środa, 13 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - JESTEM SZCZĘŚLIWA!


13 grudnia 2017 r.

   We wrześniu powróciła z wczasów Alinka i zaraz wdepnęła do mnie. Była opalona, śliczna i rozanielona. Pokazałam jej pierścionek i powiedziałam, że Bronek mnie przeprosił i zamierzamy się wkrótce pobrać.     
   Uściskała mnie mocno i wycałowała.
- Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo się cieszę, że się pogodziliście. Z pewnością będziecie szczęśliwi.
- Gdybym w to nie wierzyła, nigdy nie zdecydowałabym się na ponowne małżeństwo. - powiedziałam z przekonaniem. - Alisiu, jak było na Helu? - spytałam, patrząc na nią figlarnie.
    Wzniosła oczy ku niebu i westchnęła.
- Bosko.
- Staszek był miły?
- O, bardzo miły. - szepnęła rozmarzona.
- Jak miły? Od jednego do dziesięciu?
- Może dwadzieścia pięć? Trudno zliczyć.
- To wspaniale, kochanie. Wiesz, przesunęłam datę ślubu na 11 stycznia. Babcia obiecała mi dolary na suknię i resztę stroju. Psiakrew, kiecka ma być z trenem, a welon długi, jak dzień bez jedzenia! A ja nic jeszcze nie mam. Pójdziesz ze mną do Pewexu, żeby coś pooglądać?
- Kotuniu, dolary zostaw sobie na podróż poślubną. Pojedziemy obie do Wrocławia. Znam tam jeden sklepik na Placu Solnym. Widziałam w nim ciuchy i materiały, że paluszki lizać. Z nasze ojczyste złotówki. Bronek nie dzwonił?
Wrocław  Plac Solny w latach  sześćdziesiątych
- Nikt nie ma stamtąd wiadomości. Bardzo niepokoję się o niego. Nie wiem, czy jest bezpieczny i gdzie się podziewa. Tyle rzeczy musimy uzgodnić, a jego nie ma.
- To wasz ślub odbędzie się, tutaj, czy u niego? Gdzie będziecie mieszkać?
- Alisiu, skarbie, nic nie wiem, a sama o niczym nie chcę decydować. Trzeba ustalić datę ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego i w kościele. Muszę się starać o zmianę dowodu osobistego. Ja nie mogę wszystkiego załatwić sama.
- A jak Bronek nie wróci do stycznia?
- To ślubu nie będzie. Oj, coś pechowo się przedstawia to moje małżeństwo. Ale powiedz mi, co z Witkiem? Wcale się do mnie, świntuch, nie odzywa. Nawet nie wiem gdzie mieszka w Zakopanem.
    Alince łzy napłynęły do oczu.
- Ach, Izuniu, z nim nie jest dobrze. - powiedziała ze smutkiem. - Obawiam się, że większe blizny ma w duszy niż na twarzy. Pamiętasz, jaki on był wesoły? Lubił się śmiać, robić kawały, flirtować. Teraz ciągle jest ponury i nie chce widzieć ludzi. Wracając z Helu, wpadliśmy ze Staszkiem do niego, ale wcale się nie ucieszył i widziałam, że czekał aż sobie pójdziemy. To już nie ten sam człowiek. Bardzo nad tym boleję, bo widzę jak rodzice się martwią.
   Pokiwałam głową, wspominając dawnego Witka. Pięknego, roześmianego i pełnego męskiego uroku. Wzdrygnęłam się, wyobrażając go sobie teraz, takiego samotnego i zrozpaczonego.
- Dasz mi jego adres? - szepnęłam.
- Nie, kochanie. On prosił, żeby nikt nie zawracał mu głowy, to jego słowa. Nie trzeba go drażnić.
- Rozumiem. Rozsypała się nasza paczka. Już nic nie jest tak, jak było. Kiedy Staszek wraca?
- Obiecuje, że pod koniec roku. W każdym razie z pewnością będzie na twoim ślubie. Ojej, to ja muszę sobie sprawić kieckę, bo będę twoją druhną!
- Kiedy pojedziemy do Wrocławia?
- Czekaj, dziś jest czwartek. To jednak już w przyszłym tygodniu. Weź dzień urlopu, ja także się zwolnię, choć wiem, że będę musiała stoczyć bój z ordynatorem. Kiedy proszę go o wolne, on dostaje ataku nerwowego. Ale zakupy mają pierwszeństwo.
    Patrzyłam z upodobaniem na jej opaloną, zdrową buzię i śmiejące się oczy. Te kilka dni na Helu z mężem, zupełnie ja odmieniły
- Ślicznie wyglądasz. - powiedziałam, z czułością gładząc jej dłoń.
    Alinka spojrzała na mnie okiem lekarza i potrząsnęła głową.
- Przykro mi, ale nie mogę odwzajemnić się komplementem. - stwierdziła otwarcie. - Jesteś blada, zmęczona i masz podkrążone oczy. Przerwałaś pobyt w sanatorium i z pewnością nie bierzesz leków. Byłaś dziś na zastrzyku?
- Alisiu, błagam, odczep się ode mnie z zastrzykami. Jak wróci Bronek, błyskawicznie wyzdrowieję, .
    Alinka przez dłuższą chwile patrzyła na mnie przenikliwie, unosząc lewą brew.
- Hm, mam nadzieję, że zapomnisz o upiorach przeszłości i pozwolisz temu biednemu chłopakowi nacieszyć się tobą. - wyraziła się bardzo dyplomatycznie.
- Czytam w twoich myślach jak w książce. - roześmiałam się. - Wyrażając się mniej wytwornie, chcesz mi powiedzieć, żebym poszła z Bronkiem do łóżka, tak?

- Już dawno mówiłam ci, że seks ma zbawienny wpływ na samopoczucie. Ale ty mnie nie słuchałaś.
-Tak, kochanie, należy zawsze słuchać swego lekarza. - oświadczyłam z udawaną powagą i sięgnęłam do szafki po butelkę koniaku.
    Piłyśmy alkohol, wspominając dawne, szkolne czasy.
    Wrzesień przypomniał nam o jesieni. Ochłodziło się, porywisty wiatr pędził chmury nabrzmiałe deszczem i targał gałęziami kasztanów pod oknem mego pokoju. Zieleń liści pociemniała, a niektóre już przybierały żółtawy kolor. Na klombach w parku kwitły kolorowe astry. Wstawałam do pracy znowu na długo przed wschodem słońca, które od czasu do czasu przezierało przez chmury. W tym roku szybko nadchodziła jesień.
Zbliżał się październik, a wraz z nim początek roku akademickiego. Wkrótce czeka mnie wkuwanie nocami, jeżdżenie na wykłady i przesiadywanie w zadymionych halach dworca, w oczekiwaniu na pociąg. Często dzwoniłam do cioci Maryni lub Róży, i razem zastanawiałyśmy się, kiedy Bronek wróci z Czechosłowacji?
   Z podróży do Wrocławia, przyjechałyśmy z Alinką, obładowane zakupami jak dwa wielbłądy. Nareszcie miałam materiał na suknię, delikatny biały nylon, lekki jak gaza. Kupiłam także całe metry tiulu na welon i białe pantofelki na wysokiej szpilce, bo Bronek miał prawie 190 cm wzrostu i nie chciałam wyglądać przy nim jak kurdupel. Alinka sprawiła sobie śliczną gotową suknię, w delikatnym kolorze różowym, idealnie dobranym do jej urody blondynki.
Sklepik ogromnie mi się podobał, bo przypominał bombonierkę, cały obity purpurowym aksamitem. Właścicielka zadbała żeby był dobrze zaopatrzony. Prócz materiałów i pantofelków, kupiłyśmy tam wytworną bieliznę, bo Alinka uparła się, że na noc poślubną muszę mieć elegancką koronkową halkę, stanik i majtki, żeby Bronek miał co ze mnie zdejmować. Tam też zaopatrzyłyśmy się w dobre kosmetyki, a ja kupiłam nawet szminkę Max Faktora i tusz do oczu tej samej firmy, abym mogła sobie popłakać, bez obawy czarnych łez na policzkach. Wydałyśmy górę pieniędzy, ale radocha była nieziemska.
    Zaraz po przyjeździe zaniosłam materiał do naszej znakomitej krawcowej i razem z mamą godzinami przeglądałyśmy żurnale, chcąc znaleźć odpowiedni model sukni ślubnej. Pomogła mi w tym Róża, przysyłając pięknie wydany duński magazyn mody, otrzymany od męża, pracującego nadal w Danii. Zaraz wpadła mi w oko wspaniała suknia, w stylu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Szeroka krynolina przybrana bogato falbankami, z bardzo obcisłym stanikiem i długimi rękawkami, zakończonymi falbanką. No, babcia nie będzie się mogła uskarżać, że nie byłam odpowiednio ubrana do ślubu! Jednakże taką strojną toaletę szyło się bardzo długo i nasza pani krawcowa była zadowolona, że materiał przyniosłam wcześniej.
 
Która z nas nie marzy o takiej sukni ślubnej!
   Odetchnęłam i schowałam głęboko do biurka kilka setek dolarów przysłanych przez babcię. Postanowiłam dać je Bronkowi, na naszą podróż poślubną. Planowałam, że zaraz po uroczystości weselnej, wyjedziemy gdzieś za granicę.
    Tego dnia wróciłam z pracy zmęczona, jak stara szkapa po całodziennym ciągnięciu wozu z węglami. Prędko zjadłam obiad i usiadłam przy biurku, zabierając się do wkuwania prawa karnego, będącego jednym z przedmiotów na trzecim roku studiów.
Przez ostatni tydzień doświadczyłam w pracy kilku trudnych chwil, lecz dzień dzisiejszy bił wszystkie rekordy. Szef pewnie miał ciężki ranek, rozstrój żołądka i przyszedł do pracy zgorzkniały, czepiając się wszystkiego. Koleżance wypadła przednia jedynka i nie mogła się uśmiechnąć, ani nawet dobrze mówić, bo sepleniła i płakała na przemian.
    Do mnie zgłosił się kierownik z działu mechanicznego i domagał się faktury, wydanej na jakaś cholerna maszynę niemal przed rokiem/. Przewróciłam do góry nogami trzy szafy i dwa biurka, zanim ją znalazłam w stojącym w pobliżu segregatorze!
    Do domiar złego, zaczął przeciekać dach, a kiedy lunął rzęsisty deszcz, kapało nam na głowę i trzeba było przesuwać biurka, żeby nie zalało akt. Jakby tego było za mało, moja ulubiona maszyna do liczenia, nagle się popsuła,bo kiedy zaczęłam liczyć, chrupnęła i stanęła. Bez przekonania zajrzałam do środka, zgrzytnęłam zębami i oddałam bydlaka do naprawy, Kurza twarz, niedługo zacznę liczyć na palcach, jak w starożytności!
    Siedziałam więc przy biurku zła i zmęczona, próbując wbić sobie w mózgownicę prawnicze mądrości z podręcznika, pożyczonego w Bibliotece Uniwersyteckiej. Naraz stojący obok na biurku telefon rozdzwonił się, przyprawiając mnie o atak furii. Skoczyłam, jak podcięta batem. Cholera, kto się dobija w takiej chwili? - pomyślałam ze złością, mając ochotę nie odbierać telefonu. Ale przyszło mi na myśl, że może to tata dzwoni z zakładu, albo Alinka, więc w końcu zdecydowała się podnieść słuchawkę.
- Słucham! - rzuciłam ostro do telefonu.
- Mam nadzieję, że o mnie całkiem nie zapomniałaś.- usłyszałam ukochany głos i rozpromieniłam się ze szczęścia.
- Broneczku, kochany! - wybuchnęłam z radością. - Nareszcie! Nie, jakże bym mogła zapomnieć. Nawet w grobie bym o tobie pamiętała. Czy wiesz, że jeszcze wczoraj rozmawiałyśmy o tobie z twoją mama i Różyczką? U ciebie wszystko w porządku, jesteś zdrowy? - pytałam, wiedząc, że z pewnością nie odpowie mi na wszystkie pytania, bo mu nie wolno.

- Tak, bądź spokojna, jestem zdrowy i bezpieczny. Pociesz mamę i siostrę, bo wyjątkowo dzwonię tylko do ciebie. Iza, gdybyś ty wiedziała, jak ja za tobą tęsknię! - rzekł, ściszając głos niemal do szeptu.
- Nie więcej, niż ja za tobą. - odpowiedziałam tym samym tonem. - Jak to dobrze, że choć dałeś znać o sobie, bo strasznie się martwiliśmy o ciebie.
- Bez potrzeby. Nic mi nie grozi. Nie mogę przedłużać rozmowy, więc chciałem cię poprosić, żebyś wzięła ze dwa tygodnie urlopu na początku października. Tak od dziesiątego. Pragnę ci wynagrodzić wyrządzoną krzywdę. Wyjedziemy gdzieś razem, dobrze?
- Cudownie, Broneczku. Ale to ja ciebie zraniłam, to ja zawiniłam, nie ty.
- Nie jesteś niczemu winna. Zachowałem się jak skończony drań i zdaję sobie z tego sprawę. Zresztą twoja babcia ochrzaniła mnie po oficersku za ciebie, wytykając mi wszystkie moje grzechy. Masz wspaniałą babcię, skarbie. Cieszę się, że niedługo będzie także moją babcią.
- Babcia cię ochrzaniła? - wybuchnęłam śmiechem. - Przecież ty jesteś oczkiem w głowie babuni. Mnie także zjechała za ciebie. Aha, Broniu, powiedz mi, jak ci się podoba data 11 stycznia, to jest sobota.
- Owszem, karnawał, zabawy,... A dlaczego ma mi się podobać? Będzie jakiś bal?
- Nie. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, to będzie data naszego ślubu! - powiedziałam cicho.
W słuchawce na moment zapadła cisza, a potem usłyszałam jego wzruszony głos:
- Iza, najmilsza moja, naprawdę przyśpieszyłaś nasz ślub?
- A na co dłużej czekać? Krawcowa już szyje mi suknię ślubną.
- Boże, taki jestem szczęśliwy! A masz pieniądze, może prześlę ci moje pobory?
- Nie martw się o to. Babcia przysłała mi trochę mamony od swego braciszka, więc jestem bogata. Gdy wrócisz, pojedziemy do cioci Maryni i razem ustalimy szczegóły, bo ja nie chcę o niczym decydować bez ciebie. Och, ciocia się tak ucieszy, jak jej powiem, że dzwoniłeś! Codziennie, biedaczka, modli się za ciebie. Ja także.
- Modlisz się za mnie?
- Tak. Nie wiedzieliśmy, co się z wami dzieje. Miałam dzisiaj podły dzień, ale teraz już jestem spokojna.
- Jak wrócę, będę cię długo przepraszał. Nawet na kolanach.
- Nie trzeba, nie mam do ciebie nawet cienia żalu. To długie rozstanie pomogło mi zrozumieć wiele rzeczy. Bardzo cię kocham, Broniu.
    W słuchawce coś zapiszczało i rozległ się krótki sygnał.
- Najdroższa, muszę kończyć. - zawołał Bronek. - Ucałuj rodziców i weź urlop w październiku. Całuję twoje usta i ręce.
    W telefonie rozległ się długi sygnał. Rozmowa była skończona.    Pobiegłam do kuchni i rzuciłam się mamie na szyję.
- Mamo, matuśko, Pieseczku! Bronek dzwonił i niedługo wraca! Boże, oszaleję z radości!  c.d.n.
                                            –--------------------------------- 


                           MOI  KOCHANI   CZYTELNICY.

 Ze względu na sprawy osobiste, zmuszona jestem przerwać publikację powieści na dwa tygodnie. Ale być może jeszcze przed Nowym Rokiem powrócę na mój blog. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnicie.
Z okazji świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku, składam wszystkim moim kochanym czytelnikom życzenia zdrowia i wszelkiej pomyslności.
Cieszę się, że jesteście ze mną.  Elżbieta G. Erban
  

niedziela, 10 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - TRAGICZNE WYDARZENIA.


10 grudnia 2017 r.
 Praga 1968 rok.
    W jednej sprawie babcia miała rację; nasi żołnierze prędko nie wrócili. Mijały tygodnie, a z Czechosłowacji nie dostałam żadnego listu, czy telefonu. Jakby ten kraj leżał za oceanem. Ale Radio Wolna Europa zasypywała nas wiadomościami, bynajmniej nie radosnymi. Z jednej strony nasza propaganda partyjna głosiła, że Polacy są mile widziani w „bratnim kraju” i zachowują się po rycersku, pomagając Czechosłowakom w robotach polowych, a robotnikom w zakładach pracy.
    Ale gazety zagraniczne i Wolna Europa, twierdziły zupełnie coś innego. Wojska polskie, a szczególnie komandosi, bardzo brutalnie zachowywali się wobec mieszkańców miast i wsi, pacyfikując każdy najmniejszy objaw niezadowolenia. W Karlowych Warach i w Pardubicach doszło do niebezpiecznych napięć, stłumionych przez polskich komandosów. Żołnierze polscy w Czechosłowacji zamalowywali napisy na murach, wykrywali tajne radiostacje, uniemożliwiali druk plakatów i ulotek. Zapisali się czarnymi zgłoskami w okupowanym kraju.
    Czesi stosowali bierny opór, usuwając z dróg i ulic tablice kierunkowe, często odmawiając żołnierzom sprzedaży towarów, lub nawet wody tak, iż czasami chłopcy nie mieli się w czym umyć. Bywały przypadki, że czescy chłopi widłami bronili dostępu do rzeki, czy strumienia.1 Całą żywność dostarczano polskim żołnierzom z kraju. Dzień i noc jechały wielkie samochody wyładowane produktami spożywczymi i beczkowozy pełne wody pitnej.
  Czesi jawnie okazywali nienawiść żołnierzom wojsk Układu Warszawskiego, a ich wrogość zwłaszcza, odnosiła się to do Polaków, których Czesi, nie bez racji, oskarżali, że w 1938 roku, Polska razem z Niemcami napadła na ich kraj, zabierając Zaolzie, a teraz ponownie zaatakowała Czechosłowację, razem z armiami Układu Warszawskiego.. 

   Podobno w Pradze, w proteście przeciwko interwencji, Czesi rzucali się pod radzieckie czołgi, ale czy była to prawda, nie wiadomo.
    Wielu znanych pisarzy polskich, między innymi Andrzejewski,  oraz  znanych naukowców, pisało listy protestacyjne do władz, niektórzy rzucali legitymacje partyjne. Opozycjoniści rozrzucali ulotki potępiające najazd Czechosłowacji, pisali na murach napisy przeciwko partii i Gomułce. Lecz większość społeczeństwa zachowywała się biernie, żeby nie powiedzieć obojętnie, oczekując z niecierpliwością powrotu swoich synów, mężów, czy braci. Za to władze partyjne od pierwszych chwil inwazji rozpoczęły ogromną kampanię propagandową. Emitowano dla Czechów audycje radiowe i telewizyjne, wydawano gazety w języku czeskim, kolportowano ulotki.
Stadion X-lecia.
   Z ostentacyjną wystawnością zorganizowano 8 września na Stadionie X-lecia uroczystość Centralnych Dożynek. Wzięli w nim udział przywódcy partii, dyplomaci oraz 100 tysięcy zebranych na Stadionie ludzi. Były śpiewy dożynkowe, wieńce niesione przez przodowników pracy na roli, a także tańce zespołów ludowych na płycie Stadionu.
I Sekretarz KC PZPR W. Gomułka na święcie Dożynek.
Kolorowe, radosne widowisko, entuzjastycznie oklaskiwane przez tłumy.
    Jednakże w czasie tych widowiskowych uroczystości, doszło do tragedii. Na znak protestu przeciwko inwazji na Czechosłowację, na Stadionie X-lecia, dokonał samospalenia magister Ryszard Siwiec, absolwent Lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza na Wydziale Humanistycznym. Były żołnierz Armii Krajowej i mieszkaniec Przemyśla. Ryszard Siwiec nie akceptował nowego ustroju, pisał ulotki przeciwko władzy ludowej, podpisując się Jan Polak. Interwencja armii Układu Warszawskiego, w której wzięły udział wojska polskie, skłoniła go do dramatycznego protestu. Siwiec oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił, krzycząc: – PROTESTUJĘ!
Samospalenie Ryszarda Siwca, rok 1968.
     Zmarł 12 września w szpitalu.
   Przed samospaleniem rozrzucił ulotki, tłumacząc przyczynę swego desperackiego kroku. Przed wyjazdem do Warszawy, swój testament nagrał na magnetofonie, kończąc go słowami:

„LUDZIE,W KTÓRYCH MOŻE JESZCZE TKWI ISKIERKA LUDZKICH UCZUĆ, OPAMIĘTAJCIE SIĘ! USŁYSZCIE MÓJ KRZYK. KRZYK SZAREGO, ZWYCZAJNEGO CZŁOWIEKA, SYNA NARODU, KTÓRY WŁASNĄ I CUDZĄ WOLNOŚĆ UKOCHAŁ PONAD WSZYSTKO, PONAD WŁASNE ŻYCIE. OPAMIĘTAJCIE SIĘ. JESZCZE NIE JEST ZA PÓŹNO.


   Rzecz straszna. Dramatyczny protest Ryszarda Siwca przeszedł bez większego echa. Polskie radio i telewizja nie zamieściły na ten te,mat ani jednej wzmianki. Służby Bezpieczeństwa określiły jego czyn, jako spowodowany chorobą psychiczną. Dopiero w kwietniu 1969 r, poinformowało o tym Radio Wolna Europa. Jego ostatni list do żony, trafił do jej rąk po 20 latach.
                                    ---------------------------------------------

    Kościół polski również nie zajął wtedy oficjalnego stanowiska w sprawie interwencji w Czechosłowacji, a prymas kardynał Stefan Wyszyński, apelował o zachowanie spokoju. Jednakże udział Wojska Polskiego w interwencji, pozostawił uraz w świadomości Czechów i Słowaków. 
   
Radio Wolna Europa donosiło, iż 25 sierpnia radzieccy dysydenci w proteście przeciwko inwazji, dokonali symbolicznej demonstracji na Placu Czerwonym w Moskwie. Polacy nie zdobyli się na żadną, nawet symboliczną, manifestację.
   Niewiele wiedzieliśmy o tym, co naprawdę dzieje się w Czechosłowacji, bo wiadomości były starannie blokowane. Jedynie Radio Wolna Europa informowało społeczeństwo o zachodzących tam wydarzeniach. Trudno było wytłumaczyć częste akty przemocy w rejonach stacjonowania polskich oddziałów w pobliżu Hradec Kralowe i Pardubice. Bywały sytuacje wymuszania od Czechów alkoholu przy pomocy broni, oraz postrzelenia żołnierzy czeskich i osób cywilnych.
Powrót wojsk polskich z Czechosłowacji.
    Niepotrzebna brawura i alkohol doprowadzały do poważnych wypadków. Polski czołg wjechał w jedną z kamienic na rynku w Novym Bydżovie, a nasz transporter opancerzony, został staranowany przez czeski pociąg na przejeździe kolejowy,m. Jeden żołnierz zginał, a kilku było rannych.
 
Rynek w Jicinie.
  Do największej tragedii doszło 7 września w Ji
činie. Paru pijanych żołnierzy polskich, wybrało się do miasteczka, byli uzbrojeni w karabiny kałasznikow z ostrą amunicją. Jeden z żołnierzy, kompletnie pijany, otworzył ogień do kilku osób stojących przy budce telefonicznej po wyjściu z kina. Od jego strzałów zginęli; kobieta Zdeňka Klimaŝova i Jaroslav Veselŷ. Kilka innych osób zostało ciężko rannych, w tym dwaj żołnierze polscy, próbujący rozbroić szaleńca.
   Sprawca zbrodni został natychmiast przewieziony do Kłodzka i sądzony przez zespół sędziowski złożony z sędziów polskich i czeskich. Sąd skazał zabójcę na karę śmierci, lecz wyrok nie został wykonany i zamieniony na dożywotnie więzienia, a po kilku latach na karę 25 lat. Zabójca wyszedł z więzienia w 1983 roku.

Pogrzeb ofiar stał się manifestacją ogólnonarodowej jedności. Odbył się godnie w sposób pokojowy. Brali w nim udział również wyżsi oficerowie polscy, pragnąc nawet rozmawiać z rodzinami zabitych ofiar, lecz czescy wojskowi im ten pomysł odradzili.c.d.n.

1Autentyczne.

piątek, 8 grudnia 2017

SEKRETY RODZINNE - BABCIA ZABIERA GŁOS!


8 grudnia 2017 r.

   Spełniłam prośbę Bronka i zadzwoniłam do cioci Maryni, powiadamiając ją, że wpadł do nas na krótko, lecz nie mieliśmy okazji porozmawiać, bo w tym czasie byłam w pracy.
- Izuniu, jestem taka szczęśliwa, że się pogodziliście. Podobał ci się pierścionek?
- Jest prześliczny. Nie zasłużyłam na tak bogaty prezent.
- To mój pierścionek zaręczynowy. Teraz ty będziesz go nosić.
- Ciociu, przyśpieszyłam datę ślubu, bo wiem, że Bronek tego pragnie. Co ciocia sądzi o 11 stycznia, to sobota?
- Sądzę, że to będzie szczęśliwy dzień dla was i dla całej rodziny.
- Też tak myślę, ale nie chcę o niczym sama decydować. Jak wróci Bronek, to przyjedziemy do cioci i ustalimy wszystko w gronie rodzinnym.
- Dobrze, moje dziecko. Jak się pobierzecie, nareszcie będę spokojna, że Bronek ma żonę i jest szczęśliwy.
    Nazajutrz we wczesnych godzinach rannych, w zakładzie pracy zorganizowano zebranie partyjne. Poproszono mnie, żebym protokołowała, bo według opinii sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR, miałam lekką ręką do pióra. Pisałam i dziwiłam się, że mnie szlag na miejscu nie trafił, słuchając tylu kłamstw i bzdur. Dostało się Radiu Wolna Europa, że  okłamuje społeczeństwo polskie, za pieniądze niemieckich rewizjonistów.
    Sekretarz i towarzysz z Komitetu Wojewódzkiego, tłumaczyli nam, jak osobom słabym na umyśle, że interwencja wojskowa była konieczna, gdyż Czechosłowacji zagrażała nie tylko kontrrewolucja, lecz także zależność od rewizjonizmu zachodnioniemieckiego! 
   Za tak zwanymi reformami, kryli się „syjoniści!!” Towarzysz z województwa, kwaśno wypomniał Czechom, iż w okresie II wojny światowej za mało wycierpieli i dlatego mają skłonność do kumania się z Niemcami. Uświadomił słuchaczy, że grupy rewizjonistyczne w Komitecie Centralnym Partii Czechosłowacji, prowadziły do likwidacji władzy ludowej i związania się ze zgniłym Zachodem, a zwłaszcza z Zachodnimi Niemcami, dybiącymi na nasze Ziemie Odzyskane.
    
   Niektórzy słuchali tego ględzenia z uwagą, inni kryli ironiczne uśmiechy. Niektórzy z robotników zadawali pytania; po co była ta „bratnia” pomoc, jeżeli Czechosłowacja ma własną armię? Dlaczego do interwencji zostały użyte wojska polskie? Naprawdę robiło mi się niedobrze, słuchając tych partyjnych bredni, lecz byli i tacy, którym ta propaganda trafiała do przekonania.
    
   Jakże inaczej zachowywaliśmy się podczas powstania węgierskiego w 1956 roku. Wtedy cały naród stanął murem za walczącymi o wolność Węgrami. Nawet Komitet Centralny PRPR współdziałał, nie przeszkadzając w pomocy Węgrom. Pamiętam te długie kolejki ludzi oddających krew dla rannych, pamiętam samoloty wiozące duże paczki na Węgry, oraz Polaków przyjmujących pod swój dach węgierskie dzieci-sieroty. Odbywały się masowe protesty, listy potępiające agresję i wiele innych oznak braterskiej przyjaźni. Wielu Polaków przekradło się przez granicę, żeby walczyć ramię w ramię z węgierskimi bratankami.
Budapeszt rok 1956.
     Teraz sytuacja była inna i ludzie już zachowywali się inaczej.
   Być może dlatego, że Czesi nie poderwali się do walki, lecz zastosowali bierny opór. Żołnierze okupacyjnych armii spotykali się z powiedzeniem: ” Ani kropli wody, ani kromki chleba”. A może również dlatego, że ten sąsiedni kraj, nigdy nie cieszył się sympatią wszystkich Polaków. Oskarżaliśmy Czechów o tchórzostwo, nie umiejąc docenić ich mądrości życiowej i  pragmatycznego podejścia do wydarzeń dziejowych, chroniących niewielki kraj od klęski i zniszczenia. 
Czechosłowacja 1968 rok.
   Tragedia podobna do Powstania Warszawskiego, nie mogłaby się wydarzyć w Pradze.
    Postanowiłam powiadomić babcię o zmianie daty ślubu. Babcia nie wiedziała o zerwaniu zaręczyn, więc nie zdziwi się zmianie terminu. Telefon długo dzwonił, bo widocznie babcia była w kuchni. Nareszcie terkot umilkł i w słuchawce usłyszałam dobrze znany głos:
- Halo?
- Dzień dobry, babuniu. Dzwoniłam w południe, ale nikt nie odebrał telefonu.
- Byłam u fryzjera i manikiurzystki. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, iż dbam o siebie. Kobieta osiemdziesięcioletnia nie powinna straszyć ludzi swoim wyglądem.
- Ależ oczywiście, babciu. - przytaknęłam skwapliwie.
- Prawdę mówiąc, czekałam na twój telefon. Sądziłam, że powiadomisz mnie o swoich problemach sercowych.
    Zdębiałam. Skąd, u licha, babcia wie o zerwanych zaręczynach?
- Eee, o jakich problemach babcia wspomina?
- Nie udawaj. Wasze zaręczyny zerwane.
- Nie chciałam babci martwić. - bąknęłam ugodowo.
- Zawiodłaś mnie. Bardzo martwiłyśmy się o ciebie, a jeszcze więcej o Bronia! Dlaczego nie dzwoniłaś do Maryni Orlickiej? Ona tak ciebie lubi.
- Nie chciałam jej martwić. - powtórzyłam.
- Hm! - babcia przez jakiś czas medytowała. - Przecież ona wie o zerwaniu zaręczyn i bardzo nad tym boleje.
- Przykro mi babciu. Zresztą pogodziliśmy się z Bronkiem i nie wracajmy więcej do tego, co było.
- Na jej miejscu może nie przejmowałabym się tym zanadto. Ale biedna Marynia nie zna się na ludziach.
- Jak mam to rozumieć? - spytałam przez zaciśnięte zęby.
- Zupełnie zwyczajnie. Ty spowodowałaś, że Bronek z tobą zerwał. Entre nous soit dit1…. Iza, czy pamiętasz jeszcze francuski?
- Poszczególne słowa. Nie prowadziłam z nikim konwersacji i zapomniałam składni zdań. Zresztą, babciu, teraz językiem światowym jest angielski.
- Co? Tych sztywnych zjadaczy sandwiczów z listkiem sałaty, lub ogórkiem? Świat oszalał! Nie było to, jak język francuski, którym mówili ludzie dobrze wychowani. Francja,, kraj wielkiej kultury i wspaniałej kuchni. No, mniejsza z tym. Co chciałaś mi powiedzieć?
- Postanowiłam przełożyć mój ślub z kwietna na styczeń. Wydaje mi się, że 11 stycznia to dobry dzień na wesele. Ale ze stanowczą decyzją poczekam aż wróci Bronek.
- To miło, że nareszcie pozwalasz mu o czymkolwiek decydować! - usłyszałam zjadliwą uwagę babci. - Zahukałaś biednego chłopaka.
    Sapnęłam ze złości i już miałam niegrzecznie odpowiedzieć, ale ugryzłam się w język.
- A mogę wiedzieć, skąd babcia jest tak dobrze poinformowana o naszych sprawach?
- Naturalnie od Bronia.
- Mam rozumieć, że Bronek przyleciał ponownie do babci? - podniosłam głos.
- Nie mów do mnie takim tonem. - skarciła mnie babcia. - Oczywiście, że przyleciał. Biedny chłopak chciał porozmawiać z kimś rozsądnym. Wyobraź sobie, że znowu kupił mi bukiet kremowych róż na takich długich łodygach!
- Bronek skarżył się na mnie?
- Ależ skąd, on siebie oskarżał, że okazał się zbyt brutalny. Uważa, że zawinił wobec ciebie. Ale ja znam swoją wnuczkę od pieluch i doskonale wiem, że kobieca słodycz i ugodowość, nie jest twoją mocną stroną. Powinnaś codziennie odmawiać modlitwę do świętego Józefa, dziękując mu, że dał ci takiego wartościowego mężczyznę.
- Może babcia być pewna, że go doceniam. Po prostu mieliśmy nieporozumienie, ale już jest dobrze.
- Nieporozumienie? Narzeczeni mogą się kłócić, to normalne, ale muszą się rozumieć. Jasne? Ja z twoim dziadkiem kłóciłam się ze sto razy, ale on wiedział, że go kocham. A Broniś, niestety, czasami wątpi czy naprawdę go kochasz. Szczególnie po ostatnim twoim wyczynie!
- Jasna cholera! - nie wytrzymałam nerwowo – Wszyscy roztkliwiają się nad nim, a dlaczego nikt mnie nie współczuje? Myśli babcia, że mnie było lekko, że dla przyjemności byłam w sanatorium? Bronek powiedział mi, że nadal jestem żoną Romanowicza, a nie jego narzeczoną.
- Iza, proszę cię, wyrażaj się kulturalnie. - skarciła mnie babcia ponownie. - Powiedział to w uniesieniu, wtedy człowiek nie panuje nad językiem. Zresztą byłaś żoną tego łajdaka, więc o co masz pretensje? Pamiętaj, że mężczyźni są słabsi od nas. Kobieta przed samym porodem, robi pranie i gotuje obiad, żeby mąż nie głodował. A zakatarzony mężczyzna, kładzie się do łóżka i mówi, że umiera! Ale nie wspominasz, w jakiej sprawie dzwonisz.
- Bo mi babcia nie daje dojść do głosu! - warknęłam. - Mam tylko cztery miesiące na załatwienie spraw urzędowych, uszycie sukni i tak dalej.
- Aha. Potrzebujesz dolarów? - babcia zawsze była domyślna. - Dobrze. Wyślę ci parę setek. Idź do Pewexu i kup jakiś ładny materiał na suknię i welon. Byle czego nie bierz! Jak będzie potrzeba, przyślę więcej. Najwyższy czas, żebym trochę oskubała mego braciszka ze Stanów. Po kim on odziedziczył takie skąpstwo? Raz na rok przyśle te ubogie pięćset dolarów, ale zawsze narzeka, że mu ciężko. Ma wielkie ranczo i ciągle brakuje mu pieniędzy. 

   Chyba go koń kopnął w ciemię, bo zapomniał, ile razy ja mu pomogłam, jak się z księdzem proboszczem uganiał za taką ładną Żydóweczką, córką oberżysty. Aha, pamiętaj, że suknia ma być długa, z trenem! Twoje ciocie będą na ślubie i zdadzą mi potem relację. Nie chcę się za moją wnuczkę wstydzić, jak za pierwszym razem!
- Babciu, nie trzeba mi tego błędu ciągle wypominać.
- To dla nauki, żebyś po raz drugi nie zgłupiała! Jak Bronek wróci, postaraj się wynagrodzić mu uczynione przykrości.
- To znaczy?….
- Mam cię pouczać, jak się zachowywać wobec kochanego mężczyzny?
- To nie jest konieczne. - oznajmiłam ozięble.
- Wiem, że jesteś na mnie zła, ale to sprawa rodzinna. Jesteś moją wnuczką i twoje szczęście oraz pomyślność zawsze były dla mnie priorytetem. Chcę dla ciebie jak najlepiej. Dla Bronia również.
    Nie mogłam temu zaprzeczyć. O ile babci pozwalały na to zasady dobrego wychowania, naprawdę mnie kochała.
- No więc mam nadzieję, że doczekacie ślubu we wzajemnym porozumieniu. Wiem, że nie zrobisz już nic, co mogłoby Bronia zranić.
- Nie, babciu. Jak wróci, będę go nosić na rękach. - nie mogłam ustrzec się od złośliwości.
- Wydaje mi się, że ironizujesz, moja droga, a sprawa jest poważna. Chodzi przecież o wasze wspólne szczęście.
- Wiem, babciu.
- No więc skończmy tę rozmowę, bo zapłacisz słony rachunek. Staraj się załatwiać sprawy urzędowe sama, bo Broniś prędko nie wróci.
- To babcia wie, gdzie on jest? - zdziwiłam się, bo nam powiedział tylko, żebyśmy słuchali Pragi.
- Oczywiście, moja wnuczko. Wiem i modlę się o jego bezpieczeństwo. Tobie też to doradzam, chociaż miałaś męża paskudnego komunistę i bezbożnika, który cię zdeprawował!

- Babciu!!!
- Och, już dobrze. Zostań z Bogiem, moje dziecko i ucałuj ode mnie rodziców.
    W słuchawce trzasnęło i rozległ się długi sygnał.
    Usiadłam na krześle nie wiedząc, czy mam się śmiać, czy płakać. c.d.n.
                                       –--------------------------------------
1Mówiąc między nami.