piątek, 19 lipca 2019

SERCE MARYNI.


ZUK Stargard.
Niedawno siedziałam w parku na ławce, rozglądając się dokoła. Było gorąco i duszno. Wrzeszczały bawiące się w pobliżu dzieci, więc zmęczona hałasem, postanowiłam powrócić do domu. W pewnej chwili przeszła koło mnie starsza kobieta dziwacznie ubrana, bo w ten upalny dzień miała na sobie stary zimowy płaszcz i szal na głowie.
Patrzyłam za nią długi czas, bo przypomniała mi ona postać, dobrze znaną z lat dziecinnych. Wtedy po ulicach miasta w którym mieszkałam, chodziła stara kobieta, ubrana w dziwaczną, zniszczoną i podartą gdzieniegdzie, lecz niezwykle czystą odzież. Na bosych nogach miała stare, o dwa numery większe buty, zawiązane sznurkiem, a na głowie stary kapelusz ozdobiony sztucznym kwiatkiem. Latem, czy zimą, można ją było spotkać na ulicach miasta, chodzącą bez celu. Czasami siedziała na stopniach kościoła, ale do wnętrza nie wchodziła. Zwracała na siebie uwagę nie tylko dziwnym strojem, składającym się z różnych części garderoby, nie pasującej do siebie, ale i długimi siwymi włosami, opadającymi jej spod kapelusza.
Album 60 Medium
 Była spokojna i łagodna, nie zawadzała nikomu, i nikt nie widział, żeby się kiedyś złościła, nawet na dzieci biegnące za nią ze śmiechem, a czasem rzucające w nią kamieniami, czy błotem. Żyła z tego, co ludzie jej dali, pieniądze lub chleb, dzieląc się nim z głodnymi ptakami. Często widywałam ją na ulicy, chodząc z Mamą na spacery. Trochę się jej bałam, bo oczy miała takie dziwne, wielkie i wpatrzone przed siebie. Ale Mama mówiła, że ona mi krzywdy nie zrobi i dawała dla niej pieniądze. W mieście wszyscy znali kobietę i nazywali ją Serce Maryni. Pod tą nazwą zapamiętałam ją na zawsze. Dopiero gdy dorosłam, dowiedziałam się kim była, i co sprawiło, że stała się żebraczką.
 Sichet. Portret pięknej dziewczyny.
 Naprawdę miała na imię Maria i była córką bogatego bankiera. Miała jeszcze dwóch braci, ale to Marynia była ukochanym dzieckiem rodziców. Odznaczała się wybitnym talentem muzycznym i pięknie grała na fortepianie. Miała guwernantki, znała języki obce i jako młodziutka panienka zwracała ogólną uwagę niepospolitą urodą. Szczególnie włosy miała wspaniałe, długie i ciemne, sięgające bioder. Była dziewczyną bardzo wrażliwą i romantyczną. Rodzice rozpieszczali córkę, przepowiadając jej wspaniałe i szczęśliwe życie. Wychowywana w domu do osiemnastego roku życia, jeździła z rodzicami za granicę, ale w towarzystwie raczej nie bywała. Ojciec planował dla niej świetne małżeństwo i rozglądał się za odpowiednim kandydatem na męża dla córki.
Belle epoque. Łańcut i powozy.
 Zaczęto wydawać bale, proszone obiady i tańcujące herbatki dla młodzieży. Pałacyk w jakim mieszkali, zaroił się od gości. Grała orkiestra, bracia Marii przyprowadzali swoich kolegów, zapraszano panny z dobrych domów do towarzystwa córki i bawiono się znakomicie. Wiosną i latem dziewczyna jeździła powozem z matką i guwernantką do parku, lub z wizytami.
Pewnego razu, starszy brat przyprowadził swego znajomego, bardzo przystojnego młodego mężczyznę. To była wielka miłość od pierwszego spojrzenia. On miał rzadkie imię Edgar, a dla Marii był najukochańszym Edim. Ojciec zlecił dokładne rozeznanie i dowiedział się, że Edgar pochodził z bardzo dobrej rodziny, ale niebogatej. Po ukończeniu studiów, pracował również w jednym z banków.
Rodzice Marii marzyli dla niej o innym mężu, a nawet mieli na oku pewnego ziemianina, posiadającego duży majątek w pobliżu miasta. Maria bardzo mu się podobała, o jej posag nie dbał, mając mnóstwo pieniędzy. Jednak dziewczyna nie dała sobie nic powiedzieć. Oznajmiła rodzicom stanowczo, że albo wyjdzie za Edgara, albo wstąpi do zakonu karmelitanek. Po długim namyśle zgodzono się z jej wyborem.
Maria liczyła dni, dzielące ją od ślubu z ukochanym. Narzeczony zachowywał się correct, przynosząc pannie kwiaty, bombonierki i książki, bo Maria bardzo lubiła czytać. Był bardzo czuły, opiekuńczy i obsypywał ją pieszczotami, naturalnie kiedy w pokoju nie było przyzwoitki! Ofiarował jej także pierścionek zaręczynowy, ale bardzo skromny. Rodzicom się nie podobał, lecz Maria była nim zachwycona i nie zdejmowała go z palca. Czas zajmowały jej przygotowania do ślubu, a kiedy Edgara nie było, siadała przy fortepianie i grała, marząc o nim.
pl.aliexpress.com.
 Nareszcie nadszedł ten wyczekiwany przez nią dzień, w którym miała połączyć się z ukochanym. Dom był pełen gości, a ona stała w swoim pokoju, ubierając się w prześliczną suknię ślubną, sprowadzoną dla niej aż z Paryża! Matka, upinając jej welon na głowie, płakała na myśl rozstania z córką. Młoda para po ceremonii ślubnej i wielkim obiedzie na sto osób, zaraz potem miała wyjechać w podróż poślubną do Włoch na miesiąc miodowy. Poprzedniego dnia, Edgar był wyjątkowo czuły i obsypywał Marię pieszczotami. Wspólnie marzyli o przyszłym życiu we dwoje.
Pod dom raz po raz zajeżdżały karety, zabierając gości do kościoła. Nareszcie panna młoda wraz z rodzicami wsiadła do czarnej, lśniącej lakierem karety, zaprzężonej w cztery siwe konie. Prowadzona przez ojca, Maria szła do ołtarza, ciągnąc za sobą zwoje białego trenu sukni i welonu.
Olsztyn - NaszeMiasto.pl
 Ale przed ołtarzem nie było pana młodego.
Zaczęto podejrzewać, że przytrafiła mu się jakaś zła przygoda. Ojciec Marii posłał syna do mieszkania Edgara i wszyscy goście zgromadzeni w kościele oczekiwali niecierpliwie na jego przybycie. Maria była śmiertelnie blada i wsparta na ramieniu ojca, chwiała się na nogach. Tymczasem pod kościół zajechał galopem powóz i wyskoczył z niego brat Marii. Wbiegł do kościoła i podszedł do ojca. Odciągnął go na stronę i szepnął mu do ucha:
- Edgara nie ma. Dziś rano wyjechał z nowo poślubioną żoną za granicę!
W kościele rozległ się przeraźliwy krzyk. To Maria usłyszała straszną nowinę. Nie zemdlała, nie upadła, tylko stała przed ołtarzem i patrząc przed siebie wytrzeszczonymi oczami, przeraźliwie krzyczała, drąc na sobie welon i suknię, drapiąc twarz. Próbowano ją uspokoić, lecz bez skutku. Zaprowadzona do zakrystii, nie przestawała krzyczeć, nie zwracając uwagi na to, co do niej mówiono i na rozpaczliwy płacz matki. W końcu rodzice wsadzili ją do karety i zawieźli do domu. Wezwany lekarz polecił natychmiast zabrać Marię do szpitala.
 Leżała długie tygodnie w osobnej separatce, leczona przez najlepszych specjalistów. Rodzice wezwali słynnego psychiatrę, który orzekł, że Maria jest obłąkana i nie rokuje powrotu do zdrowia. Ponieważ zachowywała się bardzo cicho i spokojnie, rodzice zabrali ją do domu. Ale następnej nocy Maria uciekła. Szukano jej wszędzie, ale dopiero po kilku dniach odnaleziono ją w odległej części miasta, zagłodzoną i chorą z wyziębienia. Odtąd te ucieczki stały się jej obsesją. Pomimo stałej opieki, Maria potrafiła znikać z domu. Znajdowano ją na ulicy, dziwacznie ubraną i siedzącą w pobliżu kościoła. Kiedy pytano ją, po co tam siedzi, odpowiadała, że czeka na narzeczonego, bo mają wziąć ślub. Nie chciała wracać do domu.
 Ojciec zmarł ze zmartwienia na atak serca, matka także zachorowała. Po wielu próbach, bracia zrezygnowali z prób przyprowadzenia Marii do domu. Pozostawiona w spokoju, chodziła po ulicach śmiesznie ubrana, przyjmując z wdzięcznością ofiarowany jej chleb. Edgar nigdy więcej do kraju nie powrócił. Pozostał ze swoją młodą żoną za granicą. Miał kilkoro dzieci. Nie wiadomo dlaczego ożenił się z kobietą o wiele uboższą od swojej narzeczonej. Być może uczynił to dla jej arystokratycznego tytułu.
Ta historia sprawia wrażenie kiepskiego melodramatu, ale jest prawdziwa. Maria długie lata chodziła żebrząc po ulicach miasta, a ludzie znając jej historię, nazwali ją Serce Maryni. Matka zmarła, bracia pożenili się i rozjechali, została sama. Najczęściej znaleźć ją było można w pobliżu domu, w którym mieszkał Edgar, lub koło kościoła. Przeżyła wojnę i szturchańce żandarmów niemieckich, którzy przeganiali ją z ulicy, bijąc i kopiąc.
 Po wojnie nadal błądziła po ulicach, cicha i łagodna, nie reagując na śmiechy i przezwiska. Widziałam ją, jak szła wpatrzona przed siebie jakimś somnambulicznym wzrokiem, obojętna na upał, deszcz czy mróz. Jedynie z upływem lat, wlokła się coraz wolniej i często przystawała ciężko dysząc.
Kiedy w latach pięćdziesiątych przyjechałam na wakacje do miasta, Maryni już nie zobaczyłam. Babcia powiedziała mi, że zmarła siedząc na stopniach kościoła, w którym miała poślubić ukochanego.

sobota, 13 lipca 2019

Publice, zabrania się wyglądać z krzaków!


Zbliża się, oczekiwany przez cały naród z biciem serc, dzień 15 sierpnia, rocznica cudu nad Wisłą, oraz innych cudów, jakie prezentowane są narodowi co roku.
Tego lata, pan prezydent, który zawsze ma wspaniałe pomysły zasłyszane na Nowogrodzkiej, zadecydował, że wielka defilada wojskowa odbędzie się nie w stolicy Polski Warszawie, tylko w Katowicach, pamiętnych z grudniowego COP24, czyli nieudanego szczytu klimatycznego, na którym to pan prezydent tak gorąco i szczerze wspierał przemysł węglowy. Bo coś przecież powinno się na tym Śląsku kurzyć, no nie?
Pan prezydent, człowiek młody i niedoświadczony w zawodzie, zwykle udaje się po radę do wielkiego nauczyciela narodu, pana prezesa! Zapewne też prezes poradził mu, żeby uroczystości związane ze świętem 15 sierpnia urządził w Katowicach, pod pozorem uczczenia 100-letniej rocznicy wybuchu I Powstania Śląskiego.
 Należy się trochę podłożyć górnikom, żeby czasem wkurzeni, nie przyjechali na Nowogrodzką z ładunkami dynamitu. Ale tak naprawdę, to pan prezes postanowił ukarać Warszawę, która tyle razy robiła mu brzydkie kuku. Np. wybierając prezydenta Trzaskowskiego, zamiast wybitnie zdolnego polityka PiS-u Jakiego. Wybrali Trzaskowskiego, który popiera obmierzłe LGBT i gorszy szkolne, niewinne dzieciaczki, wprowadzając do klas lekcje samogwałtu. Koszmar! Trzeba ratować polskie dzieci!
Poza tym, w Warszawie jest opozycja. Obrzydliwe dranie, wytykające panu prezesowi, że chodzi z wizytą do pani prezeski TK Przyłębskiej! No, to już prawdziwa bezczelność. Tak, jakby normalni, przyzwoici ludzie, nie szli w sobotę po pracy do znajomych, niosąc pakiecik z ciastkami, lub bukiecik kwiatków! Co to kogo obchodzi? A już najmniej opozycję, do kogo pan prezes chodzi w wolnym czasie. Może pani prezeska TK robi smaczną zupę pomidorową, albo pierogi, ulubione przez pana prezesa?
 Teraz znowu czepili się, jak rzep psiego ogona, że PiS nie zabezpieczył odpowiedniej ilości leków. W programie Polsatu „Polityka na ostro” książę pan Radziwiłł, po prostu się wkurwił, słysząc te głupie zarzuty i zapewnił, że on zawsze pacjentowi receptę wypisze, bo przecież mogła mu ona wpaść do muszli klozetowej, lub do kosza na śmiecie i biedak zostałby bez leku. Oto jest doniosły przykład dbałości o zdrowie pacjenta! 
 Poza tym, Polacy daliby przykład patriotyzmu, mniej chorując i kupując mniej leków. „Dulce et decorum est pro patria mori”. - jak powiadali starożytni Rzymianie, czyli, - jak słodko i zaszczytnie umierać za ojczyznę! Nawet na syfa!
Pan prezes z rozrzewnieniem wspominał promiennie uśmiechnięte oblicze pani minister Zalewskiej, niosącej do niedouczonej Unii Europejskiej nieco oświaty, za niewielkie wynagrodzenie. Bohaterka! Naturalnie, niewdzięczni rodacy wieszają na niej psy i koty, oskarżając o spieprzoną reformę oświatową w kraju. To takie niesprawiedliwe, po prostu bolesne. Że dwa roczniki pójdą do jednej klasy? Przecież można dostawić krzesła. A zresztą w każdej szkole są niewykorzystane aule i piwnice. Czy to PiS jest winien, że Polacy mają tak dużo dzieci? Co za dużo, to niezdrowo. Mają 500+ , więc powinno by stać ich na gumkę!
foto Koduj24.
Ludzie naprawdę nie potrafią wczuć się w intencję PiS-u. Na przykład, przedstawiciele polskiej arystokracji pośród członków partii, niesłusznie się oburzali usłyszawszy, jak premier Morawiecki publicznie wypomniał ich przodkom magnatom, wszystkie grzeszki popełnione w historii. Wprawdzie pan prezes pocieszył ich zaraz mówiąc, że Mateuszek z nawyku wiecznie kłamie, a że tym razem udało mu się powiedzieć prawdę, to jednak nie należy mieć o to do niego pretensji.
 Pan prezydent przekonywał w Sosnowcu, że PiS dokłada wszelkich starań, żeby nie tylko wyborcy, ale wszyscy Polacy ukochali tę partię;. {-} „Demokracja ma taką naturę, że to nie są rządy jakieś tam elity, to nie mają być rządy jakiejś tam najwyższej kasty. My w Polsce chcemy prawdziwej demokracji, to znaczy rządów ludu!” - przemawiał pan prezydent podniośle.Dodał coś jeszcze o klimacie, ale tak nawiasem.
   Bardzo by się  zdziwił, gdyby mu ktoś podpowiedział, że tego samego domagał się przed laty, raczej nielubiany przez PiS i Kościół katolicki, pewien jegomość nazywający się Karol Marks! A za nim powtórzył te żądania inny facet z bródką; W. I. Lenin! No cóż, to tylko słowa, słowa, słowa: - jak napisał pewien Anglik. Ale co pana prezydenta obchodzi jakiś tam Marks, Lenin, czy Anglik, który z nudów pisał sztuki wierszem? Nic! Jest mądrą głową dużego narodu, która to głowa siedzi na krześle obok samego prezydenta Trumpa! W Białym Domu! Och. oczywiście, pan prezes ma mądrzejszą głowę, pan prezydent tak tylko powiedział....
Pan minister MON-u Błaszczak, tak czule pochwalony przez samą panią ambasador USA, doszedł do wniosku, że należy starannie przygotować Katowice do uroczystości i wielkiej parady wojskowej, na której pokaże zdumionemu narodowi cuda nowoczesnej techniki XX wieku. Na przykład czołgi z lat siedemdziesiątych!
Och, perfidnie się czepiam!
 To przecież całkiem dobre czołgi i jeszcze same jeżdżą, nie trzeba ich pchać! No tak, ale to radzieckie czołgi. Oj tam, oj tam, a kto o tym pamięta? Najwyżej powiemy, że Ruscy podpieprzyli Amerykanom plany zbrojeniowe i tyle. To może się także tyczyć helikopterów Mi 24D. Też ruskie, ale kto by tam na to zwrócił uwagę? Przelecą nad głowami publiki i po krzyku. Aha, przecież niedawno zakupiliśmy dla policji śmigłowce Black Hawki, żeby PiS miał się czym pochwalić i żeby totalna opozycja nie kłapała dziobami, iż nic nie kupujemy. Pokażemy też zdjęcia znakomitego amerykańskiego samolotu, zakupionego w USA, F-35, po 80 milionów za sztukę. Wprawdzie, jak wypadnie mu śrubka z ogona, to trzeba go będzie transportować do Stanów, bo Jankesi nie raczyli nam przekazać offsetu. Ale o tym publika nie wie i dobrze, że nie wie.
Pierwszą rzeczą jaką polecił wykonać w Katowicach pan minister MON, to wycięcie wszystkich krzaków wzdłuż całej trasy defilady. Włażenie w krzaki w czasie defilady, to paskudny zwyczaj i należy temu zapobiec. MON planował wycięcie wszystkich drzew na trasie defilady, ale doszedł do wniosku, że ten pomysł raczej nie spodoba się radnym miasta. A przecież na takim drzewku może zasiąść terrorysta, i powiedzmy z hałbicy przypier… w wóz pana prezydenta! Straszna tragedia.
 Pan minister MON Błaszczak, planuje pokazać publiczności na defiladzie prawdziwą „Wunderwaffe” czyli cudowną polską broń. Niech się ludziska dziwują.
Mogło się tak zdarzyć, że pan minister przywołał oficera i rzekł:
- Wy prowadzicie defiladę, tak?
- Tak jest, panie ministrze.
- Dobrze. Teraz słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzał. Na Waszym Raku,     (moździerz samobieżny) pojedzie sama pani ambasador Stanów. To nasza najnowsza broń! Niezawodna!
- Mam rozumieć, że pani ambasador usiądzie rakiem?
- Nie, durniu! Pani ambasador siądzie na włazie Raka!
- Tak jest! Ale czy to wypada, żeby starszą panią wsadzać do moździerza?
- Co? Jaką starszą panią? Oszaleliście? Młoda, piękna kobieta, pojedzie na takim groźnym wozie bojowym, a dokoła niej marines! Wyobrażacie sobie, jaką Putin zrobi minę? Zawału dostanie!
-Tak jest! Wyobrażam sobie.
- No, co się tak głupio uśmiechacie? Macie mnie za durnia?
- Tak jest, panie ministrze. O, naturalnie nie, panie ministrze.
- Hm, widzę, że wam się do awansu nie śpieszy. Zapamiętam! I żeby mi się publika po krzakach nie rozłaziła. Wszystkie wyciąć do gołej ziemi. Każcie tam posadzić kwiatki i postawić jakieś bilbordy z hasłami sławiącymi nasze zwycięstwo w 1920 roku. Wykonać!
 foto Interia Film  "Bitwa Warszawska", największa chała XX wieku!
Faktycznie, w 1920 roku odnieśliśmy zwycięstwo, co nam się raczej rzadko zdarzało. Ciekawe, czy pan minister MON zna dobrze historię? Bo gdyby ją znał, może kazałby postawić jakiś kwiatek przez portretem Osipa Wisarionowicza Dżugaszliwego, czyli Stalina! A po jaką cholerę Stalinowi kwiatki? - zapyta ktoś ciekawy.
A po to, drogi rodaku, że gdyby nie upór i zawiść Stalina, który chciał zrobić na złość, idącemu jak burza na Warszawę generałowi Tuchaczewskiemu, i nie posłał mu posiłków, jakich Tuchaczewski się domagał, wojnę z Rosją radziecką byśmy z kretesem przegrali. Teraz rocznicę 20 sierpnia uroczyście obchodziliby Rosjanie, a nie my!
 Co tam historia. Grunt, że mamy „cudowną broń”, wygraną batalię o Westerplatte, oraz wycięte w Katowicach krzaki, żeby publika w czasie parady nie łaziła tam sikać!

środa, 10 lipca 2019

W S P O M N I E N I E.


Dziś miałam bardzo sentymentalny nastrój. Szłam ulicą i nagle przystanęłam, wpatrując się w kamienicę, w której spędziłam dzieciństwo. Patrzyłam w okna, z których przed laty wyglądałam kombinując, jakby się tu wyrwać z domu i pohulać z koleżankami. Z tego okna Mama wołała mnie: - Ela, obiad na stole! A ja momentalnie nurkowałam pod jakiś krzak i udawałam, że wcale mnie nie ma. Patrzyłam na balkon, gdzie zawsze latem Mama sadziła nasturcje. Tak pięknie pachniały… 


Przeszłam koło wysokiego muru, na którym wywijałam koziołki. Nie wiem jakim cudem nie spadłam i nie złamałam sobie karku. Wtedy jednak nie miałam zawrotów głowy, biegałam szybko i lekko. Teraz ciężko mi chodzić, bo czasem puchną mi nogi. Starość. Ile to już lat minęło od tych cudownych, beztroskich czasów dzieciństwa? Wolę nie liczyć, żeby się nie przestraszyć.
 Powróciłam do domu bardzo smutna. Tak wiele rzeczy umyka nam z wiekiem z pamięci. Zapominamy o sprawach i ludziach, którzy niegdyś żyli wśród nas, a potem odeszli cicho, nie pozostawiając po sobie śladu, nawet wspomnienia. Pamiętam, że kiedyś, w czasie długich jesiennych lub zimowych wieczorów, gdy nikomu jeszcze nie śniła się telewizja i telefony komórkowe, siadywałyśmy z Mamą w pokoju przy ciepłym piecu. Za oknami padał śnieg i była mroźna noc, a w pokoju ciepło i zacisznie. Mama opowiadała mi wtedy o swoich krewnych i ich ciekawych, a czasem tragicznych losach. Zapamiętałam te opowiadania. Na ich podstawie powstała moja książka: „Kochankowie Burzy”, a także ta historia, jaką chcę tu opowiedzieć. Jest prawdziwa, nie zmieniałam nawet imion i nazwisk.
Zamek cesarski w Poznaniu.
Mój dziadek Michał, ojciec Mamy, miał dwie siostry. Jadwigę, czyli Wiki i Teodorę, nazywaną Dorą. Córki radcy na Zamku cesarskim w Poznaniu. Panny dobrze urodzone i odpowiednio wychowane. Był rok 1913, zima i karnawał, jak zwykle w Poznaniu, rozpoczęty wielkim balem w hotelu Bazar. Dziewczęta miały po osiemnaście i dziewiętnaście lat, były więc w wieku, w którym panny powinny już zacząć bywać w towarzystwie. Rodzice zdecydowali, że córki towarzyszyć im będą na balu w Bazarze. O partnerów nie musiały się martwić, gdyż dwóch starszych braci, Michał i Marcin miało wielu kolegów.
 
Hotel Bazar w 1910 r. Fotopolska.

Zaczęto przygotowania do balu. Wynajęta krawcowa w kącie pokoju jadalnego, szyła na maszynie suknie balowe i wizytowe, oraz odpowiednią bieliznę, jakiej się wtedy w sklepie nie kupowało. Z webowego płótna, obszywanego gęsto koronkami. Szyła halki, koniecznie z dwiema lub trzema falbanami, żeby toaleta wydawała się kloszowa. Przed balem, długie układanie włosów w skomplikowane fryzury i odrobina perfum. Nie za dużo, bo nie wypadało, żeby panna pachniała niby sklep perfumeryjny.
Penterest  Strój balowy z lat 1910 -13
Obie siostry wzajemnie przepędzały się sprzed dużego lustra, w którym każda chciała się obejrzeć. Nareszcie wyświeżone i wystrojone, pod bacznym okiem matki, były gotowe do wyjścia. Ojciec i bracia w czarnych frakach, „jaskółkach”, owinęli szyje szerokimi, białymi szalami i narzucili na ramiona czarne peleryny podbite białym atłasem. W takich strojach panowie chodzili na bale. 
Dziedzictwo Suwalszczyzny. Męskie stroje balowe.
Zamówiona kareta już czekała pod domem i cała rodzina pojechała do hotelu Bazar. Bal był za zaproszeniami, gromadząc elitę miasta. Do tańca grała dobra orkiestra, a obie panny pierwszego walca zatańczyły z braćmi. Wyglądały pięknie w strojnych balowych sukniach z powiewnej gazy: Jadwiga w niebieskiej, a Dora w białej.
Bal   centrumrekodziela pl.
 Teodora, była bardzo ładną dziewczyną. Jasną blondynką, o dużych błękitnych oczach. Podobnie jak bracia, odziedziczyła po ojcu chłodną nordycką urodę, w przeciwieństwie do młodszej siostry, figlarnej brunetki. Bal był wspaniały, a obie panny, ani razu nie „skrobały pod ścianą marchewki”, jak się wtedy mówiło o tych, które nie tańczyły. Szczególnie Dora miała wielkie powodzenie. Raz po raz prosił ją do tańca przystojny oficer w strojnym galowym mundurze kapitana „Kőniglich preussiche Fliegtruppen”, Królewskich Pruskich Wojsk Lotniczych. Należy pamiętać, że Wielkopolska z Poznaniem, należała wówczas do Prus, jako Wielkie Księstwo Poznańskie, a w wojsku niemieckim służyli także Polacy.
Mundur galowy armii pruskiej z lat I wojny światowej. Forum historyczne - Dobroni
 Ponieważ nie wypadało, żeby nieznany mężczyzna kilka razy prosił pannę do tańca, oficer przedstawił się rodzicom Dory. Był to kapitan Henryk Schiller, z poznańskiego batalionu lotniczego na Ławicy. Przystojny oficer bardzo wpadł w oko Dorze, a rodzice także nie nic przeciwko temu, by bawił ich córkę na balu.
W owym czasie lotnik, miał status dzisiejszego kosmonauty, bohatera przestworzy. Niemcy w tych latach mieli już rozbudowane lotnictwo i wyszkolonych pilotów. Na poznańskim lotnisku Ławicy, stały gotowe do lotu samoloty i sterowce, a nawet wielki Zeppelin, któremu zbudowano ogromną halę. 
Zeppelin nad Poznaniem 1914 r Głos Wielkopolski Plus.
 Znajomość Teodory z kapitanem Schillerem nie skończyła się na balu, bo nazajutrz młody oficer złożył im oficjalną wizytę, przynosząc pannie wielki bukiet róż. Jak to było w zwyczaju, zapytał rodziców, czy pozwolą mu bywać u Dory? Po namyśle, starszy pan radca wyraził zgodę. Równało się to rozpoczęciu poważnych konkurów. Młoda para bardzo szybko nawiązała bliski kontakt, a Teodora była zakochana.
Kapitan Schiller urodził się w Berlinie, w rodzinie niemiecko-polskiej, co się wtedy często zdarzało. Był człowiekiem wykształconym, zdolnym oficerem rokującym rychło nadzieję na awans. Z nastaniem wiosny, młodzi bywali na koncertach w parkach poznańskich, w cukierniach, lub w operze, bo kapitan Schiller bardzo lubił muzykę. Naturalnie zawsze towarzyszyła im młodsza siostra w roli przyzwoitki, lub rodzice darzący sympatią konkurenta córki.
Teatr Wielki w Poznaniu.
Młody oficer był namiętnie zakochany w błękitnookiej pannie i już w czerwcu poprosił rodziców o jej rękę. Na owe czasy było to błyskawiczne tempo zalotów i starszy pan radca, po naradzie z żoną oświadczył, że owszem, zgadza się na zaręczyny, ale ślub odbędzie się nie prędzej, niż w sierpniu przyszłego 1914 roku. Wcześniejszy mariaż byłby niestosowny, stawiając pannę młodą w niekorzystnym świetle. Dora płakała, błagając rodziców o zgodę na wcześniejszy ślub, lecz ojciec był nieubłagany i decyzji nie zmienił. Zaczęły się przygotowania do ślubu i wesela, szycie wyprawy dla panny młodej i zakupy. W tych czasach młoda mężatka wnosiła mężowi nie tylko wyprawę osobistą, ale i całe wyposażenie mieszkania w meble i gospodarstwo domowe. Kupowano wszystko nowe, od garnka, do balii, od stołu do kuchni, do mebli salonu. Ze ślubnej wyprawy Teodory, do lat 1960, zachował się w rodzinie piękny zegar ścienny, dźwięcznie wydzwaniający godziny.
W jesieni odbyły się huczne zaręczyny, a Teodora z dumą nosiła na palcu pierścionek z dużym brylantem. Ślub miał się odbyć z wielką paradą w Katedrze poznańskiej. 
Katedra poznańska. City Guide Poznań.
 Rozsyłano zaproszenia do rodziny i znajomych. Z Berlina mieli przyjechać rodzice pana młodego i jego koledzy, oficerowie lotnictwa. Na zabawach i tańcujących herbatkach minęła zima i nastał rok 1914. Nikt nie wyobrażał sobie nawet, że będzie to rok przełomowy, zmieniający nie tylko losy ludzi, lecz i całych narodów.
Dora i rodzina przygotowywali się do ślubu. Zamówiono przyjęcie weselne w hotelu Bazar, gdzie młoda para miała też spędzić noc poślubną. Nadeszło lato i nagle, jak uderzenie pioruna, 28 czerwca 1914 r. ukazała się wiadomość o zamachu w Sarajewie. Z ręki terrorysty Gavriło Principa, zginęli zastrzeleni, następca tronu austro-węgierskiego, arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg i jego żona z hrabiów Chotek, księżna Hohenberg. 
Zamach w Sarajewie. Eloblog
 Władze Austro-Węgier zamierzały przeprowadzić śledztwo na terenie Serbii, lecz władze serbskie nie wyraziły na to zgody. Stało się to pretekstem do wypowiedzenia Serbii wojny. 28 lipca rozpoczęła się wojna, nazwana potem I wojną światową, lub Wielką Wojną. Efektem domina, inne państwa stawały po stronie Serbii, lub Austrii, wypowiadając sobie wojnę. 1 sierpnia Rzesza Niemiecka wypowiedziała wojnę Rosji, opowiadającej się za Serbią! 3 sierpnia Niemcy wypowiedziały wojnę Francji. Na murach Poznania wywieszono afisze głoszące mobilizację. 
Ślub Teodory z kapitanem Schillerem odbył się 3 sierpnia w Katedrze poznańskiej. Gości było niewielu, gdyż wybuch wojny zatrzymał rodzinę pana młodego w Berlinie, a bracia panny młodej, Michał i Marcin już byli zmobilizowani i tego dnia mieli zgłosić się na Cytadelę do swojej jednostki. Wesele w hotelu Bazar było smutne, gdyż pan młody natychmiast po uroczystości musiał wracać na lotnisko na Ławicy.
Lotnisko na  Ławicy 1914 r. Archiwum Allegro
 Nie było nocy poślubnej, po uroczystym obiedzie goście rozjechali się do domów, a kapitan Schiller pożegnawszy spazmującą z rozpaczy młodą żonę, udał się na lotnisko. Jeszcze tego dnia mieszkańcy Poznania widzieli wielki Zeppelin unoszący się nad dachami miasta. Odleciał w niewiadomym kierunku. Ogromne sterowce używane były przez Niemców jako bombowce. Atakowały z zabójczą precyzją cele naziemne, nawet w nocy, czego samoloty robić wówczas jeszcze nie mogły. Po raz pierwszy w dziejach wojen Zeppeliny zbombardowały Londyn. Lecz ogromne cygara napełniane gazem, były dosyć łatwym celem do zestrzelenia.
Teodora miesiącami oczekiwała na przyjazd męża. Z listów dowiadywała się, że walczy nad Francją. Był dowódcą wielkiego Zeppelina, który bombardował cele naziemne w Belgii i we Francji. Na razie o przepustce nie mógł nawet marzyć. Pocieszał żonę, że z pewnością powróci na kilka dni, być może na święta Wielkanocne.
Zeppelin bombarduje Londyn. Dzieje. pl.
 Pewnego jesiennego popołudnia, przy podwieczorku zgromadziły się panie, żony walczących na froncie francuskim braci, Michała i Marcina. Dora opowiadała z radością o ostatnim liście męża, który obiecywał, że wkrótce się zobaczą. Babcia Jadwiga wspominała, jak bardzo Dora tęskniła za mężem. Toteż jego obietnica powrotu napełniła ją wielkim szczęściem. Wtedy, przy podwieczorku, nie mówiła o niczym innym. Żadna z pań nie zwróciła uwagi na dzwonek u drzwi. Ale za chwilę weszła służąca i podała Teodorze na tacy telegram. Był z czarną opaską. Krzyknęła przeraźliwie i nie chciała go wziąć. Babcia Jadwiga otwarła telegram. Drżącym głosem odczytała jego treść. Dowódca floty powietrznej, zawiadamiał łaskawą panią Schiller, że jej mąż, kapitan Henryk Schiller, oddał życie za Rzeszę i Cesarza, zestrzelony nad okopami nieprzyjacielskimi we Francji. Ciała nie odnaleziono.
 Do tragicznej wiadomości dołączone były wyrazy współczucia i pochwała dla wojennych zasług poległego kapitana. Znalezienie ciała było niemożliwe, bo zestrzelony Zeppelin po wybuchu gazu, w płomieniach runął na ziemię. 
Tak się skończyło małżeństwo Teodory. Nigdy nie wyszła za mąż po raz drugi. Ufundowała na cmentarzu marmurową tablicę z epitafium męża i chodziła tam często, składając pod nią kwiaty. Jej siostra poślubiła bogatego właściciela wielkiego kina w Poznaniu. Bracia Michał i Marcin wzięli udział w Powstaniu Wielkopolskim, a Teodora w szpitalu opiekowała się rannymi powstańcami. Dziadek Michał był oficerem policji i żołnierzem AK. Marcin, oficer WP, został rozstrzelany wraz z żoną przez gestapo w 1939 r, za wykrycie niemieckiego agenta.
Teodora przeżyła wojnę i zmarła w 1957 roku. Odeszła tak cicho i spokojnie, jak żyła. Pozostało po niej jedynie to wspomnienie.