wtorek, 27 sierpnia 2013

Miejskie imprezy.

24.08.2013 r.
            
            Od dwóch dni w Bolesławcu obchodzimy uroczyście Święto Ceramiki. Przyjemna impreza, a glinada i glinoludy, sympatyczne i oryginalne. Bardzo lubię, jak w moim mieście dzieje się coś ciekawego. Dorastałam w czasach, kiedy w każdą pogodną letnią niedzielę, w parkach i salach zabawowych organizowano bezpłatne imprezy taneczne. Bolesławiec lubił się bawić.
            Jednakże jest jedno „ale”! Wielokrotnie uroczyście przeklęłam faceta, który wynalazł wzmacniacze. Niegdyś najwięksi śpiewacy operowi i estradowi oraz orkiestry, występowali bez żadnych wzmacniaczy i słyszeli ich ci, którzy muzykę kochali. Wraz z wynalezieniem wzmacniaczy, skończyła się epoka  dobrej muzyki estradowej, a zaczął się łomot. Idole estradowi przestali śpiewać, a zaczęli wrzeszczeć. No, nie świadczy to dobrze o współczesnej kulturze muzycznej. Wyobraźmy sobie, że taka uroczystość obchodzona jest w jakimś mieście niemieckim. O, w tym wypadku z pewnością publiczność usłyszałaby Beethovena, Schumana, z całą pewnością Wagnera. A potem wesołe niemieckie piosenki i tańce ludowe, przy kufelku piwa. Podobnie w Austrii usłyszelibyśmy Mozarta, Schuberta, walce Straussa, tańce i piosenki tyrolskie z jodłowaniem.  Mogłabym tak  to wymieniać aż do znudzenia. Natomiast u nas na imprezie, od rana do wieczora łomot bębna, aż w uszach dudni. I tu właśnie pragnę zwrócić uwagę organizatorom imprez w Bolesławcu. Starajcie się państwo, żeby część artystyczna, czyli tak zwana muzyka młodzieżowa, nie odbywała się w samym centrum Bolesławca, lecz gdzieś na przykład nad Bobrem, z dala od miasta. Należy wziąć pod uwagę, że nie wszyscy obywatele są miłośnikami tego rodzaju muzyki. Poza tym, w domach na Rynku czy ul. Asnyka i okolicy, są z pewnością ludzie chorzy, starsi i niemowlęta, dla których wielogodzinny potworny hałas i walenie w bęben, staje się po pewnym czasie prawdziwą udręką, sprawia im cierpienie. Niemożliwe jest włączenie telewizora, radia, czy czytanie książki. Po prostu nie słyszy się własnych myśli. Ktoś powie: - Ale to tylko kilka dni. Niestety, to aż kilka dni!
            Zaobserwowałam, że po takiej dawce decybeli, przez większą część nocy, po ulicach miasta włóczą się bandy nastolatków, pijanych, naćpanych i bardzo agresywnych. W parkach odbywają się  seksualne orgie, połączone z wrzaskami, cichnącymi dopiero przed samym świtem. Wiem, co piszę, bo mieszkam przy parku i często przez całą noc nie mogę zmrużyć oka, budzona co chwilę wrzaskami pijanych dziewuch i ich facetów. W tym miejscu, kłaniam się uprzejmie funkcjonariuszom naszej szanownej policji, polecając ich uwadze park Waryńskiego przy ul. Tyrankiewiczów, który ostatnio upodobali sobie młodociani chuligani, gnieżdżąc się w amfiteatrze i hałasując niekiedy do bladego świtu.
            A może by tak na następną imprezę  zrezygnować z rocka i łomotu, organizując na przykład koncert muzyki i pieśni Stanisława Moniuszki i tańców narodowych, mazura, poloneza, czy ognistego obertasa ? Rzeknie mi ktoś: - Ale młodzież takiej muzyki nie lubi!

            W takim razie bardzo źle to o nas Polakach świadczy, że nie potrafimy wpoić naszym dzieciom kultu do muzyki i tradycji narodowej, biernie się przypatrując, jak młodzież coraz częściej szuka sobie wzorów w subkulturze amerykańskiej, ze szkodą dla zdrowia i obyczajów.