piątek, 27 grudnia 2013

Kochamy bogatych, bo oni kochają ubogich?

20.12.2013 r.
           
            Od jakiegoś czasu nasza telewizja, ta państwowa i ta prywatna, zamieniły się w instytucję żebraczą. Niemal co wieczór w głównym wydaniu dziennika, pokazuje się nam jakąś rodzinę, potrzebującą na gwałt pomocy, czy śmiertelnie chorego, dla którego NFOZ nie ma pieniędzy na leki. Prezenter z dramatyczną miną powiadamia telewidzów, że oto znowu ktoś potrzebuje naszej pomocy. Naturalnie, taki apel nie pozostaje bez echa. Polacy są ludźmi hojnymi,  mającymi miękkie serca. I chwała nam za to!
            Inna rzecz, że odpowiadając na apele TVP, odwalamy robotę za nasze ukochane władze, które zwalają cały ciężar pomocy charytatywnej na społeczeństwo, również nie śmierdzące groszem w tych ciężkich czasach. Wbrew hasłu sympatycznego księdza, kochającego bogatych, to nie oni pomagają w większości wypadków potrzebującym, lecz ci średnio zamożni rodacy, którzy może na własnej skórze przekonali się kiedyś, co to znaczy niedostatek. Z jednej strony, apeluje się do społeczeństwa, o tak zwaną „szlachetna paczkę”, dla tych najbardziej potrzebujących. Z drugiej, telewizja pokazuje nam obrazy zamożnych ludzi, kupujących świąteczne prezenty za kilkaset, a nawet kilka tysięcy złotych i informuje nas radośnie, ile w tym roku przeciętny Polak wyda pieniędzy na święta. A nie są to bagatelne kwoty. Widzimy w telewizji ogromne supermarkety pełne kupujących, dobrze ubranych i zadowolonych z życia. Można pomyśleć, że to nie Polska, borykająca się z kryzysem, lecz Szwajcaria, czy jakieś państwo skandynawskie, znane z dobrobytu.           Jakoś żadnemu z reporterów TVP nie wpadnie do głowy, żeby spytać przeciętnego przechodnia z ulicy, czy będzie miał z czego urządzić wigilię i żyć po świętach, bo wiadomo: - święta, święta..... i po świętach! Trudno o szalone zakupy, kiedy ma się emeryturę w wysokości 800 zł brutto, a takich ludzi w Polsce jest bardzo wielu.      
            Opowiadano mi niegdyś o przedwojennych balach charytatywnych, na których kwestujące damy, miały na sobie toalety i biżuterię, wielokrotnie przewyższającą wartością zebrane na balu datki! Widzę, że wracamy do tych niechlubnych czasów. Z roku na rok rośnie liczba najuboższych, bezrobotnych i biednych, głodnych dzieci, które wychowuje ulica. Powiększa się szara strefa i  przestępczość, szczególnie wśród nieletnich. Państwo nie robi dla nich nic, albo prawie nic. Opieka Społeczna z każdym rokiem ma mniej pieniędzy i coraz większe wymagania, wsparte rozrastającą się do potwornych rozmiarów biurokracją.
            Wyrastałam w państwie o rzekomo totalitarnym systemie. Ale nigdy nie widziałam wtedy ubogich. To słowo było mi nieznane i brzmiało wprost obraźliwie. W tych czasach wszyscy mieli prace, bo była ona konstytucyjnym obowiązkiem, a nie łaską właściciela zakładu, mogącego każdej chwili wylać pracownika na zbity pysk, lub zamknąć zakład, bo tak mu się podoba! Żeby zwolnić nałogowego pijaka i nieroba w PRL-u, dyrektor musiał stoczyć bitwę z przewodniczącym Rady Zakładowej i członkami CRZZ-u, broniącymi pracownika jak lwy. Nikt nie mieszkał na i ulicy i na ogródkach działkowych, bo jeżeli pracownik nie miał mieszkania, zawsze był hotel robotniczy, a w zakładowej stołówce ciepły posiłek. Dostęp do lekarzy był łatwy, a leki tanie, lub bezpłatne. To państwo troszczyło się skutecznie o gorzej sytuowanych, nie zwalając tego obowiązku na społeczeństwo.

            No, ale za to obecnie żyjemy w wolnej Polsce i mamy wielu bardzo bogatych ludzi, którzy kochają ubogich, takich, którzy śpią pod mostami, lub umierają z zimna i głodu na ulicy! Wzruszające, prawda?