środa, 22 listopada 2017

SEKRETY RODZINNE - NIEOCZEKIWANY TELEFON!


 22 listopada 2017r.
Busko Zdrój  Park Zdrojowy.
   Powiadomienie o przyznaniu mi sanatorium, przyszło tak szybko, że pomyślałam sobie, iż profesor ma duże chody w tamtych sferach. Dostałam skierowanie na trzytygodniowy pobyt do Buska Zdroju. Nawet ucieszyłam się, że nie nad morze, tylko w piękne, malownicze Góry Świętokrzyskie.
    Wolałam jechać do sanatorium i wylegiwać się na słoneczku, niż brać codziennie zastrzyki w obolałą pupę i łykać tabletki, po których bolał mnie żołądek.
W biurze, szef trochę narzekał, że ma za mało pracownic, bo jedne na urlopach, a drugie chorują, (to ja!) ale w końcu musiał pogodzić się z tym faktem. W tamtych czasach, pobytu w sanatorium, nie potrącano z urlopu, jak to pracodawcy czynią dzisiaj, więc po sanatorium miałam jeszcze do wykorzystania cały wolny miesiąc. Powiedziałam szefowi, że nie planuję urlopu wypoczynkowego w lecie, więc może w tym czasie jechać ktoś inny. Z westchnieniem ulgi opuściłam zakład, bo serdecznie nie lubiłam mojej papierkowej pracy.
    Na pożegnanie, zaprosiłam Alinkę i Witka, do lokalu, na koniak i potańcówkę. Staszek jeszcze siedział w Warszawie, ku cichemu żalowi mojej kumpelki.
- Tobie to dobrze. - narzekała Alinka, popijając alkohol, między jednym tańcem, a drugim. - Będziesz moczyła tyłek w błotku, odpoczywała na leżaku, masowana, karmiona, i hołubiona. Nie to, co biedna ludowa lekarka, obowiązana stać godzinami ze skalpelem i kroić porąbanych facetów.
- To weź urlop i jedź ze mną. - poradziłam wesoło.
- Oho, dobrze ci mówić. Myślisz, że mogę rzucić pracę i jechać? Ordynator dostałby zawału. Staszek ma kilka dni przerwy w wykładach, to wybierzemy się w na Hel. A ty się lecz!
- Iza, czy moja stara nie zaczepiała ciebie? - zagadnął Witek, siedzący z niedbałym wdziękiem obok mnie. - Mam ochotę skuć babie morduchnę, za nachodzenie moich przyjaciół. Wyobraź sobie, wczoraj napastowała Alinkę w szpitalu. Musiano ją siłą usunąć.
    Poruszyłam się niespokojnie, bo nie wiem dlaczego, ale widok tej kobiety przejmował mnie lękiem.
- Czego od ciebie chciała? - zwróciłam się do Alinki.
- Tego samego, co od ciebie. Żebym nakazała Witkowi, by wrócił do niej. Mnie także groziła.
- Rany boskie, ta baba jest niebezpieczna. Witek, jak wrócę z sanatorium, wezmę pożyczkę i dam ci choć część pieniędzy na adwokata. A może powiadomisz milicję lub prokuratora?
    Alinka pochyliła się i pocałowała mnie w policzek.
- Dobrze mieć takich przyjaciół. Nie martw się, bo ja i rodzice postaramy się opłacić mu dobrego adwokata.
- Polecę wam naprawdę znakomitego prawnika. Ani razu nie przegrał sprawy.

- Chodź, zatańczymy pożegnalne tango-przytulango. - Witek wstał i skłonił mi się elegancko.
    Weszliśmy na parkiet, między tańczące już pary. Witek świetnie tańczył i jak zwykle zwracał uwagę kobiet swoją urodą. Czy chciał, czy nie, baby na niego leciały, a on był tego świadomy.
- Pewnie po powrocie z sanatorium wybierzecie się z Bronkiem na wczasy? On wie, że jedziesz do sanatorium? - spytał, lawirując wśród ciasno splecionych par.
    Udałam, że się potykam, mocniej opierając się o niego. Cholera, nie chcę o tym mówić i nie chcę o tym myśleć. Dosyć mam nieprzespanych i przepłakanych nocy.
- Witek, może pogadasz z dowódcą szczerze i poprosisz go o przeniesienie na jakiś czas?
- Mam uciekać przed wściekłą babą? Chyba żartujesz! - obruszył się.
- Właśnie wściekłą, to znaczy niebezpieczną. Witek, ona nie wydaje mi się normalna i boję się o ciebie.
- Obiecuję, że zadbam o swoje bezpieczeństwo. Kochana z ciebie dziewczyna, czasem zazdroszczę Bronkowi.
    Roześmiałam się z przymusem i pogłaskałam jego ciemną czuprynę. Bawiliśmy się niemal do rana i zdrowo opijaliśmy „nasze kawalerskie”. Wróciłam do domu zalana w trupka i spałam do południa. Wieczorem miałam pociąg do Krakowa, a stamtąd do Buska, więc musiałam się spakować.
    Mama od rana gotowała dobry obiad, żebym przed podróżą nie zgłodniała. Zawsze uważała, że jestem niedożywiona i wyjeżdżając z domu, przymieram głodem. Dlatego karmiła mnie przed podróżą zadowolona, że jej córeczka nie padnie w drodze.
Rodzice odprowadzili mnie na stację, a tata poszukał miejsca przy oknie w wagonie. Podróż miałam dobrą do Krakowa, ale po przesiadce, do wagonu wepchała się spora wycieczka i musiałam siedzieć na walizce. Do Buska przyjechałam w piękny, słoneczny dzień i ucieszyłam się, że sanatorium znajduje się w głębi dużego parku. Dostałam dwuosobowy pokój z młodą panią z Przemyśla. Nie przepadałam za towarzystwem drugiej osoby, ale pojedynczych pokoi nie było.
Jak to zwykle na wczasach i w sanatorium, zanim zaczęto zabiegi, był wieczorek zapoznawczy, na którym z trudem ukrywałam ziewanie. Na drugi dzień, zaczęto mnie torturować wodnymi biczami, kąpielami w czymś tam i masażami. Zabierało mi to całe przedpołudnie, ale po obiedzie już byłam wolna i wtedy szłam na długie samotne wycieczki, starając się uciec przed moją współlokatorką. Jestem towarzyska z natury, ale po ciężkich przejściach, lubię być sama, kiedy w pobliżu nie ma moich przyjaciół.
Busko Zdrój   Park Zdrojowy.
  Busko ma śliczne okolice, i mikroklimat działający zbawiennie na różne choroby, między innymi nerwice. Chodziłam godzinami, zwiedzając starożytne miasteczko, pięknie położone w paśmie Gór Świętokrzyskich, pełne zieleni i kwiatów. We wspaniałym Parku Zdrojowym, kwitły właśnie róże, a w muszli koncertowej, popołudniami odbywały się występy muzyczne. Kąpałam się w basenie z wodą mineralną i próbowałam zapomnieć o..., Ale nie mogłam. W torebce ciągle jeszcze nosiłam jego zdjęcie, a w domu, na moim stoliku przy wersalce, dalej stała jego duża fotografia. Wszystkie listy i prezenty od niego, starannie spakowałam i złożyłam w szufladzie biurka, zamierzając mu je odesłać. Z palca zdjęłam złoty pierścionek, który mi ofiarował na zaręczyny. Już nie byłam jego narzeczoną.
    Pani z Przemyśla przestała się mną interesować, kiedy stwierdziła, że nie palę się do zawarcia bliższej znajomości. Starałyśmy się nie przeszkadzać sobie wzajemnie, zamieniając kilka uprzejmych słów, rano i wieczorem. Moja współlokatorka, choć mężatka, nie stroniła od towarzystwa panów, i wieczorami chodziła na dansingi do miejscowych knajpek, oczywiście nie sama. Wracała późną nocą, przekupiwszy recepcjonistę, w „stanie wskazującym” i rzygała w łazience. Udawałam., że tego nie słyszę. Pacjentom sanatorium nie wolno było wracać po godzinie dziesiątej oraz pić alkoholu, ale jedynie teoretycznie, bo w praktyce różnie to bywało.
    Kilka razy dzwoniłam do domu, a Alisia telefonowała do mnie, pytając jak się czuję i jakie przepisano mi zabiegi. Wylegiwałam się na leżaku, starając się porządnie opalić i spacerowałam po kasztanowych alejach. Urzekły mnie, zapamiętane z dzieciństwa ulubione wierzby rosnące przy drodze. Ich widok zawsze kojarzyłam z muzyką Chopina. W sumie było zdrowo i bardzo nudnie, choć dyrekcja organizowała nam wycieczki w malownicze zakątki Gór Świętokrzyskich.
Okolice Buska Zdrój
   Po kilku dniach pobytu, zaczęłam tęsknić do domu i moich przyjaciół. Nawet wspomnienie bolesnych zastrzyków, dawanych mi przez Alinkę, nie zmniejszało mego pragnienia powrotu do domu. Ech, ja to się nigdy nie zmienię!
    Byłam już na kuracji ponad dwa tygodnie. Pogoda była taka piękna, że zaraz po obiedzie wyszłam do parku. Usiadłam na ławce w pobliżu okazałego Domu Zdrojowego i wyciągnąwszy nogi, opalałam się, ubrana w jakieś skąpe ciuszki. Opiekałam się w ten sposób parę godzin, ku wielkiej radości kilku panów, którzy przysiedli na sąsiednich ławkach i zafascynowani, obserwowali moje nogi. Co jakiś czas podciągałam odrobinę wyżej spódniczkę. Ot tak, z dobrego serca, żeby mieli na co patrzyć. Im się nie nudziło, ale mnie tak. W końcu wstałam i odeszłam, żegnana pełnymi zawodu spojrzeniami.
    W recepcji powitała mnie zaaferowana pani.
- O, jak to dobrze, że pani wróciła. Miałam kilka telefonów do pani. Ale nic straconego, bo następny telefon będzie za piętnaście minut.
    Przymknęłam oczy i błyskawicznie powróciłam pamięcią do mego pobytu w Kołobrzegu. Wtedy dzwonił do mnie Bronek, a ja go tak podle potraktowałam. Nieśmiała nadzieja zaświtała mi w sercu. A może to jednak on? Dowiedział się, że byłam chora i dzwoni? c.d.n.

niedziela, 19 listopada 2017

SEKRETY RODZINNE - ROZMOWA Z MAMĄ.


19 listopada 2017 r.

   Wstydziłam się przyznać nawet przed sobą, że strasznie tęskniłam za Bronkiem. Wraz z upływem czasu, stał mi się niezbędny do życia. Bez niego nic dla mnie nie miało znaczenia. Kiedy uświadomiłam sobie, że przede mną dni, tygodnie, miesiące samotności, czułam rozpacz połączoną z wściekłością. Bo to ja sprawiłam, że się rozstaliśmy. Gdyby teraz zjawił się przede mną, zrobiłabym dla niego absolutnie wszystko! Nie jestem żoną Romanowicza, pragnęłam być żoną kapitana Orlickiego. Mego ukochanego Bronisia. Ale nią nie będę, bo zerwał ze mną. Chce mieć normalną dziewczynę, z którą może współżyć, a nie takiego świra, jak ja!
    Upadłam na poduszki i zalałam się łzami. Dlaczego, Boże wielki, dlaczego mnie tak pokarałeś?
   Rodzice wrócili nazajutrz i bardzo się zdziwili, widząc mnie w domu, a nie w pracy. Wytłumaczyłam, że Alinka zleciła mi kompleksowe badania i dała dwa dni zwolnienia. Tata może uwierzył, ale nie mama, nasz domowy detektyw. Zmierzyła mnie przenikliwym wzrokiem, lecz nie pisnęła nawet słówka udając, że wszystko jest w porządku.
    Ale wieczorem, kiedy siedzieliśmy przed telewizorem, mama spytała niewinnym tonem:
- Bronek nie dzwonił?
    Pomyślałam, że wcześniej, czy później, rodzice dowiedzą się o wszystkim. Lepiej żeby dowiedzieli się tego ode mnie.
- Nie dzwonił i już nie zadzwoni. - oznajmiłam spokojnie. - Pan Orlicki zerwał ze mną.
    W moich rodziców jakby piorun strzelił. To był dla nich tak silny wstrząs, że nie mogli wprost w to uwierzyć.
- Ale dlaczego?… - zwykle wygadany tata, nie potrafił sformułować pytania.
- Widocznie chce mieć normalną kobietę, a nie żonę Romanowicza. -  głos uwiązł mi w gardle.
- Co ty za głupstwa opowiadasz! - wrzasnął ojciec porywając się z fotela. - On tak powiedział?
    Spuściłam nisko głowę i kilka łez, spłynęło mi po policzkach. Ojciec podszedł do mnie i wziął mnie w ramiona.
- Już dobrze, dobrze. - wyszeptał wzruszony. - To nie twoja wina. Połamałbym laskę na łbie tego sukinsyna, który niszczy ci życie, nawet po śmierci. Bronek chyba upadł na głowę. Nie posądzałem go o taką głupotę i nieczułość. Nie płacz, dosyć już łez wylałaś w swoim życiu. Ostatecznie na panu Orlickim świat się nie kończy.
    Ale dla mnie się skończył. - pomyślałam z rozpaczą.
  
  
   Ojciec uścisnął mnie mocno i usiadł, ale widziałam, że drżą mu ręce. Bardzo przywiązał się do Bronka, uważając go niemal za syna. Ale ja byłam dzieckiem taty i musiał stanąć w mojej obronie.
- Zadzwonię do pani Marii i powiadomię ją, jak jej syn postąpił niehonorowo z moją córką! - oświadczył twardo.
    Z przerażenia zrobiło mi się słabo. Złożyłam dłonie, wpatrując się w ojca z błaganiem.
- Tatku, proszę, jeśli mnie kochasz, proszę, nie dzwoń i nic nie rób w tej sprawie. Lepiej, że stało się to teraz, a nie po naszym ślubie. Błagam ciebie, nie mów już nic na ten temat. To sprawa zamknięta i zakończona. Nie chcę do niej wracać.
    Ojciec pokiwał głową i zamilkł, udając, że obserwuje film w telewizorze. Ale po chwili wstał i zgasił telewizor.
- Jestem zmęczony i idę się położyć. - rzekł i przechodząc, położył rękę na moim ramieniu. - Głowa do góry, pikusiu. Żaden mężczyzna nie jest wart twojej jednej łzy.
    Kiedy drzwi zamknęły się za ojcem, mama siedziała w milczeniu, nie patrząc na mnie.
- Chodź, córeczko, do kuchni, zaparzymy kawę i zapalę sobie papierosa. Pogadamy. - odezwała się, z ponurą miną.
    W pokoju mama nigdy nie paliła uważając, że od dymu żółkną firanki. Lubiłam naszą przytulną kuchnię, znajomą od dzieciństwa, i patrzyłam w zamyśleniu, jak liliowy płomień gazu obejmuję spód czajnika z wodą. Nasypałam kawę do dwóch filiżanek, a kiedy woda się zagotowała, zalałam ją wrzątkiem. Mama siedziała na krześle przy stole, obserwując moje ruchy. Z kieszeni fartuszka wyjęła paczkę Carmenów, zapaliła papierosa i podsunęła paczkę ku mnie.
    Dla Bronka starałam się nie palić, ale teraz to już nie miało znaczenia. Wyciągnęłam papierosa i zapaliłam, zaciągając się dymem.
- Powiedz mi, co między wami zaszło. - usłyszałam cichy głos mamy.
- Okazało się, że jednak nie jestem zdrowa. Do Bronka to w końcu dotarło i zrezygnował ze mnie.
- Chcę wiedzieć, dlaczego zrezygnował? Dostałaś przy nim ataku?
- Można to tak nazwać. Przyjechał bardzo stęskniony, zapragnął zbliżenia, a ja go odtrąciłam. Ot i wszystko!
- Kochanie, porozmawiajmy jak kobiety. - powiedziała mama, strzepując z papierosa popiół, do popielniczki z dużej muszli. - Nie należysz do dziewcząt, które na prośbę mężczyzny, zaraz rozkładają nogi. Miałaś prawo odmówić, a on powinien to uszanować.
- Mamo, ja tego także chciałam, lecz mimo to odepchnęłam Bronka od siebie i krzyknęłam, że nie chcę. Rozumiesz? Zachowywałam się jak ktoś obcy i wrogi. To nie byłam ja! A ponieważ już poprzednio były między nami nieporozumienia, Bronek uznał, że nigdy go nie kochałam. Powiedział, że nie byłam jego narzeczoną, lecz zawsze tylko żoną Romanowicza! Jezu, tyle wycierpiałam przez tego łotra i jeszcze po śmierci jest dla mnie przekleństwem!

- Tak ci powiedział i wyszedł? Dlaczego nie próbowałaś go zatrzymać? Wytłumaczyć, że źle się poczułaś. Żeby sobie nie myślał, że nadal kochasz tego potwora.
- Nie mogłam, bo zrobiło mi się trochę słabo. - szepnęłam.
    Mama poderwała się i podbiegła do mnie, obejmując mnie mocno i tuląc do piersi. Zawsze w dzieciństwie, w ramionach mamy, znajdowałam pociechę i poczucie bezpieczeństwa. Ale teraz wiedziałam, że te czasy minęły bezpowrotnie. Byłam dorosła i sama musiałam rozwiązywać swoje problemy.
- Kochanie, jak bardzo zasłabłaś? - zawołała mama, ogarnięta paniką.
- No, trochę. Alinka zabrała mnie do szpitala.
- Wielki Boże! - mama załamała ręce. - A ja nic nie wiedziałam. Dlaczego nie zadzwoniłaś?
- Nie chciałam was martwić. Nie przejmuj się, Pieseczku, już wszystko dobrze. Alinka załatwiła mi wizytę u profesora neurologa i właśnie wczoraj wróciłyśmy od niego.
- Co powiedział? - spytała mama nieswoim głosem. Nie kończąc palić papierosa, rzuciła go i drżącymi rękami zapaliła nowego.
- Trochę żeśmy się pośmiali, bo Alisia wyjechała do niego z łaciną zapominając, że ja także znam ten język. - próbowałam nadać rozmowie weselszy ton, ale mama nadal wpatrywała się we mnie z przerażeniem.
- Co powiedział profesor? - powtórzyła, opadając na krzesło.
- Ach, nic takiego. Kazał Alince powtórzyć kuracje, bo uznał, że była dobra i obiecał załatwić mi jak najszybciej sanatorium. To wszystko. Nie jest tak źle.
- Zaczniesz kurację od nowa? - biedna mama wiedziała, jakie to dla mnie było trudne i bolesne. - To znaczy, że choroba wróciła, tak?
    Dokończyłam pić kawę i umyłam filiżanki. Ustawiłam je pedantycznie w kredensie i pocałowałam mamę w czubek głowy.
- Nie wróciła. Prawdopodobnie nigdy nie byłam wyleczona. Chodźmy spać, mamciu, bo jutro muszę iść do szpitala na zastrzyk. c.d.n.

czwartek, 16 listopada 2017

SEKRETY RODZINNE - WITEK JEST NIEPOPRAWNY!


16 listopada 2017 r.

   Wizyta u profesora nawet mnie rozbawiła. Alinka nie dopuściła mnie do głosu, sama przedstawiając mu stan mego zdrowia i to po łacinie. Moje kochane biedactwo, zupełnie zapomniało, że studiując prawo, musiałam ugryźć także ten martwy język – oczywiście ugryźć w przenośni. Wprawdzie nie znam łacińskich nazw chorób, ale w języku potocznym, coś niecoś zrozumiałam. W pewnym momencie, Alinka zająknęła się, szukając odpowiedniego słowa. Dyskretnie jej podpowiedziałam. Otwarła szeroko oczy, a profesor się roześmiał.
- To może, pani doktor, zaczniemy mówić po polsku, bo łacina dla naszej pacjentki nie jest tajemnicą. - oświadczył z humorem.
- Pod warunkiem, panie profesorze, że moja ukochana pani doktor pozwoli mi dojść do słowa. - dodałam z uśmiechem.
    Niestety, dalej już nie było tak wesoło, bo profesor oznajmił, że korzystnie byłoby dla mnie, poleżeć trochę w klinice. Kiedy stanowczo zaprotestowałam, zgodził się na sanatorium.
- Musi pani odpocząć psychicznie po przeżytym wstrząsie. To konieczne. Kuracja stosowana przez panią doktor, okazała się skuteczna, więc należy ją powtórzyć. Ale najważniejszy jest wyjazd i zmiana otoczenia, przez najbliższy miesiąc. Postaram się, żeby pani jak najszybciej otrzymała to sanatorium.
    Porozmawiał jeszcze chwilę z Alinką i ze mną, wypytując o moją pracę oraz studia i pożegnał się z nami, życząc mi powrotu do zdrowia. Zaraz po wyjściu z gabinetu, Alinka walnęła mnie pięścią w plecy.
- Ty paskudnico, skompromitowałaś mnie w oczach profesora! - syknęła.
    Oddałam jej cios z równą siłą.
- Nie trzeba było wymądrzać się przy mnie. Nie studiuję chowu trzody chlewnej, tylko prawo. A tam obowiązuje łacina, ty mądralo! No, już dobrze, słoneczko, teraz pójdziemy na obiadek do Grand Hotelu i postawię ci drinka! Na chwilę zapomnę, że czekają mnie od nowa zastrzyki, tabletki i twoje cholerne zalecenia. A tak się cieszyłam, że mam to już za sobą.
- To ja się staram, żebyś była zdrowa, a ty wybrzydzasz? - wrzasnęła moja przyjaciółka, stając rozindyczona na środku jezdni. - Jesteś niewdzięcznicą!
    Pośpiesznie ściągnęłam ją na bezpieczny chodnik i cmoknęłam w policzek.
- Ty wiesz, że cię kocham, ale niekiedy mnie wkurzasz. Staszek nigdy by mi nie przebaczył, jakby z mojej winy przejechało cię tutaj auto, lub tramwaj. Chodź, bo po tej lekarskiej wizycie muszę się wzmocnić na ciele i duchu kielichem.
    Poszłyśmy do ekskluzywnej restauracji i zjadłyśmy smaczny obiad, zakrapiany alkoholem. Do domu wróciłyśmy w najlepszej zgodzie.
Wrocław Hotel Monopol.
   Alinka z dworca pojechała taksówką do szpitala, a ja skierowałam się w stronę mego domu. Ale zanim tam dotarłam, zaczepiła mnie Weronka, widocznie czyhająca na mnie.
- Niech pani powie Witkowi, żeby wrócił do żony i dzieciaka, a nie kurwił się po kątach! - powiedziała bez wstępu.
    Jak zwykle, była niechlujnie ubrana i miała tłuste włosy, zwisające w kosmykach na szyję. Gdybym była Witkiem, nawet wołami nie zaciągnęliby mnie do niej.
- Niech pani sama mu to powie, bo ja go już dawno nie widziałam. - odpowiedziałam dosyć podniesionym tonem.
- Akurat. Wszyscy zmówiliście się przeciwko mnie. - wymamrotała nabzdyczona.
    Szlag mnie trafia, jak widzę tę cholerną babę. Toteż nie bawiąc się w uprzejmości, zdenerwowana dodatkowo wizytą u profesora, minęłam ją, rzucając w przelocie:
- Przepraszam, śpieszę się!
    Wchodząc do bramy domu, usłyszałam za sobą:
- Kurwa, same hrabiny w tym zasranym mieście. Jeszcze się kiedyś policzymy!
    Wbiegłam po schodach i zatrzasnęłam z hukiem za sobą drzwi mieszkania. Zrzuciłam z nóg sandałki i rzuciłam nimi przez cały przedpokój. Kipiałam ze złości, nie mogąc się wyładować na tym wiejskim tłumoku. Weszłam do pokoju i rzuciłam torebkę na wersalkę, jej śladem posłałam żakiet i spódnicę. Poszłam do kuchni i napiłam się zimnej herbaty pozostawionej na stole przed wyjazdem, i odsapnęłam.
    Tępa kretynka, zakuty łeb i chamka! - myślałam, nastawiając na gazie wodę na kawę i zabierając się do odgrzania obiadu, ugotowanego poprzedniego dnia. Ale myśl o Weronce nie dawała mi spokoju. Co sobie ta głupia krowa wyobraża, żeby zaczepiać mnie na ulicy i mi grozić! Z nerwów rozbolała mnie głowa i chwyciłam się za bolące czoło.
    Ogarnięta pasją, machnęłam ręką na obiad i poszłam zadzwonić do Witka. Wybrałam numer jednostki i kazałam się z nim połączyć. Po chwili usłyszałam jego ucieszony głos:
- Iza? Przed chwilą myślałem o tobie. Dawno się nie widzieliśmy. Co porabiasz?
- W tej chwili rozmawiam z tobą. - odrzekłam zgryźliwie. - A chciałam ci powiedzieć, że zaczepiła mnie na ulicy ta twoja nieudana żona, domagając się, żebym cię namówiła do powrotu do domu. Groziła mi, że się ze mną policzy.
    Witka zatkało, bo jakiś czas milczał.
- Bardzo przepraszam. Przeze mnie miałaś przykrości. Uważasz, że powinienem wrócić?
- Nie powinieneś się żenić z tym wycieruchem! - parsknęłam ze złością. - Oczywiście, że nie możesz tam wracać, bo to niebezpieczni ludzie. Koniecznie musisz mieć z nią rozwód. Jak zbierzesz odpowiednią kwotę, sama załatwię ci dobrego adwokata.
- Ciężko mi zebrać tak dużą sumę. Trochę to potrwa, a poza tym, co słychać? Jak tam egzaminy?
- Jestem na trzecim roku. Kiedyś się umówimy, bo dopiero wróciłam do domu z podróży i chcę odpocząć.
    W słuchawce zapadła cisza, a potem usłyszałam nieśmiały głos przyjaciela:
- Izunia, co masz dzisiaj na obiad?
- Nie stołujesz się u mamy?
- Mama ma dziś pranie, a potem idzie na jakiś odczyt i z obiadu nici. Kotku, co ugotowałaś?
- Mam cię zaprosić?
- Wypadałoby, po starej znajomości. Co ugotowałaś?
    Westchnęłam. Chyba jednak dziś sobie nie wypocznę.
- Mam jarzynową i pierogi ruskie!

- Koteczku, złotko ty moje, zaproś mnie, bo jestem cholernie głodny! - wyznał bezczelnie. - A ty tak fajnie gotujesz!
    Uśmiechnęłam się i bezradnie wzruszyłam ramionami. Nie potrafiłam mu odmówić.
- No dobrze, przyjdź. Ale się pośpiesz, bo chcę wypocząć po podróży.
- Już jadę! - usłyszałam jego entuzjastyczny okrzyk i w słuchawce zapadła cisza.
    Zwykle jadam w kuchni, ale czekając na Witka, nakryłam do stołu w jadalni, odgrzałam zupę i pierogi. Z lodówki wyjęłam sałatkę z rzodkiewek, śmietany i szczypiorku.
    Witek zjawił się z błyskawiczna szybkością i z równą szybkością pochłonął cały obiad.
- Cholera, z tobą to warto się ożenić. Szczęściarz z tego Bronka. A propos, kiedy go widziałaś?
- Przed dwoma tygodniami. - odpowiedziałam, odwracając się i zbierając nakrycia ze stołu.
- Nie dzwonił do mnie już od jakiegoś czasu. Słuchaj, Iza, czy między wami wszystko w porządku? - Witek wytarł usta serwetką i spojrzał na mnie pytająco.
- Naturalnie, w najlepszym porządku. Dlaczego pytasz?
- No bo wiesz, jak byliśmy na poligonie, to on zawsze mówił tylko o tobie. Pytał mnie o ciebie i tak dalej. Nawet śmialiśmy się z niego. A ostatnio, wcale o tobie nie wspomniał. Był jakiś obojętny nawet wobec mnie, choć znamy się już od wielu lat.
- Nie mi na ten temat nie wiadomo. - odrzekłam, niosąc naczynia do kuchni. - Witek, podnieś tyłek z krzesła i powycieraj naczynia. Porozmawiajmy raczej o twojej małżonce. Ta kobieta zachowuje się nieodpowiedzialnie i musisz bardzo uważać, bo może wyrządzić krzywdę tobie, lub komuś innemu.
- No, nie wierzę, żeby próbowała rzucić się na mnie. Jestem komandosem.
- Nie zapominaj, że ona ma rodzinkę z piekła rodem.
    Witek cmoknął mnie w policzek i roześmiał się beztrosko, kończąc wycierać ostatni talerz.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Obiad był pyszny, kochana jesteś, że mnie nakarmiłaś. Odpłacę przy ślubie. Ustaliliście już z Bronkiem datę ślubu?
- Jeszcze nie. Napijesz się kawy?
- Umarłego się pytają, a żywemu dają. A masz coś słodkiego do kawy?- z wdziękiem aniołka uśmiechnął się do mnie od ucha do ucha.
- Mam, ciebie! Witek, nie przeciągaj struny. Wypij kawę i zjeżdżaj, bo jestem zmęczona, głowa mnie boli i chcę się położyć.
- Dobrze, kochanie. Zaraz sobie idę. Słuchaj, jakby Bronek dzwonił, to zapytaj go, jak się nazywała ta dziewczyna z kasyna lotniczego. Fajna była.
- Witek, do jasnej cholery, czy ty nie przestaniesz uganiać się za babami? Dopiero skończyłeś z Dorotą!
    Wystarczył mu rzut oka na moją wściekłą twarz, żeby zrozumieć, że temat jest co najmniej nieodpowiedni.
- W porządku, skarbuniu, to go nie pytaj. Już piję kawę i się zmywam.
    Zapakowałam mu do woreczka trochę pierogów.
- Masz, zagrzej sobie na kolację.
- Jesteś aniołem, Izuniu! - chwycił mnie w ramiona i ucałował.
- Z rogami. Właśnie czuję, jak mi wyrastają. Zjeżdżaj!
- Zaproszę cię do kawiarni na wino.
- Tak. Jak obrabujesz bank.
    Prędko dopił kawę, nawet nie siadając, i raz jeszcze ucałowawszy mnie w policzek, wyszedł. Poszłam do mego pokoju i położyłam się na wersalce, podkładając sobie kolorowe poduszki pod głowę. Nie chciało mi się czytać, słuchać radia, czy oglądać telewizora. Nie chciało mi się żyć. Ponownie czekała mnie kuracja, która przez wiele miesięcy była moją zmorą.

   Znowu będę brała zastrzyki w obolałą pupę, tabletki psychotropowe, po których nastroje są zmienne, jak pogoda w jesieni. Obawiałam się, że leczenie może utrudnić mi studia, gdyż niektóre leki działały usypiającą, otępiając mózg. Nie chciało mi się jechać do sanatorium, lecz wiedziałam, że koniecznie potrzebna mi jest zmiana otoczenia. Mina profesora dała mi do zrozumienia, że kuracja kuracją, ale tylko ja mogę sobie pomóc. c.d.n.