piątek, 23 maja 2014

Reminiscencje w upalne popołudnie.


23.05.2014 r.


Nie lubię lata i upałów. W tym miejscu ktoś puknie się w czoło. Zgłupiała baba? Nie, wcale nie zgłupiałam, tylko po pierwsze: upały są dla mnie zagrożeniem, po drugie: w czasie upalnej pogody wzmaga się hałas. Dzisiaj już o 7-mej obudziły mnie maszyny ścinające trawniki pod oknami wieżowca i w parku. Warczały kosiarki, ryczał silnik traktorka, który jeździł po trawnikach parkowych i nawet nie słychać było muzyki z radia, a przecież okna zamknąć nie podobna, bo nawet w nocy temperatura jest wysoka, zaś w dzień dochodzi do 30C. Jakby się wszyscy, do ciężkiej Anielki, umówili, żeby hałasować i nie dać spokoju praworządnym obywatelom, mającym ochotę dłużej podrzemać.
To nie dla mnie. Stanowczo wolę wczesną jesień albo umiarkowaną kwietniową aurę. W jesieni najmilej jest usiąść w ciepłym pokoju przy biurku, mając pod ręką filiżankę mocnej herbaty z cytryną, zaświecić jasną lampę i w ciszy przelewać na papier swoje myśli, doznania i wrażenia z minionego dnia. Robię to codziennie, bo tak nauczył mnie Ojciec, zapisując w kalendarzu każde wydarzenie. Przy sposobności, z osłupieniem odkrywam, że minął tydzień, a ja jestem o siedem dni starsza! Podobno w ten sposób gimnastykuje się umysł, nie dopuszczając, mówiąc kolokwialnie, do zramolenia. Dlatego chętnie wracam do myślą do przeszłości. W młodości, moi krewni próbowali mnie od tego oduczyć, mówiąc: ” Ty, Elu, nigdy nie wyleczysz się z tych marzeń!”
Te uwagi bardzo mnie wkurzały, bo niby dlaczego mam się z tego leczyć? Co w tym złego?
Dlatego dziś dam sobie spokój z polityką i wrócę pamięcią do lat osiemdziesiątych. Wzięłam wtedy urlop, i jak zwykle pojechałam do Krakowa, skąd zamierzałam wybrać się do Zakopanego. Telefonicznie zamówiłam pokój w hotelu „Pod Różą” prosząc, aby zarezerwowali mi pokój 304, w którym zawsze mieszkałam. Okno wychodziło na Floriańską, a nocą obserwowałam, jak księżyc wspina się na wieżę bazyliki Mariackiej i srebrzy dom Mistrza Jana Matejki. Uwielbiałam, kiedy rano budził mnie hejnał z wieży Mariackiej. W tym czasie, pobyt w tym ślicznym, zabytkowym hotelu nie był wcale drogi i mogłam sobie pozwolić na tydzień przyjemności. Dziś tylko bogatych biznesmenów i vipów, stać na pokój w tym wyjątkowo ekskluzywnym hotelu!
To był chyba rok 1984 i w pociągu panowała atmosfera przesadnej radości, na złość stanowi wojennemu! My, Polacy, jesteśmy bardzo przekornym narodem i dlatego wówczas, panowała między rodakami taka zgoda i solidarność, jak już nigdy potem. Pasażerowie dzielili się ciastem, kanapkami, czym kto miał, a dyskusje szły tak burzliwe i buntownicze, że na dobrą sprawę powinno się zamknąć do paki cały wagon! Widać kapusiów tam nie było, bo szczęśliwie zajechaliśmy do Krakowa.
Był gorący, lipcowy dzień i przybyłam do hotelu cała mokra. W wielkiej sklepionej sieni, przywitał mnie ogromny portret hetmana Czarnieckiego. Zameldowałam się na chybcika i weszłam na I-wsze piętro. W pokoju umeblowanym pseudo antycznymi meblami, postanowiłam zaraz wziąć kąpiel. Łazienka była wielka i luksusowa z dużym oknem wychodzącym na ulicę. Wspominając czas, kiedy przyjeżdżałam tu nie sama, popełniłam fatalną gafę. Rozbierając się, w roztargnieniu powiesiłam zdjętą z siebie bieliznę na zwisającym nad wanną drucie. Zrobiłam to zupełnie odruchowo, myśląc o czymś innym. Och, jaka rozkosz! - westchnęłam, zanurzając się w perfumowanej wodzie. Przymknęłam oczy i odpoczywałam czując, jak powoli zmęczenie mija i wracam do formy.
Z tego błogiego stanu wyrwał mnie niespodziewanie łomot do drzwi numeru. Wyskoczyłam z wanny i ociekając wodą, popędziłam do pokoju, narzuciwszy na siebie byle co. (wtedy jeszcze miałam co pokazać!) Otworzyłam drzwi i ujrzałam na progu kilka osób z personelu hotelowego, patrzących na mnie z przerażeniem. Okazało się, że bezwiednie zadzwoniłam na alarm! Ten zwisający nad wanną drut, na którym odruchowo powiesiłam majteczki i całą resztę, był dzwonkiem alarmu, na wypadek zasłabnięcia kąpiącego się w wannie! Oczywiście, zarumieniona ze wstydu, przeprosiłam i zamknęłam drzwi, wymyślając sobie od idiotek. Niestety, to nie był mój ostatni wygłup!
Pamiętam, że pisałam wtedy jakąś pracę o Stanach Zjednoczonych i potrzebowałam danych, których nie mogłam nigdzie znaleźć. Internetu jeszcze nie było! Wobec tego, ubrałam się w najlepsze ciuchy i spokojnie potruchtałam do …. konsulatu amerykańskiego. W stanie wojennym! Przyjęto mnie uprzejmie, choć z pewnym zdziwieniem i obdarowano różnymi folderami, oraz pismem „Ameryka” wychodzącym w języku polskim. Zadowolona powróciłam do hotelu, planując na drugi dzień wędrówkę po zabytkowych miejscach, których Kraków ma bez liku.
Weszłam do hallu i spostrzegłam dwóch milicjantów, wypytujących o coś wystraszoną recepcjonistkę. Wtedy po raz pierwszy w życiu ugięły się pode mną kolana. Dosłownie! Wyobraziłam sobie, że cholerne gliny przyszły po mnie, że zamkną mnie do paki, a biedny Tatuś nie doczeka się telefonu ode mnie. Czysta rozpacz. Ale podobno pijacy i głupcy mają szczęście, bo milicjancie nie przyszli po mnie, tylko pytali o kogoś innego. Na drżących nogach weszłam na piętro i wpadłam do pokoju, zamykając szczelnie drzwi. Padłam na łóżko i leżałam tak chyba z godzinę, rozmyślając nad swoją głupotą i bezmyślnością. Potem zadzwoniłam na pokojówkę i poprosiłam, żeby kupiła mi w hotelowej kawiarni butelkę dobrego wina. Bez wstydu przyznaję, że wytrąbiłam chyba z pół litra i kompletnie ululana poszłam spać.
Na drugi dzień, z samego rana wymeldowałam się i wyjechałam do Zakopanego! Zamieszkałam w prywatnym pensjonacie na ul. Makuszyńskiego. W nocy, ktoś na całą długość jezdni, napisał białą farbą: „Afganistan pomścimy!” Dla wyjaśnienia zaznaczam, że wówczas w Afganistanie wojowali Rosjanie i dlatego wojna była be! Dziś wojują tam Amerykanie i nasi, więc mordownia jest słuszna!
Z rana przyjechała milicja i chodziła po domach pytając, czy może ktoś widział piszącego? Naturalnie, nikt nic nie widział. Milicjanci w końcu zrezygnowali i sobie poszli, bo górale nie należeli do czcicieli PRL-u, jawnie pomstując na stan wojenny i władze. To ostatnie zostało im do dzisiaj. Zniesmaczona wróciłam wcześniej do domu. W pociągu miałam szczęście, bo zakochał się we mnie szef wagonu restauracyjnego i zamiast bladej, anemicznej jajecznicy, błyskawicznie postarał się o apetyczne paróweczki i kanapki ze znakomitą szynką „Krakus”! Zaloty przyjmowałam z rezerwą, pomimo parówek i szynki, bo na palcu jego prawej ręki wyraźnie widać było ślad po zdjętej w pośpiechu obrączce. Ach ci mężczyźni, nie doceniają bystrości i przenikliwości kobiecej! Wróciwszy uznałam, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Nie mogę dłużej pisać, bo traktorek ścinający w parku trawę, cholernie hałasuje i nie słyszę własnych myśli. Pa.
Jeszcze nie pa. Oglądnęłam wiadomości i trochę mnie zdenerwowały. Nie rozumiem moich rodaków. Ciągle słyszę narzekanie na rządy prawicy, jednocześnie rośnie im poparcie, szczególnie PiS-owi. Jeżeli mamy dosyć prawicy, to dlaczego nie głosujemy na lewicę? Widocznie kochamy mówić, „jestem za, ale przeciw”. Obawiam się, że do Parlamentu wejdą ludzie, którzy nigdy nie powinni się tam znaleźć. Na naszą szkodę!

Polska na wałach stoi!


22.05.2014 r.
Niedawno w wiadomościach TVP, miałam niewątpliwą przyjemność oglądać pana prezesa PiS-u. O bykach już zapomniał, bo teraz walczy z powodzią! W tym celu stanął na wałach powodziowych i palnął mówkę. Co tam mówkę, prezes krzyknął gromkim głosem, a Wisła jakby się przelękła, bo coś jej opadło, chyba centymetry. Pan prezes z wrodzoną sobie łatwością retoryki, jak zwykle oskarżył pana premiera o to, że winien jest powodzi! Czegoś tam nie dopilnował, coś sknocił i jest winien! Wychodzi na to, że premier powinien deszcz zakląć.
Z kolei pan premier wszedł na wały i odpowiedział. Nie pamiętam dobrze co, ale z treści wynikało, że nie jest winien powodzi, bo sama przyszła, jak co roku – bo to już polska tradycja, że w maju lub w czerwcu lubimy się topić i nie robimy prawie nic, żeby klęski uniknąć. Pan premier wspomniał o wyborach do Parlamentu Unii i miał do prezesa żal, że Brukseli nie kocha. Wypomniał przy tym panu prezesowi, iż za jego panowania panował jeszcze większy bałagan i tak się porobiło, że trzeba było rozwiązać Sejm i ogłosić nowe wybory. Racja, tylko dlaczego obaj szanowni panowie wybrali sobie za mównicę wały powodziowe? Ludziska stali i patrzyli. Wygląda na to, że wałów ci u nas dostatek. Są korbowe oraz inne. Lecz gromkie przemowy niewiele poszkodowanym mieszkańcom zalanych miejscowości nie pomogą.
Pan premier nie starał się naśladować pani kanclerz Merkel. W rezultacie, pani kanclerz jakby ochłodła w serdecznych uczuciach do Donalda, a my wyjdziemy na tym, jak przysłowiowy Zabłocki na mydle, i chyba zapłacimy za gaz jeszcze drożej. Pan premier, zamiast pilnować interesów gospodarczych Polski, co raz wtrąca się do spraw Ukrainy i wyraża się niesympatycznie o prezydencie Putinie. To akurat nie bardzo podoba się pani kanclerz, która jak oka w głowie pilnuje interesów Niemiec, i nie tylko jej się nie podoba, bowiem posłowie Parlamentu Unii, wcale nie życzą sobie płacić więcej za gaz i mają panu premierowi za złe, że się ciągle wtrąca.
Biorąc na zdrowy rozum, to nie Rosja zaczęła, tylko Ukraina na swoim Majdanie, wzywając Amerykę, NATO i cała resztę - no i dalej mają majdan! Ostatnio bardzo mi się nie podobały dwie wypowiedzi. Pan Korwin-Mikke, wyraził się o polskich kobietach niepochlebnie, wręcz ordynarnie i obscenicznie. Zastanawiam się, czy ten człowiek nigdy nie miał matki, siostry, czy żony, które by szanował? Bo wygląda na to, że nie miał. Z jego wypowiedzi wynika jednoznacznie, że kobiety to suki, lubiące kiedy się je gwałci i bije. Oj, żeby tak pan poseł uderzył się raz w głowę, najlepiej młotkiem lub tłuczkiem do ziemniaków. Jakich posłów wybieramy, takich potem mamy
Druga wypowiedź też była denerwująca . Otóż następca tronu Anglii książę Karol, wyraził się o prezydencie Rosji, że na Ukrainie zachowuje się jak Hitler w czasie aneksji Austrii! To naprawdę oburzające, niesprawiedliwe i niezgodne z historyczną prawdą.
Niemcy w 1938 roku, bezprawnie zajęły terytorium Austrii, gdyż Austria nigdy nie należała do Niemiec. Wprost przeciwnie, to Niemcy należały do Austrii, kiedy na tronie zasiadał cesarz z dynastii Habsburgów, będący cesarzem rzymskim narodu niemieckiego. Anschluss Hitlera był pogwałceniem prawa międzynarodowego i agresją.
Natomiast odebrania Krymu Ukrainie, nie można nazwać agresją, ponieważ tamtejsi ludzie pragnęli należeć do Rosji i głośno się tego domagali. Po drugie, Krym nigdy do Ukrainy nie należał, bo zdobyli go na Tatarach Rosjanie w XVIII wieku i odtąd jego ziemie często spływały krwią rosyjskiego żołnierza. A że Ukraina rości sobie do niego prawo?
Do Lwowa, Podola i Wołynia także rości sobie prawa, mimo iż od XIII wieku te ziemie należały do Rzeczypospolitej. Jedynie dzięki pokrętnej polityce Stalina i głupocie rządów amerykańskiego i brytyjskiego, 1\3 ziem polskich stały się zagranicą!
Naturalnie, książę Karol o tym pewnie nie wie, chociaż podobno z zawodu jest historykiem.
Z ostatniej chwili. Pan prezes Jarosław stwierdził stanowczo, że premier Tusk jest najgorszym premierem, jaki urzędował w Polsce. Figlarz, zapomniał o sobie.

wtorek, 20 maja 2014

Nadchodzą wybory? Tylko jakie?


20.05.2014 r.



W niedzielę 25 maja pójdziemy, lub nie pójdziemy, do urn wyborczych, żeby zagłosować na posłów do Parlamentu Unii Europejskiej. Tak by się mogło wydawać. Ale mili moi, przyjrzyjmy się spotom wyborczym i prezentującym je kandydatom na posłów do tegoż Parlamentu. „I cóż my tu widzim?” - jakby powiedział niezapomniany pan Wiech. Ano, widzim jakieś osobliwe kreatury, które obiecują nam, że jak tylko pobiorą pierwszą pensję w Brukseli, to w Polsce zaraz zrobi się lepiej, weselej i bezpieczniej. To w skrócie! Naturalnie, nie brakuje biało-czerwonych kolorów, Orła i wszelkich pozostałych emblematów narodowych. No to o co chodzi?
Chodzi o to, że kandydaci prezentowani w telewizji i w radio, nie mają pojęcia o jakie wybory chodzi. Zachowują się tak, jakby to były wybory do Sejmu i Senatu polskiego, a nie Parlamentu Unii Europejskie. Żaden z nich nie powiedział, co zrobi i jak będzie działał w Parlamencie Unii, na rzecz samej Unii, a dopiero przez nią, na rzecz Polski. Wychodzi na to, że mamy zbieraninę matołów, którzy nie wiedzą, co czynią. Ale jedno wiedzą na pewno, że chcą się dorwać do unijnej kasy!! Dlatego obiecują głupim ćmokom, to znaczy nam, swoim wyborcom, że zniosą podatki, obniżą wiek emerytalny, podwyższą pensje i emerytury, zapewnią bezpieczeństwo w kraju. Tylko gdzie to zrobią? W Unii? Chyba im się coś pokićkało w łepetynach!
Dochodzi nawet do takiego absurdu, że pan Korwin-Mikke chce się dostać do Parlamentu Unii Europejskiej, żeby ją rozwalić! Ale pieniążki unijne weźmie, o jeszcze jak chętnie! Będziemy mieć unijnych posłów, którzy nie wiedzą w jakich wyborach biorą udział. Jednie zamierzają Parlament ewangelizować, inni chcą walczyć o poczęte i nie poczęte, ale nikt poważnie swoich obiecanej nie traktuje, bo w Parlamencie Unii Europejskiej o takich duperelach się nie rozmawia. Tam jest wielka polityka i ogromne pieniądze, a nie nasz krajowy zaścianek!
Zastanawiam się, jak ci ludzie będą nas reprezentować? Myślę z obawą, że wprowadzając takich matołów do Unii, wystawimy sobie, jako naród, bardzo kiepskie świadectwo.

piątek, 16 maja 2014

Cudze chwalicie...



 16.05.2014 r.


Zwykle na tej stronie wywnętrzam się, aby choć w ten sposób pozbyć się złości na to, co mnie aktualnie wkurza! Ale dziś postanowiłam pisać o sprawach, które mnie ucieszyły. Ogromnie się uradowałam, kiedy naszym znakomitym majsterkom od filmów i komputerów, udało się zmontować autentyczne kroniki nakręcone w czasie Powstania Warszawskiego, robiąc z nich pełnometrażowy film. To ewenement na skalę światową, a dla młodego pokolenia Polaków pokazowa lekcja historii, której zwykle nie lubią.
Mam nadzieję, że dystrybutor postara się,, aby ten film został wyemitowany za granicą w krajach, gdzie aktualnie wyświetlany jest niemiecki serial pt:”Nasze matki, nasi ojcowie”, przedstawiający w sposób skandaliczny i niezgodny z historyczną prawdą wizerunek Armii Krajowej i w ogóle Polaków. Ten wstrząsający dokument o walce Polaków o wolność, powinien zrobić wrażenie na tamtejszym widzu i powiedzieć im o naszej tragicznej przeszłości więcej, niż górnolotne hasła naszych polityków.
Drugim powodem do radości, jest dla mnie nasze miasto. Przybyłam do Bolesławca mając 6 lat i tu wyrosłam. Jeżeli ktokolwiek zamierza Bolesławiec skrytykować, zalecam mu dla poprawienia złego humoru podróż do Zgorzelca! Niedawno musiałam tam pojechać i uroczyście przeklęłam to miasto. Bolesławiec przy Zgorzelcu to metropolia, czyste, zadbane, pełne kwiatów i zieleni. W Zgorzelcu, rozwlekłym, źle zabudowanym, brzydkim, pełnym pustych placów i zaniedbanych budynków, wszędzie jest daleko. Ze stacji do centrum można uchodzić sobie nogi, szczególnie, kiedy ma się przy sobie bagaże. Z dworca PKP daleko do miasta, a sam dworzec de facto nie istnieje, z dala stoi tylko jakaś rudera, gdzie można kupić bilet.
Dworca PKS także właściwie nie ma, bo autobusy kursują rzadko, a do Bolesławca tylko dwa. Jeżeli nie posiada się własnego środka lokomocji, pozostają tylko taksówki, a nie każdego znowu na to stać. Dziwię się, że to przygraniczne miasto wystawia polskim gospodarzom taką brzydką wizytówkę. Pamiętam Zgorzelec z dawnych lat, wyglądał jakoś inaczej, może nie ładnie, lecz bardziej dynamicznie. Miał dobrze zaopatrzone sklepy. Kupiłam tam sobie śliczny wełniany żakiecik, który budził zazdrość znajomych pań. Nie wiem czy w Zgorzelcu istnieje komunikacja miejska, bo chodząc po ulicach kilka godzin, jakoś tych autobusów nie widziałam.
Pewnie, że i w naszym mieście nie wszystko jest idealne. Przydałoby się zmodernizować ulicę Zgorzelecką, bo nomen omen, nie robi na wjeżdżających do miasta dobrego wrażenia. Jest dosyć brudna i ma okropne chodniki – biada paniom na wysokich obcasach. Sama omal nie skręciłam tam sobie kostki. Ale biorąc wszystkie za i przeciw, jestem szczęśliwa i dumna, że mieszkam w Bolesławcu i wdzięczna ojcom miasta, że dbają o nasz sławetny gród.
Chwała im za to. To nie komplement, tylko szczera uwaga, bez podlizywania się im.

środa, 14 maja 2014

Dzień Zwycięstwa! Pamiętna data, zapomniana, i „ono” z brodą!


9. 05.2014 r.


Dziwna rzecz. My, Polacy, pierwsi zaznaliśmy goryczy klęski, lecz walczyliśmy do ostatniego dnia wojny, na wszystkich frontach. Obecnie, chociaż mamy ojczyznę podobno niepodległą, jakoś dziwnie dyskretnie omijamy ten znaczący w historii świata dzień. Proszę mi powiedzieć, dlaczego? Politycy twierdzą, że ten dzień kojarzy się Polakom z wkroczeniem Armii Czerwonej na stałe do Polski. Nie wiem, czy takie stwierdzenie nie jest krzywdzące dla tych wszystkich naszych chłopców i dziewcząt, dla żołnierzy armii polskiej, którzy oddali życie za wolność Polski? Bo przecież Dzień Zwycięstwa, to także dzień tryumfu nad śmiercią milionów ludzi poległych w tej okropnej wojnie. Oni oddali życie, aby inni mogli świętować zwycięstwo.
Ignorując ten dzień, w moim przekonaniu, przekreślamy czynny wkład żołnierza polskiego w walkę z hitlerowskim najeźdźcą, czy to pod Monte Cassino, pod Tobrukiem, czy pod Lenino.
À propos Monte Cassino, mija 70-ta rocznica bitwy, jaką w dniach 11-18 maja 1944 r. stoczyli przy olbrzymich stratach żołnierze II Korpusu Polskiego, pod dowództwem generała Władysława Andersa. Jestem bardzo ciekawa, czy władze uczczą odpowiednio tę rocznicę, czy też pominą ją milczeniem.
W tym roku obficie obrodziły nam okrągłe rocznice. W czerwcu szykuje się wielki jubel 25-lecia Niepodległości, i z tej okazji wybierają się do nas oficjele z całego świata. Przybędzie nawet pan prezydent Obama! Wyobrażam już sobie, jak nasi politycy będą się mu nisko kłaniali, zapewne już pilnie ćwiczą dworskie reweranse. Jak mamy świętować wszystkie rocznice, to byłoby wskazane, żeby pan prezydent USA , wybrał się do nas w ubiegłym roku pod koniec listopada. Bo właśnie wtedy minęła 70 rocznica Konferencji Teherańskiej, 28.XI-1.XII.1944 r. na której pan prezydent USA Franklin Delano Roosevelt, wraz z premierem Wielkiej Brytanii Winstonem Churchillem oraz Stalinem, ustalili powojenny zarys granic Polski. Wtedy to Roosevelt wyraził całkowitą zgodę na powojenne przejęcie przez Związek Radziecki kresów wschodnich Rzeczypospolitej, które stały się odtąd Zachodnią Ukrainą.
„Lwów to dla nas zagranica”.... Amerykanin lekką rączką podarował Wujowi Joe, (tak Stalina nazywali Amerykanie) ziemie mojej rodziny, będące naszą własnością od ponad 300 lat! Naturalnie o tym pan prezydent Obama wspominać nie będzie, za to z pewnością wyrazi solidarność z dzisiejszą Ukrainą, która była niegdyś częścią Rzeczypospolitej. Spytajcie starszych ludzi, pochodzących z kresów, czy im się to spodoba. Lecz politycy mają krótką pamięć i pan Obama z pewnością nie wspomni o tym, że na skutek decyzji jego poprzednika, kresy nie są już częścią Polski , lecz obcym państwem, które swoją awanturniczą polityką, wywołało zamęt w Europie.

13.05.2014 r.


Konia z rzędem temu, kto w dniu wczorajszym w jakichkolwiek wiadomościach w TVP czy w radio, usłyszał, że przed 69 laty, 12 maja 1935 roku, zmarł w Warszawie Marszałek Polski, Naczelnik i twórca Legionów, Wskrzesiciel Ojczyzny, Józef Piłsudski! Nikt nie wspomniał, a przecież w stolicy był pochód i składanie wieńców pod pomnikiem Marszałka. Wiem, co powiedziałby Dziadek, patrząc na nas z nieba, ale nie napiszę, bo się wstydzę. Tak dziękujemy twórcy naszej niepodległości, którą dzisiejsi politycy każdej opcji wycierają sobie gęby. Naczelnik był człowiekiem uczciwym i honorowym i za swoje zasługi nie przyjął żadnego wynagrodzenia, jedynie mały dworek w Sulejówku, do którego się chronił, gdy wdzięczni rodacy zatruwali Mu życie. Wielka szkoda, że nie przypominamy społeczeństwu, komu zawdzięcza ojczyznę, bo co niektórzy już o tym zapominają.
Zmieniam temat, żeby nie wpaść w pasję.
No, konkurs Eurowizji sprawił nam nie lada niespodziankę! Liczyliśmy, że Słowianki się spodobają, ale spotkał nas przykry zawód. Konkurs wygrało „ono”, w kiecce, z cycem, ale i z brodą. Ono bardzo wrzeszczało, ale jury się spodobało. bo pewnie byli ciekawi, co ono ma pod spódnicą. Ewenement!
Dawnymi laty, babę z brodą pokazywano ludziom w cyrku. Teraz pojawia się na konkursie Eurowizji i wygryza nasze śliczne Słowianki. Za to cyrk mamy w Sejmie, a TVP coraz to pokazuje rozeźlone oblicza naszych milusińskich polityków, którzy gotowi są wezwać egzorcystę, byleby babę z brodą pokropił i wylał z wodą święconą. Kiedyś było powiedzenie: „ słoń, a sprawa polska”. Aktualnie rzec można: nam „baba z brodą, a przynależność do Unii Europejskiej”, która psuje obyczaje, deprawuje niewinne dzieci i obraża nasze uczucia religijne. Ostatnio taka moda, że mężczyźni wyglądają, jakby zabrakło im złotówki na żyletkę. Mamy równouprawnienie, więc dlaczego baba nie może mieć brody? Kupa śmiechu!
Proponuję, żeby na przyszły rok wysłać na konkurs Eurowizji pewną znaną posłankę Twojego Ruchu. Jak ryknie basem: - O my darling Palikot! - Jestem pewna, że jury padnie na kolana, obsypie ją kwiatami, a nam przyniesie nam sławę! Nie jesteśmy gorsi od Austriaków.
Ostatnio dostaję szału, słuchając po raz setny tej cholernej piosenki Beatles-ów „ Hej...”, a potem widzę te podejrzane buziaki. Oj, przy tym chytrym facecie to ja bym się bała stanąć w futrze, bo nawet bym nie spostrzegła, jakby je ze mnie ściągnął. Na to wygląda!
Aha, zapomniałam napisać o gafie popełnionej przez naszych domorosłych polityków. W czerwcu, mija 70 rocznica wielkiego desantu aliantów w Normandii. Prezydent Francji zachował się z francuską galanterią i zaprosił na uroczystości pana prezydenta Putina. Oj, co się działo! Premier i pan Sikorski wprost nie posiadali się z oburzenia, wymawiając Francuzowi, że działał bez zastanowienia. Jak to będzie na tym spotkaniu – Putin i królowa Anglii? A sprawa Ukrainy? Skandal! Sugerowali, żeby prezydent Putin zachował się jak dżentelmen i do Normandii nie pojechał. Owszem, pojedzie! A nawet spotka się tam na uroczystości z panem prezydentem Komorowskim. Wobec tego, politycy zaczęli się wycofywać rakiem z powiedzianych przedtem słówek. Zresztą mają nowy dylemat, czy zaprosić prezydenta Rosji, na rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz przez wojska radzieckie.
Jakby było się nad czym zastanawiać. W czasie II wojny światowej, to Armia Czerwona poniosła największe straty i pierwsza weszła do Berlina, staczając krwawe walki. Możemy zmieniać przyszłość, ale przeszłości historycznej już zmienić nie można i należy oddać hołd tym, którzy na to zasłużyli, nawet jeśli ich nie kochamy. Burzenia i demontowania pomników poległych żołnierzy radzieckich również nie należy – to barbarzyństwo, niegodne cywilizowanego narodu, za jaki się uważamy.

środa, 7 maja 2014

Witaj Majowa Jutrzenko, i tak dalej!


3 – 5. 05. 2014 r.

Wiele już razy w swoich uwagach stwierdzałam, że nie potrafimy odpowiednio święcić ważnych historycznych rocznic. Oczywiście prócz kościelnych. A podobno w obecnej Konstytucji obowiązuje rozdział Kościoła od państwa. Hm, naprawdę?
Takie świąteczne dni, szczególnie gdy nie dopisuje pogoda, spędzamy przeważnie w domach, często przed telewizorem. W dniu tak uroczystym, jak rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja, telewizja powinna postarać się o programy, zbliżające telewidzowi epokę w jakiej ten arcyważny dokument powstał. Z przeprowadzanych sondaży można zaobserwować, że w większości, Polacy nie tylko nie znają, ale nawet nie lubią własnej wspaniałej historii, skupiając uwagę na jej klęskach, a nie na zwycięstwach.
Bo Konstytucja 3 Maja, była tryumfem znakomitych umysłów ówczesnych Polaków i... o czym niewielu Polaków wie, dziełem ostatniego króla Rzeczypospolitej Stanisława Augusta Poniatowskiego! Bo to król, razem z panem hrabią Ignacym Potockim, Kołłątajem i innym światłymi ludźmi, stworzyli dokument, pierwszy w Europie, który przez całe dekady i stulecia, był świadectwem mądrości naszych przodków w czasach, kiedy potężna Rzeczpospolita zaczynała się już chylić, aby wkrótce upaść, pod ciosami wrogich mocarstw, rozdzierających ją na trzy części.
Przypominam sobie, że w końcu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, powstały świetne programy telewizyjne ukazujące, jak burzliwy i dramatyczny był Sejm uchwalający Konstytucję. Jak wiele przeszkód musieli pokonać jego twórcy, żeby ten dokument mógł zaistnieć.
Pamiętam, że 3 maja w telewizji nadawano muzykę z epoki, a także śpiewy dworskie, wykonywane w plenerze przez znakomitych polskich aktorów w strojach z XVIII wieku. Cały program TVP był dostosowany do obchodzonego święta.
Wystarczy spojrzeć na obecny program obchodów, żeby stwierdzić, że telewizję niewiele obchodzi narodowe święto. Po krótkim oficjalnym apelu i skromnej defiladzie, odpowiedniej dla małego państewka afrykańskiego, reszta programów zdominowana była przez filmy amerykańskie, lub stare filmy polskie, wielokrotnie powtarzane. Nikt się nie potrudził, żeby zrobić na ten dzień dobry, interesujący program. Zresztą wydaje mi się, że telewizja publiczna – I i II program, ma problemy już nie tylko finansowe, ale i kadrowe, gdyż widocznie brakuje tam ludzi, którzy potrafią myśleć!
Podobno od 25 lat Polska jest niepodległa i wolna. Tak przynajmniej się mówi. To ja się pytam, dlaczego w ciągu tych 25 lat, nie powstał naprawdę dobry film historyczny, o dramatycznych latach przedrozbiorowych i ludziach tamtych czasów. O ostatnim królu polskim Stanisławie Auguście Poniatowskim, postaci na miarę tragedii szekspirowskich. Nasi reżyserzy kręcą ostatnio mało śmieszne komedie i polityczne kawałki, nudne i ckliwe, jak na przykład film pana Wajdy o Wałęsie, albo tak szmirowate jak ”ROK 1920” pana Hoffmana, czy ostatni skandaliczny film „Kamienie na szaniec”! Doprawdy nie mają już innych tematów? Można by pomyśleć, że dzisiejsi twórcy lękają się demonów historii.
Za to wszystkie programy TVP zdominowane są przez konflikt ukraiński, co dla normalnego widza, staje się już na dłuższą metę nie do zniesienia. Biedna cierpiąca Ukraina i zły wilk Putin, który chce ją zjeść. Czerń i biel – innych kolorów nie ma. Pan premier Ukrainy zagalopował się w przemówieniu, wspominając o czasach II wojny światowej. Zapomniał, że w Polsce żyją jeszcze ludzie, którzy doskonale pamiętają, czyim sojusznikiem była Ukraina w latach wojny. Pamiętamy o SS Galizien i o straszliwych zbrodniach na ludności polskiej, popełnianych przez nacjonalistów spod znaku złowieszczego Tryzuba, tak chętnie pokazywanego dziś w telewizji polskiej. Do chwili obecnej na Ukrainie są wielbiciele Bandery, nienawidzący Polaków. Ale o tym telewizja nie wspomina, bo jakoś nie wypada mówić o tym w czasie, gdy wbrew własnym interesom, staramy się Ukrainę wepchnąć do Unii, żeby Unia miała jeszcze jeden kłopot na głowie. Bo Ukraina od wieków to same kłopoty.
Prezenterzy telewizyjni z oburzeniem zauważają, że aż 88 % ludności Rosji, popiera swego prezydenta. A dlaczego nie mają popierać polityka, który dba o wielkość swego państwa i stara się ponownie uczynić z Rosji mocarstwo? Ktoś taki nam też by się przydał, bo lizusów i tępych głów mamy w polityce aż nadto!
Mniejsza o Rosję, bo przed Polską wielkie rocznice czerwca 1989 roku i pamiętne wybory, które wykopały z Polski komunę! Przypominam sobie te ogromne plansze z wizerunkiem szlachetnego szeryfa z filmu:”W samo południe” granego przez Gary Coopera. „Solidarność” symbolicznie wzięła sobie za bohatera fikcyjną postać z westernu, jakby nie miała wspaniałych wzorów z dawnej i najnowszej historii polskiej. Trafiła przysłowiową kulą w płot, bo sam Gary Cooper był człowiekiem trunkowym i niewiele miał wspólnego z niezłomnym bohaterem z filmu, kompletnie zresztą nie pasującym do ówczesnej sytuacji. Ale to był film a m e r y k a ń s k i, więc dla Polaków jedyny godny wzór do naśladowania!

Hurra! 10 rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej, oraz święto biało-czerwonej flagi.


1.2.05.2014 r.
Piszę po dosyć długiej przerwie, spowodowanej nagłą poważną dolegliwością, kiedy to obawiałam się, że pewnie już nigdy nie zasiądę przy moim poczciwym laptopie. Więc natychmiast przechodzę do aktualnych wydarzeń.
Niemal spłakałam się ze wzruszenia, ujrzawszy spot pana premiera Tuska, z okazji 10 rocznicy wejścia Polski do Unii Europejskiej. Trudno mi było opanować rzewny nastrój, usłyszawszy popularną piosenkę The Beatles-ów, śpiewaną drżącym tenorkiem, przez pana premiera, za to w kiepskiej angielszczyźnie. Pan premier udowodnił tym samym raz jeszcze, że bardziej jest Europejczykiem, niż polskim patriotą, o co od dawna już go posądzałam, i nie bez podstaw, widząc, jak dramatycznie kurczą się godziny lekcji historii ojczystej w polskich szkołach, a młodzieży wpaja się kult dla zwyczajów zachodnich, szczególnie amerykańskich, z pominięciem rodzimych tradycji. Zresztą piosenka nie jest adekwatna do obchodzonej rocznicy. O wiele bardziej nadawałby się tutaj utwór zespołu „Abba”, lub piosenka z filmu „Kabaret” - Many! Many!!!
Na spocie, ukazującym najpierw zakazane morduchny, jak z komedii Barei, zaraz potem radośnie i pięknie zrobiło się w naszym kraju za te 10 lat! Istny raj na ziemi, po prostu żyć, nie umierać. O, z tym ostatnim, ludziom o wiele łatwiej, gdyż pan minister zdrowia nie uczynił dotąd nic, by zlikwidować kolejki do specjalistów, czy poprawić funkcjonowanie całej Służby Zdrowia. I tak na przykład: kardiolog przyjmie pacjenta zagrożonego zawałem, w najszybszym terminie, w drugiej połowie stycznia 2015 roku! Zakładając, że pacjent dożyje do tego czasu. Naturalnie, mając nieco grosza, można zamówić wizytę prywatną, tylko pytam, dlaczego? Przecież cały czas płacimy składki na Fundusz Zdrowia, które przynajmniej w 40 % nie są wykorzystane przez pacjenta.
Przez te 10 lat, pozbyliśmy się polskiego handlu, zastępując go ogromnymi sklepami-molochami zagranicznych firm, nie płacących Polsce podatków, a ich miliardowe zyski idą za granicę. Pozbyliśmy się również niemal 2 milionów młodych, wykształconych i wartościowych ludzi, którzy nie mając pracy w kraju, powędrowali za chlebem za granicę. To po prostu niepowetowana strata, bo większość z tych ludzi już do ojczyzny nie powróci, wzbogacając swą pracą i pieniędzmi obcy budżet!
Naturalnie, nie neguję wielkich przedsięwzięć za pieniądze otrzymane z Unii. Zrobiono naprawdę mnóstwo wspaniałych rzeczy, choćby darmowe komputery, dla osób niepełnosprawnych lub mniej zamożnych, w ramach projektu Be Fair – internet jako dobro wspólne. Z tym internetem to już jest gorzej, czekamy na niego w Bolesławcu ponad 2 lata, a termin podłączenia ciągle ulega przesunięciom, co nie świadczy dobrze o firmie, której to zlecono.
Polska ma coraz więcej dobrych dróg, pięknych obiektów kultury, lecz nie należy zapominać, że ta kultura jest droga i mniej dostępna dla ogółu społeczeństwa, niż w dawniejszych latach. Nie próbujmy również zamykać oczu na coraz bardziej aktywną szarą strefę i na dramatyczne losy głodnych dzieci, ludzi żyjących w skrajnej nędzy, bezdomnych i nikomu niepotrzebnych. Z prawdziwą zgrozą słucham w zimie wiadomości, ilu ludzi zmarło na skutek mrozu i głodu, ile osób wyrzucono na wiosnę z mieszkań na bruk, na skutek eksmisji. Z podobnym zjawiskami nigdy się dawniej nie spotykaliśmy.
Weszliśmy do Unii Europejskiej i chwała nam za to. Nota bene, to rządy lewicowe przeforsowały tę decyzję, za co skrajna prawica ma do nich pretensje do chwili obecnej. I natychmiast nasuwa mi się pytanie: dlaczego Polska należąca do Unii Europejskiej, jest tak mało europejska? Dlaczego widz nie może w kinie, w telewizji i w teatrze obejrzeć filmów, czy sztuki z krajów Europy, tylko zmuszony jest do codziennego oglądania coraz głupszych i okrutniejszych filmideł amerykańskich? 2 maja nie było w TVP ani jednego filmu z krajów europejskich, wszystkie z USA, zresztą nudne i groszowe powtórki. No więc gdzie my jesteśmy?
Dziś jest święto polskiej flagi narodowej. W telewizji pokazało się logo z maleńką chorągiewką polską, a nasi milusińscy panowie z rządu, ostentacyjnie paradują z kokardą w barwach narodowych. I co z tego? Przez 25 lat podobno niepodległej Polski, nie zrobiono absolutnie nic, żeby wpoić społeczeństwu szacunek i kult dla biało-czerwonego sztandaru. Co najwyżej kibice piłki nożnej malują sobie gęby i inne części ciała biało-czerwonymi kolorami, powiewając przy tym chorągiewkami w tych barwach. Więcej przypomina to cyrk, niż umiłowanie i szacunek do barw narodowych.
Mieszkam na dużym osiedlu wieżowców i z ciekawości próbowałam zliczyć chorągwie wiszące z okien. Oj, doliczyłam się ich aż....... dwie. Jedna na bloku wojskowym i jedna na cywilnym. To wszystko. Podobno bardzo kochamy Amerykę, więc dlaczego nie uczymy się od Jankesów ich miłości do narodowej flagi? Tam dziewczyny noszą nawet majtki w barwach narodowych, w gwiazdki i paski!
Polacy nie znają historii swojej chorągwi i zwykle śmieszą mnie w filmach pana Hoffmana, dziarskie oddziały husarii w XVII wieku, pędzącej z rozwiniętymi biało-czerwonymi chorągwiami. Na kopiach furkoczą wesoło biało-czerwone proporczyki. Ładnie to wygląda, tylko że nieprawdziwie. Nasze barwy narodowe zostały przyjęte przez Rząd Narodowy, na Sejmie w roku 1831, w czasie Powstania Listopadowego. Biel – to honor, czysty i biały jak śnieg. - Czerwień – to krew wylana przez Polaków dla wywalczenia wolnej Ojczyzny. Właściwie, pierwszym kolorem był amarant. Ta barwa, to głęboka purpura wpadająca we fiolet. Kolor bardzo kosztowny i dlatego po 1918 roku, i uzyskaniu niepodległości, zmieniono amarant na czerwień.
Opowiem, jak dawniej czczono polskie godło narodowe, cytując niewielki fragment mojej powieści: ”Kochankowie Burzy”. Ta część oparta została o wyjątek z arcyciekawej publikacji popularno-naukowej pani Petrolin - Skowrońskiej, pt.” Przed tą nocą”.
W lutym, mieszkańcy Warszawy postanowili uroczyście uczcić trzydziestą rocznicę krwawej bitwy pod Grochowem. Studenci pisali ulotki wzywające do masowych demonstracji i rozdawali je przechodniom. Dnia 25 lutego 1861 r, o godzinie 17,30 na Rynek Starego Miasta napływały zewsząd tłumy. Pogoda była prawie wiosenna. Słońce już zaszło, lecz na niebie świeciły jeszcze zorze wieczorne. Na ulicę Freta, przed kościół ojców Paulinów, zajechał chłopski wóz, a kilku studentów wręczało ludziom wychodzącym z nabożeństwa, przywiezione biało-amarantowe chorągiewki.
W zapadającym mroku, naraz zapłonęły setki pochodni niesionych przez młodzież. W krwawych blaskach ognia formował się pochód. Na czele stanął warszawski szewc Ignacy Paradowski. Z trzymanego drzewca zdjął pokrowiec i rozwinął ogromną chorągiew z wyhaftowanym srebrnym Orłem. Amarantowy jedwab załopotał na wietrze, Orzeł zalśnił w świetle pochodni.
Na ten widok ludzi ogarnęła ekstaza. Padali na kolana w uliczne błoto i wyciągając do chorągwi ramiona, patrzyli przez łzy na powiewającą na wietrze chorągiew, widzianą pierwszy raz od wielu lat. Przechodnie dołączali do pochodu, zmieniając go w wielotysięczną manifestację. Idący na czele studenci zaintonowali Suplikacje, dodając słowa: „Abyś nam Ojczyznę wrócić raczył. Wysłuchaj nas Panie”. W pobliskich kościołach zaczęto bić w dzwony, do wtóru pieśni. Powiewały chorągwie cechowe, znaki dawnych ziem polskich, proporce.
Karol Nowakowski, student Szkoły Sztuk Pięknych, obdarzony mocnym, wspaniałym głosem, zaczął śpiewać pieśń, jeszcze nie wszystkim znaną, która w niedługim czasie stać się miała niemal hymnem narodowym, pieśnią buntu i nadziei.
Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki
Otaczał blaskiem potęgi i chwały.
Cały pochód zamarł z wrażenia, a potem pojedynczo, nieśmiało, ludzie zaczęli się przyłączać do Nowakowskiego, aż potężna pieśń wyrwała się z tysięcy piersi i zatrzęsła murami Starego Miasta. Płynęła uroczyście, żarliwie, wznosząc się w bezchmurne, gwiaździste niebo. Tysiące nóg deptało rozmiękły śnieg, a z okien mijanych kamieniczek wyglądali mieszkańcy, oklaskując pochód, rzucając idącym pod nogi kwiaty. Na widok płynącego na czele Orła, warszawiacy w szalonym uniesieniu wyrzucali w górę czapki i krzyczeli:
- Polska zmartwychwstaje!”
Dziś już nie padamy na kolana przed polskim sztandarem, ale chociaż na narodowe święto, wywieśmy w oknie chorągiewkę. Niech cudzoziemcy widzą, że jesteśmy jeszcze Polakami.