czwartek, 18 stycznia 2018

SEKRETY RODZINNE - DOROŻKĄ PO kRAKOWIE!...


18 stycznia 2018 r.
Kraków ul. Floriańska, po prawej Hotel Pod Różą.
   Byłam w Bronku zakochana po uszy, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy mi się zdawało, że kocham Romanowicza. Bronek nie był ideałem zrodzonym z mojej bujnej wyobraźni. Miał wady i zalety, a ja je widziałam i kochałam takiego mężczyznę, jakim on naprawdę był, a nie wyidealizowane wyobrażenie. Podobał mi się bardzo i akceptowałam go z radością. No i jeszcze mnie rozśmieszał. Był dobry, czuły, opiekuńczy i troskliwy. Nie mówił tego, czego nie myślał i był bezwzględnie szczery. Być może, miała na to wpływ jego głęboka religijność, nie pozwalająca mu kłamać.
   A w łóżku był ideałem kochanka! Nigdy przedtem nie miałam mężczyzny, który byłby namiętny, a zarazem tak dbały o doznania partnerki. Romanowicz był katem, nie mężem i kochankiem. Uprawianie z nim seksu, budziło we mnie strach i obrzydzenie. Z Bronkiem, byliśmy stworzeni dla siebie, pod względem fizycznym, i umysłowym. Podobnie jak ja, kochał książki, muzykę klasyczną, operę i operetkę. Lubił dobre filmy i często chodził do kina. Lubiliśmy nawet te same potrawy, pierogi, placki ziemniaczane, rolady wołowe z pyzami na parze i zupę pomidorową, czy rosół z domowym makaronem. Zgadzaliśmy się nawet na tematy polityczne, choć nie zawsze. Bronek miał raczej poglądy konserwatywne, a ja od czasów młodości nieco lewicowałam. Jednak, gdy nie mogliśmy być w czymś zgodni, po prostu omijaliśmy starannie ten temat.
    Żeby wyjść z hotelu na obiad, musiałam po raz drugi zrobić makijaż, bo Bronek „zjadł” mi szminkę z ust i rozmazał tusz na rzęsach. W Krakowie było ciepło, niemal wiosennie, więc ubrałam elegancki beżowy kostium, szpilki i wyszliśmy. Wydaje mi się, że w tym czasie „Hotel Pod Różą” nie miał restauracji, tylko kawiarnię. Przynoszono nam z niej do pokoju śniadania. Na obiady chodziliśmy do miasta.
    Ulica Floriańska obfituje w ciekawe zabytki. Przede wszystkim w samą Bramę Floriańską, skąd pochodzi nazwa ulicy. Opowiadała mi moja ciocia, mieszkała w Krakowie, że gdy zamierzano przeprowadzić przez Floriańską linię tramwajową, okazało się, iż wagon tramwaju i trakcja nie mieszczą się pod Bramą. Myślano nawet o rozbiórce Bramy, ale na szczęście do tego nie doszło, gdyż ktoś wpadł na pomysł, żeby po prostu obniżyć jezdnię. W ten sposób rozwiązano problem. Jednakże po wojnie, władze miasta zdecydowały się usunąć tramwaje z Rynku i z Floriańskiej, ratując tym samym starożytne zabytki od wstrząsów i hałasów. Cześć im za to i chwała!
    Postanowiliśmy nazajutrz rano zwiedzić Dom Jana Matejki, stojący po drugiej stronie ulicy, w pobliżu hotelu. Nieco dalej była słynna „Jama Michalikowa”, którą koniecznie chciałam obejrzeć. W Bramie Floriańskiej wystawiali swoje prace studenci z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, więc można tam było zobaczyć często naprawdę piękne obrazy. 
 
Hotel Francuski.

   Obiad zjedliśmy na ulicy Pijarskiej, w restauracji Hotelu Francuskiego. To niedaleko naszego hotelu, i w samym centrum Starego Miasta. W pobliżu Muzeum Czartoryskich, Bramy Floriańskiej i Rynku. 
 Jak dziś pamiętam, że podano nam zupę Julienne, czyli jarzynową, oraz eskalopki cielęce a la Madame Walewska z frytkami, bo Bronek przepadał za frytkami, bukiet z jarzyn i czerwone wino. Na deser wzięliśmy lody czekoladowe z koniakiem. Syci, wybraliśmy się zwiedzić najbliższe okolice miasta. Ja znałam trochę Kraków, bo jadąc do babci, zawsze zatrzymywaliśmy się w Krakowie. Tu tata uczył mnie polskiej historii i „śmiertelnie” zaraził ukochaniem własnych dziejów.
   Muzeum Czartoryskich było zamknięte, więc powędrowaliśmy na Rynek największy w Europie. Obok Sukiennic stały powozy konne i Bronek, bez namysły zaciągnął mnie do niego z nich. Powozem wybraliśmy się Szlakiem Królewskim, przez Grodzką pod Wawel, trochę bulwarem nad Wisłą, a potem Kanoniczą i chyba Senatorską, z powrotem do Rynku. Podziwiałam przepiękne stare kamienice, często w opłakanym stanie. Temu miastu należał się potężny zastrzyk pieniędzy na renowację niszczejących zabytków.
Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz i zaczarowany koń!
   Zawsze kochałam jeździć powozem, więc wsparta o nieco podniszczone poduszki, rozglądałam się po mijanych ulicach. Oboje, podśpiewywaliśmy sobie półgłosem: „Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz i zaczarowany koń”. Ale to my byliśmy zaczarowani miłością i tym cudownym miastem. Na Wawel mieliśmy bilety nazajutrz w południe. Teraz obejrzeliśmy tylko potężną sylwetkę Zamku, w promieniach zachodzącego słońca, odbijającego się purpurowo w falach szeroko rozlanej Wisły.
    Wysiadając w Rynku z powozu, Bronek spytał dorożkarza, ile płaci. Ten odpowiedział, że 300 złotych. To było sporo pieniędzy. Ale mój chłopak, sięgnął do portfela, wyciągnął pięćsetkę i wręczył zdumionemu dorożkarzowi. Byłam trochę zła na to rozrzucanie pieniędzy i z zemsty, wyśpiewywałam mu na melodię krakowiaczka: „ Klap, klap, klap,klap, klap, pięćset złotych leci!”

   Nadchodził wieczór, zawsze magiczny w Krakowie, kiedy zapalały się światła, przed starymi pałacami i wspaniałymi budowlami pamiętającymi potęgę i wielkość Rzeczypospolitej. Bronek spojrzał na zegarek i stwierdził, że czas na wieczorne nabożeństwo w Kościele Mariackim. Uwielbiałam ten kościół i wspaniałe wnętrze z Ołtarzem Wita Stwosza i również jego, przepiękną rzeźbą ukrzyżowanego Jezusa, bardzo realistyczną i przejmującą. Po bokach świątyni były kaplice, gdzie chowano niegdyś arystokratów polskich. Między nimi, w pobliżu wejścia, znajdowała się Kaplica Skazańców, skąd wyprowadzano biedaków na Rynek i tracono na szafocie. Wołałam się nie zastanawiać, co ci nieszczęśnicy czuli, zamknięci w tym ponurym wnętrzu na krótko przed straszną śmiercią. W czasie wieczornego nabożeństwa grały organy – znakomity instrument. Słuchaliśmy muzyki w skupieniu. Kiedy wyszliśmy z kościoła. Bronek przystanął i wziął mnie za rękę.
Wnętrze kościoła Mariackiego
 - Za trzy miesiące, to my staniemy przed ołtarzem. Wyobrażasz to sobie?
- Wolę sobie nic nie wyobrażać za wcześnie. Żebyś wiedział, jaką będę miała suknię!
- Jak przyjadę, pokażesz mi?
- O nie! To przynosi pecha. Zobaczysz mnie dopiero, kiedy wejdę do kościoła z tatą pod rękę. A propos ślubu, powinniśmy już uzgodnić, ilu będzie gości, bo od tego zależy ilość dań zamówiona w restauracji, hotele i inne sprawy. Wspomniałeś, że macie dużą rodzinę.
- Owszem. Ale ostatnio rozmawiałem z mamą i zgodziliśmy się, że na nasz ślub kościelny przyjadą tylko mama z Różą. Nawet Julka, męża Róży, nie będzie, bo w Danii nie dadzą mu zwolnienia z pracy. Czyli z naszej strony, ze mną tylko trzy osoby. Świadkami będą Alinka i Staszek, więc miejscowi. A z twojej rodziny?
- Tylko dwie ciocie i wuj Andrzej, mąż cioci Dory, bo babcia już nie może tak daleko jeździć.
- Jakbym wiedział, że się nie przelęknie, poprosiłbym kolegę z lotniska, żeby ją przywiózł śmigłowcem. Kocham twoją babcię.
    Wyobraziłam sobie babcię w helikopterze i wybuchnęłam śmiechem. - - Z wzajemnością, bo babcia ciebie uwielbia, i wcale się nie zlęknie, ale lepiej nie rób eksperymentów. W sumie, okazuje się, że będzie niewielu gości z rodziny. Bo miejscowych przyjaciół i znajomych nie liczę.
- A z rodziny twojej mamusi? - spytał Bronek.
- Nikogo! - powiedziałam krótko, zacinając wargi.
- Ale twoja mama wspominała kiedyś, że ma dużą rodzinę!
    Zatrzymałam się na rogu ulicy, przed Domem pod Murzynami i powiedziałam twardo:
Dom pod Murzynami, niegdyś pałac rodu Zborowskich. Był tu król Henryk III Walezjusz.
 - Powtarzam, nikogo! Ty nie rozumiesz, bo nigdy ci o tym nie mówiłam. Kiedy miałam wyjść za Romanowicza, pojechałam zaprosić rodzinę na nasz ślub. Babcia i ciotki odmówiły, bo to nie był człowiek z naszej sfery. ateista! Ale po moim powrocie z Warszawy, nasze wzajemne stosunki wróciły do normy. Lecz rodzina mamy, nie tylko się mnie wyrzekła, ale zerwała wszelkie stosunki ze mną i z rodzicami. Wiedzieli, że rozwiodłam się z Romanowiczem, wiedzieli, jak ciężko chorowałam po powrocie z Warszawy, Do niedawna jeszcze byłam leczona. Ale nic ich nie wzruszyło i więcej się nie odezwali.
- To nie było w porządku. - stwierdził Bronek ściągając brwi. - I nie po chrześcijańsku.
- Słusznie. A musisz wiedzieć, to wszyscy są zdeklarowanymi dewotami. Wiem, że biednej mamusi jest przykro, ale to ona powiedziała mi kiedyś, że przestała uważać ich za swoją rodzinę. Więc ich nie zaproszę.
    Bronek wziął mnie pod rękę i powoli poszliśmy w stronę hotelu.
- A może jednak daliby się ubłagać?
- Bronek, ja ich błagać nie będę. Od dwunastu lat nie przysłali nam ani jednej kartki świątecznej, czy zaproszenia na śluby kuzynów. Nic ich nie obchodzimy, więc nich dalej tak będzie. Mniejsza z tym. Jak już rozmawiamy o weselu, to powiedz mi, Broniu, czy odpowiadałoby ci urządzenie przyjęcia, w tym samym lokalu, co na ślubie Alinki?
- Naturalnie. Ładny lokal i dają dobrze zjeść.
- Wychodzi na to, że wcale nie trzeba będzie zamawiać hotelu. Ciotunia Marynia z Różyczką, prześpią się u nas na tapczanie, a ciocia Wanda i ciocia Dora, przenocują u Alinki. Wuj Andrzej może spać u rodziców Alinki. A my, zaraz na drugi dzień, wyjedziemy w podróż poślubną do Krynicy, tak?
- Tak, skarbie. Chcę, żebyś poznała również dalszą naszą rodzinę i moich kolegów po fachu, więc kiedy wrócimy z Krynicy, urządzę w naszym kasynie wielkie polskie weselisko! Będziemy pili i bawili się do upadłego!
    Roześmiałam się i pocałowałam go w policzek.
- Dobrze, Broniu. A zaraz potem wezmę się do szalonego kucia, bo już w lutym zaczynają się egzaminy na uczelni.
- Biedactwo. Ale będę miał mądrą żonę! Kotku, idź sobie na kurs jazdy samochodem. Nie chcę, żebyś męczyła się dojazdami do Torunia. Kupię ci auto i będziesz mogła sobie dojeżdżać samochodem.
    O mało się nie przewróciłam z wrażenia.
- Bronek, myślisz, że mam za mało nauki, żeby jeszcze latać na jakieś kursy?
- A co? Nie chcesz się nauczyć prowadzić samochód? Byłoby ci wygodniej dojeżdżać do Torunia. Zresztą, jak będziesz mieszkała u nas, poproszę naszych mechaników, a oni w mig nauczą cię o pracy motoru i pokażą, jak prowadzić wóz. Zdasz egzamin wcale nie chodząc na kurs.

- Marzę o samochodzie, ale na razie dajmy sobie z tym spokój. Jestem głodna i chcę coś zjeść na kolację!
    Wróciliśmy do hotelu. Z kawiarni przyniesiono nam kanapki z szynką i dobrą sałatkę. Wzięłam ze sobą grzałkę, która zawsze jeździła ze mną, gdy jechałam na wykłady. Zagrzałam w niewielkim, wziętym z domu, garnuszku wodę i zaparzyłam nam kawę. Zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Radio na stoliczku nocnym grało Vivaldiego „Cztery pory roku”, a my słuchaliśmy, przytuleni do siebie i szczęśliwi, że jesteśmy razem. c.d.n.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

SEKRETY RODZINNE - KRAKOWSKIE PRZYGODY.


15 stycznia 2018 r.

   Pociąg nie był wcale przeładowany i w przedziale pierwszej klasy, siedzieliśmy tylko my dwoje. Mimo woli przypomniałam sobie moją poślubną podróż do Warszawy. Byłam wtedy załamana rozłąką z rodzicami i ich rozpaczą. Zaczynałam pojmować, że mężczyzna, którego poślubiłam, wcale nie jest tym, jakiego przedtem znałam.
    Teraz jechałam spokojna i zakochana, pewna, że rodzice także cieszą się naszym przyszłym szczęściem. W wagonie było ciepło, więc Bronek zdjął płaszcz i czapkę, siedząc tylko w mundurze. Oparłam głowę o jego ramię, a on trzymał mnie za rękę, bawiąc się palcami i całując mnie co chwilę.
- Wiesz, kochanie. - powiedział, podnosząc moją dłoń do ust. - To bardzo rzadko się zdarza, żeby kobieta i mężczyzna byli idealnie dobrani pod względem fizycznym.
- Tak? - oderwałam głowę od jego ramienia i spojrzałam mu w oczy. - A my?
- Nam się to zdarzyło i możemy tylko dziękować za to Bogu. Niczego nie żałujesz?
- Absolutnie niczego. Broniu, wiem, że niekiedy zachowywałam się paskudnie i traktowałam ciebie podle. Ale to się już nigdy nie powtórzy i postaram się wynagrodzić ci wszystko.
- Nic takiego sobie nie przypominam. Wiem, że będziesz idealną żoną. Ale nie mam nic przeciwko temu, żebyś była dla mnie miła w pewnych sytuacjach.
-A dzisiaj w nocy nie byłam?
    W odpowiedzi poczułam na ustach mocny pocałunek i ręka ukochanego, zaczęła pieszczotliwie gładzić moje udo.
    We Wrocławiu mieliśmy przesiadkę, na pośpieszny do Krakowa. Ten pociąg był zapchany i tylko dzięki sprytowi Bronka znaleźliśmy wolne miejsca. We Wrocławiu lał deszcz i martwiłam się bardzo, podejrzewając, że możemy te dwa tygodnie spędzić pod parasolami. W przedziale siedzieli dwaj panowie z Belgii, mający w Polsce rodziny. Bawiliśmy się setnie widząc, z jakim przerażeniem i popłochem przyglądają się kolejnym dworcom. Obawiali się, że lada chwila do przedziału wparuje milicja i zamknie ich do pudła za”niewinność”. Widać, na zachodzie przedstawiają nasz kraj tylko w czarnych barwach.
    Ku memu zachwytowi, w Krakowie panowała piękna i ciepła pogoda, gdy pociąg wjechał na dworzec wczesnym popołudniem. Bronek załadował nasze walizki do bagażnika taksówki i pojechaliśmy do hotelu. Hotel „Pod Różą” znajduje się przy ulicy Floriańskiej, bardzo blisko Rynku. W wielkiej sklepionej sieni, gdzie znajdowała się recepcja, powitał nas ogromny portret hetmana Stefana Czarnieckiego. Zaraz poczułam powiew historii, bo też miejsce gdzie się znajdowaliśmy było nią przepełnione. Hotel znajdował się w dawnym pałacu włoskiego dworzanina królowej Bony Prospera Provany, i podobno już od XVII wieku przyjmował gości. 
   W tych starych murach zatrzymywało się wiele znakomitości, począwszy od cara Wszech Rosji Aleksandra I, który bawił w nim w 1805 roku wraz ze swym bratem wielkim księciem Konstantym Pawłowiczem Romanowem, późniejszym znienawidzonym wodzem naczelnym Wojska Polskiego w Królestwie Kongresowym. W hotelu bywał także poseł perski, wysłany do cesarza Napoleona I, wielki muzyk Franciszek List, oraz inne znakomitości. W pierwszej połowie XIX wieku, hotel nosił nazwę „Hotel de Russie” na cześć i pamiątkę pobytu cara Aleksandra I, jednak w okresie Powstania Styczniowego, przywrócono mu nazwę: „Hotelu Pod Różą”.
Aleksander I Romanow car Rosji.
   W recepcji przyjęła nas uprzejma pani i podawszy nam ankiety do wypełnienia, poprosiła o dowody, wpisując nas do księgi gości. Dostaliśmy dwuosobowy pokój 304, o ile dobrze pamiętam, na pierwszym piętrze. Nie było wtedy boya i Bronek sam zatachał nasze walizki do pokoju, po schodach krytych purpurowym dywanem. Długa, śnieżnobiała galeria, cała oszklona, prowadziła do pokoi. Z galerii widok był na oszklony dach, chyba kawiarni.
Pokój był duży, umeblowany ciemnymi meblami, naśladującymi epokę biedermeierowską. Wielkie łoże małżeńskie zajmowało znaczną część pokoju. Poza tym, toaletka z podłużnym lustrem, stolik z telefonem, dwa foteliki, szafa i duża łazienka z wanną wbudowaną w posadzkę. Okna pokoju i łazienki wychodziły na ulicę Floriańską.
   

  Ponieważ w nocy niewiele spałam i byłam bardzo zmęczona, postanowiłam wykąpać się, zanim pójdziemy na obiad. Bronek wyszedł, zamówić w recepcji bilety na zwiedzanie Wawelu, bo Hotel załatwiał i takie zlecenia. Ja powiesiłam płaszcz do szafy, zdjęłam suknię i buciki oraz pończochy i wsunąwszy stopy w domowe kapcie, podreptałam do łazienki zachwycając się jej wielkością i oknem z mlecznymi szybami.
Napuściłam wodę do wanny, podskakując na jednej nodze, żeby się trochę zagrzać, bo sezon palenia w kaloryferach zaczynał się chyba od 15 października i w łazience było raczej chłodno. Nad wanną wisiały jakieś druty. Pomyślałam, że ponieważ w pobliżu wanny nie ma taboretu, na którym można by złożyć bieliznę, zapewne należy wieszać ją na tych drutach. Beztrosko powiesiłam na nich stanik, majtki oraz halkę i usiadłam w wannie, rozkoszując się gorącą wodą, zmywającą ze mnie zmęczenie i senność. Puściłam prysznic, masując wodą całe ciało i rozkoszowałam się ciszą. Ale nie długo!

   Niespodziewanie, ktoś zaczął walić do drzwi. Z pewnością nie był to Bronek, bo miał klucz do pokoju. Z przerażeniem posłyszałam, że pod drzwiami pokoju zebrało się kilka osób, pukając zawzięcie, a nawet waląc pięścią i wołając, abym otworzyła. Zerwałam się i wybiegłam z wanny goła, jak święty turecki, mokra, wystraszona, szukając po drodze szlafroka. Przypomniałam sobie w ostatniej chwili, że szlafrok mam w walizce, jeszcze nie rozpakowanej. Za drzwiami zebrał się niewielki tłumek, a ktoś znowu zaczął wołać, żebym otworzyła. Rany boskie, co mam robić, przecież jestem naga!
   Kapiąca wodą, podeszłam do drzwi i spytałam drżącym głosem, kto puka? Posłyszałam polecenie, żebym natychmiast otworzyła.
- Coś się pani stało? - spytał czyjś męski głos.
- Mnie? Nie! - odpowiedziałam, zdumiona głupim pytaniem. A może to jaka pomyłka?
- To dlaczego pani uruchomiła alarm? Dzwoni!
- Ja? Wcale nie dzwoniłam! - oświadczyłam stanowczo.
- Jak to nie? Przecież alarm dzwoni. Nie słyszy pani?
    Rzeczywiście, w głębi korytarza coś dzwoniło. Byłam kompletnie rozkojarzona.
- Proszę natychmiast otworzyć drzwi. Trzeba wyłączyć alarm. - domagał się męski głos za drzwiami.
- Ale ja nie mogę! - miauknęłam żałośnie, jednocześnie dygocząc z zimna. Byłam przerażona i zdenerwowana tą awanturą. Nagie ciało miałam pokryte „gęsią skórką” i zaczęłam dzwonić zębami.
- Co tu się dzieje? - usłyszałam głos Bronka i odetchnęłam.
- Ta pani włączyła alarm i nie chce nam otworzyć. - usłyszałam tym razem damski głos.
- Zaraz otworzę. Iza, dobrze się czujesz? - spytał Bronek, wkładając klucz do zamka.
Fernand Lematte " Młoda kobieta w wannie"
   Jęknęłam z rozpaczy i nie mając innego wyjścia, dałam nura do łóżka, zakrywając się po uszy kołdrą. Bronek wszedł pierwszy, a za nim w uchylonych drzwiach, zobaczyłam kilkoro osób ze służby hotelowej. Co ja narobiłam? - zastanawiałam się ze strachem.
- Kochanie, dlaczego dzwoniłaś? - Bronek podszedł do łóżka i pochylił się nade mną. - Źle się czujesz, zasłabłaś?
- Nie dzwoniłam, tylko jestem naga, bo się kąpałam. - szepnęłam, próbując przestać dzwonić zębami.
    Bronek starał się utrzymać powagę, ale nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Rozumiem. - powiedział i podszedł do drzwi. - Proszę, niech ktoś wyłączy alarm. Pani go niechcący włączyła.
    Wbiegła pokojówka w białym fartuszku i zajrzawszy do łazienki, zdjęła z drutów wiszące tam moje majtki i całą resztę. Dzwonek umilkł. Pokojówka położyła moje ciuchy na foteliku i skinąwszy nam głową skierowała się do drzwi. Ale na progu zatrzymała się na moment.
- Te druty nad wanną, to jest alarm, proszę pani. Na wypadek czyjegoś zasłabnięcia. - wyjaśniła, z drwiącym błyskiem w oczach. - Proszę nic na nich nie wieszać!
    Wyszła, a ja tak się poczułam, jakby mi kto dał w gębę. Proste chamidło z ciemnej prowincji! Bronek stał nade mną, gryząc wargi i starając się powstrzymać wesołość. Nagle rzucił się na łóżko, ściągnął ze mnie kołdrę i zaczął mnie tarmosić, zanosząc się od śmiechu.
- Zostaw mnie, do cholery! - wrzasnęłam, bo wcale nie było mi do śmiechu. - Powinni napisać, że tam jest alarm, a tak, wyszłam na cielę z Pikutkowa! Bronek, przestań się śmiać! - potargałam go mocno za czuprynę. - To wcale nie było zabawne. Jest mi zimno!
    Udałam, że chlipię i schowałam głowę pod kołdrę. Bronek natychmiast spoważniał i pogładził mnie po nagich piersiach.
- Kotku, mam sposób żeby cię rozgrzać. - oznajmił z łobuzerskim błyskiem w oczach.
- O, co to, to nie! - oświadczyłam obrażonym tonem i wyskoczyłam z łóżka z drugiej strony. Zasłoniłam się drzwiami od szafy i pod ich osłoną ubrałam się w to, co miałam pod ręką. To znaczy w majtki, stanik i halkę. Kostium, który zamierzałam włożyć, był spakowany w walizce.
- Zamiast naśmiewać się ze mnie, bądź tak łaskawy i rozpakuj walizki. Ja muszę zrobić makijaż! - poleciłam zimno i usiadłam przed lustrem, wyjmując z torebki przybory kosmetyczne.
    
Bronek posłusznie zabrał się do otwierania walizek i wieszania ubrań w szafie na wieszakach. Kątem oka widziałam, że jeszcze się uśmiecha.
- Co w tobie jest takiego, że ja ciebie muszę tak kochać? - usłyszałam jego głos.- Jak to jest, że dotykanie ciebie tak mnie podnieca, i koniec końców jestem zgubiony. Wiedziałem, że jesteś czarownicą!
- Wcale nie musisz mnie kochać. - mruknęłam, jeszcze gniewnym tonem.
- A właśnie, że muszę. - przerwał wieszanie, podszedł do mnie i podniósł mnie z krzesła. Przytrzymał, jak zaczęłam wierzgać nogami i położył na łóżku. 
- Muszę! - wyszeptał, pochylając się nade mną, zsuwając ramiączka halki i stanika. Jego wargi muskały moją szyję, ramiona, potem piersi, aż jęknęłam, wyprężyłam się i uległa, przestałam się bronić.
    Na obiad poszliśmy prawie o szesnastej. c.d.n.
                                 ----------------------------------------

sobota, 13 stycznia 2018

SEKRETY RODZINNE - NARESZCIE TROCHĘ SWOBODY!


  13 stycznia 2018 r.
   W tym cholernym mieście chyba działa poczta pantoflowa! Nazajutrz miałam bardzo miły telefon od cioci Maryni, a zaraz po południu wparowała do mnie Alinka. Z wielce tajemniczą miną rozsiadła się na foteliku w moim pokoju i spojrzała na mnie wyczekująco.
- No, i jak było? - odezwała się od razu ad rem.
- Niby z czym? - mruknęłam z głupia frant.
- Jak to? Pytam, jak było z Bronkiem?
- A skąd wiesz, że tu był?
- Bo twoja mama zadzwoniła do mojej i zwierzyła się jej, że był Bronek i jesteś bardzo szczęśliwa. Więc nie musiałam się domyślać. Ostatecznie jestem lekarzem.
    Założyłam nogę na nogę i zapaliłam papierosa, dmuchając na nią dymem.
- Owszem, ale to wcale nie znaczy, że mam obowiązek wtajemniczania cię w szczegóły mego życia intymnego. - oświadczyłam z zarozumiałą miną.
- O, to już nie jestem twoją „psiapsiółką? Pewnym osobom przewraca się w łepetynie. Byłaś na zastrzyku?
- Nie byłam i nie mam zamiaru więcej się truć. Jestem zdrowa i nic mi nie dolega. - pochyliłam się i objąwszy ją za szyję, ucałowałam w oba policzki. - Nareszcie wiem, że jestem kochaną kobietą, a nie workiem do bicia, czy dziwką, którą można gwałcić bezkarnie.
- Izuniu, to wspaniała nowina. A widzisz, już dawno zalecałam ci seks. A tak od jednego do dziesięciu, jaki był?
- Może z osiemdziesiąty piąty, ale pewna nie jestem. Alisiu, on jest cudowny, kochaliśmy się wiele razy i jestem taka szczęśliwa…..
   W oczach Alinki pokazały się łzy.
- No widzisz? No widzisz, ty głupia? Już dawno mogliście żyć z sobą! Słuchaj, może potrzebujesz jakiegoś zabezpieczenia? Tabletek, czy gumki, to ci przyniosę. Wyjeżdżacie razem, będziecie z sobą żyli i możesz przed ślubem zająć w ciążę.
- Nie, złotko. Nic mi nie potrzeba. Przecież byłam już mężatką i w ciążę nie zachodziłam, choć on uprawiał ze mną seks codziennie. A gdyby nawet mi się to zdarzyło, bo Bronek szalałby z radości, bo pragnie mieć dzieci.
- A ty?
- A ja pogodzę się z tym faktem, choć jak wiesz, dzieci wcale nie pragnę.
 - A ja tak, bardzo. - westchnęła rzewnie Alinka i sięgnęła po paczkę z papierosami, zapalając jednego. - Ale jak mam zajść w ciążę, kiedy ten mój drań, Staszek, ciągle na jakichś kursach i nie ma czasu mnie zapłodnić? Ech, kobieca dola! Za granicą to kobiety mogą sobie pomagać za pomocą wibratorów, ale nie u nas.
    Otwarłam szeroko oczy i pochyliłam się w jej stronę zaintrygowana. Nigdy o czymś takim nie słyszałam.
- A co to za diabeł?
- Wibrator? Taki przyrząd, którego się używa w braku mężczyzny.
- O matko! To całuje, czy co?
- Nie, to się wkłada… no wiesz gdzie, i po kłopocie.
- A fe, świństwo! - skrzywiłam się zniesmaczona.
- W braku laku, dobre i to. - oznajmiła Alinka zrezygnowanym tonem, a potem spojrzała na mnie i roześmiała się serdecznie. - Kotku, masz rację. Nie ma to jak zdrowy, kochający chłop! Mój Staszek także dobry jest w łóżku.
 - Jesteśmy szczęściarami.
- A dokąd teraz z Bronkiem pojedziecie?
Zakopane - Gubałówka.
- Bronek chce do Krakowa, Zakopanego i Sopotu. Wyobraź sobie, że ma zamiar uczyć mnie jeździć na nartach, bo w Tatrach już śnieg. Alisiu, co z Witkiem? Odzywa się do ciebie?
    Alinka momentalnie spoważniała i westchnęła ciężko.
- Nie pisze nawet do rodziców. Mama się zamartwia. Ta suka go zniszczyła!
- Boże, jak bardzo mi go brakuje. - powiedziałam z żalem. - Ja od początku bałam się tej baby. Przeczuwałam, że knuje coś złego. Prosiłam, błagałam, żeby szybko się rozwiódł, ale on ciągle to odkładał i teraz cierpi. Może jednak napisać do niego, bo jeszcze pomyśli, że wszyscy o nim zapomnieli?
- Nie rób tego. Rozmawiałam z lekarzem psychiatrą. Powiedział mi, żeby na razie zostawić go w spokoju. Do czasu zagojenia się ran po operacji plastycznej.
- A kiedy operacja?
- Prawdopodobnie już pod koniec stycznia. Postaram się być wtedy przy nim.
    Pogadałyśmy jeszcze z godzinkę, przy kieliszku wina, i Alinka wyszła, ucałowawszy mnie przedtem i wyszeptawszy mi do ucha, kilka zbawiennych rad.
   Nie mogłam się już doczekać przyjazdu Bronka. Jedenastego października pożegnałam zakład na dwa tygodnie i wróciłam do domu, żeby się spakować. Bronek przyjeżdżał wieczornym pociągiem, a o świcie wyjeżdżaliśmy do Krakowa. Mama, jak zwykle przezorna, przyszykowała nam na drogę furę jedzenia…. Żeby, broń Panie Boże, Broneczek nie zgłodniał!
    Już na tydzień przed wyjazdem, osobiście zarezerwowałam pokój w krakowskim Hotelu „Pod Różą”, gdzie zamierzaliśmy przebywać przez dwa dni, w drodze do Zakopanego. Był to bardzo stary, renomowany hotel, w którym niekiedy zatrzymywaliśmy się, jadąc do babci.
    Pociąg z Wrocławia przyjeżdżał po dwudziestej, więc się ubrałam i wyszłam po Bronka na dworzec. Było chłodno i zaczął kropić deszcz. Bałam się, żeby pogoda nie zrobiła nam paskudnego psikusa i nie przyniosła jesiennej pluchy, psując nam wypoczynek.
   Megafon, głosem zachrypniętej kasjerki, zapowiedział nadejście pociągu. Wzdłuż peronu przesuwały się oświetlone okna wagonów. Pasażerowie zaczęli wysiadać, a ja natychmiast spostrzegłam jego wysoką sylwetkę i czapkę lotnika. Podbiegłam do niego i zaczęliśmy się zachłannie całować, nie zważając, że przechodzący pasażerowie potrącali nas w przejściu. W końcu Bronek wziął swoją walizkę i poszliśmy do domu, co chwilę przystając i znowu się całując.
- Tęskniłaś?
-Nie mogłam się ciebie doczekać.
- Kochanie, będziemy z tym czekać aż do Krakowa? - zapytał mnie, a ja domyśliłam się od razu, co miał na myśli.
- Nie będziemy. - zapewniłam go uroczyście.
    W domu rodzice powitali go nad wyraz serdecznie. Jak zwykle nie przyjechał z pustymi rękami. Dla taty miał dobre cygara i koniak, a dla mamy, śliczną francuską apaszkę. Mnie przywiózł francuską płytę prosto z Paryża, z najnowszą piosenką Aznavoura „She”, i obiecał, że dostanę od niego prezent w Zakopanem. Rodzice byli nim całkowicie oczarowani.
    Po kolacji opowiadał nam swoje wrażenia z Czechosłowacji.
- Iza mówiła, że w kraju nie było reakcji na naszą inwazję? - zwrócił się do taty.
- Mój drogi, Gomułka już w marcu dał nam bolesna lekcję zamordyzmu. A PZPR rozpoczęła podjazdową walkę z polską elitą intelektualną. Wielu pisarzom zabroniono spotkań autorskich z czytelnikami i odmówiono publikacji książek. Tacy pisarze jak Wańkowicz, Andrzejewski, Słonimski, Jasienica i wielu innych, mają bardzo poważne kłopoty. Tym bardziej teraz, po otwartym liście Andrzejewskiego do czechosłowackiego prezesa Związku Literatów. Przeciwko udziałowi wojska polskiego w inwazji, protestował z emigracji Sławomir Mrożek, na łamach paryskiej „Le Monde”. To co wiemy, to z Radia Wolna Europa, bo nasza prasa podaje tylko wiadomości, przepuszczone przez sitko cenzury. Od marca odbywa się frontalny atak na polską inteligencję. Czym się to skończy, nie wiadomo.
Edward Ochab w przemówieniu noworocznym w 1967 r
- Komitet Centralny przyjmuje coraz bardziej agresywną postawę. - wtrąciłam - Przecież w lipcu podał się do dymisji sam Edward Ochab! To o czymś świadczy. Ale panowie, przestańmy dyskutować o polityce. Bronek i ja wstajemy o trzeciej, więc najwyższy czas pójść lulu! I błagam, nie wspominajcie o marcu, bo wtedy cudem nie dostałam pałą po głowie, od gorliwego stróża porządku!
- Iza, nic mi nie mówiłaś! - Bronek poderwał się z miejsca. - Jak to było?
- Kiedyś ci opowiem, ale nie teraz, bo już po dwudziestej drugiej. Maszeruj do łazienki, bo ja chcę wziąć kąpiel!
    Rzucił mi przeciągłe spojrzenie i uśmiechnął się katem ust. Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem na wspomnienie „rybki”.
- Z czego się śmiejesz, kochanie? - zapytał niewinnie.
- A co, nie podoba ci się?
- Przeciwnie. Masz prześliczny uśmiech. Dobrze o tym wiesz i dlatego tak często z niego korzystasz, żeby usidlić mężczyzn.
- Naprawdę? No to maszeruj do łazienki! - poleciłam surowo, pochylając głowę i kryjąc twarz.
    Ale rodzice na pewno się czegoś domyślali, bo popatrzyli na siebie i powiedziawszy nam „dobranoc” poszli do swojej sypialni. Ja za ten czas pościeliłam Bronkowi tapczan, włączyłam telewizor i poszłam do swego pokoju, przygotować się do kąpieli. Kiedy Bronek opuścił łazienkę, szybko wzięłam prysznic i wróciłam do siebie. Słyszałam jak rodzice jeszcze przez chwilę krzątali się po sypialni, a potem nastąpiła cisza. Tylko na to czekałam. W nocnej koszuli, wcale się nie krępując, poszłam do jadalni. Choć jeszcze nie mieliśmy urzędowego papierka, byliśmy już małżeństwem!
    
   Bronek bez słowa zdarł ze mnie koszulę i przywarł ustami do moich warg, powoli, bez pośpiechu, delikatnie pogłębiał pocałunek. Jego dłonie wędrowały w dół mego brzucha, pieszcząc mnie z wyrafinowaną powolnością. Tej nocy wiele nie spaliśmy. c.d.n.
                               --------------------------------------------