samym czasie, w Rzeszowie, oddalonym od Poznania o prawie 500 km, mój siedemnastoletni Ojciec, powiadomił swego ojca, Dziadka Tadeusza, że wstępuje do wojska. Dziadek nie należał do osób, które można było łatwo zaskoczyć, lecz tym razem zdębiał.  
- Smarkaczy do wojska nie biorą! - oświadczył surowo.
- Tym razem biorą. Wszystkich mężczyzn od siedemnastu do sześćdziesięciu lat! - oznajmił Ojciec z tryumfem. - Jutro wyjeżdżam do Krakowa, do mego pułku.
- Nie pozwalam! - krzyknął zdenerwowany Dziadek. - Osobiście pójdę do twego dowódcy i powiem mu, żeby ciebie skreślił z listy! Przed tobą szkoła, a nie wojaczka.

Bitwa Warszawska - stanowisko karabinu maszynowego.
 - A dziadek Lašzlo (Władysław) walczył w Powstaniu Styczniowym! - przypomniał Ojciec swego dziadka, powstańca z roku 1863, z którego cała rodzina była niesłychanie dumna.
   - On był dorosły, i świadomie podejmował decyzję.  Ty jesteś smarkaczem i kierujesz się emocjami. Pamiętaj, ja się nie zgadzam. I nie próbuj mnie przekonywać, decyzji nie zmienię.
- Tatuś już zapomniał, że Nusiek wstąpił do Strzelców i wyszedł z Naczelnikiem z Oleandrów, będąc w tym samym wieku, co ja? - upierał się rozgoryczony Ojciec, wspominając swego ulubionego brata ciotecznego, przyszłego generała, który był dla niego wzorem. - Poszli razem z Poldkiem Lisem (płk. Leopold Lis-Kula)  i innymi skautami.
Leopold Lis-Kula. Najmłodszy pułkownik Naczelnika,
 - Nie chcę już o tym słyszeć! - oznajmił twardo dziadek i wyszedł z pokoju.
Babcia Pelagia nawet nie próbowała wtrącać się do sprzeczki, drżąc o ukochanego syna. Ale w  głębi serca pochwalała jego decyzję. Lecz Dziadek Tadeusz potrafił być apodyktyczny i synów trzymał krótko. Wyszedł, raz jeszcze zakazując Ojcu myśleć o wojaczce. W przeciwnym razie, zagroził sprawieniem mu lania!
Piłsudski w czasie Bitwy Warszawskiej.
Nazajutrz rano Ojciec pożegnał się z Matką, z Władysławem, młodszym bratem, patrzącym na niego z podziwem i siostrami.  Wszedł do gabinetu Dziadka przekonany, że Ojciec się z nim nie pożegna.  Dziadek Tadeusz spojrzał na niego przeciągle i przez chwilę milczał. Ojciec przestraszył się, wyobraziwszy sobie, że rozgniewany rodzic sprawi mu na ostatek lanie. Nagle Dziadek objął syna,  uścisnął  go mocno i szepnął mu do ucha:
- Jakbyś nie poszedł, miałbym cię za szubrawca! Z Bogiem, synu.
Po Bitwie Warszawskiej, Ojciec stał w długim szeregu żołnierzy czekając, aż podejdzie do niego Naczelnik Piłsudski, witający się z swoimi chłopcami. Kiedy
Piłsudski rozmawia z młodym żołnierzem.

Naczelnik stanął przed nim, Ojciec zameldował się służbiście.
-  Synu, z jakiej ty familii, a? - zaciągnął z litewska Wódz.
- Jestem wnukiem powstańca styczniowego! - odparł Ojciec z dumą.
- Dobra krew! - pochwalił Piłsudski i poklepał Ojca po policzku.
Za walkę w Bitwie Warszawskiej, Ojciec został odznaczony brązowym medalem.
Czołgi polskie w czasie bitwy pod Dyneburgiem w 1920 roku.
 Nie potrzeba było żadnego cudu, bo patriotyzm Polaków i geniusz sztabowców, sprawi ły iż wielka Armia Czerwona musiała ponieść klęskę.
 Ale to nie był jeszcze koniec wojny. Ojca skierowano na Polesie, skąd po pół roku został umieszczony w szpitalu wojskowym. Do domu powrócił wieziony na wózku, o kulach, z orzeczeniem, że będzie kaleką. Tylko troskliwym zabiegom Babci zawdzięczał, że wyzdrowiał i normalnie stanął na nogach.


czwartek, 10 sierpnia 2017

ZAWIADOMIENIE O CHWILOWYM ZAWIESZENIU PUBLIKACJI "SEKRETÓW RODZINNYCH"

10 sierpnia 2017 r.


KOCHANI MOI CZYTELNICY.

   OSTATNIO OTRZYMAŁAM BARDZO WAŻNĄ  I TERMINOWĄ PRACĘ, KTÓRĄ MUSZĘ WYKONAĆ. DLATEGO TEŻ JESTEM ZMUSZONA CHWILOWO PRZERWAĆ PUBLIKOWANIE MOICH: "SEKRETÓW RODZINNYCH" NA OKOŁO DWA, TRZY TYGODNIE.
   CZYNIĘ TO Z WIELKIM ŻALEM, ALE JAK MUS, TO MUS. MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE WYRZEKNIECIE SIĘ MNIE I POCZEKACIE CIERPLIWIE, AŻ SKOŃCZĘ PRACĘ.
   OBIECUJĘ ZA TO NIESPODZIANKĘ.

                                             Z SERDECZNYMI POZDROWIENIAMI
                                                            ELŻBIETA G. ERBAN.

wtorek, 8 sierpnia 2017

SEKRETY RODZINNE - SYLWESTROWA NOWINA!


  8 sierpnia 2017 r.

   Boże Narodzenie – moje ulubione święta! Zawsze oczekiwane z niecierpliwością. Kilka cudownych, promiennych dni, pod koniec tego ponurego i ciemnego miesiąca. Już na dwa tygodnie przed świętami, mama zagniatała ciasto na piernik, waląc je bezlitośnie wałkiem. Czytałam kiedyś, że w litewskich dworach, ciasto na piernik wkładano do łodzi i okładano wiosłem, żeby spulchniało!
    Bardzo lubiłam piernik z bakaliami i świąteczny makowiec. Sama piekłam przed wigilią chrusty, które z kolei uwielbiał tata. Nasz dyrektor ekonomiczny był człowiekiem zaradnym i przed świętami, w zamian za nasze surowce, zawsze otrzymywaliśmy ryby na wigilię, słodycze oraz inne, trudno dostępne w sklepach produkty.
    W ogóle grudzień obfitował w przyjemne niespodzianki. Najpierw była uroczysta Barbórka, pochód z pochodniami, Karczma Piwna, (tylko dla mężczyzn) i świetna zabawa do rana. Potem był święty Mikołaj i coś schowanego pod poduszkę. Ja dostałam od rodziców śliczny angorowy sweter i bombonierkę. Mama ode mnie otrzymała w prezencie, nowe góralskie pantofle domowe na futerku i barwną apaszkę, a tata elegancką bonżurkę i koszulę non iron.
    
Bronek obiecał w liście, że dostanę od niego prezent, jak przyjedzie w odwiedziny. Między przyjaciółmi wymienialiśmy zabawne drobiazgi. Alince dałam śliczną laleczkę z Cepelii, a Staszkowi fajkę, bo palił tytoń. Pamiętałam także o Witku, otrzymał w prezencie diabełka z rózgą, a było to niedwuznaczne ostrzeżenie. Ten chłopak aż się prosił o awanturę. Przed świętami zadzwonił do mnie, składając mi życzenia. Niewinnym tonem wspomniałam, że chyba widziałam go w nocy na ulicy z jakąś kobietą, ale zaparł się, przysięgając, że to nie był on.
Żebym go nie znała, to bym uwierzyła!
Wigilia nie była dniem wolnym od pracy. Ale kto by się w tym dniu przejmował pracą? Po prostu przyjeżdżaliśmy do zakładu odświętnie ubrani. Dyrekcja i Rada Zakładowa, zawsze na święta dawały nam jakąś premię. W zakładowym sklepiku kupowaliśmy słodycze, potem wszyscy składaliśmy sobie życzenia wesołych świąt, i po 13-tej jechaliśmy do domów.
   Zaraz po przyjeździe, wzięłam się do krojenia ziemniaków na świąteczna sałatkę, Tata w pokoju strugał pień drzewka, by wszedł do stojaka. Klął pod nosem, bo do takich robót, miał dwie lewe ręce. W całym mieszkaniu rozchodził się zapach choinki, którą tata wywalczył, stojąc w dużej kolejce na targowisku. Ja miałam jeszcze jedno maleńkie drzewko w swoim pokoju i sama go przystroiłam. Z pawlacza, mama wyciągnęła pudła z bańkami i ozdobami choinkowymi, które się wtedy robiło ręcznie. Od kuchennych zajęć oderwał mnie telefon.

-Córciu, odbierz, bo ja nie dam rady. - posłyszałam głos taty i weszłam do pokoju, wycierając ręce. Podniosłam słuchawkę i usłyszałam głos Alinki.
- Kochanie, raz jeszcze życzę tobie i twoich rodzicom bardzo zdrowych i wesołych świąt. Tylko się nie przejadaj, bo ci biedacy na dyżurach w szpitalu też chcą mieć wolną chwilkę.
- Obiecuję, że się nie przejem i nie będę zawracała głowy lekarzom. - roześmiałam się. - Gdzie będziecie na wigilii?
- Jak to gdzie? U rodziców! Mama by chyba odchorowała, jakby nas tam nie było. Zresztą wiesz sama, jak ja gotuję. Zrobiłabym Staszkowi zupkę z muchomorów i byłby znajomy pogrzeb. Bronek nie dzwonił?
- Jeszcze nie, ale wiem, że jest u swojej mamy. Alisiu, a co z Witkiem?
- Też będzie na wigilii razem z rodziną, bo jego zgaga zabrała dzieciaka pojechała do swoich na wieś, a to kawał drogi od nas. Zresztą wiesz, że Witek przyłożył teściowi i teraz są jawnymi wrogami.
- Słuchaj, złotko. Tak między nami. Spytaj brata, czy nie kręci z jakaś babką.
- A co się stało? - głos Alinki natychmiast się zmienił i przestał być wesoły.
- Na razie nic, ale znam Witka i wiem, że długo bez baby nie wytrzyma. Po prostu boję się o niego. Sama wiesz, jak łatwo wpada w kłopoty.
- Rany boskie, coś wiesz na ten temat?
- Tylko się domyślam, ale staraj się go przycisnąć, może tobie się zwierzy. Mnie się przysięgał, ze żyje cnotliwie, jak święty Antoni. Ale ja w te jego świętości nie wierzę, bo znam go zbyt dobrze. Przypomnij sobie, jak się ta jego wariatka odgrażała na wypadek, gdyby ją zdradził.
-Pamiętam. Dobrze, obiecuję, że wezmę go na dywanik. W razie czego przygotuję zastrzyk skopolaminy, - zażartowała, ale ja wiedziałam, że Alinka jest przerażona.
-Przepraszam skarbie, że niepokoję ciebie przed świętami, ale w wigilię Witek będzie na luzie i może zechce się otworzyć. Nie martw się, kochanie, może to tylko moja wyobraźnia stwarza urojone zagrożenia. Ucałuj swoich staruszków ode mnie, bo mama zamierza jeszcze dzwonić do twojej matuli. Słodki buziak ode mnie dla Stasia.
- Dzięki. On dziś ma dyżur i wróci do domu dopiero około północy. - poinformowała mnie Alinka. - Będziemy czekać na niego z wigilią.
    Pogadałyśmy jeszcze chwilę i odwiesiłam słuchawkę.

- Psiakrew! - wrzasnął tata i podskoczył, machając dłonią. - Szlag by to trafił!
- Tupciu, co się stało? - zawołałam, odwracając się od biurka.
- Skaleczyłem się w palec. Idź, poszukaj bandaża.
- Co ty tak klniesz? - zapytała mama wchodząc do pokoju. - Dziś wigilia.
- Skaleczyłem się w rękę. - oznajmił tata, pokazując lekko krwawiący palec.
- Tylko tyle? A narobiłeś takiego krzyku, jakbyś obciął sobie ramię. - mama z politowaniem wzruszyła ramionami i wyjęła z kredensu salaterkę.
- Ile zapłaciłeś za to drzewko? - zainteresowała się nagle, oglądając choinkę już uwolnioną od sznurków. Drzewko było wysokie, gęste i sięgało sufitu. Było śliczne.
- Osiemdziesiąt złotych! - mruknął tata, podając mi zraniona rękę, żebym ją zabandażowała.
- Przepłaciłeś! - powiedziałam stanowczo. - U nas w zakładzie ładne drzewka były po 50 złotych.
- Ale nie mogłem pozwolić, żeby to moja córka taszczyła choinkę. Chyba jest w tym domu mężczyzna! - oburzył się tata.
- Mój ty, mężczyzno! - rozczuliła się mama i pocałowała tatę w łysinkę. - No, bierzmy się do roboty, bo o piątej siadamy do stołu. Iza, zabij karpia, bo ja nie mogę! Potem możesz ubrać drzewko. Nie zapomnij o świeczce z tamtego roku!
     
   Ani mama, ani ojciec nie byli w stanie zabić ryby miotającej się na desce. Ja kiedyś także nie wyobrażałam sobie tego, ale gdy przyjechałam z Warszawy, byłam już twarda. Na wszelki wypadek mówiłam sobie, ze to głowa Romanowicza, i wtedy waliłam tłuczkiem bez cienia litości.
Jeszcze przed sama wigilią zadzwonił Bronek i jego mama. Razem złożyli nam życzenia. Wszyscy byliśmy bardzo wzruszeni, bo pani Orlicka była naprawdę szalenie miłą, kulturalną kobietą i szybko nawiązała z nami serdeczny kontakt. Bronek spytał, czy wybieram się na Sylwestra? Odpowiedziałam, że nie, gdyż nie zaliczyłam jednego przedmiotu i muszę się solidnie wziąć do nauki.
- A ty, Broniu, - spytałam podstępnie - idziesz na zabawę?
- Kotuniu, bez ciebie nigdzie nie chodzę. A gdybym nawet chciał, to moja mama własnym ciałem zasłoniłaby mi drzwi wejściowe, niby Rejtan. Uważa, że gdy mam taką śliczną dziewczynę, o której poważnie myślę, to nie wypada żebym się włóczył po dansingach i flirtował z dziewczętami.
- To podziękuj mamusi, bo gdybym się dowiedziała, że zabawiasz się, kiedy ja muszę wkuwać, to koniec ze znajomością. Jasne?
- Tak jest, proszę pani mecenas! - jęknął rozpaczliwie, a potem roześmiał się i szepnął. - Kocham cię!
   
    Dzieląc się opłatkiem, pomyślałam, że ten rok był dla nas pomyślny i nawet szczęśliwy. Patrząc w wilgotne, kochające oczy rodziców, dziękowałam Bogu, że pozwolił mi nareszcie otrząsnąć się ze zmory przeszłości i powrócić do normalnego życia. Dziękowałam losowi, że przez stłuczony na lodzie kuper, poznałam wspaniałego mężczyznę, który jest mi bardzo bliski.
    Aha, zapomniałam napisać, że 12 listopada mieliśmy całkowite zaćmienie słońca! A w samą wigilię radziecka sonda Łuna 13 wylądowała na Księżycu! Czego to ludzie nie wymyślą.
Łuna 13
                                       ---------------------------------------------
   
   Święta minęły „jak sen jaki złoty” i człowiek znowu musiał wziąć się galopem do pracy. Kułam jak szalona, obiecując sobie, nigdy więcej nie dać się schwytać w pułapkę naszej Kosiarki.
    Przyrzekłam sobie, że na żadne wyskoki w tym roku nie pójdę, choć Alisia kusiła mnie balem w kasynie. Ale zbliżał się Sylwester i wszystko stanęło na głowie w szale zakupów. Ganiałyśmy po sklepach, oglądając materiały i pantofelki. Wiedziałam, że w styczniu przyjedzie Bronek i wtedy z pewnością wybierzemy się na karnawałową zabawę. Musiałam mieć szałową kieckę i odpowiednie szpilki.
    Dorwałam w modnym sklepie odzieżowym białą koronkę i postanowiłam uszyć z niej suknię wieczorową, długą i kloszową. Alinka była w lepszym położeniu, bo szwagier, czyli brat Staszka, mieszkający w Anglii, przysłał bratowej piękny, złotawy materiał mieniący się dżetami. Na jej widok wszystkie baby pozielenieją z zazdrości. Załatwiwszy się z zakupami, znowu zabrałam się do nauki. Kiedy na chwilę przestawałam wbijać sobie do głowy mądrości prawa rzymskiego, zastanawiałam się głęboko, kim była ta kobieta, z którą w nocy szedł Witek.
   Wprawdzie była w dużym kożuchu, który zniekształcał kształt sylwetki, a jednak mimo wszystko, było w niej coś znajomego. Wiedziałam, że muszę znać te osobę i dosyć często ją widywać. Cholera, kim jest ta baba? Bardzo się bałam, żeby żona Witka nie wzięła jej przypadkiem za mnie, bo wtedy mogłaby napuścić na mnie swoich braciszków-bandytów.
    
   W Sylwestra znowu rozdzwonił się telefon i kolejni przyjaciele zgłaszali się z życzeniami. Kochałam Sylwestra i ten cały przed balowy zawrót głowy. U fryzjera kilometrowe kolejki – ja zawsze zamawiałam sobie wizytę u znajomej mistrzyni grzebienia, tydzień wcześniej, Potem szczególnie ostry i staranny makijaż, by pasował do sztucznego światła. Na koniec ubieranie nowej sukni przed lustrem i podziwianie własnej osoby, jakby co nieco innej, piękniejszej. Mama oglądała mnie uważnie, poprawiając jeszcze to i owo, i nareszcie wychodziłam z domu modląc się, żeby nowe szpilki nie obtarły mi pięt.
    Jednak tego roku nie poszłam na żadną zabawę, tylko leżałam w swoim pokoju na tapczanie, trzymając przed sobą podręcznik z łacińskimi słówkami, które usiłowałam wbić do głowy. Co chwilę otwierały się drzwi i mama lub tata wchodzili na palcach, składając na stoliki jakiś przysmak, w obawie, żeby biedne dziecko nie umarło z głodu.
   Dziękowałam nie podnosząc głowy znad książki, bo poprawkowy egzamin z logiki czekał mnie w połowie lutego i do tego czasu musiałam opanować materiał po prostu na medal. Nastawiłam sobie radio i kiwałam się sennie, słuchając śpiewu Aznavoura i jego słynnej „Isabelle”. Półgłosem nuciłam razem z nim i łzy spływały mi po policzkach na rzewną myśl, jakbym cudownie bawiła się w kasynie, gdyby Bronek mógł dziś przyjechać.
Śpiewa Charles Aznavour
    Byłam zmęczona, bo w pracy przygotowałyśmy bilans roczny, przed kontrolą przysięgłego księgowego, i chociaż był to ostatni dzień w roku, z pracy przyjechałam dopiero o 16-tej z bolącą głową. Dlatego zamiast siedzieć z rodzicami w pokoju i oglądać program telewizyjny, wolałam pouczyć się w samotności. Odkładając na chwilę podręcznik, wyobraziłam sobie, jak Alinka robi furorę w swojej złocistej sukni, ze zgniłego Zachodu! Poszli na bal sylwestrowy całą rodzinką, z ojcem i mamą. Witek oczywiście był z nimi, ale sam, bo jego Weronka jeszcze siedziała u rodziny w lubelskim. Byłam bardzo ciekawa jak i z kim się bawi, bo Alinka wspomniała, że w święta wcale nie chciał z nią rozmawiać i gdzieś sobie poszedł. Ten cholerny dureń szukał guza! Po prostu czułam to przez skórę.
 Głowa zaczęła mnie potężnie łupać, więc wzięłam dwie aspiryny, gdyż coś zanosiło mi się na przeziębienie. Odłożyłam podręcznik i usiadłam na tapczanie, rzuciwszy okiem na zegar. Dochodziło wpół do dwunastej. Wkrótce północ; zawyją syreny i gwizdki parowozów, wystrzelą w ciemne, pochmurne niebo kolorowe rakiety z jednostki i milicji. W telewizji prezenterzy pięknie ubrani, wzniosą kieliszki z szampanem, a orkiestra zagra Moniuszkowskiego mazura z opery „Halka” lub „Strasznego dworu”. Za oknem świat zrobił się nieopisanie piękny, zasypany puszystym, świeżym śniegiem.
    
   Już miałam wyjść z pokoju i przyłączyć się do rodziców, gdy uchyliły się drzwi i zajrzała mama.
- Kotuniu, masz telefon. - powiedziała, przyglądając mi się bacznie. - Źle się czujesz?
    Przed okiem mojego matczyska nie uszła najmniejsza zmiana na mojej twarzy.
- Telefon? - zdziwiłam się. - O tej porze? Od kogo?
- Panna Pela chce z tobą rozmawiać.
- Co, dzisiaj sobie o mnie przypomniała? - jęknęłam, podnosząc się z tapczana, bo prócz głowy bolały mnie kości.
    Przyszło mi na myśl, że Pela od pewnego czasu nie odzywała się do mnie. Dziwne.
- No idź, kochanie. Może ona chce ci złożyć życzenia. - ponagliła mnie mama. - Niedługo koniec roku.
    Westchnęłam i nie śpiesząc się, udałam się do pokoju. Tata obserwujący program w telewizji, odwrócił tylko głowę i pokazał mi gestem, żebym szybko skończyła rozmowę.
- Słucham. - powiedziałam podnosząc słuchawkę z biurka. Byłam przekonana, że usłyszę dźwięki muzyki z jakiejś sali dansingowej, ale w słuchawce była cisza. - No, słucham! - powtórzyłam już zniecierpliwiona.
- Iza, musisz mi pomóc!- usłyszałam wysoki ze zdenerwowania głos Peli. - Nie mam się do kogo zwrócić, więc dzwonię do ciebie.
- Myślałam, że jesteś na jakiejś zabawie. Co się stało?
- Jesteś przyjaciółką Aliny, więc możesz mi pomóc. Ona jest lekarzem.
- Pela, ja naprawdę nic nie rozumiem. Jest Sylwester, za dużo wypiłaś?
- Nie gadaj bzdur. Jestem trzeźwa i chcę żebyś mi pomogła, bo sama nie wiem, co mam zrobić.
    
   Ten telefon zaczął mnie wkurzać! Co ona sobie wyobrażą, że może zawracać mi głowę o tej porze, i mówić do mnie tym tonem? Przecież nie wyrządziłam jej żadnej krzywdy, nawet ją lubiłam.
- Może w końcu wyjaśnisz mi, co się stało? - powiedziałam, siląc się na uprzejmość.
- Jestem w ciąży! - usłyszałam w odpowiedzi.
    Zdębiałam. Za Chiny Ludowe nie domyśliłabym się takiej wiadomości. Ale ostatecznie to była jej sprawa osobista i nie widziałam powodu, żeby mnie o tym powiadamiać w Sylwestra.
- Pelu, nie wiem co powiedzieć. Ale to przecież nie jest problem. Jak ja mogę ci pomóc?
- Pogadaj z Aliną, ona jest twoją przyjaciółką.
- A co ona ma z tym wspólnego? - spytałam już podniesionym głosem.
- Nie wiesz? - syknęła Pela. - Nie udawaj, że nie wiesz kto zrobił mi to dziecko!
- Nie wiem, do cholery! - wrzasnęłam, straciwszy resztkę cierpliwości.
- Witek, braciszek Aliny i twój kumpel! - krzyknęła z pasją, a mnie z wrażenia opadła ręka z telefonem.  c.d.n.