poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Jak czcimy polskie święta narodowe

.
    15,08.2013 r.
    Polska telewizja w szczególny sposób czci nasze święta państwowe. Nie wspominam tu o stacjach prywatnych, bo one z reguły nie mają już nic wspólnego z Polską, prócz języka. Myślę o TVP I i II, Info i innych programach państwowych, za które my, obywatele, płacimy abonament i to wcale niemały. ”I cóż my tu widzim?” - jak powiadał kochany pan Wiech. Ano widzim, że z reguły oprócz godzinnej oficjalnej nasiadówki i jakiejś żałosnej, niby to defilady, na której pokazujemy to, co powinniśmy starannie ukrywać, żeby sobie z nas nie żartowano w dyplomatycznych kuluarach, są jeszcze w telewizji filmy. Przede wszystkim amerykańskie groszowe kryminałki, lub komedie tzw. romantyczne, z których nie wiadomo kiedy się śmiać. Podejrzewam, że  chyba staliśmy się już  niewielką kolonią USA, bo innych filmów prócz amerykańskich nie wolno nam oglądać. Żeby było weselej, przeważnie są to zgrzybiałe powtórki. Polskie programy przedstawiają się równie  interesująco,  bo możemy, po raz chyba setny, obejrzeć sobie ckliwą „Trędowatą” lub równie popularnego ”Znachora”. W drodze szczególnej łaski, pan prezes TVP, pokazuje nam nie widzianego od dwóch tygodni „Janosika”, czy „Stawkę większą niż życie”, zapowiadane entuzjastycznym głosem spikera. Władze państwowe przywiązują ostatnio wielką wagę do rocznicy Bitwy Warszawskiej, wieszając psy na naszym wschodnim sąsiedzie, więc spodziewałam się czegoś interesującego w ukochanej telewizji. Nie doznałam zawodu, bo pan prezes TVP postanowił usatysfakcjonować widzów, emitując w programie I TVP film pt. „Rok 1920”! Ponieważ tego filmu nie widziałam, usiadłam wygodnie w fotelu, żeby w skupieniu delektować się tą superprodukcją w reżyserii pana Hofmana. Pamiętam znakomite filmy tego reżysera, więc obiecywałam sobie ucztę duchową. Tak się złożyło, że niemal wszyscy moi krewni rodzaju męskiego, walczyli w roku 1920, więc znam  dobrze ten okres z rodzinnych wspomnień. Wobec tego spodziewałam się czegoś naprawdę wzniosłego i wzruszającego.
    Przeżyłam prawdziwy szok! Tak głupiego i nędznie granego filmidła, jeszcze nie widziałam. Kwintesencja szmirowatego kiczu, nakręconego za ciężkie pieniądze. Nie zauważyłam, kto napisał ten idiotyczny scenariusz, ale chętnie bym temu scenarzyście, poobcinała to i owo, za zabawianie się historią Polski, która nie nadaje się do wygłupów!  Pan Hofman również się nie popisał. Mieliśmy w filmie  odgrzewane sceny z pojedynku Kmicica z Wołodyjowskim, atak husarii, nawet sam Bohun się odnalazł, w roli przyjaznego Kozaka. Widocznie już odkochał się w Helenie. Początkowo nie mogłam się zorientować, czy oglądam kiepski music hall, czy obraz historyczny. Zdecydowałam, że raczej to pierwsze, bo z historią ten film miał niewiele wspólnego. Wydumane dzieje romansu aktoreczki z lokalu rozrywkowego z jakimś niezidentyfikowanym bliżej facetem, nie zasługiwały na rangę dramatu historycznego. Żeby było zabawniej, ślubu tej cudacznej parze udziela słynny ksiądz Skorupka. Widocznie scenarzysta nie wiedział, że w tym czasie aktorka kabaretowa postrzegana była jako kurtyzana, czyli mówiąc prościej  prostytutka, i żaden szanujący się mężczyzna nie poślubiłby takiej kobiety, a  ksiądz ślubu by jej nie dał!
    Gra aktorów zasługiwała na Oskara, gdyby przyznawano go za złą grę aktorską. Pani Urbańska jak epileptyczka  miotała się po scenie, udając że tańczy i udając, że śpiewa. Poza tym, cały czas udawała, że gra w filmie. Pan Szyc jest tak siermiężny, że w ogóle nie rozumiem, jak może uchodzić za amanta filmowego! Naprawdę żałuję pana Olbrychskiego, którego bardzo lubię za jego miłość do koni arabskich. To był niegdyś znakomity aktor, lecz rola Piłsudskiego absolutnie mu nie pasowała. Nawet nie potrafił naśladować znanego wileńskiego akcentu Marszałka i nie umiał wczuć się w charakter Naczelnika. Zresztą grał już chyba wszystkie postaci filmowe, z wyjątkiem Pippi Langstrump. Podobnie pan Linda, był absolutnie nieprzekonywający w roli Wieniawy Długoszowskiego.
    Oprócz kilku scen batalistycznych, ten film zasługiwał na to, żeby go pociąć na kawałki i wrzucić do kubełka, lub pokazywać studentom jako przestrogę, jak się filmu nie robi. Nie pamiętam, kto napisał scenariusz do równie kiczowatego serialu „Wojna i miłość”, który mamy nieprzyjemność  znowu oglądać, ale wydaje mi się, że to ten sam scenarzysta, bo niektóre sceny w „Roku 1920”,  łudząco przypominały ten serial. Kiedy zmarł ś.p. pan Janicki i Morgenstern, a osiwiały pan Wajda, w braku czegoś lepszego, zajął się kręceniem Wałęsy, nie mamy już reżysera z prawdziwego zdarzenia. A przecież można było za te pieniądze zrobić film monumentalny, wcale nie wprowadzając do niego nieudanego wątku miłosnego. Po prostu, pokazać w sposób obiektywny dzieje roku 1920, bo wątek historyczny w tym filmie był tendencyjnie zakłamany. Do tego stopnia małpujemy zachód, że nawet trumny w „Roku 1920”, nie były podobne z kształtu do trumien, używanych od wieków w Polsce.
    15 sierpnia, obchodzimy również dzień Wojska Polskiego. Konia z rzędem temu, kto w telewizji zobaczył jakiś program poświęcony naszym żołnierzom. Tak się jakoś pechowo złożyło, że niektóre święta narodowe przypadają razem ze świętami religijnymi, i wtedy nie wiadomo co obchodzić. Chór Wojska Polskiego śpiewa teraz przeważnie „Godzinki” w kościele, lub występuje na przedstawieniach w Telewizji „Trwam”. Zresztą, to już nie ten sam chór, jaki pamiętam z innej epoki, nie to święto i nie to wojsko, ubrane poza jednostką w cywilne ciuchy! Tak więc o żołnierzach żadnych programów nie było. Za to we wszystkich dziennikach TVP widzieliśmy pielgrzymki na Jasną Górę.  Szkoda, że święto Wojska Polskiego ponownie ustanowiono dnia 15 sierpnia, jakby militarne dzieje Polski zaczynały się dopiero od roku 1920. Bitwa Warszawska była wielkim zwycięstwem polskim, lecz de facto, mało kto, poza nami, o niej wie. A jej następstwa były  straszliwe. 17 września i  – Katyń!  Rosjanie zrewanżowali się nam, świętując koniec wielkiej Smuty, czyli dzień wypędzenia wojsk polskich z Moskwy w XVII wieku. Oj, tam to żeśmy się nie popisali, mordując i grabiąc! Własnymi rękami pogrzebaliśmy wielki plan połączenia dwóch słowiańskich narodów w najpotężniejsze państwo świata.   Wydaje mi się, iż święto naszego wojska powinno przypadać w rocznicę bitwy pod Cydzyną w 972 roku. Była to pierwsza historyczna zwycięska  bitwa, stoczona przez wojska polskie dowodzone  przez księcia Mieszka I, z margrafem Hodonem, która  na wiele lat wstrzymała ekspansję germańską na nasze ziemie. No, ale władze wiedzą lepiej, kiedy obchodzić święta państwowe. Obchodzą je  –  dosłownie po łebkach!
    Nie będę prorokiem, jeśli powiem, że w święto Niepodległości 11 listopada, zobaczymy w TVP jakąś większą lub mniejsza awanturę z Młodzieżą Wszechpolską, nowe orędzie pana prezesa PiS-u, dwa pochody wzajemnie się wyklinające, a w TVP „Znachora” lub „Pana Tadeusza”, powtórkę kiczowatego serialu „Wojna i miłość”, czy nieudany „Kraniec Europy” z panią Curuś. I tym optymistycznym akcentem, kończę moje dywagacje na temat obchodów naszych świąt narodowych!