wtorek, 28 stycznia 2014

O krzywdzie dzieci.

18.01.2014 r.

            

            W tym miesiącu nie mam weny do pisania. Dokucza mi ból gardła i ucha. Mam niepokojącą diagnozę dotyczącą wzroku. Oj, coś ten rok rozpoczyna się dla mnie niekorzystnie. Nie miałam zamiaru zasiąść do laptopa, ale znowu usłyszałam coś, co mną wstrząsnęło.
            Oto sąd obiera dziecko rodzicom. Rodzina patologiczna, pijacy, narkomani? Nic podobnego. Odebrano im dzieci, bo rodzice są ubodzy!  Jezus Maria, i to jest powód do odebrania dzieci? Coraz częstsze przypadki lekkomyślnego odbierania dzieci rodzicom, zaczynają mi przypominać naszych zachodnich sąsiadów, gdzie Polakom odbierane są dzieci pod byle jakim pozorem.
            Pytam, kto zawinił, że rodzina ta jest uboga? Kto jest winien, że ojciec czy matka, nie znajdują pracy we własnym kraju? Znowu w pamięci pobrzmiewa ponury fragment wiersza Marii Konopnickiej: „O ziemio polska, ty tak bogata, że wyżywić mogłabyś pół świata.
                         A dla własnych dzieci nie masz chleba?”
            Poetka pisała  te słowa w dziewiętnastym wieku, lecz widać niewiele się u nas zmieniło od tamtego czasu. Tyle, że nasi panowie, reprezentujący naród w Sejmie i Senacie, nie czytają  poezji Konopnickiej. Zresztą niewiele w ogóle czytają, bo po co, nikt im za to nie płaci! Ale  wracam do tematu. Uważam, i z pewnością ludzie myślący rozsądnie przyznają mi rację, że Opieka Społeczna działa u nas zdecydowanie nieskutecznie. Jeżeli są rodziny ubogie i wielodzietne, to zamiast odbierać im dzieci, w pierwszym rzędzie należy zapewnić im zasiłek w takiej wysokości, aby stać było tych ludzi na zapewnienie potomstwu odpowiedniego standardu. Państwo odebrało obywatelom szansę zapracowania na życie, likwidując zakłady pracy i sprzedając je za przysłowiowe grosze w prywatne ręce. A prywatnemu właścicielowi, zależy przede wszystkim na zysku, kosztem jak najmniejszego zatrudnienia. Odbierając dzieci ubogiej  rodzinie, rządzący karzą obywateli za swoje grzechy i marnują społeczne pieniądze, opłacając Dom Dziecka, czy zastępczą rodzinę, zamiast  tymi pieniędzmi wspomóc  rodziców!  Czy ktoś z rządzących  myśli?
            Niemal codziennie przechodzę koło mojej ukochanej szkoły na Tyrankiewiczów, do której w młodości uczęszczałam. Idąc ulicą Dzieci Wrześni, widzę stale za kioskiem Ruchu, palących lub ćpających chłopców i dziewczęta. Zastanawiam się, komu zależy na tym, żeby nasza młodzież wyrastała na zdegenerowanych osobników? Dlaczego na przerwach szkolnych zezwala się dzieciom na wyjście z budynku szkoły? Mogę się założyć, że na ulicy, w jakimś kącie, czyhają na nich dilerzy, sprzedając działki narkotyków! Nie wiem, policja posyła tam swoich agentów antynarkotykowych?  Obawiam się, że nie.
            Kiedy ja chodziłam do tej szkoły, to punktualnie o godzinie ósmej, dozorczyni zamykała drzwi wejściowe na klucz, a ze szkoły można było wyjść jedynie, na podstawie przepustki podpisanej przez dyrektora! W czasie przerw, uczniowie wychodzili w lecie na dziedziniec wewnętrzny szkoły i bawili się, lub mieli ćwiczenia sportowe pod okiem pedagogów, a w zimie biegaliśmy po korytarzach, także obserwowani przez nauczycieli. Nie było mowy, żeby ktoś chodził sobie swobodnie, gdzie chce.
            Do jedenastej klasy dziewczęta nosiły  warkocze, lub krótko ścięte włosy, mundurek lub spódniczkę i bluzeczkę, a z biżuterii tylko zegarek lub małe kolczyki. Nie wyobrażam sobie, żeby któraś miała wymalowane paznokcie, lub nieumyte włosy, wiszące prostymi strąkami wokół głowy.  Albo, że jakiś chłopiec przyszedł do szkoły z ogoloną na łysonia głową, lub irokezem. Szkoła była i powinna być nadal miejscem, gdzie obowiązywało godne zachowanie i dyscyplina, a wychowawca klasy był pierwszym po Bogu! Dyrektora obawialiśmy się panicznie!
            Obecnie naśladujemy niewolniczo wzory uczelni amerykańskich, które de facto, niewiele się różnią od doskonale prosperujących domów publicznych. Młodzież jest tam zdeprawowana i nie mająca żadnych hamulców. Widzimy to na filmach i wprowadzamy te niechlubne zwyczaje u nas. Mamy już skutki. Dwunastoletnia dziewczyna jest w ciąży, a ojcem zostanie starszy o rok chłopak!Horror!
            Pamiętam, że w okresie, kiedy ja chodziłam do szkoły, tylko raz wydarzył się podobny przypadek. W ciążę zaszła szesnastoletnia uczennica ze starszym o kilka lat chłopcem. To był skandal, o którym my, młodsze dzieci, dowiadywaliśmy się tylko z półsłówek rodziców. Naturalnie, dziewczyna została natychmiast wydalona ze szkoły z wilczym biletem, (dokument zabraniający dostępu do szkół na terenie całego kraju. Oj, przydałby się taki bilet i dzisiaj!)  i skierowana do Domu Poprawczego o zaostrzonym rygorze. Rodzice nie chcieli jej znać. Dziecko mogła urodzić, lub poddać się aborcji.
            Jak  wspomniałam, takie wypadki były ewenementem. Chociaż w szkołach nie mieliśmy lekcji wychowania seksualnego, to matki nas ostrzegały i dziewczęta zdawały sobie sprawę, że gdy powinie się im noga, zostaną potraktowane z całą surowością. Rodzice sprawią im lanie, a może nawet wyrzucą z domu. Wylecą ze szkoły i będą miały zmarnowane życie oraz dziecko na głowie. Na każdym kroku spotkają się z ostentacyjnym bojkotem środowiska. Chłopcy będą ich unikać jak ognia. To wystarczyło, żeby dziewczęta dobrze się pilnowały. Takie samo ostrzeżenie dotyczyło chłopców. Zresztą w tych latach młodzież miała inne zainteresowania i była chowana w o wiele odpowiedzialniejszy sposób. Ktoś powie, że te metody wychowawcze były mało pedagogiczne?Jednak młodzieży wychodziły tylko na korzyść. Od dziecka uczono nas odpowiedzialności za swoje czyny.
            Przy obecnym rozluźnieniu obyczajów i szybszym dojrzewaniu młodzieży, najlepszym rozwiązaniem byłoby zniesienie szkół koedukacyjnych. W niektórych państwach zachodnich o wysokiej kulturze, istnieją nadal osobne szkoły dla dziewcząt i dla chłopców. W Polsce przedwrześniowej takie szkoły były obowiązkowe. Wydaje mi się, że przy dzisiejszym szalonym rozwoju internetu i łatwości korzystania z niego, młodzież jest już dostatecznie uświadomiona seksualnie. Można się o tym przekonać, słuchając rozmów uczennic i uczniów,  prowadzonych swobodnie i bez skrępowania na ulicy!

            Jeżeli Ministerstwo Edukacji nadal będzie patrzyło przez palce, na coraz większą swobodę seksualną młodzieży w szkołach, to wkrótce  przy każdej podstawówce  należy założyć żłobek! Jeszcze nie doszliśmy w Polsce do takiej swobody obyczajów, jak w USA, gdzie matka wręcza nieletniej córce paczkę prezerwatyw. Zastanawiam się, dlaczego rodzice nie żądają od Ministerstwa zaostrzenia dyscypliny w szkołach? Pragną prędko dochować się wnuków?