czwartek, 19 października 2017

SEKRETY RODZINNE - "NIE CHCĘ, A MUSZĘ!"


  19 października 2017 r.
   
 Nazajutrz, przed końcem pracy w zakładzie, wybrałam się do kadr. Na szczęście kierownika nie było, bo gdzieś wyjechał służbowo. Zastałam tylko jego zastępczynię – niezłą kobietkę.
- Pani Lodziu, potrzebuję pilnie dwóch dni urlopu, w piątek i sobotę.
- No nie wiem. Księgowy mówił, że macie roboty od groma. Prosił, żebym nie udzielała nikomu urlopu.
    Przyszła mi do głowy radosna myśl, że będę mogła zadzwonić do Bronka i oznajmić, że urlopu nie otrzymałam! Kadrowa obserwowała mnie spod oka i widząc moją niewyraźna minę, spytała:
- Po co ci ten urlop?
    Doszłam do wniosku, że lepiej powiedzieć jej prawdę.
- W piątek przyjeżdża po mnie narzeczony i chce zabrać mnie do swojej rodziny. Mam poznać przyszłą teściową.
     Moja odpowiedź zrobiła na kadrowej wrażenie.
- Trzeba było od razu tak mówić. Wiesz, pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłam teściową. To było już po ślubie, w czasie okupacji. Wyglądała słodko, jak cukiereczek, ale ja z miejsca poznałam, że to zołza i miałam rację. Do śmierci zatruwała mi życie. Dam ci ten urlop, choć księgowy mnie udusi. Trzymaj się ostro!
    Powróciłam do biura i powiadomiwszy szefa, powiedziałam do koleżanek.
- Pomódlcie się za mnie. Jadę poznać przyszłą teściową!
   W odpowiedzi usłyszałam chóralnie:
- Ooooch!
                                       –--------------------------------------
    Marzyłam, żeby czas się zatrzymał i aby ten piątek nigdy nie nadszedł. Ale przekorny czas, jak zwykle, postawił na swoim i obudziłam się w piątek, bardzo wcześnie rano. Spałam nerwowo i budzik nie musiał wykurzać mnie z posłania. Zajrzałam do szafy, zastanawiając się, co mam ubrać na drogę. Nie jechałam samochodem, ani pociągiem, ale leciałam śmigłowcem, więc sukienka odpadała. Na szczęście, niedawno kupiłam sobie w Peweksie modne czarne dżinsy, odpowiednie do takiej podróży. Do tego postanowiłam wziąć biały golf i kurtkę skórzaną.   Zapakowałam niewielki neseser wkładając przybory toaletowe i kosmetyczne. 
   Pamiętałam, że spędzę w gościnie niedzielę, więc zdecydowałam się wziąć ładną sukienkę i najlepszy czarny kostium, z różową nylonową bluzeczką, pełną falbanek, w której wyglądałam niewinnie jak aniołeczek. Wepchnęłam jeszcze szlafrok, papcie oraz piżamę i zamknęłam neseser, ciężko wzdychając. Nie chciało mi się jechać!
    Mama i tata także wcześniej wstali, bo trzeba było przygotować śniadanie. Zaledwie się z tym uporałyśmy, kiedy nad domem rozległ się przeraźliwy huk i ogromny śmigłowiec przemknął nad dachem. Oho, to Bronek dawał znać, że już przyleciał. Tym razem nie powitałam go z entuzjazmem, poprzestając na lekkim cmoknięciu w usta.
- Pewnego razu żandarmeria cię przymknie, bo latasz nad domami! - powiedziałam zgryźliwie, prowadząc go do pokoju.
zdjęcie z paralotni.
   Rodzice powitali Bronka z radością, ciesząc się z jego widoku. Mama z miejsca zastawiła stół, czym chata bogata i patrzyła z radością, jak Bronek z apetytem zajada. Tata chciał poczęstować go winem, ale on odmówił, tłumacząc, że pilotowi nie wolno spożywać alkoholu przed lotem.
- Moja królewna gotowa? - uśmiechnął się do mnie.
- Uhm! - bąknęłam pod nosem.
- W takim razie ubieraj się, bo zaraz przyjedzie Witek i odwiezie nas do śmigłowca.
- Witek? Wrócił z poligonu?
- Tak. Dzwoniłem do niego jeszcze wczoraj. No, kochanie, pospiesz się, bo musimy być na miejscu przed południem. Mam nadzieję, że kiedyś zdołam namówić mamusię i ojca do przyjazdu do nas. - żartował, żegnając się z rodzicami.
- O, mnie, mój kochany, nie namówisz na lot śmigłowcem! - zawołała mama, wtykając mi w rękę ciężką torbę z wędlinami.
- A ja chętnie polecę. Przed wojną latałem na ćwiczenia bombowcami. - wspomniał ojciec. - No, to piję toast za nasze rodziny. - rzekł, wznosząc kieliszek z winem.
    Ucałowałam rodziców i wyszliśmy. Przed domem stał wojskowy łazik z Witkiem przy kierownicy.
- Część, kotku. - Witek pocałował mnie w policzek i pomógł umieścić neseser na tylnym siedzeniu. - O, co tak fajnie pachnie? - spytał, pociągając nosem.
- To prezent dla mamy Bronka. - szepnęłam mu do ucha.
    Kiwnął głową i porozumiewawczo mrugnął do mnie.
- Trzymaj się ciepło. - odszepnął i kiedy Bronek wskoczył do łazika ruszył, zwiększając stopniowo szybkość.
    Maszyna pilnowana przez dwóch komandosów, stała na łące, gdzie zwykle lądowały śmigłowce i mniejsze samoloty, Znowu podziwiałam jej wielkość i groźny wygląd. Na boku dostrzegłam czarny napis: IZA. Było mi przyjemnie, że ta potężna maszyna nosi moje imię.
- Witek podesłał mi tych chłopców, bo nie mogłem przecież zostawić maszyny bez dozoru. - wyjaśnił Bronek widząc, że patrzę zdziwiona na żołnierzy. - No, skarbie, ładuj się do środka, bo już musimy lecieć. Chyba się nie boisz?
- Zaraz zemdleję ze strachu. Do widzenia, Wiciu. Ucałuj ode mnie Alinkę. - powiedziałam i pogłaskałam przyjaciela po czuprynie. - Boże, jaka ta Iza wielka!
- Bo to prawdziwy latający czołg! - pochwalił Bronek, patrząc z dumą na śmigłowiec. - Nikt mu nie podskoczy.
    Pomógł mi wejść do kabiny, zatrzasnął drzwi i usiadł w swoim fotelu.
- Włóż hełmofon. - Bronek podał mi wielki hełm ze słuchawkami i sprawdził, czy dobrze go słyszę.
    Zaraz potem maszyna zatrzęsła się i zadrżała, kiedy włączył motor. Hałas był tak potężny, że słyszałam go nawet przez hełmofon.
- No, to w imię Boże. - usłyszałam jego głos w hełmofonie i dostrzegłam, że się przeżegnał.
    Ziemia znowu zaczęła zapadać się pod nami i ten widok był naprawdę nieprzyjemny. Ale po chwili wznoszenia, śmigłowiec poleciał przed siebie, a wtedy już zaczęłam zachwycać się lotem. Dzień nie był pogodny, lecz gdy wznieśliśmy się wysoko, ujrzałam pod sobą oddalające się miasto i ogromny przestwór nieba pełnego kłębiastych białych chmur.

- Dobrze się czujesz? Nie boisz się? - w hełmofonie rozległ się nieco zmieniony głos Bronka.
- Lubię latać tym śmigłowcem i czuje się znakomicie. Ta maszyna zawsze szczęśliwie przyleci do bazy, bo chrzcząc ją, oddałam jej część mojej miłości do ciebie.
    W odpowiedzi, Bronek ujął moją rękę i podniósł do ust.
    W czasie kilkugodzinnej podróży, nie rozmawialiśmy prawie wcale, bo hałas był ogłuszający. Zastanawiałam się, jak zostanę przyjęta przez jego matkę i siostrę. Dosyć często rozmawiałyśmy przez telefon, lecz to zupełnie coś innego, niż kontakt osobisty.
   Lecieliśmy dosyć wysoko i ziemię przykrywały chwilami chmury, utrudniając mi widoczność. Pytałam Bronka, jak orientuje się w powietrzu? Pokazał mi kilka przyrządów, wyjaśniając ich rolę w czasie lotu.
- Gdybym, co nie daj Boże, stracił orientację, to zawsze mogę liczyć, że właściwy kierunek wskaże mi kontrola ruchu powietrznego z mego lotniska. Przed lotem muszę zawsze uzgodnić trasę z kontrolą ruchu, czyli popularną wieżą. Gdy startuję, oni już prowadzą mnie do celu i z powrotem. Gdybym teraz zboczył z kursu, to natychmiast w słuchawkach odezwałby się czyjś głos i naprowadził mnie na właściwy kurs. Tak samo ostrzegają mnie o znajdujących się w powietrzu samolotach. Zresztą każdy pilot musi umieć posługiwać się przyrządami nawigacyjnymi.
-Aha, a kiedy dolecimy na miejsce?
- Dokładnie za 37 minut. Jesteś już zmęczona?
- Nie, ale huczy mi w głowie. Podziwiam, że możesz wytrzymywać ten hałas w czasie długich lotów.
- Jestem pilotem, skarbie. Rzecz przyzwyczajenia.
    
   Po pół godzinie pokazało się pod nami wielkie miasto portowe. Wylądowaliśmy na dużym lotnisku, dokładnie o podanym przez Bronka czasie. Maszyna lekko usiadła na ziemi, a ja zdjęłam hełmofon i przez chwilę siedziałam nieruchomo, z zamkniętymi oczami, oswajając się z ciszą panującą w kabinie. Kręciło mi się w głowie i nie czułam się dobrze, myśląc z niepokojem o czekającej mnie wizycie.
    Bronek pomógł mi wyjść z maszyny i przejść do znajdującego się w pobliżu budynku. Jakiś czas rozmawiał ze znajdującymi się tam oficerami, a potem przedstawił mi swoich kolegów. Tylko wymuszonym uśmiechem starałam się ukryć zmęczenie i zły humor. Nogi uginały się pode mną i moim jedynym marzeniem było znaleźć się w swoim różowym pokoju, w ciszy i samotności.c.d.n.
 

wtorek, 17 października 2017

SEKRETY RODZINNE - KŁOPOTLIWA WIADOMOŚĆ OD BRONKA!


  17 października 2017 r.

   Nadeszła nareszcie trochę spóźniona wiosna. Zazieleniły się kasztany w alejce pod oknem mego pokoju, a w parku na klombach sadzono bratki. O świcie, przez uchylone okno budziły mnie już głosy ptaków i promienie wstającego słońca. Mama w tym roku posadziła w skrzynkach na oknach czerwone pelargonie, i zaczęła przygotowywać dom na święta, przewracając mieszkanie do góry nogami. Kiedy wracałam z pracy, musiałam trzepać fotele, dywany i chodniczki. Ściągać zasłony, firanki i prać je w nowej pralce „Frania”, niedawno kupionej przez tatę. Mama pomyła szyby we wszystkich oknach i zawiesiła przy mojej pomocy czyste firanki i zasłony. Oj, serdecznie nie znosiłam tego przedświątecznego rozgardiaszu, choć po kilku dniach mieszkanie aż pachniało czystością.
    Tego dnia, później niż zwykle powróciłam z pracy, bo mieliśmy zakładową nasiadówkę i musiałam protokołować. Byłam zmęczona i bolała mnie nieznośnie głowa. Mama, widząc moją skrzywioną gębę, podsunęła mi wazę zupy pomidorowej, (mojej ulubionej) z makaronem domowym.
- Może po obiedzie położysz się, koteczku? - spytała współczująco, nakładając mi na talerz ziemniaczki pure, kotlet mielony i marchewkę z groszkiem.
- Mam jeszcze tyle nauki… - jęknęłam, przełykając resztę obiadu.
- Połóż się choć na godzinkę. Wypoczniesz i głowa przestanie cię boleć.
    Dałam się skusić i kiedy tylko powycierałam talerze, poszłam do pokoju i położyłam się, zamykając oczy i próbując się zdrzemnąć. Już zaczęłam zasypiać, kiedy dobiegł mnie terkot telefonu i za chwilę do pokoju zajrzała mama.

- Córeczko, śpisz?
- Właśnie zasypiałam! - odburknęłam niegrzecznie, zła, że przerwano mi drzemkę.
- Dzwoni Broneczek…
- To nie mógł zadzwonić wieczorem? - stękając, jak zramolała staruszka, podniosłam się z posłania i poszłam do telefonu.
- Cześć, jak się ma moja przyszła druga połowa? - usłyszałam jego roześmiany głos.
 - Cudownie! Mało mi nie pęknie głowa, a kiedy chciałam się zdrzemnąć, mojej przyszłej drugiej połowie, wpadło do głowy, żeby mnie zbudzić! - warknęłam wcale nie czułym tonem.
- Wybacz, ale teraz już nie śpij, bo powiem ci coś ważnego. Musisz jutro wziąć dwa dni urlopu, choćby nawet bezpłatnego.
- Broniu, mam mnóstwo pracy i jeszcze więcej nauki. W maju pierwsze egzaminy, rozumiesz? Po co mi urlop?
- Bo w piątek, moja słodka sekutnico, przylecę po ciebie i zabiorę do mamy. Dziś jest środa, we czwartek załatwisz sobie dwa dni wolnego, w piątek i sobotę będziesz u nas w gościnie, a w niedzielę po południu odwiozę ciebie do domu. Musisz poznać moją rodzinę.
    Zaniemówiłam. Wprawdzie miałam tę wizytę w planie, lecz w bardzo odległej przyszłości. Nie wiedziałam, jaka jest matka Bronka i jego siostra, więc nie paliłam się do odwiedzin.
- Broniu, ja nie wiem, czy dadzą mi urlop. To ode mnie nie zależy.
- Skarbie, dwa razy powtarzać nie będę. Jutro weźmiesz urlop, a w piątek melduję się u ciebie i lecimy. Jasne?
- Taaa jeeest!- odetchnęłam głęboko, a potem krzyknęłam do telefonu: - Co jest, do jasnej cholery, jeszcze nie jesteś moim mężem, żeby mi rozkazywać. J a s n e?
- Jak słońce. Ale jestem pewien, że kiedy przylecę rano w piątek, moja królewna będzie gotowa do drogi. Adieu, skarbie, ucałuj rodziców ode mnie. - i odwiesił słuchawkę!
    Popędziłam do kuchni.
- Mamo, - wrzasnęłam - Bronek przyleci w piątek i zabierze mnie do swojej matki! Co ja mam robić?
- Lecieć, kochanie. Chyba, że boisz się podróżować śmigłowcem. - powiedziała mama spokojnie. - Najwyższy czas, żebyś poznała rodzinę twego przyszłego męża. Pani Orlicka tyle razy o to prosiła.
- Ale ja nie wiem, jak tam jest. - płaczliwie pociągnęłam nosem. - Przecież wiesz, że nie lubię poznawać obcych ludzi. Może wizyta nie będzie przyjemna?
- Nie dowiesz się tego, jeśli sama się o tym nie przekonasz. - rozsądnie zauważyła mama. - Kotku, nie dziwacz.
- Kiedy ja mam tyle nauki, a Bronek nawet nie chciał mnie słuchać, tylko odwiesił słuchawkę! Paskudny despota! Mamo, ale przecież ja nie mogę tam jechać z pustymi rękami. Muszę coś zawieść, ale co?
    Mama usiadła na krześle, założyła nogę na nogę i zapaliła papierosa. Zawsze w takich momentach potrafiła zachować stoicki spokój.
- Wydaje mi się, że w tych czasach i przy zbliżających się świętach, najlepszym prezentem byłoby coś z wędlin i może jakieś lepsze mięso. W dużych miastach zaopatrzenie też nie jest zadowalające.
    
   Patrzyłam na moją rodzicielkę z podziwem. Mama zawsze potrafiła poradzić coś właściwego.
- Tak myślisz? To chyba pójdę do pani Steni. - powiedziałam, mając na myśli naszą sąsiadkę. Pracowała w dużym sklepie mięsnym, więc nie musieliśmy martwić się o mięso i stać godzinami w kolejkach.
- Idź. Zanieś jej śmietanę, bo dziś pani Wojtakowa przyniosła ze wsi świeżą. - mama wstała, otwarła lodówkę i wyjęła litrową butelkę świetnej wiejskiej śmietany, którą nam, razem z masłem i serem, przynosiła gospodyni z pobliskiej wioski. - Weź jeszcze pół kila twarogu, jest pyszny.
    Pani Stenia wracała z pracy około 19-tej, więc jak tylko posłyszałam, że otwiera kluczem drzwi, wyszłam na korytarz, niosąc na tacce dary.
- Pani Steniu, na słówko. - odezwałam się wchodząc za nią do mieszkania. - Mama przysyła pani śmietanę wiejską i serek.
    Sąsiadka, korpulentna kobieta po czterdziestce, zaprosiła mnie do pokoju i odebrała tacę.
- O, dziękuję, ale mi się przyda! Akurat będę piekła sernik na niedzielę! - zawołała uradowana podarunkiem. - Jakiś kłopot, pani Izuniu?
- Jeszcze jaki! Pojutrze narzeczony zabiera mnie do swojej matki. Rozumie pani, muszę wziąć jakiś prezent. Zbliżają się święta, więc mama poradziła mi, żebym w podarunku zawiozła coś z wędlin. No bo co innego mogę zabrać?
    Pani Stenia popatrzyła na mnie z obudzonym zainteresowaniem.
- Pani narzeczony? Ten przystojny lotnik?
- Aha!
- No pewnie, że trzeba jakiś podarunek zawieźć przyszłej teściowej. A co by pani chciała?
- Jakby się dało, pani Steniu kochana, może dobrą szynkę, trochę myśliwskiej i coś z mięsa.
- Będę miała szynkę z Krakusa, a to najlepszy wyrób. Dam z kilogram myśliwskiej, także z Krakusa. A z mięsa?… O, już wiem! Mamy obiecane parę kilogramów cielęciny. Wykroję taki ładny kawałek z nerką. Co, dobrze będzie?

- Pani Steniu, jest pani aniołem! - wykrzyknęłam uradowana. - Ale muszę to wszystko mieć jutro wieczorem, bo Bronek będzie u mnie w piątek rano.
- Zrobi się, pani Izuniu. Może jeszcze coś dorzucę, jak przywiozą.
    Ucałowałam z radości poczciwą sąsiadkę i w trochę lepszym humorze wróciłam do mieszkania. W kuchni, upadłam raczej, niż usiadłam na krześle i rzekłam do mamy:
- Pieseczku, poczęstuj mnie papierosem.
- Przecież ty nie palisz.
- Jak wstanę z krzesła, to wypiję sobie pół szklanki czystej ojczystej, i zaleję się w trupa. Ale póki siedzę, muszę zapalić.
    Mama potrząsnęła głową i wyciągnęła do mnie rękę z paczką „Carmenów”
- Bronek nie pozwolił ci palić. - przypomniała.- Załatwiłaś coś u pani Steni?
- Tak. Jutro będę miała wędliny. Ale uważam, że to nie jest w porządku. Bronek powinien wcześniej mnie uprzedzić. A tak, to nawet nie wiem, jak mam się ubrać.
- Normalnie. Włożysz majtki, stanik i coś na siebie. Będziesz w gościnie w sobotę i w niedzielę, więc weź coś porządnego.
    Zaciągnęłam się głęboko dymem z papierosa i strzepnęłam popiół na szklany podstawek. Milczałam przez chwilę, zbierając myśli.

- Mamo, ja tam nie chcę jechać. - odezwałam się cicho. - Po prostu nie mam ochoty poznawać jego rodziny. Pewnie to jakaś moja fanaberia, lecz boję się, że może mi się tam coś złego przyśnić i zrobię z siebie kretynkę. Przecież oni nie wiedzą, o Romanowiczu. Bardzo kocham Bronka, ale sama myśl o małżeństwie napełnia mnie strachem. Wolałabym, żeby wszystko zostało po staremu.
- Wiesz, kochanie, że to niemożliwe. - mama podeszła do mnie i przytuliła moją głowę do piersi. - Pragnęłabym ci pomóc, ale nie potrafię. Ty sama musisz sobie z tym poradzić, albo zerwać z Bronkiem. On zasługuje na szczerość.
- Wiem i jest mi bardzo przykro, że nie umiem być inna. Kto tak jak ja, przez pół roku, dzień po dniu, żył z diabłem, ten już nie potrafi być całkiem normalny. - powiedziałam ze smutkiem. c.d.n.

niedziela, 15 października 2017

SEKRETY RODZINNE - TELEFON OD BABCI I CO NIECO O WERONCE.


  15 pażdziernika 2017 r.

   Kilka dni, po moim pechowym wyjeździe na wykłady, siedziałam właśnie w swoim pokoju na wersalce, z podkulonymi nogami i wkuwałam prawo karne, (materialne) przygotowując się do wykładów. Na egzaminie semestralnym poszło mi tak dobrze z kryminologii, że nasz profesor „kryminalista” był bardzo zadowolony. Uczestniczyłam na wykładach i odbębniłam nakazane ćwiczenia, więc semestr zimowy zaliczyłam. Właśnie powtarzałam sobie szeptem formułki prawne, kiedy drzwi się otwarły i do pokoju weszła mama:
- Córeczko, babcia telefonuje i chce z tobą rozmawiać. - oznajmiła z uśmiechem.
    O wielki Mamba, potężny Mamba! - jęknęłam w duchu. Pewnie dostanę od babci po uszach, bo długo do niej nie pisałam.
    Skrzywiłam się, jak po occie siedmiu złodziei i bez zbytniego pośpiechu wstałam z wersalki, odkładając skrypty. Podreptałam do jadalni i podniosłam słuchawkę leżącą na biurku.
- Babunia? - zaświergotałam przymilnie. - Bardzo przep….
- Iza, - przerwała mi babcia w pół słowa. - Jestem z ciebie zadowolona. Moja wnuczka nareszcie znalazła godnego mężczyznę na męża.
   Zdębiałam. Co babci strzeliło do głowy? Przecież o Bronku wiedziała już od dłuższego czasu, a nawet często rozmawiała z jego mamą.
- Cieszę się, że babcia zadowolona, ale…
- Czy pamiętasz, co ci powiedziałam, kiedy przed laty przyjechałaś prosić nas na swój ślub z tym „osobnikiem”? - ponownie przerwała mi babcia.
- Oczywiście, że pamiętam. Przykro mi było tego słuchać.
- Ale miałam rację. Tak czy nie?
- Miałaś.
- No więc widzisz. Powiedziałam ci wtedy, że ani ja, ani ciotki na twój cywilny ślub nie przyjedziemy. Teraz oświadczam ci z radością, że wprawdzie ja już jestem za stara na takie podróże, ale dam ci, dziecko, swoje błogosławieństwo,a na twoim ślubie będą obie ciocie. Cieszysz się?
- Aha! - bąknęłam trochę niepewnie. - Babciu, do ślubu jeszcze daleko.

- To bardzo źle. Powinnaś nie odwlekać tego szczęśliwego dnia. Masz takiego wspaniałego narzeczonego. Dobrze wychowany, z naszej sfery, katolik i herbowy szlachcic!
- Ale on jest wojskowym. - powiedziałam złośliwie, pamiętając jakie opory miała babcia, gdy dowiedziała się, że Romanowicz jest oficerem.
- No to co? - usłyszałam w telefonie. - Jest w wojsku, bo lubi latać i jest pilotem. To bardzo romantyczne. Zresztą innego wojska, jak to ludowe, nie ma….. na razie! - babcia niemal słowo w słowo powtórzyła moje dawne argumenty. - Poza tym jest szalenie miły i przystojny.
- Skąd babcia wie?
- Jak to skąd? Przecież był u mnie! Prawdziwy dżentelmen. Podarował mi bukiet róż. - roztkliwiła się babcia. - Czy wiesz, kiedy dostałam taki bukiet? Dwadzieścia lat temu, od dziadka na rocznicę ślubu. Powiedział, że kocha ciebie i jest szczęśliwy, że masz taką wspaniałą rodzinę.
- Kto powiedział, dziadek?
- Ależ nie dziadek tylko Broniś.
    O cholera! Bronek zdobył niezdobytą twierdzę. Ale spryciarz!
- To kiedy on przyjechał do ciebie?
- Nie przyjechał, tylko przyleciał! Zaraz po Nowym Roku. Mówił, że macie kłopot, bo w waszym mieście nie ma lotniska. Żebyśmy jeszcze miały nasz dom, to moglibyście mieszkać u nas. Broniś służyłby w tutejszym pułku lotniczym. Miałabym was przy sobie na stare lata. Taki kochany chłopiec.... Wyobraź sobie, że na pożegnanie, przeleciał nad naszym dachem! Byłam zachwycona, że mój przyszywany wnuk lata taką ogromną maszyną! Co to ja miałam powiedzieć? Aha! Moje dziecko, wprawdzie pereł już nie mam, ale może jeszcze coś się znajdzie na ślubny prezent.
- Dziękuję, babciu. - wymamrotałam oszołomiona tymi wiadomościami.
- Nie dziękuj. Miałam ci zmyć głowę, że tak rzadko do nas piszesz, ale już ci daruję. Robię to tylko dla Bronia, nie dla ciebie. Matka Bronia, to prawdziwa dama, taka, jak nasze przedwojenne panie z mondu!1 Bardzo pragnie ciebie poznać. Często przez telefon wspominamy dawne czasy.
    Naraz przeszedł mnie dreszcz.
- Babciu, na miłość boską, chyba nie mówiłaś jej o moim pierwszym małżeństwie? - spytałam spanikowana.
- Moje dziecko, za kogo ty mnie uważasz? - w głosie babci zabrzmiała uraza. - Ja miałabym się chwalić do takiej damy, że moja wnuczka wyszła za komunistę, za podłego ateistę, za partyjnego chama?? Miałabym jej powiedzieć, że nie mieliście ślubu kościelnego? Nigdy!
    
  Uff! Kamień spadł mi z serca.
- To dobrze, babciu. Ja także wstydzę się tego, co wtedy zrobiłam.
- Musisz już pomyśleć o sukni ślubnej. Jak będzie potrzeba, kup materiał w Pewexie. Znajdę gdzieś parę dolarów na ten cel. Musisz być pięknie ubrana. Naturalnie, welon powinien być długi, nie żadna krótka woalka. Rozumiesz?
- Dobrze, babciu. - szepnęłam pokornie i z rozmachem klapnęłam na krzesło.
- No, to na razie tyle. Ucałuj ode mnie rodziców i Broneczka, jakby przyleciał. Czekam na twój list! -rozkazała babcia i odwiesiła słuchawkę.
    No, tego się nie spodziewałam. Bronek z pomocą babci, będzie miał nade mną przewagę, bo babcia momentalnie go poprze, wytaczając najcięższe działa. Teraz czekały mnie przygotowania do ślubu kościelnego, a do tego wcale się nie paliłam. Gdybym mogła postawić na swoim, to wzięłabym cichy ślub cywilny i kropka. Ale tym razem to mi się nie uda, bo Bronek jest gorliwym katolikiem i bez ślubu kościelnego, nie wyobraża sobie małżeństwa.
    O rany, jak pomyślę, że czekają mnie przedślubne nauki w kościele i spowiedź, to już wolałabym żyć z Bronkiem na kocią łapę! Pocieszam się myślą, że i tak nie powiem księdzu prawdy. A przedślubne nauki? O, w tej dziedzinie, to ja mogłabym nauczyć księdza tego i owego, dzięki lekcjom mego parszywego małżonka!

- Co ci babcia mówiła? - spytała mama, zaglądając do pokoju.
- Niech sobie mamcia wyobrazi, że Bronek poleciał do babci i szturmem ją zdobył. Jest nim zachwycona. - powiedziałam, niezadowolona z rozmowy z babcią. - Naturalnie, teraz jestem przegrana, bo będę musiała zgodzić się na wszystko, co oni zaplanują. A tak mówiąc między nami, to wolałabym żeby do naszego małżeństwa nikt się nie wtrącał. To sprawa Bronka i moja!
- Wiesz kotku, babci zależy, żebyś była nareszcie szczęśliwa. - tłumaczyła mi mama, ale także bez większego przekonania.
- Owszem, lecz nie lubię jak wszyscy starają się uszczęśliwić mnie na siłę. Babcia już nawet obiecała mi dolary na suknię ślubną i koniecznie długi welon.
- To źle?
- Ale ja chcę oszczędzić na stroju ślubnym i za te pieniądze wyjechać zaraz po ceremonii ślubnej do Zakopanego, lub Krynicy! Poza tym wcale nie zależy mi na ślubie kościelnym!
    Mama westchnęła i potrząsnęła z rezygnacją głową.
- Kochanie, po raz drugi chcesz wziąć ślub cywilny? Bronek się nie zgodzi.
- Wiem. - mruknęłam gniewnie i powróciłam do swoich „kryminałów”.
                           –--------------------------------------------

   Tego roku Wielkanoc przypadała na 14 i 15 kwietnia. Przyszło mi na myśl, że to nie będą wesołe święta, bo w kraju dalej jest niespokojnie. Gomułka wszelkimi środkami dusi każdy przejaw niezadowolenia społeczeństwa, a zwłaszcza młodzieży. Jest wiele aresztowań wśród studentów, którzy sprytnymi zabiegami partii zostali podzieleni na tych,  co są „za”, i na tych, co są „przeciw”.
    Za granicą także nie jest spokojnie. W Czechosłowacji, po ubiegłorocznym, październikowym brutalnym stłumieniu protestów studentów w Pradze, nowa ekipa partyjna wprowadza duże zmiany. Czechów ogarnęła euforia na słowa I Sekretarza Aleksandra Dubčeka, o socjalizmie z „ludzka twarzą”. Podobno w Czechach zaczynają się wielkie reformy w partii, wprowadzane przez nowego Sekretarza. Czesi mówią już o swojej „praskiej wiośnie”, z której są bardzo dumni. Popierali protesty polskich studentów, a Praga przyjęła do pracy kilku profesorów polskich, bezwzględnie wyrzuconych z Uniwersytetu Warszawskiego po strajku młodzieży.
Praga, stolica Czech.
    
W obecnym czasie, możemy im pozazdrościć tego powiewu wolności, bo niestety w Polsce, mimo słonecznego kwietnia, w polityce panuje mroźna zima. Komitet Centralny PZPR dawno już zapomniał o Październiku 1956 roku. Gomułka judzi społeczeństwo na Żydów, domagając się, aby osoby pochodzenia żydowskiego wyjechały do Izraela. Zdarzają się wypadki pobicia Żydów, czy obrażania ich. Wiele osób decyduje się wyjechać za granicę, a rząd dostarcza im paszporty na wyjazd, bez prawa powrotu! Uważam, że wyrzucanie z kraju ludzi, którzy tutaj się urodzili i są Polakami, jest okrutne i bezprawne. Przecież takie traktowanie obywateli polskich przypomina metody hitlerowskie. Wielu ludzi jest tym faktem oburzonych, lecz są i tacy, którzy się z tego cieszą.
   Związkiem Radzieckim rządzi żelazną ręką Leonid Breżniew, nie zezwalający na żadne rozluźnienie kagańca w państwach Układu Warszawskiego. Despota i twardogłowy doktryner, daleko odszedł do bardziej nowatorskich działań Chruszczowa, którego zniszczył, mimo iż Chruszczowowi zawdzięczał karierę polityczną. Breżniew od początku krzywym okiem patrzył na zmiany polityczne w Czechach i podobno już na wiosnę planował ingerencję wojskową w Czechosłowacji. Gomułka również podzielał jego poglądy uważając, iż reformy przeprowadzane przez Dupčeka szkodzą interesom partii i idei socjalizmu.
Leonid Breżniew.
   Bardzo interesuję się polityką, ale nie mam na to zbyt wiele czasu, gdyż przede mną egzaminy na koniec roku akademickiego. Uczę się, prawie nie kontaktując się z przyjaciółmi. Tylko Alinka odwiedza mnie od czasu do czasu, przynosząc z sobą jakiś nowy specyfik, który podobno wzmacnia organizm. Wiosną zawsze czuję się gorzej, więc przyjaciółka ratuje mnie jak tylko może – słodka dziewczyna! Staszek na dwa miesiące wyjechał do Warszawy na jakieś specjalistyczne kursy. Witka nie widziałam już chyba z miesiąc, bo ma ważne ćwiczenia i przebywa w terenie.
    Weronka bezczelnie złożyła na niego doniesienie do dowódcy, oskarżając męża, że nie dba o rodzinę i nie oddaje poborów żonie. Ale źle trafiła, bo zastępca dowódcy, do którego poszła ze skargą, udowodnił jej, że osobiście pobiera zarobki męża, więc nie ma prawa mieć do niego żadnych pretensji. Oficer widocznie był w złym humorze, gdyż nie tylko nie przyznał Weronce racji, ale zabronił kasjerowi wypłacania jej poborów Witka. Oświadczył Weronce, iż to niesłychane, żeby oficer nie posiadał własnych, ciężko zarobionych pieniędzy, i po stwierdzeniu tego faktu, odprawił babę z niczym. 
   
Rozwścieczona Weronka odeszła, odgrażając się mężowi. Na szczęście w tym czasie, Witek przebywał daleko na ćwiczeniach.
    Weronka kilka razy nachodziła panią Wandę, żaląc się, że Witek nie interesuje się dzieckiem i żądając, żeby mąż ponownie zamieszkał w domu. Pani Wanda ma miękkie serce, ale ojciec Witka przypomniał Weronce, że jej ojciec i bracia grozili Witkowi pobiciem, więc miał prawo wyprowadzić się z domu. Weronka zaczęła się pieklić, aż rozgniewany starszy pan wypchnął ją z mieszkania i oświadczył, że następnym razem wezwie milicję.
    Biedna pani Wanda tak przeżyła wizytę synowej, że dostała ataku serca, na szczęście niegroźnego, bo Alinka natychmiast pospieszyła jej z pomocą. c.d.n.
1Mond – świat, wyższe sfery.