sobota, 24 lutego 2018

SEKRETY RODZINNE - NOWE ZMARTWIENIE.


24 lutego 2018 r.
Nowy prezydent USA Richard Nixon 5.XI.1968 r.
   Miałam telefon od Bronka. Powiedział, że przez jakiś czas będzie zajęty, a to znaczyło, że znowu tych biednych chłopców wypchną gdzieś w pobliże granicy, żeby pilnowali nieba przed najazdem kapitalistycznych opryszków.
    31 października skończyła się rewolucja kulturalna w Chinach. Widocznie doszli do wniosku, że kilkanaście lat komunizmu, nie potrafi zmienić kilku tysięcy lat kultury chińskiej, Trochę późno to zrozumieli, ale zawsze już coś!
   
    
   1 listopada, Wszystkich Świętych. Byłam z rodzicami w kościele na mszy, na intencję spokoju dusz naszych bliskich zmarłych. Potem poszliśmy na cmentarz, zapalając znicze na jakimś opuszczonym grobie. Nasi przodkowie także leżą w zapomnianych mogiłach na kresach wschodnich, a właściwie to już i grobów nie mają, bo wszystko zniszczono i zdewastowano. To przykry dzień, mama płacze na wspomnienie rodziców, a tata wspomina swego ojca, dziadka Tadeusza. Telefonowaliśmy do babci.
   5 listopada wybory prezydenckie w USA, wygrał kandydat republikanów Richard Nixon, pokonując demokratę, wiceprezydenta Huberta Humphreya.
    11 listopada rozpoczął się V Zjazd PZPR. Honorowym gościem Zjazdu był sam towarzysz Leonid Breżniew. Ale nas spotkał zaszczyt! Na powitanie, obaj przywódcy wymienili namiętny pocałunek – usta, usta. 

  Breżniew cenił Gomułkę, wykonującego bez sprzeciwu każde zalecenie Kremla. Zastanawiałam się niekiedy, gdzie się podział ten odważny I Sekretarz KC PRPR, który w 1956 roku, postawił się samemu Chruszczowowi? Co się stało z człowiekiem, którego Polacy szanowali?
    W 1968 roku, Gomułka umocnił swoją pozycję w Komitecie Centralnym PZPR, ku zadowoleniu wszystkich frakcji partyjnych. W telewizji i radiu, w liczącej się prasie, ukazało się przemówienie Gomułki, otwierające obrady Zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
„ Zjazd uznaje umocnienie kierowniczej roli partii w naszym systemie społeczno-politycznym, za naczelne zadanie, w dalszym rozwijaniu socjalistycznego budownictwa i demokracji socjalistycznej.”
    Potem bla, bla, bla, a następnie już z coraz grubszej rury:
„Chociaż przeobrażenia socjalistyczne w naszym kraju zlikwidowały antagonistyczne klasy społeczne (-) zwłaszcza okresu burżuazyjno-obszarniczego Polski międzywojennej, jednak nie zostały one do końca przezwyciężone. Wywierają one określony wpływ na postawę części społeczeństwa, a zwłaszcza na pewne kręgi inteligencji, której mentalność wciąż nie jest wolna od tradycyjnego poczucia dystansu wobec mas pracujących. Znajduje to wyraz w reliktach nacjonalistycznych, w czołobitności wobec Zachodu i mieszczańskiego trybu życia, w egoizmie i sobkostwie, w anarchistycznym stosunku do władzy. To zaplecze rewizjonizmu odradza się i reprodukuje pod naciskiem systemu kapitalistycznego”.
    
   To było już niedwuznaczne wypowiedzenie wojny polskim elitom inteligenckim, z którymi Gomułka miał na pieńku od pamiętnego marca 1968 roku. W dalszym ciągu swego przemówienia, I Sekretarz zapowiadał ostrą walkę klasową z imperialistycznym i kapitalistycznym systemem, który nie mógł rywalizować z zawsze słuszną postawą wiodącej PZPR. Mieliśmy w domu kupę zabawy, cytując fragmenty gomułkowskiej mowy.
- Tupciu, ty, relikcie nacjonalistyczny, czy reprodukowałeś się pod naciskiem kapitalistów, czy mamy? - zagadnęłam z powagą.
- Nic ci do tego! A ty, moja córko, żyjesz w sobkostwie i masz dystans wobec rodzonego ojca, oraz upodobanie do mieszczańskiego trybu życia! - odciął się tata.
    Żarty żartami, ale po V Zjeździe, powoli zaczynał się okres coraz większej dominacji partii i tak zwanego ”zamordyzmu”. Wielu czołowych członków Komitetu Centralnego i wojska, Gomułka wylał ze stanowisk na zbity pysk, zastępując ich swoimi ludźmi. Nastąpiły także zmiany na wyższych uczelniach, otwierając drogę do kariery ludziom z legitymacją PZPR-u, a utrącając osoby z liczącym się dorobkiem naukowym. To wszystko nie wróżyło niczego dobrego.
   Ciekawe, jeszcze przed miesiącem, telefony urywały się, bo matka i siostra Bronka, dzwoniły kilka razy w tygodniu. Natomiast teraz, po moim przyjeździe z wakacji, telefon milczy jak zaklęty. Obawiam się, że nie będę miała z moją przyszłą teściową lekkiego życia i całą moją nadzieją, była nikła szansa na otrzymanie własnego mieszkania.
    Pani krawcowa dała znać, że moja suknia ślubna jest gotowa. Zabrałam ze sobą mamę i Alinkę, aby obejrzały suknię i mnie w ślubnej kreacji. Przy ich pomocy, a także pani krawcowej, włożyłam na siebie sztywną falbaniastą halkę, a potem suknię na jedwabnej podszewce. Stanęłam przed lustrem i niemal siebie nie poznałam. Z lustrzanej tafli, patrzyła na mnie panna w śnieżnej krynolinie, jakby wyjęta z fotosu filmowego „Przeminęło z wiatrem”. To byłam ja, czy Scarlett O'Hara? Mama i Alinka rozpływały się z zachwytu, a ja czułam się jakoś dziwnie. Moją postać opływały fałdy białej krynoliny, całej w drobnych falbankach. Obcisły stanik sięgający pod samą szyję, wydłużał mi figurę i wydawałam się sobie nienaturalnie wysoka i obca.
Obraz z filmu "przemineło z wiatrem"
   Nie, to nie byłam ja, tylko ktoś zupełnie inny, wcale mi nie znany. Toaleta była przepiękna, ale ja czułabym się o wiele lepiej, w białym kostiumiku, lub w długiej sukni, prostej i nowoczesnej. Nie lubiłam tej strojnej kiecki, w której miałam iść do ślubu!
- Iza, cudownie wyglądasz! - entuzjazmowała się moja „psiapsiółka” - Jeszcze długi welon, rękawiczki i pantofelki na szpilce. Bronek musi kupić ci duży bukiet z białych róż. Wyobrażam sobie, jak pięknie będziecie oboje wyglądali, idąc przez kościół. Ty w krynolinie, a on w galowym lotniczym mundurze. No, mówię ci, że będę beczała na cały głos ze szczęścia!
    Mama nic nie mówiła, ale po jej policzkach płynęły łzy. Zawsze marzyła, żebym szła do ślubu w krynolinie. Ja nie czułam żadnego wzruszenia, tylko niewygodę w długiej i ciężkiej toalecie.
- Zdejmijcie to ze mnie! - powiedziałam podniesionym tonem. - Doceniam ciężką pracę nad tą suknię, ale zaraz po ślubie trzeba ją będzie przerobić na toaletę wieczorową.
- Ależ Izuniu. - odezwała się mama. - Broniu chciał, żebyś w ślubnej sukni była na karnawałowym balu w jego kasynie.
- Jeszcze czego! Musiałabym siedzieć do końca balu, bo w tej kiecce nie da się nawet dobrze chodzić, a co dopiero tańczyć. Ona jest po prostu za ciężka. Alisiu, rozepnij mi zatrzaski z tyłu stanika.
- Iza, pooglądaj się jeszcze trochę. Tak stylowo wyglądasz…- namawiała mnie Alinka, ale odmówiłam.
    Odetchnęłam swobodnie, wkładając spódnicę i sweter. Po opłaceniu słonej należności, pani krawcowa zapakowała suknię do dużego tekturowego pudła i obwiązała sznurkiem. Postanowiłam twardo, że ubiorę ją dopiero w dzień ślubu!
    Babcia przysłała mi znowu dwieście dolarów. Ach, żebym miała moją biżuterię przegraną w karty przez tego drania, kupiłabym nam mieszkanie, tylko za sam złoty pierścionek z brylantem i rubinem. Teraz mogę sobie o tym jedynie pomarzyć.
                                           --------------------------------------
    Pani Orlicka nie dzwoni do nas, lecz zatelefonowała do babci. Skarżyła się bardzo na bóle stawowe, które ją wykańczają. Podobno lekarz dał jej skierowanie do sanatorium i być może wyjedzie tam jeszcze w styczniu. Babcia zakomunikowała mi tę nowinę grobowym tonem.
- Czy to możliwe, żeby nie była na ślubie jedynego syna? - zastanawiała się babcia głośno. - To przecież wprost nie do pomyślenia.
- Nie wiem, babciu. Ale przyznam ci się, że nie wpadnę w rozpacz z tego powodu.
- Mam nadzieję, że nie jesteście w konflikcie?
- Szczerze? W czasie ostatniej wizyty w jej domu, pani Orlicka dała mi jasno do zrozumienia, że wolałaby widzieć w roli swojej synowej, córkę kuzynki, nie mnie.
- Żartujesz! - babcia wzięła głęboki oddech. - Bronek o tym wie?
- Wie i bardzo mu się to nie podoba, bo jego matka gorliwie starała się nas skłócić. O mało nie doszło do zerwania. Na szczęście, bardzo się kochamy i to się jej nie udało.
- Ona nie chce mojej wnuczki na synową? - babcia była kompletnie wytrącona z równowagi. Duma i ambicja nie pozwalały jej spokojnie znieść myśli, że ktoś może mnie nie chcieć. - Co ona sobie wyobraża? Jak śmie stawiać wyżej jakąś tam dziewuchę od mojej wnuczki? O, chytra lisica, udawała taką czułą matkę. Broniowi będzie strasznie przykro.

- Być może do tego nie dojdzie, ale pani Orlicka z góry wolała się się asekurować. Babciu, ja nie chcę u niej mieszkać, ale obawiam się, że będę do tego zmuszona, a to nie będzie przyjemne ani dla niej, ani, tym bardziej dla mnie i Bronka. Ale w Trójmieście o mieszkanie strasznie trudno. Postaram się mieszkać jak najdłużej u rodziców, ale przecież chcę być przy mężu. Już na samym początku małżeństwa, życie stawia przed nami same problemy.
    Babcia milczała przez długą chwilę. Pomyślałam, że się rozłączyła, ale po chwili usłyszałam jej zatroskany głos:
- Izabela, jesteś moją jedyną wnuczką i chciałabym ci pomóc. Dobrze cię rozumiem, bo ja także nie miałam po ślubie słodkiego życia z moją teściową. Kiedy po raz pierwszy złożyliśmy jej wizytę, pani baronowa pozostawiła nas samych w salonie, wsiadła do powozu i pojechała na partię wista do sąsiadów. Lekceważyła mnie, choć wniosłam twemu dziadkowi w posagu osiem tysięcy reńskich1. To było dużo pieniędzy. Za dziesięć tysięcy reńskich, Matejko kupił majątek ziemski, za swój obraz „Kazanie Skargi”, zakupiony przez cesarza Franciszka Józefa.
- Więc sama widzisz, babciu, że nie będzie mi łatwo. Tym bardziej, że ja Bronkowi posagu nie wniosę.
- Kto wie, moje dziecko. Na razie nie przejmuj się niczym, bo nie warto. Broniu nie dzwonił?
- Tylko raz. Mówił, że będzie zajęty. Widocznie gdzieś dalej ich posyłają.
- Jakby się odezwał, przekaż mu moje ucałowanie. No to adieu, moje dziecko. - powiedziała babcia i odwiesiła słuchawkę.

   
   Tej nocy znowu nawiedził mnie koszmar. Ktoś mówił mi, że niedługo umrę. Moja przyszła teściowa daje mi popalić już przed ślubem. A wydawała mi się taka serdeczna i kochana. c.d.n.
1Austriacka nazwa tego pieniądza to gulden lub floren. Taka waluta obowiązywała na terenie Galicji do II połowy XIX wieku.

środa, 21 lutego 2018

SEKRETY RODZINNE - NIEBEZPIECZNA PRZYGODA!


21 lutego 2018 r.
Zdjęcie z 1951 r. Brygady Pracy Służba Polsce.
   Izuniu, koniec byczenia się!
O świcie podniosłam się z wersalki śpiąca, z bolącą głową i potwornym kacem. Myjąc się w łazience, podśpiewywałam sobie ponuro, pieśń z okresu „błędów i wypaczeń”. zachrypniętym z niewyspania i przepicia głosem, :
                         Znów się pieśń na usta rwie.
                         SP, hej, SP!!
    W pracy koleżanki powitały mnie owacyjnie.
- Iza, jak fajnie, że wróciłaś! Czeka na ciebie kupa niezałatwionych faktur! Jak tam było na urlopie?
    Powiedziałam, że świetnie, ale stęskniłam się za pracą. Były naiwne, ale nie sądzę, żeby dały się nabrać. Usiadłam przy biurku i zaczęłam tyrać w pocie czoła, Jeszcze dziś chciałam się zwolnić na dwa dni, bo nazajutrz jechałam na wykłady. Koleżankom wolałam o tym nie wspominać, w obawie, że mnie zabiją segregatorami. Wróciwszy do domu, zaraz po obiedzie, usiadłam przy biurku i zaczęłam kuć jak szalona, wbijając sobie w mózgownicę kolejne paragrafy Kodeksu Karnego, czyli KK.
    Jezu. - myślałam z rozpaczą. - Dlaczego ja się tak męczę? Podobno głupie kobiety mają u mężczyzn szalone powodzenie. Jakiś rzymski mędrzec dowodził, że głupota nie różni się niczym od mądrości. Więc po jaką cholerę ja tak zasuwam, zamiast leżeć wygodnie na wersalce i popijając kawkę, słuchać Aznavoura? Bronek z pewnością nie miałby mi tego za złe, gdybym była głupia. niczym but z lewej nogi. Wtedy nie raziłyby mnie nawet nietakty ze strony mej przyszłej teściowej. Westchnęłam rozdzierająco i znowu pochyliłam się nad podręcznikiem.    
   
   O bladym świcie, siedziałam już w wagonie cuchnącym wychodkiem i jechałam na wykłady. To była prawdziwa mordęga i droga przez mękę, dosłownie, nie w przenośni. Profesorów nie obchodziło, że byliśmy ludźmi dorosłymi, mającymi obowiązki i pracę zawodową. Dwa, trzy razy nieobecność na wykładach, zła aktywność i fora ze dwora. Musieliśmy znać temat i prawidłowo odpowiadać na pytania. Należało bywać na rozprawach sądowych i relacjonować je w czasie wykładów. Czekały nas zajęcia w Laboratoriach Medycyny Sądowej Po dwóch dniach, pytań, ćwiczeń i wykładów, byliśmy wpół żywi ze zmęczenia, i dyszeliśmy, jak stare szkapy ciągnące wóz z węglami, pod wysoką górę.
    No wreszcie, koniec zajęć i do zobaczenia w lutym!
   Kolega Boguś, ten co w marcu ratował mnie przed glinami, zaprosił nas na drinka. Poszliśmy do Monopolu. Przy wódeczce i dobrych zakąskach zasiedzieliśmy się co nieco. Potem zaczął się dansing, więc nie wypadało zaraz opuszczać lokalu i tak nam zeszło prawie do północy. Kilka minut po północy miałam pociąg do domu, więc pożegnałam rozbawione towarzystwo. Koledzy chcieli mnie odprowadzić, ale podziękowałam, nie chcąc im psuć zabawy.
 Wrocław Hotel Monopol
   Wyszłam z Monopolu na zimną i mokrą ulicę, bo akurat zaczęło mżyć. Pogoda była obrzydliwa, prawdziwie listopadowa. Z ciemnego nieba, nabrzmiałe deszczem chmury, kropiły lodowato zimnym deszczykiem i płatkami śniegu. Powiał porywisty wiatr i zdmuchnął leżące na chodnikach pożółkłe liście. Otuliłam się płaszczem, bo na kożuch było jeszcze za wcześnie i przyśpieszyłam kroku, maszerując śpiesznie w kierunku Dworca Głównego PKP. Ta ulica dziś ma inną nazwę, ale z pewnością pozostały jeszcze po lewej stronie, głębokie podsienia pod budynkami,. Chroniąc się przed deszczem, biegłam niemal, co chwilę spoglądając na zegarek. Jego wskazówki niepokojąco prędko zbliżały się do północy.
    Naraz zaniepokoił mnie jakiś ruch za plecami,. Z ciemnej sieni wysunęło się dwóch mężczyzn i szło za mną. Byłam tym zaniepokojona, bo ulica wydawała mi się bezludna. Ludzie siedzieli w domach przy telewizorach, oglądając odcinek „Stawki większej niż życie”. Miałam w torebce dosyć dużo pieniędzy, bo każdy pobyt na wykładach kosztował mnie noclegi w hotelach, taksówki i restauracje, nie licząc przejazdów pociągami, czy autobusami.
Mężczyźni przyśpieszyli i wyminąwszy, wyprzedzali mnie o kilka kroków. Na ulicy nie było widać żadnego przechodnia. Postanowiłam przebiec jezdnię na drugą stronę, żeby pozbyć się tych facetów. Nie podobali mi się. Instynkt samozachowawczy ostrzegał, mnie, żebym się miała na baczności.
Nagłym ruchem skręciłam i zbiegłam z chodnika. Za późno!… Jeden z mężczyzn zablokował mi drogę z przodu, drugi znalazł się za mymi plecami.

- Nie krzycz, lalunia, bo dostaniesz nożem! - ostrzegł mnie ten z przodu, sięgając po moja torebkę. Chwyciłam ją mocno za pasek i kurczowo trzymałam w obu rękach, podczas gdy bandyta próbował mi ją wyrwać, Szamotaliśmy się przez chwilę, bo widocznie on nie docenił mojej siły i determinacji.
- Puszczaj, kurwa, bo dostaniesz w łeb! - wrzasnął z wściekłością oprych, szarpiąc paskiem torebki i mną, uczepioną tego paska. Ogarnęła mnie rozpacz, bo na nogach miałam czółenka na szpilkach i nogi chwiały mi się, grożąc złamaniem kostki.
Naraz poczułam silne uderzenie w tył głowy i straszny ból. Upadłam na kolana, drąc w strzępy pończochy, ale paska torebki nie puściłam! Czując spływającą mi po szyi ciepłą stróżkę krwi, nagle zaczęłam się przeraźliwie drzeć, wrzeszczeć, ile sił w płucach. Obaj bandyci szarpali się ze mną, ale nie mogli mi dać rady. Czułam, że pasek torebki wrzyna mi się boleśnie w dłonie i zaczynam słabnąc. Ale nie puszczałam torebki i nie przestawałam wrzeszczeć jak opętana. Dostałam kilka kopniaków i nowy cios w głowę.
    To już był koniec zabawy. Powoli traciłam przytomność i rozciągnęłam się jak długa, na zimnym i mokrym chodniku. W oczach gasły mi światła lamp ulicznych.
- Weź od niej swoje łapska, sukinsynu! - usłyszałam męski głos i zgrzyt odbezpieczanej broni.
- O rany, panie władzo, to moja dziwka. Nie chce mi oddać pieniędzy! - usiłował się tłumaczyć jeden z bandytów, drugi stał w milczeniu.
Uniosłam głowę i o mało nie rozpłakałam się z radości. Obok stało dwóch milicjantów z patrolu. Jeden schylił się i pomógł mi wstać.
- Kim pani jest i co pani robi o tej porze na ulicy? - milicjant zmierzył mnie nieufnym wzrokiem.
- Studiuję prawo.- szemrałam, kiwając się na nogach. - Dziś były wykłady, a teraz szłam do pociągu i napadnięto mnie. Zaraz pokażę panu papiery, Tylko niech ten bandyta puści pasek mojej torebki! - warknęłam ze złością, bo bandzior nadal nie zamierzał z nią się rozstać.
Puścił z pomrukiem przekleństwa, a ja otworzyłam torebkę, pośpiesznie podając milicjantowi dokumenty.
- O której ma pani ten pociąg? - milicjant zwrócił mi dokumenty, oświetliwszy je ręczna latarką, bo na ulicy było ciemnawo.
- Niedługo. Dwadzieścia po dwunastej.
- To za dwadzieścia pięć minut. Ale powinna pani pójść z nami na posterunek, złożyć zeznanie o napadzie i opatrzyć głowę, bo pani krwawi.
- Panowie, ja chcę jechać do domu. Proszę spisać moje dane, a ja pisemnie złożę oświadczenie o napadzie.
- No dobra. Niech pani idzie. A wy, pójdziecie z nami na posterunek.

- Panie władzo, przecież jej nic się nie stało, my tylko…
- Morda w kubeł! Idziemy! - milicjant ostro przerwał spraszanie się bandziora.
    Ale ja już nie słuchałam dalszej jego przemowy, bo stękając i potykając się na szpilkach, biegłam w stronę dworca. Na szczęście nie było już daleko i wpadłam na peron dosłownie w ostatniej chwili, kiedy pociąg już stał pod parą. Wskoczyłam do wagonu I klasy, i upadłam na kanapkę.
    Nie wiem, jak i kiedy zajechałam do domu. Chyba ktoś pomógł mi wysiąść, bo sama już ledwo się ruszałam. Czułam, że z głowy cieknie mi krew i przypomniałam sobie, co mówiła Alinka, że rany w głowę bardzo długo krwawią. Przypomniałam sobie napad domniemanego „wampira”. Ale chyba jeszcze nigdy droga do domu nie wydała mi się tak długa, chociaż cały czas widziałam oświetlone okna naszego mieszkania. Mama czekała na mnie z gorącą herbatą.
    Szłam po schodach po jednym stopniu, czując w głowie narastający szum. Nareszcie stanęłam pod drzwiami i zadzwoniłam. Mama otworzywszy szeroko oczy, zaczęła głośno krzyczeć.
- Izunia, córeńko, co ci się stało? Boże, jak ty wyglądasz? Krwawisz!
    Z sypialny wybiegł ojciec i niemal na rękach wniósł mnie do mego pokoju i położył na wersalce. Boże, jak to dobrze znaleźć się w swoim domu… - przemknęło mi przez myśl. Mama już dzwoniła po pogotowie i po Alinkę. Tak się szczęśliwie złożyło, że to ona miała dyżur w szpitalu.      
   Czułam w tyle głowy rwący ból i krew dalej spływała mi za kołnierz sukni. Mama, blada z przerażenia, wyjęła z szafy czyste ręczniki i obwiązała mi łepetynę. Wyglądałam chyba jak Turek, w odświętnym turbanie. Karetka przyjechała na sygnale, a pielęgniarka z Alisią pędziły po schodach jak do pożaru.
- Jezus Maria, co ci się stało? - wrzasnęła moja najmilsza konowałka, pochylając się nade mną. - Cholera, masz ranę ciętą na potylicy. Kto cię tak urządził?
 - Dwóch drani napadło mnie we Wrocławiu. Dali mi w łeb i chcieli odebrać torebkę. Broniłam się, więc mnie skopali. Na szczęście milicja ich nakryła w samą porę. - wytłumaczyłam słabym głosem. - Alisiu, szumi mi w głowie i chce mi się rzygać…..

- Siostro, zastrzyk. - poleciła Alinka, podając jakaś łacińską nazwę, ale już nie pamiętam jaką. - Według mnie, masz wstrząs mózgu. Biorę cię do szpitala na zdjęcie głowy. Ranę trzeba szyć.
-Aliśla, nie chcę do szpitala! - jęknęłam rozpaczliwie.
- Nic mnie to nie obchodzi. Jestem lekarzem i spełniam swój obowiązek. Czekaj, zabandażuję ci tę twoją głowę, bo wylecą ci z niej wszystkie mądrości.
- Małpa! - pisnęłam, pociągając nosem.
- Zamknij się, dobrze? Siostro, zabieramy panią do szpitala. - Alisia posłała uspokajający uśmiech, moim zrozpaczonym rodzicom. - Będzie dobrze, jutro wróci do domu.
    Rzeczywiście nazajutrz wróciłam w domowe pielesze, z głową owiniętą bandażami i pupą pokłutą zastrzykami. Faktycznie, miałam wstrząs mózgu, na szczęście dosyć lekki, ale kilka dni musiałam spędzić w łóżku. Przyrzekłam sobie solennie, że nigdy więcej sama nie pójdą tą ulicą. Do dziś dnia czuję w tym miejscu strach. Miałam po prostu niebywałe szczęście, bo gdyby nie patrol milicji to….. c.d.n.

poniedziałek, 19 lutego 2018

SEKRETY RODZINNE - NIE MA TO JAK MOJA ALNKA!


  19 lutego 2018 r.

   Nazajutrz, z samego rana zadzwoniłam do Alinki. Poprzedniego dnia także do niej telefonowałam, informując, że wróciłam w domowe pielesze. Ale biedaczka miała dyżur w szpitalu i nie mogła się urwać.
- Aliśka, mam dobry koniaczek i sernik mamy. Kupiłam ci w Gdańsku bursztynowe korale, a z Sopotu przywiozłam dla ciebie wędzonego węgorza! Przyjdziesz?
- Jak tylko skończę krajać faceta, który lubił szybką jazdę. Wprost palę się z ciekawości, i chcę się dowiedzieć ze szczegółami, co robiliście przez te dwa tygodnie? Siedemnasta, może być?
- Jasne. Czekam.
    Mama oznajmiła mi słodko, że po dwóch tygodniach laby, z radością zastąpię ją przy kuchni i ugotuję obiad. Obejrzawszy moją nową fryzurę orzekała, iż najwyższy czas umówić się popołudniu z fryzjerem. Zgodziłam się niechętnie i na złość mamie, ugotowałam zupę ogórkową, której oboje z ojcem nie znosili. Z kolei tata uświadomił nas, że siedzenie w domu rozleniwia człowieka, i wybrał się na szachy do ojca Alinki.
    Z zadowoleniem stwierdziłam, że będę w chałupie sama. W moim pokoju nakryłam stolik serwetą, nakroiłam ciasta i postawiłam kieliszki oraz butelkę koniaku. Z niecierpliwością czekałam na Alinkę, chcąc się z nią podzielić nowinami. Jak tylko zadzwoniła do drzwi, popędziłam niemal galopem i już w progu rzuciłam się jej na szyję.

- Aliśka, żebyś ty wiedziałam, jak ja się za tobą stęskniłam.- zawołałam, całując przyjaciółkę.
- A ja za tobą. Jak nie ma ciebie i Witka, to naprawdę nie mam do kogo gęby otworzyć.
- Miałaś wiadomość od Witka?
- Nie pisze. Mama się zapłakuje.
- Będąc w Zakopanem, Bronek poszedł do niego. Kiedy wrócił, trudno mi było wyciągnąć go na zwierzenia. W końcu powiedział mi, że to już nie ten sam człowiek. Witek dał mu jasno do zrozumienia, że nie życzy sobie, aby go nachodzono. Pragnie być sam do czasu wyzdrowienia. Nie masz pojęcia, jak mnie to boli…
- Mnie również. To mój jedyny brat i kocham go. Ale bez jego zgody nie mogę nic zrobić. Więc jak mówiłam, nie mam z kim szczerze porozmawiać. Ten mój pierdoła, Staszek, dalej się dokształca w Warszawie, a ja mogę tylko wspominać, że gdzieś daleko mam męża. - poskarżyła się, wchodząc do pokoju i siadając przy stoliku. - Masz papierosa?
- Jasne. Sama chętnie zapalę, bo przy Bronku nie mogę.
- Iza, zaraz mi opowiadaj, jak tam było!
    Alinka zapaliła papierosa, założyła nogę na nogę i chciwie zaciągnęła się dymem. Poszłam za jej przykładem.
- Wszystko opowiem, tylko zaparzę kawę. Zajrzyj do szafy i zobacz, co mi Bronek kupił. Tego chłopaka nie trzymają się pieniądze.
    Alinka wstała, otworzyła szafę i zaczęła wyjmować rzeczy kupione mi w Zakopanym i w Krakowie.
- Cholera! - powiedziała, po chwili milczenia. - Ja bym ozłociła twego Bronka. Naprawdę jestem pod wrażeniem. Ten kożuch…. ślicznota! Czekaj, zmierzę te szpile. W sam raz na mnie! Bardzo elegancka suknia. Iza, chyba cię uduszę! Masz takiego cudownego faceta i narzekasz? A mój Staszek przywiózł mi z Warszawy, trzy tomy encyklopedii. Świnia nie mąż!
    Zaczęłam się śmiać, bo dobrze wiedziałam, że moja kumpela była nieprzytomnie w Staszku zakochana i przyjęłaby od niego z uśmiechem, nawet wręczony jej kaktus, zamiast bukietu róż.
- Wyobraź sobie, Alinko, że Bronek chciał mi jeszcze kupić pod Gubałówką szczeniaka owczarka podhalańskiego, Na szczęście wybiłam mu ten pomysł z głowy.
- Zgłupiałaś? - zapiała z oburzeniem Alisia. - To takie rozkoszne pieski. Zaraz bym ci go odebrała.
- Ciekawe, kto by sprzątał jego kupy na twoim dywanie? Jakby ci zaczął podlewać tapczan, to przestałabyś go lubić. - przerwałam, bo w kuchni czajnik zaczął przeraźliwie gwizdać. - Chodź, pomożesz mi przynieść kawę.
    Alisia z żalem włożyła moje zakupy do szafy i poszła za mną, wyjmując z kredensu filiżanki i podstawki.
- Bronek był dla ciebie miły? - nie wytrzymała.
- Wszystko opowiem w pokoju. Jeśli chcesz wiedzieć, nasze małżeństwo wisiało na włosku i jeszcze przedwczoraj byłam pewna, że się rozstaniemy.
- Jezus Maria, co ty gadasz? - Alinka tak się tym przejęła, że taca na której niosła kawę, zachybotała w jej rękach, a filiżanki niebezpiecznie zadzwoniły. - Nie mówisz poważnie!

- Jak najpoważniej. Chodź, usiądziemy, napijemy się koniaku i wszystko ci opowiem. Bez alkoholu, będzie mi trudno.
    Otworzyłam butelkę koniaku, nową, bo tę, z której piłam przedwczoraj, już opróżniliśmy z Bronkiem. Podsunęłam Alince talerzyk z ciastem i zapaliłam drugiego papierosa.
- Nie każdy lubi się przechwalać tym, co robi z mężczyzną w łóżku. Ale znamy się jak łyse konie i wiem, że zachowasz dyskrecję. Zawsze myślałam o sobie, że jestem kobietą zimną. Będąc żoną Romanowicza, czytałam czasem książki, czy jakieś wypowiedzi naukowe, w którym kobiety opowiadały o swoich przeżyciach małżeńskich. Ja nigdy nie czułam nic, prócz wstrętu i poniżenia. Nie sądziłam, że może być inaczej. Zresztą mężczyźni także oceniali mnie, jako kobietę o chłodnym temperamencie.
    Zamilkłam i wstrząsnęłam się, na wspomnienie fizycznego bólu, jaki zawsze odczuwałam w czasie mego małżeństwa. Wzięłam kieliszek i pociągnęłam solidny łyk alkoholu. Zapiekło mnie w gardle i zakręciło mi się w głowie. Alinka pochyliła się w moją stroną, słuchając z uwagą.
- Nawet Bronek tak o mnie myślał.…Początkowo! Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo go kocham. Jest dla mnie taki dobry, taki czuły. Nie tylko ma dobre serce, charakter i wrażliwość. Kocham jego ciało, dłonie, takie silne i subtelne jednocześnie. Wie, jakie straszne mam wspomnienia i zawsze stara się być delikatny, kiedy dochodzi do zbliżenia. Ale mnie to już nie wystarcza, chcę więcej, więc przestaje być delikatny. Staje gwałtowny i namiętny. Wówczas wydaje mi się, że mogłabym się z nim kochać całymi godzinami, dniami. Wtedy mam nawet trzy orgazmy i nigdy nie mogę się nim nasycić!…. - przycisnęłam dłonie do serca, na wspomnienie ostatniej naszej nocy.
    
   Urwałam i zakrztusiłam się dymem z papierosa.
- Wybacz, może nie powinnam ci tego mówić!...
    Alisia jednym haustem wypiła cały kieliszek koniaku, a potem nalała ponownie. Objęła mnie i pocałowała mocno w policzek.
- Iza, ja jestem twoja najlepszą przyjaciółką i powiernicą, ale i twoim lekarzem. To co mówisz, ogromnie mnie cieszy, bo teraz widzę z radością, że jesteś już zdrową, normalną kobietą, a nie znerwicowanym, nieszczęśliwym, stworzeniem. Cieszę się z całego serca, że jest wam z sobą tak dobrze. Ale dlaczego wspomniałaś, że chcieliście się rozstać?
- Bo mamy problem, Alisiu i to bardzo poważny.
    Opowiedziałam jej dokładnie o zachowaniu matki Bronka i mojej rozpaczy, gdy posądziłam go o nieszczerość i kłamstwa. Powiedziałam, że nie chcę mieszkać razem z moja przyszłą teściową, która wyraźnie mnie nie lubi i dała mi to jasno do zrozumienia.
- No, ale Bronek nie dostanie mieszkania, mając duży lokal u matki. - zauważyła Alisia, do głębi wzruszona moimi przeżyciami.
- To jest jej mieszkanie, a on tam tylko figuruje jako współlokator.
- To niczego nie zmienia. W przeludnionym mieście, tak piękne mieszkanie, to skarb. Wiesz, jak trudno o mieszkanie, gdy nie masz książeczki mieszkaniowej. A ty jej nie masz, bo mieszkasz z rodzicami.
- Wolę mieszkać na ulicy, niż z nią! - wykrzyknęłam gniewnie, - Ja od początku przeczuwałam, że istnieją jakieś niedomówienia. Instynkt mówił mi, że pani Orlicka jest ze mną nieszczera. Czułam się bardzo nieswojo w jej domu i wiedziałam, że nigdy go nie polubię. Bronek powiedział mi, że mógłby się starać o przydział niewielkiego mieszkania, pod warunkiem, gdybym była w ciąży. Miałby dużą szansę. Ale ja nie wiem, czy to możliwe, bo z Romanowiczem nie zaszłam w ciążę.
-Pragniesz mieć dziecko? - zdziwiła się Alinka. - Przecież ty dzieci nie lubiłaś.

- Nadal ich nie lubię, bo nie mam instynktu macierzyńskiego, jak moje babki. Ale dla Bronka zrobię wszystko. Zniosę nawet wrzask niemowlęcia!
- Masz to po babkach? Ale one miały dzieci, prawda?
- Owszem. Niechciane, bo wtedy nie można było nie mieć dzieci. Nie wiem, czy ja mogę urodzić dziecko. Siostry ojca dzieci mieć nie mogły. Mama także nie zachodziła przez cztery lata.
- Kotku, żeby się tego dowiedzieć, musisz złożyć wizytę u ginekologa. - poradziła mi kumpela.
- Alinko, na głowę upadłaś? Nigdy nie pozwolę, żeby mi jakiś obcy chłop grzebał w… No, wiesz gdzie!
- Nie gorączkuj się. Załatwię ci wizytę o kobiety.
- Nie chcę! Nie będę przed obcą babą rozkładać nóg, na tym ohydnym fotelu. A fe! To takie poniżające.
- Iza, jestem trochę zalana, ale jak znajdę odrobinę siły, to wstanę i stłukę cię na kwaśne jabłko! Badanie ginekologiczne, jest czymś normalnym, więc nie dziwacz.
    Alisia dopiła resztę koniaku i zabrała się za maminy sernik.
- Mmm! - mruknęła. - Pyszne ciasto. Więc jak będzie? Bo chyba ci zależy, żeby Bronek zaczął starać się o mieszkanie.
- To dla nas obojga sprawa priorytetowa. Nie chcę po ślubie zamieszkać z teściową. Ona by nas podsłuchiwała nocami. Chcę mieć męża tylko dla siebie. - pociągnęłam nosem, czując, że mam oczy pełne łez. - Pomóż nam.
    Alinka zamyśliła się głęboko, nie przestając jednak zajadać się ciastem. Byłam pewna, że zawsze mogę na nią liczyć w kłopotach.
- Iza, bez badania ginekologicznego, nie będziesz wiedzieć, czy możesz zajść w ciążę. Decyzja należy do ciebie.
- Alisiu, ja naprawdę boję się tego badania i nie potrafię się zmusić do tego. Nigdy nie byłam badana w taki sposób.
- Teraz mi to mówisz? - wrzasnęła moja „psiapsiółka”, mierząc mnie złym okiem. - Jestem twoim lekarzem i powinnam o tym wiedzieć. - oparła się wygodnie o fotel i odetchnęła. - Posłuchaj, mam dobrą znajomą, ginekologa. To naprawdę fajna babka. Załatwię ci u niej wizytę. Pójdę tam razem z tobą i będę przy badaniu. Chcesz?
    Byłam taka zdumiona, że przez długa chwilę nie mogłam się zdobyć na odpowiedz.
- Ale ty przecież nie jesteś ginekologiem. - zauważyłam oszołomiona.
- Na studiach przeszłam wszystkie oddziały, także i ten. No więc jak będzie?
- Dobrze. Zgadzam się, pod warunkiem, że będziesz przy tym.
- Pogadam z nią i dam ci znać.
    
   Nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie wycałować. Była najlepszą dziewczyną pod słońcem. Piłyśmy koniak i opowiadałyśmy sobie różne babskie sekrety. Nastawiłam otrzymaną od Bronka płytę z Aznavourem. Śpiewał „She” piosenkę ulubioną przez Bronka, którą on często mi nucił. Wstawiłyśmy się z Alinką na cacy, i kiedy rodzice wrócili, zastali nas „w stanie wskazującym”. Siedziałyśmy na wersalce trzymając się w objęciach i śpiewałyśmy - darłyśmy się wniebogłosy!
„Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie”,
Potem ja zaczynałam sznaps-sopranem:
„Pamiętasz, była jesień. Hotel „Pod Różami”, pokój numer 304!”
Załkałam, wzruszona cudownymi wspomnieniami z pobytu w Krakowie, i głośno czknęłam. Mama spojrzała na mnie z niesmakiem i mocno zatrzasnęła drzwi mego pokoju. Czułam się wspaniale i mocno wierzyłam, że wszystko ułoży się dobrze. c.d.n.
                                              -----------------------------------------