wtorek, 13 listopada 2018

NO PASARAN!




Zapewne ktoś może być zdziwiony widząc ten hiszpański napis: „Nie przejdą!” Tak wykrzyknęła hiszpańska komunistka Dolores Ibarruri1, w czasie wojny domowej w Hiszpanii w 1938 r. zapewniając, że faszyści generała Franka nie przejdą. Naturalnie nie jestem komunistką i niewiele mam wspólnego z tą Hiszpanką. Może tylko jedno nas łączy, żarliwe pragnienie, by faszyzm i neonazizm nie miały już nigdzie miejsca!
Przyznam się szczerze, że z prawdziwą niechęcią oczekuję co roku 11 listopada i święta Niepodległości, gdyż niemal zawsze kończy się ono na ulicach Warszawy paskudną zadymą, dosłownie i w przenośni. Tego roku czekałam na święta z tym większym niepokojem, że łączyły się one ze 100-leciem Odzyskania Niepodległości. To wielka i znacząca rocznica dla naszej ojczyzny. Pomimo burz dziejowych i straszliwej wojny, przetrwaliśmy cały wiek!


Taka rocznica godna jest najokazalszego upamiętnienia. W swojej naiwności sądziłam, że ogromnie patriotyczny i podobno wierny historii rząd Prawa i Sprawiedliwości, przygotuje na tę okazję widowisko, które będą wspominać nasze wnuki – tak ja ja wspominam defiladę na 1000-lecie Państwa Polskiego w 1968 r. Okazało się jednak, że wnuki będą wspominać 100-letnią rocznicę Niepodległości, półgębkiem, z rumieńcem zażenowania. Zakładając, że nasze wnuki jeszcze będą żyły w niepodległej Polsce!
Od początku wszystko zaczęło być prowizoryczne. Pan prezydent najpierw chciał, ale nie musiał. Potem musiał, ale nie chciał, bo się bał zadymy Narodowców, uzurpujących sobie prawo do organizowania pochodów w Dzień Niepodległości. Kiedy już zrobiło się raczej nieprzyjemnie, pan prezydent poszedł po rozum do głowy i wspólnie z rządem, rozpoczęli gorączkowe negocjacje z Narodowcami, prosząc ich uprzejmie, żeby nie robili w tym dniu awantur. Co im w zamian obiecali, tego naturalnie nie wiem, ale i tak Narodowcy nie zgodzili się oświadczając, że wszystkie zakazy mają w dupie, ich pochód się odbędzie, a rząd może im poskakać po bamberskiej fałdzie – jak to mówią poznaniacy.

Zatroskany pan prezydent, zapewne pobiegł kłusem do pana prezesa, po radę oczywiście, jak młodszy do starszego wiekiem i doświadczeniem. Pan prezes wezwał pana ministra Błaszczaka i być może pana ministra Ziobrę, oraz kilka osób mniejszego formatu i zaczęli radzić. W telewizji i radiu państwowym zapadła cisza, a naród przytaił oddech. A oni radzili….Ufff! naród wziął głęboki oddech! W telewizorze, na całą szerokość ekranu, ukazało się uśmiechnięte i rozradowane oblicze pana prezydenta, który w towarzystwie równie uśmiechniętej małżonki, oznajmił radośnie, że żadne zakazy nie zabronią dumnym Polakom świętować wspaniałej rocznicy! Władze państwowe, dbające o wartości historyczno – chrześcijańskie, zorganizują państwowy pochód, w którym wszyscy przedstawiciele rządu, z nim na czele, wezmą udział. Zapewne w tym momencie Opatrzność uśmiechnęła się mile, bo stał się cud! Małżonka pana prezydenta nagle przemówiła ludzkim głosem, zachęcając wszystkich Polaków do wzięcia udziału w pochodzie! Wydarzenie warte zapamiętania.

Jednakże przed świętem czekało społeczeństwo inne, wielkie wydarzenie. Odsłonięcie pomnika wodza narodu, prezydenta 1000-lecia, Lecha Kaczyńskiego. Co prawda, stanął on na placu poświęconym Marszałkowi Piłsudskiemu, a sąd właśnie rozpatruje sprawę, czy PiS ma prawo stawiać pomniki na placu, który wojewoda pisowski wycyganił od władz miasta twierdząc, iż chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa Miesięcznicom! Kiedy tylko PiS-owcy dostali plac w swoje ręce, natychmiast go ogrodzili i dalej stawiać pomniki. Jakieś mnóstwo schodów prowadzących do nieba, przy których stoi warta pilnując, żeby warszawiacy nie zrobili na nich straganów z warzywami. Potem zakrzątnięto się przy budowie pomnika Brata, sławnego brata. 

Odsłonięcie pomnika nastąpiło wieczorem 9 listopada, przed samym świętem 100-lecia Niepodległości. Wieczorem, pewnie dlatego, żeby nikt z widzów, pomimo gigantycznego oświetlenia, nie mógł dokładnie obejrzeć rysów pana prezydenta. Naturalnie, najpierw odbyła się uroczysta msza, bo u nas wszystko, nawet nabożeństwa muszą być uroczyste. Wszyscy zaproszeni goście pokornie klęczeli, za to ci, których nie zaproszono, cieszyli się, że mają to z głowy. A niezaproszonych było wielu, gdyż PiS miał cichą nadzieję, że i tak wlezą na gapia.
Potem reflektory oświetliły cały pomnik na czerwono, podkreślając kolorem, że pan prezydent własną śmiercią nie umarł. Pod pomnikiem ustawiono mównicę ze stołkiem, żeby było wyżej i wtedy przemówił pan prezydent! Ach, jak on mówił, a raczej jak on się wydzierał zapewniając naród, że oto stoi przed nimi monument Człowieka, który rodzi się jeden na 1000 lat! I tu posypały się zasługi zgasłego pana prezydenta dla Polski, z których wynikało, że niemal nie jesteśmy godni mieć takiego bohatera i męczennika w jednej osobie, „poległego” za wiarę i ojczyznę! Pan prezydent tak wrzeszczał,narażając się na zapalenie krtani aż zachrypł, a gdy skończył, zastąpił go zbolały brat Wielkiego Człowieka, wspinając się z mozołem na stołek, żeby dosięgnąć mównicy.

Dopiero teraz okazało się, że niewdzięczny naród nie potrafił docenić wielkości Olbrzyma, który odszedł w kwiecie wieku, poświęcając się i lecąc do Smoleńska, aby uczcić kolejną rocznicę mordu katyńskiego. Co tam pomniki i postumenty, co tam tablice i Miesięcznice. Wielkiemu Człowiekowi, poległemu za wolność ojczyzny, należy się muzeum, odpowiednie do jego zasług względem kraj. W domyśle, powinno być wielkości Wersalu lub czegoś podobnego. Stojący w cieniu i zapomnieniu Marszałek wsparty na szabli, uśmiechał się z pobłażaniem.
Prędko wyłączyłam telewizor w obawie, że szlag mnie trafi. Obiecałam sobie, że nie będę oglądać marszu w Warszawie, żeby dożyć w zdrowiu końca tygodnia. Ale pod wieczór jednak się skusiłam i otworzyłam telewizor, włączając kolejno programy rządowe, Polsat i TVN24.
Na początku uroczystości zobaczyłam znowu wrzeszczącego pana prezydenta, który na trybunie uprzejmie witał gości, ignorując wepchniętego do trzeciego rzędu Przewodniczącego Rady Europejskiej, pana Donalda Tuska, którego nie raczono powitać, choć był najważniejszym gościem na uroczystości, reprezentując Unię Europejską, do której Polska jeszcze należy! Wśród wymienionych najważniejszych osób, które przyczyniły się do odzyskania naszej niepodległości, pan prezydent nie raczył wymienił Lecha Wałęsy, laureata Nobla! Za to długo i kwieciście podkreślał zasługi „poległego” Lecha Kaczyńskiego, uznając go wskrzesicielem niepodległości państwa i jego obrońcą przed zakusami!….
Czy takie miejsce ma mieć przedstawiciel Unii Europejskiej?
 Marszałek stał wsparty na szabli, słuchał i uśmiechał się pobłażliwie.
 Z załączonych filmów okazało się, że w pochodzie państwowym, najpierw szedł pan prezydent z małżonką w czerwonym szalu, promienną i otwierającą czasem usta, aby wydać z siebie głos. Obok pan prezes w otoczeniu uśmiechniętych goryli, i wszyscy przedstawiciele rządu. Trochę wojska, małych dzieci, żeby wzruszały widzów, chorągwie biało-czerwone i mnóstwo policji w mundurach i po cywilnemu, pilnujących żeby pana prezesa czasem krzywda nie spotkała!

Potem długo, długo nic… i pochód Narodowców! Denerwuje mnie ta nazwa, kojarząca się w czymś dodatnim i patriotycznym. Tymczasem oni na tę nazwę absolutnie nie zasługują. Nie wiem oczywiście, o czym nasz umiłowany rząd rozmawiał z Narodowcami i co im obiecywał w zamian za spokojne przejście ulicami. Ale już same pertraktacje z tymi ludźmi, były dla prezydenta i rządu hańbiące, bo nie rozmawia się z bandziorami, ale się ich zamyka w odosobnionym miejscu. W rocznicę Odzyskania Niepodległości, władze powinny pamiętać, że ONR został zdelegalizowany na rozkaz samego Marszałka Piłsudskiego, którego podobno nasze władze miłują i naśladują!
No więc dalej szedł ONR, Młodzież Wszechpolska i inne ugrupowania, oraz zaproszeni goście z przedstawicielem włoskich faszystów na czele. Wprawdzie Mussolini nie uczynił Polsce krzywdy, lecz był sojusznikiem Hitlera. Marsz był imponujący, bo do narodowców przyłączali się przechodnie, chcący uczcić radosne święto. Nawiasem mówiąc, patrząc na ten ogromny tłum, pomyślałam sobie z żalem i pogardą, że kiedy upadał Trybunał Konstytucyjny, a polskie sądy oraz prokuratury były przejmowane przez PiS, takich tłumów na ulicach polskich miast nie było. Warszawiacy szli obok fanatycznych ONR-owców, rzucających race i petardy, chociaż to było zabronione, i wrzeszczących histerycznie:
- Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę! A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści.
Przyszła mi do głowy gorzka myśl, że gdyby nie ta czerwona hołota, to przynajmniej 1/3 narodu polskiego, tkwiłaby nadal na ciemnej wsi, wyrzucając gnój z obory pana dziedzica! Gdyby nie ci czerwoni PPS-owcy, nie byłoby Niepodległej Polski, a ci fanatycy nie mieliby okazji świętować 100-lecia odzyskania ojczyzny! W podzięce, młodzi patrioci w Warszawie i Wrocławiu spalili flagi Unii Europejskiej. Dziś Młodzież Wszechpolska przyznała się do grzechu i zgarnęła 5 tys. nagrody za donos, na rzecz organizacji. Chłopcy potrafią robić interesy!
Wspominając ludzi budujących niepodległość ojczyzny, władze PiS-u nie raczyły wspomnieć o niemal trzech pokoleniach Polaków, w pocie czoła podnoszących z gruzów Polskę, totalnie zniszczoną wojną i okupacją hitlerowską. Do tego pokolenia należę ja sama, moi rodzice i miliony żyjących i zmarłych już Polaków, którym należy się pamięć i szacunek. To nie PiS, ale my budowaliśmy przez całe dekady tę Polskę, w której żyje nowe pokolenie nie znające ani wojny, ani nędzy.
Nie mogłam dłużej patrzeć na ten pochód tryumfujących czcicieli neofaszyzmu i neonazizmu, dostrzegając między zielonymi chorągwiami ONR-u znak swastyki! Ręczę, że zagraniczni dziennikarze dostrzegli ten „cukiereczek” i z odpowiednim komentarzem przedstawią go swoim widzom. Zdenerwowana przełączyłam telewizor na Wrocław, żeby zobaczyć, jak świętował mój Dolny Śląsk. Włączyłam i zdrętwiałam. 

Właśnie w tym momencie telewizja wrocławska pokazywała pochód narodowców z osławionym byłym księdzem Jackiem Międlarem, bożyszczem tłumów polskiej młodzieży. Wylazł na coś tam i wrzeszczał o świętej wojnie, którą należy wydawać każdemu, kto ich nie popiera, Żydom, lewakom, komunistom i całej reszcie. Święta wojna, to islamski Dżihad! Chcą naśladować Isis? Otaczający go tłum wspierał jego mowę entuzjastycznymi okrzykami. Odniosłam straszne wrażenie że nagle znalazłam się w latach dwudziestych w Niemczech i patrzę na tworzące się bojówki SA i SS! To jest Wrocław, piękne, kulturalne miasto, które potrafiło w latach 1980 przeciwstawić się oddziałom milicji, ZOMO i ORMO. Miasto pana Frasyniuka i 80 milionów złotych, wyprowadzonych z banku, miasto Solidarności! Przecież doskonale pamiętam to miasto z Marca 1968 r. Tam także protestowała młodzież, ale jakże inna, wspaniała i patriotyczna! Wrocław - będący Europejską Stolicą Kultury w 2016 r.

Co się dzieje z naszym narodem? Co się dzieje z nami? Dlaczego pozwalamy pojawiać się takim kreaturom jak Jacek Międlar, czy Krzysztof Bosak z Ruchu Narodowców, widzący w nim proroka swojej organizacji? Jak możemy znosić takie kreatury i nie protestować?
Na szczęście nie we wszystkich miastach, bojówki neonazistów i neofaszystów doszły do głosu. W Poznaniu, Łodzi i innych większych i mniejszych miastach szły pochody wesołych, roześmianych ludzi, świętujących tę wielką rocznicę. Wydaje się, że to samorządy potrafiły właściwie uczcić 100-lecie Niepodległości Polski, natomiast władze PiS-u całkowicie się skompromitowały. Nie podobały mi się komentarze w TVN 24, a w nim pan Sasin, z twarzą jaśniejącą inteligencją. Lepszy już był Polsat.

W tym samym czasie w Paryżu, głowy państw całego niemal świata, uroczyście obchodziły rocznicę podpisania traktatu pokojowego, kończącego I-wszą wojnę światową. Prezydent Francji Makron, w swoim wystąpieniu powiedział, że patriotyzm jest dokładnym przeciwieństwem nacjonalizmu. Nacjonalizm jest jego zdradą! Szkoda, że między tymi przywódcami państw, nie znalazł się prezydent lub premier Polski., może coś z tej mądrej przemowy trafiłoby do ich głów.
Mam nadzieję, że gdy w Polsce zmieni się władza i będziemy mieli demokratyczny rząd, wybrany w wolnych wyborach, dla neonazistów i neofaszystów nie będzie już w naszej ojczyźnie miejsca. Wołam – No pasaran!

1Dolores Ibarruri - ur. w 1895, hiszpańska komunistka, znana z ideowości. Uczestniczyła w wojnie domowej w Hiszpanii przeciwko faszystowskiemu gen. Franco. Jej okrzyk” No pasaran! - Nie przejdą! obiegł cały świat, Dla swej żywiołowości zwana była „La Pasionaria”

niedziela, 11 listopada 2018

"DROGI CHŁOPIEC” MARSZAŁKA!



Leopold Lis Kula

Nie lubię żadnych uroczystości i świąt „bogoojczyźnianych”, nadętych i nieszczerych. Toteż zamiast oglądać w telewizji nudne programy o 100-leciu Odzyskania Niepodległości Polski, przygotowane przez ludzi, którzy z tym odzyskaniem nie mieli nic wspólnego, wolę usiąść przy komputerze i opowiedzieć o przyjacielu mego wuja, rzeszowskim chłopcu, który zdobył nieśmiertelną sławę i stał się bohaterem, wzorem dla przedwojennej młodzieży.
Nazywał się Leopold Kula. Urodził się 11 listopada (ciekawa data) 1896 r.Jego matka Elżbieta, była bliską krewną słynnego Sadyka Paszy – Michała Czajkowskiego herbu Jastrzębiec, uczestnika Powstania Listopadowego, działacza niepodległościowego, pisarza i poety, założyciela w Turcji miasta Adampol – a przede wszystkim żołnierza. Leopold był czwartym dzieckiem państwa Kulów. Mieszkali w Rzeszowie. Jego ojciec Tomasz był urzędnikiem kolejowym, matka zajmowała się rodziną, wpajając synowi patriotyzm i miłość do ojczyzny. Z jej opowiadania wiemy, że Leopold miał zamiłowanie do historii tak wielkie, że nie można go było oderwać od książek. W szkole uczył się dobrze ale lubił też wagarować. Wraz z kolegami szkolnymi, między którymi był również mój wuj Nusiek, biegli nad Wisłok, kapali się w rzece, a w Olszynkach nad rzeką zabawiali się w żołnierzy. Z pewnością wołali do siebie: ”Pajace, idziemy się buldać!”- Chłopcy idziemy się kąpać! - jak to po latach wspominał mój Ojciec.
Dawny Wisłok
 Wyobrażam sobie grupę tych rozbawionych chłopców, roześmianych, kipiących energią i szalejących pomiędzy drzewami Olszynek. Ja kąpałam się w tej samej rzece i bawiłam w Olszynkach nie wiedząc, że niegdyś tutaj zaczęła się nowa droga życiowa tego niezwykłego chłopca.
Leopold wraz z trójką starszego rodzeństwa uczęszczał w Rzeszowie do II Gimnazjum Państwowego ck, - obecnie to II LO nosi jego imię.

Portal II LO w Rzeszowie im. L. Lisa Kuli.
 W czasie tych pozornie beztroskich zabaw w Olszynce, chłopcy w 1911 r. zakładają tajne stowarzyszenie „ Lisy” z zamiarem późniejszej walki o niepodległość Polski. To od tej nazwy Leopold przyjmie potem swój bojowy pseudonim. Wielkie wrażenie na młodym chłopcu robi spotkanie z twórcą polskiego skautingu w Galicji, druhem Andrzejem Małkowskim, o którym tak ślicznie pisze Barbara Wachowicz w swojej książce: ”Druhno Oleńko! Druhu Andrzeju!”
Małkowski zwrócił uwagę na inteligentnego chłopca i spytał go, jak się nazywa:
 
druh Andrzej Małkowski
- Kula. - odparł Leopold – ale chłopaki wołają na mnie Lis, bo jestem tak samo chytry i bystry. - dodał tonem przechwałki.
Chłopcy słuchali jak urzeczeni opowieści Małkowskiego o roli skauta, idei skautingu oraz konieczności ciągłej pracy nad sobą. Opowiadali mu o lekturze pisma „Skaut” i zwierzyli się Małkowskiemu, mówiąc o założeniu organizacji „Lisów”. Po spotkaniu z Małkowskim, Leopold spoważniał. Rozmawiając z rzeszowskim druhem Wolińskim wyznał, że to wszystko, o czym mówił im druh Małkowski, jest wielkie i porywające.
- Ale ja, - rzekł w zamyśleniu – chciałbym czegoś więcej. Skauting daje nam fundamenty i zrozumienie, jacy powinniśmy być w wolnej Polsce. Ale dlaczego nie uczy nas walki o Nią?

Tak się dawniej przeprawiało przez Wisłok. Po lewej Olszynki.
 Chłopcy z drużyny „Lisów” nie chcieli bezczynnie czekać. Wiosną 1912 roku szesnastoletni Leopold z zastępem „Lisów” ćwiczą w Olszynkach, poznając tajniki walki podziemnej. Uprawiają szermierkę i zapoznają się z musztrą. Wraz z innymi skautami spotykają się w lasach koło Tyczyna. Kilku nauczycieli, byłych wojskowych z armii austriackiej, na szkolnych wycieczkach, uczy młodych skautów ćwiczeń wojskowych. Najlepszym uczniem okazuje się Kula. Świetnie orientuje si ę w terenie i potrafi dowodzonym oddziałem otoczyć „nieprzyjaciela”. W 1912 roku, Leopold wstępuje z kolegami do organizowanego w Rzeszowie „Związku Strzeleckiego” i przyjmuje pseudonim bojowy „Lis”. Wuj Nusiek, jego serdeczny kolega, przyjmuje pseudonim „ Heczka”.
Kariera wojskowa Leopolda zaczyna się od tajnej wizytacji Komendanta Strzelców Józefa Piłsudskiego. Młody strzelec z Rzeszowa, dowodzący grupą rówieśników znakomicie przeprowadza trudny manewr oskrzydlający. Piłsudski doświadczonym okiem dostrzega w młodziutkim chłopcu wielkie, wrodzone zdolności militarne i wyróżnia go pochwałą przed frontem.
  Te ćwiczenia i pochwała Komendanta sprawiły, że w czasie wakacji szkolnych, Kula zostaje wysłany na tajny kurs oficerski do Zakopanego. Ukończył go z wyróżnieniem i otrzymał stopień oficera Strzelców. W następnym 1913 roku Leopold zostaje zastępcą komendanta Okręgu Strzeleckiego w Rzeszowie. Nikt się nie domyśla, że ten uczeń piątej klasy gimnazjum, poważny i nad wiek rozwinięty, pełni w Związku Strzeleckim tak wysoką i odpowiedzialną funkcję.
W roku 1914, kiedy wybucha I wojna światowa, Kula wraz ze swoją kompanią Strzelców przybywa do Krakowa. Wyznaczono go na dowódcę 4 kompanii w grupie dowodzonej przez Mieczysława Trojanowskiego „Rysia”. 
Młodziutki legionista Lis Kula.
 Osiemnastoletni Leopold wyróżnia się już w pierwszych walkach pod Kielcami, dowodząc 2 kompanią V batalionu Legionów. Jego zasługi bojowe zostają docenione, bo 9 października 1914 r, otrzymuje stopień podporucznika. Na akcie nominacji widnieją podpisy Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Sosnkowskiego.
Ze swoją kompanią „Lis”Kula dowodzi w kolejnych bitwach pod Krzywopłotami i Łowiczówkiem. W bitwie pod Krzywopłotami, Kula biegnie jak zwykle pierwszy do ataku, pod ogniem karabinów maszynowych, z szablą wzniesioną nad głową, za nim jego dzielni żołnierze. W pewnej chwili wszyscy widzą, jak dowódca nagle pada. Pierwsi żołnierze przypadają do niego z przerażeniem, sądząc, że jest ciężko ranny lub zabity. Ale Lis podnosi się ze śmiechem. Upadł, gdyż w biegu, między jego długie nogi wplatała się pochwa od szabli.
Grupa oficerów legionowych  w środku Lis Kula.
 Młody oficer potrafił w zadziwiający sposób pogodzić dwie role: dowódcy i kolegi. Równie wymagający jak sprawiedliwy. Zdobywa nie tylko autorytet, ale i serca swoich podwładnych. Kochają go i naśladują. Jest młody, wysoki i długonogi, bardzo przystojny, a jego duże niebieskie oczy urzekają dziewczęta. Ma żelazne zdrowie i żywiołowy wprost temperament, potrafi się doskonale dopasować do otoczenia. Jego 3 kompania uwielbia swego dowódcę i znana jest ze swego humoru i dowcipu.

 W grudniu 1915 r, młody porucznik udaje się na urlop do rodziny w Rzeszowie. Zapewne wtedy zwraca uwagę na siostrę swego kolegi z Legionów, pannę Helenę Iranek-Osmecką i zakochuje się w niej.
W I Brygadzie Legionów rośnie jego sława odważnego i znakomitego dowódcy, dbałego o dobro swych żołnierzy. W następnym roku, Leopold walczy w bitwach pod Jastkowcem, Kamionką i Kostiuchówką, wszędzie wykazując się wielka odwagą i walecznością. Nazwy tych wielkich bitew wymieniane są przy każdym apelu poległych. Wspominają o jego czynach dowódcy, a Komendant nazywa go „swoim dzielnym chłopcem”.
W trakcie działań wojennych Leopold nie zaniedbuje nauki. Potrafi już biegle mówić po francusku, czyta dzieła filozofów, Kanta, Nitzschego, i Spinozy. W Wadowicach razem ze swymi kolegami z gimnazjum rzeszowskiego, zdaje w 1915 r. egzamin dojrzałości. Jest bardzo przystępny i ludzki. W okopach uczy swych żołnierzy-analfabetów pisania i czytania. Prowadzi nawet klub sportowy!
Jest stanowczy i lojalny. Kiedy w 1917 r. wybucha „kryzys przysięgowy” „Lis” Kula odmawia złożenia przysięgi na wierność cesarzowi niemieckiemu Wilhelmowi II i zostaje internowany. Jako „obywatel austriacki” - Galicja należy przecież do Austrii, Leopold trafia na front włoski w stopniu feldfebla (sierżanta), gdyż Austriacy nie uznali jego legionowego stopnia wojskowego. Młody dowódca dobiera sobie odział złożony ze Ślązaków, którzy idą za nim w ogień jak burza. Austriacy wysyłają Kulę z jego oddziałem, każąc mu zdobyć szturmem włoską redutę Cordelazzo. Brnąc po pas w wodzie rzeki Piave, pod huraganowym ogniem Włochów, kula przebywa rzekę i pierwszy wpada do okopów, stając oko w oko z włoskim oficerem. Włoch mierzy do niego z pistoletu. Ale Lis błyskawicznie ciska w niego granatem. Wybuch i cisza. Oficer włoski nie żyje, ale obok niego wali się na ziemię Leopold z jedenastoma ranami! Znowu okrzyki zachwytów i złoty medal za odwagę od Austriaków. Ciężko rannego Kulę troskliwie leczą na Węgrzech. Ale on nie ma już zamiaru ginąć za austriacką sprawę. Wezwany przez Rydza-Śmigłego, przekrada się przez granice i wraca do Krakowa. Pomaga tam przy stworzyć strukturę Polskiej Organizacji Wojskowej.

Wielki dzień odzyskania przez Polskę niepodległości, przypada w jego 22-gie urodziny, to najpiękniejszy prezent, jaki mógł dostać od losu. Ale Polska nie jest jeszcze całkiem wolna, jej granice są w ogniu. Awansuje do stopnia majora Wojska Polskiego i walczy na Ukrainie przeciwko Rosjanom i Ukraińcom. Wysłany został aż do Bobrujska, aby tam zorganizować polskie oddziały. Tam spotyka Melchiora Wańkowicza, który opisuje go potem w swoich wspomnieniach. W Kijowie Lis Kula zajmuje się stworzeniem polskiego wywiadu i dosłownie wszędzie ma swoich agentów, którzy donoszą mu o ruchach wojsk rosyjskich i ukraińskich.
 To od niego wuj Nusiek uczył się sztuki wywiadowczej, którą potem wykorzystywał, będąc jednym z szefów 2-ki - wywiadu na Rosję.
W lutym 1919r. Młody major Wojska Polskiego jedzie na czterodniowy urlop do Rzeszowa i oświadcza się pannie Helenie Iranek-Osmeckiej. Jej brat, kolega Leopolda z Legionów, płk WP, w czasie II wojny światowej, był emisariuszem i cichociemnym, oficerem Komendy Głównej AK i powstańcem warszawskim. To on radził Bór-Komorowskiemu, żeby nie rozpoczynać powstania.
Rzeszów - Ratusz.
 Leopold niechętnie rozstaje się z rodziną.
- Nie wiem dlaczego, ale jeszcze nigdy nie było mi tak żal wyjeżdżać z domu., powiedział siostrze, tuląc ją do siebie. Potem jeszcze kilka razy wracał, żegnając się z rodziną.
Pojechał do Warszawy, zameldować się Naczelnikowi. Piłsudski na widok swego ulubieńca zażartował, że Leopold najpierw pojechał do mamy, zamiast do niego! Będąc w asyście Naczelnika Leopold był obecny przy otwarciu pierwszego Sejmu Rzeczypospolitej. Piłsudski troszcząc się o swego chłopca, zaproponował mu objęcie dowództwa tworzonego właśnie Pierwszego Pułku Piechoty, ale Lis Kula stanowczo odmówił. Chciał wrócić na front wschodni do walki, która stała się jego żywiołem.
Frant Wschodni - bitwa o Niemen.
 6 marca 1919r. W czasie ataku na małe miasteczku Torczyn na Wołyniu, Leopold zostaje ciężko ranny w pachwinę. Miasto zostaje zdobyte, lecz rana okazuje się śmiertelna i następnego dnia rano Lis Kula, szepcze : Mamo! i umiera.
Torczyn Odsłonięcie pomnika Lisa Kuli.
 Jego matka, pani Elżbieta, opowiadała, że tego rana budząc się miała niejasne przeczucie nieszczęścia. Wychodząc z pokoju, spostrzegła w korytarzu żołnierza, ale kiedy próbowała podejść, cień zniknął. Wtedy już wiedziała.
Kilka godzin później po śmierci Lisa Kuli, sztab generalny WP awansuje go pośmiertnie do stopnia podpułkownika, zweryfikowanego do pułkownika. Jego pogrzeb w Warszawie staje się manifestacją patriotyczna. Na jego trumnie, wiezionej na lawecie armatniej, spoczywa wieniec Ze wstęgą i napisem: „MEMU DZIELNEMU CHŁOPCU”. Piłsudski.
 
 Rzeszów  99 rocznica urodzin płk. Lisa Kuli.

Dwudziestodwuletni pułkownik Leopold Lis Kula został pochowany w Rzeszowie na cmentarzu na Pobitnem. W 1932 roku na uroczystości odsłonięcia jego pomnika, uczestniczył prezydent RP Ignacy Mościcki, pani Aleksandra Piłsudska z córkami, a także matka bohatera i jego rodzina.Wuj Nusiek zapisał książkę o swoim bohaterskim przyjacielu, do której przedmowę dała Pani Aleksandra Piłsudska. Przedwojenna młodzież polska przyjęła go za swego patrona, całym życiem udowadniając, że jest godna jego ideałów.
Pomnik płk. Lisa Kuli w Rzeszowie.
 Pomnik został zburzony przez Niemców w czasie okupacji, ale na grobie tego wspaniałego żołnierza, zawsze leżały świeże kwiaty. Chodząc wraz a mamą na cmentarz, często odwiedzałyśmy jego grób, a mama opowiadała mi o „dzielnym chłopcu Marszałka.
    Dziś mija 122 rocznica jego urodzin. W Rzeszowie na pewno wielka uroczystość, połączona z obchodami Niepodległości.

Błagam. Kochani moi czytelnicy, nie piszcie pod blogiem komentarzy, tylko na G+, gdyż Google coś porobiły i nie mogę ich otworzyć.

czwartek, 8 listopada 2018

MASZERUJMY Z PIEŚNIĄ NA USTACH!





Zbliżające się święta 100-lecia Odzyskania Niepodległości zapowiadają się wyjątkowo ciekawie i emocjonująco. Ze wzruszeniem patrzyłam jak nasz zacny pan prezydent wraz z małżonką trudził się, przygotowując biało-czerwone chorągiewki, aby rozdać je rodakom. Ruchem dłoni odpędziłam z głowy niemądrą myśl - kto za to zapłaci?                            
  
Podobno w Stanach Zjednoczonych prezydent musi rozliczać się przed podatnikami z każdego wydanego dolara, bo w przeciwnym razie wyborcy złośliwie oleją go w najbliższych wyborach. Na szczęście taki mało patriotyczny zwyczaj nigdy do Polski nie trafi!

Pan prezydent ma naprawdę duży ambaras – iść czy nie iść w pochodzie? Najpierw uznał, że pójdzie i zaprosił gości, potem stwierdził, że nie pójdzie, ale będzie świętował oficjalnie. Potem zrobiła się kompletna zadyma, bo członkowie ONR-u, Młodzieży Wszechpolskiej, oznajmili, że oni pomaszerują wraz z zaproszonymi przedstawicielami skrajnej prawicy z całej Europy. W odpowiedzi, pani prezydent Warszawy oświadczyła, że marszu nie będzie! Stolica Polski nie jest przygotowana by zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom, wiedząc z doświadczenia, że nasza patriotyczna młodzież potrafi odpowiednio okazale się zaprezentować.


Ich marsz wypadłby w czasie, kiedy dzielna polska policja zmaga się z nękającą ją epidemią. Nie ustalono, czy to grypa, odra, czy sepsa, jednak biedni policjanci masowo kładą się do łóżek. Podejrzewam, że stróże porządku ze stolicy, musieli się przeziębić jakiś czas temu, uczestnicząc w kolejnej miesięcznicy! W tym miejscu życzę naszym drogim policjantom, aby dbali o swoje zdrowie jak najdłużej, bo dobro społeczne wymaga od nich pracy pełnej trudu i poświęcenia.

Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż 10 listopada w Warszawie na Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego, odbędzie się spektakl….pardon, chciałam napisać, uroczyste odsłonięcie pomnika pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dlaczego pomnik ustawiono właśnie na tym placu, kiedy nasza stolica jest taka duża, nie wiadomo. Być może postanowiono, by sześciometrowy pomnik Kaczyńskiego, zakasował o wiele mniejszy monument z Marszałkiem.

Ale czy to ważne, jak wysoki jest pomnik? Pewien generał francuski próbował być dowcipny i powiedział Napoleonowi, że przewyższa go o głowę. Napoleon zmierzył go lodowatym spojrzeniem i rzekł: - Generale, jeszcze jedno słowo, a natychmiast każę zlikwidować tę różnicę!

Jak już wspomniałam, posąg byłego prezydenta ma sześć metrów wysokości i Kaczyński stoi w postawie: „Lenin wiecznie żywy!” Ale autor tego dzieła twierdzi z zadowoleniem, że pomnik ma dobre oświetlenie i jest imponujący. Ja mu wierzę na słowo.
 Jak wiadomo polski parlament to miejsce bardzo dynamiczne. Posłowie mają burzliwe temperamenty i z mównicy padają niekiedy ostre słówka. Zakaz manifestacji narodowców, wzbudził w posłach niezwykłe wzburzenie. 

Podczas gdy jedni przedstawiciele narodu, chwalili decyzję pani prezydent, inni energicznie się temu sprzeciwiali. Pan poseł Dominik Tarczyński, z trybuny sejmowej nazwał posła z opozycji idiotą!
No jak tak można? Gdyby jeszcze powiedział dureń, osioł, albo coś milszego, ale zaraz idiota? Nieładnie. 

Widocznie nie wszystkim się to spodobało, bo pan Dominik został wezwany przed Oblicze! A że wychodził z ławy poselskiej dosyć niemrawo, pomogła mu koleżanka, energicznie go wypychając. Stanął więc pan Dominik przed Obliczem i pochylił się nisko, wypinając przy tym pupę na marszałka sejmu! Wysłuchawszy, co Ono ma mu do powiedzenia, w pokorze wrócił na swoje miejsce. Patrząc na jego minę, miałam łzy w oczach. Biedaczek, ciekawe, że niegdyś rodzice dali mu znaczące imię.

Dominikanes – znaczy po łacinie „ pańskie psy”! O, nie jest to, broń Panie Boże, żadna aluzja, ale tylko zwyczajne skojarzenie.
Sejm nasz umiłowany, w trosce o dobro narodu, zafundował nam nowy dzień świąt – 12 listopada! Niektórzy pomawiają ojców ojczyzny o głupotę, a nawet złą wolę, wyliczając koszta tego świętowania na 6 miliardów złotych i spowodowanie potwornego bałaganu. Ale to tylko podłe kłamstwa totalnej opozycji. Wdzięczny naród będzie 12 listopada świętował, zalewając robaka po 11 listopada, kiedy to ku czci 100-lecia, chlał na umór, rozjeżdżał się samochodami w stanie wskazującym, lub po narkotykach, i jak to u nas bywa z długim weekendem, powiększał grono aniołków, rozwalając się o drzewo!

Pan prezydent chętnie podpisał tę uchwałę, prawdopodobnie długopisem otrzymanym od prezydenta Trumpa i radośnie oznajmił, że pochód się odbędzie. Pójdzie wielki marsz państwowy z prezydentem na czele, łącząc wszystkich podzielonych Polaków, trasą którą zamierzali pójść nasi młodzi patrioci.
 Rozpoczęcie pochodu o godzinie 15-tej! Zatroskany o dobro wszystkich Polaków pan prezydent zapomniał, że mamy czas zimowy, więc o 15-tej już zaczyna się szarówka. W związku z powyższym, patriotyczna Młodzież Wszechpolska, oświetli mu drogę racami, pochodniami i nie pozwoli, żeby pan prezydent razem z całym pochodem pobłądził.

Będziemy więc świętować przez trzy dni kolejnego weekendu,”jedząc. pijąc, lulki paląc”. Wprawdzie ludzie złej woli oskarżają naszą drogą, pisowską władzę o to, że przez dwa lata nie potrafili przygotować odpowiednio imponującego widowiska, gdyż niestety nasze pokolenie już nie doczeka 200-setnej rocznicy Odzyskania Niepodległości i musimy zadowolić się tym, co mamy. A mogłoby to być widowisko wielkie, niezapomniane, jak wielką i długą była walka naszych przodków o odzyskanie tej „ co nie zginęła, póki my żyjemy”.
Są tacy, co przebąkują, że w PRL-u wszystkie wielkie widowiska były perfekcyjnie przygotowane. Też porównanie? W tym słusznie minionym okresie, Komitet Centralny powiedział: „Ma być defilada na 1000-lecie Polski!” Koniec, kropka! Defilada była i to taka, którą do dziś oglądamy z otwartymi z podziwu ustami. Ale przecież PiS nie może nic nakazywać, bo to rząd miłujący naród i demokrację. Cała reszta, to oszczerstwa i kłamstwa rozsiewane przez lewaków, potomków UB-owców, komunę, gorszy sort i zdradzieckie mordy.
Polacy często oskarżają sąsiednie kraje o wrogość, ale to nie jest cała prawda, bo najzajadlejszymi wrogami jesteśmy dla siebie my – Polacy! Kłócimy się, nienawidzimy się i gotowi jesteśmy w jednej chwili zniszczyć to, co poprzednie pokolenia krwią i raną wywalczyły i zbudowały. Tak było od pokoleń i tak jest obecnie. Dobrze o tym wiedział Juliusz Słowacki, dedykując rodakom ten gorzki i jakże prawdziwy wiersz!

Szli krzycząc: ”Polska! Polska!” - wtem jednego razu
Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu;
Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna,
Szli dalej krzycząc: „ Boże, ojczyzna! ojczyzna!”.
Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,
Spojrzał na te krzyczące i zapytał: „Jaka?”
 ----------------------------------------------------------------
PS. Kochani moi. Nie piszcie komentarzy pod blogiem, bo ich nie otworzę. Google coś z tym zrobiły i dobry informatyk nie mógł sobie z tym poradzić. Wasze uwagi są dla mnie ogromnie cenne, bo dowiaduję się z nich, co się Wam podoba, a co nie. Piszcie swoje uwagi na Gogle + wtedy będę mogła je przeczytać.