poniedziałek, 14 października 2013

Pech i nieszczęścia zawsze idą parami.

11.10.2013 r.
            
           
            Jestem taka wkurzona, tak bardzo zdenerwowana, że muszę sobie ulżyć choć na blogu. Jak się nie ma nikogo, to blog staje się tym najlepszym przyjacielem i powiernikiem, bo papier wszystko zniesie. Verba volant scripta manent, słowa ulatują pismo zostaje. Po zapaleniu płuc  czuję się bardzo osłabiona i mówiąc prawdę, trochę zaniedbałam mieszkanie. Wczoraj poczułam się nieco lepiej i korzystając z pięknej jesiennej pogody, wzięłam się do mycia okien w kuchni i pokoju, wymyślając sobie półgłosem od flejtuchów! Z wysokości 10 piętra, patrzyłam na przecudny park, cały w purpurze i złocie spadających liści. Jesień ma także wielki urok, a ja bardzo lubię tę porę roku. Nie ma upałów, a kiedy dzień jest ładny, można iść na spacer do lasu i zbierać spadłe kasztany i suche liście na bukiety.
            Ale nie o tym chciałam pisać. Otóż badanie tomograficzne wykazało, że mam  podwyższone ciśnienie w gałkach ocznych. To niepokojący objaw, może być nawet początkiem jaskry. Mój zmarły Ojciec cierpiał na tę groźną chorobę i pod koniec życia był niemal całkowicie niewidomy. Od lekarza okulisty otrzymałam krople do oczu, ale przez kilka dni jakoś o nich zapomniałam. Dopiero przedwczoraj rano, postanowiłam wkropić lek do oczu. Horror, jakbym sobie wlała do oka kwas siarkowy! Na moment całkiem oślepłam, a potem zaczęły mi drgać mięśnie powiek i poczułam silny ból w gałkach ocznych i w głowie. Źle! Natychmiast oczy przemyłam, lecz to niewiele pomogło. Przez dwa dni chodziłam z oczami czerwonymi jak królik, mając nadzieję, że samo przejdzie. Nie przeszło, wobec tego postanowiłam nazajutrz zadzwonić do lekarza i poprosić o przepisanie używanego dawniej, dobrego i bezpiecznego lekarstwa, przeciw ciśnieniu w gałkach ocznych. Zamyślona, myłam okna i bezwiednie zaczepiłam paskiem fartuszka o gałkę szuflady.  Ciężka dębowa szuflada, spadła z wysoka, prosto na podbicie mojej lewej stopy. Poczułam przeszywający ból i momentalnie zrobiło mi się słabo. Podejrzewałam, że pękła mi kość. W sierpniu br. złamałam sobie palec w prawej stopie. Co jest do licha, urok ktoś rzucił na moje nogi, czy co?
            Nie pomogły chłodne kompresy, ani bandażowanie stopy elastycznym bandażem. Całą noc nie zmrużyłam z bólu oka. Rano chciałam zatelefonować do lekarza po receptę na krople do oczu. Dzwoniłam kilkakrotnie, lecz komórka poinformowała mnie uprzejmie, że nie z ich winy, połączenie nie może być wykonane. Klops i rozpacz w ciapki!
            Okazało się, że muszę się ubrać i iść do lekarza. Ba, iść, ale jak? Po mieszkaniu skakałam na jednej nodze, opierając się o meble, lecz jak wyjść w tym stanie na zewnątrz? Do okulisty iść musiałam, bo rano nie mogłam otworzyć powiek zalepionych wydzieliną, a w oczach czułam straszny ból i ucisk. Żeby nie było mi za dobrze, kochane bolesławieckie PKS, zlikwidowało na ul. Zygmunta Augusta autobus  4 - jadący do miasta i teraz, żeby dostać się do centrum, muszę wsiąść do 1-ki i jechać przez Zwycięstwa, Leśną i cmentarz, na dworzec PKS, tam wysiąść i dalej iść piechotką. Miły spacer, kiedy człowiek jest pełen sił i ma zdrowe nogi. Ale ja ledwo się wlokłam, niemal jęcząc z bólu przy każdym kroku.
            W końcu jakoś doszłam i oznajmiłam recepcjonistce, że proszę lekarza o przyjęcie, bo mam problem z oczami po zapisanych kroplach. W poczekalni siedziały dosłownie trzy osoby. Pani recepcjonistka wzięła moją kartę i poszła do lekarza. Po chwili wyszła i oznajmiła mi, żebym krople odstawiła i przyszła na wizytę w przyszłym roku! Zdębiałam. Jak w takim stanie mogłam dotrwać do przyszłego roku? Tym bardziej, że popołudniami wiele godzin spędzam przy laptopie.
            Oświadczyłam pani recepcjonistce, że bardzo cierpię, czuję ucisk w gałkach ocznych, szalenie boli mnie głowa, i potrzebuję koniecznie konsultacji z lekarzem. Pani recepcjonistka ponownie udała się do gabinetu i wychodząc, podała mi receptę na jakieś krople. Oznajmiła przy tym, że mam się zgłosić w przyszłym roku.  Nie zostałam przyjęta, choć byłam gotowa czekać i wejść jako ostatni pacjent. 
            Oszołomiona podziękowałam i wyszłam, a raczej wyczołgałam się z przybytku pomocy medycznej, zastanawiając się, jak można kogoś uzdrowić za pomocą recepty, przepisanej na niewidzianego? Miałam w rodzinie wielu doktorów i profesora medycyny, ale o takim cudownym  sposobie leczenia jeszcze nie słyszałam.
            Ponieważ akurat żadnego autobusu nie było, / dalsze zmiany w rozkładzie jazdy/ pokuśtykałam  piechotą do domu, pojękując przy każdym kroku.  Może nie powinnam tego pisać, ale z bólu i wściekłości zaczęłam płakać. Jak długo szłam do domu, o tym już nie wspomnę, Ale ta wizyta u lekarza, na długo pozostanie w mojej pamięci. W aptece, przy realizacji  recepty, okazało się, że nie przepisano mi leku na ciśnienie w oczach, tylko na złagodzenie stanu zapalnego. Koszt recepty nawet po refundacji wynosił ponad 20 zł! Krople, o jakie chciałam prosić okulistę, kosztują 3 zł.  Ponieważ w tym miesiącu zapłaciłam za recepty mnóstwo pieniędzy, a przed emeryturą jestem spłukana, stwierdziwszy, że ten lek niewiele mi  pomoże, z pasją podarłam receptę, na oczach patrzącej na mnie ze współczuciem pani magister.
                Podobno najważniejszą dewizą lekarza jest: „ Nie szkodzić!” Tyle, że nie wszyscy o tym pamiętają.
            Kiedy Chińczyk chce  przekląć swojego wroga, mówi: - Obyś żył w ciekawych czasach!

Ja wymyśliłam groźniejsze przekleństwo: „Obyś chorował w ustroju kapitalistycznym, mając niewiele pieniędzy!”