czwartek, 26 czerwca 2014

Opowieść o nieszczęśliwej miłości.


26. 06.2014 r.

Mam serdecznie dosyć wiadomości o kolejnych podsłuchach i strapieniach pana premiera, któremu ministrowie narobili kurzu, oraz o tym, czy podsłuchy to przestępstwo, lub tylko głos niezależnej prasy w wolnym państwie. Jechał ich sęk, ja postanowiłam przenieść się do XIX wieku i opowiedzieć o pięknej i romantycznej historii pewnej miłości.
Ucieszyłam się, kiedy w Telewizji Regionalnej Wrocław, podano wiadomość, że w jesieni przystąpią do produkcji filmu kostiumowo-dokumentalnego o historycznych dziejach arystokratycznych rodów, zamieszkujących ziemię Dolno-Śląską. Najwyższy czas, bo jak dotąd ukazywano nam losy książąt niemieckich, a przecież te ziemie gościły słynne polskie rody arystokratyczne, które tutaj posiadały swoje rezydencje. Kilka razy posyłałam e-maile w tej sprawie do Telewizji Wrocław i nareszcie się doczekałam odzewu.
Ale zanim ujrzycie Państwo te historie na ekranie telewizora, chcę opowiedzieć o dramacie miłosnym, jaki rozegrał się niedaleko, bo w Ruheberg, obecnie Ciszycy, leżącej u podnóża Góry Radziwiłłówki, będącej częścią Kowar. W tej miejscowości miał swą rezydencję książę Antoni Radziwiłł, z ramienia króla Prus namiestnik Wielkiego Księstwa Poznańskiego, skutecznie sprzeciwiający się germanizacji Wielkopolski. Książę był człowiekiem znakomicie wykształconym, ogromnie muzykalnym i zdolnym kompozytorem. Napisał między innymi, muzykę do sztuki Goethego „Faust”, obecnie wysoko cenioną przez muzykologów. Książę Antoni był żonaty z Królewską Wysokością księżniczką Luizą Pruską, córką księcia Ferdynanda Pruskiego, brata króla Prus. Miał z nią kilkoro dzieci, a jedną z jego córek była księżniczka Elżbieta, zwana w rodzinie Elizą. Równie utalentowana jak ojciec, ładnie rysowała i pięknie grała na fortepianie. To jej zawdzięczamy portrecik młodzieńczego Fryderyka Chopina przy fortepianie. Wielki kompozytor był gościem księcia Radziwiłła w Antoninie, dawał lekcje gry Elizie, a nawet dedykował jej jedną ze swych kompozycji.
Księżniczka Eliza była piękną i dobrą panienką, powszechnie lubianą. Charakterem wdała się w swojego łagodnego ojca i sentymentalną matkę Luizę Pruską. Na szczęście nie wdała się w swoją babkę, matkę ojca, księżnę Helenę z Przeździeckich Radziwiłłową, wojewodzinę wileńską, znaną z zamiłowania do przepychu i twórczynię parku Arkadii k/ Nieborowa. Księżna prowadziła się raczej skandalicznie i była kochanką ambasadora Rosji Stackelberga, następnie posła carycy Katarzyny II, Jakuba Sieversa i innych dyplomatów rosyjskich, odpowiedzialnych za rozbiór Polski. Była przyjaciółką carycy, znaną z absolutnej obojętności na losy ojczyzny. Dziadkiem Elizy był mąż Heleny, ostatni wojewoda wileński Michał Hieronim Radziwiłł, skąpiec, okrutnik i targowiczanin, ponury typ, podejrzewany nawet o zbrodnię.
To on, będąc wraz z Adamem Ponińskim marszałkiem Sejmu w 1772 roku, przeprowadził wraz z Ponińskim zatwierdzenie pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej! Ta para niegodziwców, dziwnym trafem, miała porządne dzieci. Syn Michał, uczestnik Insurekcji Kościuszkowskiej i wojen napoleońskich, generał i senator Królestwa Polskiego w 1831 roku, został wodzem naczelnym Powstania Listopadowego. Za udział w powstaniu był zesłany na Sybir. Jego siostra księżniczka Krystyna, gorąca patriotka, podobno kochała się w Tadeuszu Kościuszce. Zmuszona przez matkę do przyjęcia stanowiska honorowej damy dworu carycy Katarzyny, zamarła młodo, z dala od kraju.
Syn Antoni ożeniony z księżniczką pruską Luizą, chociaż wychowany w duchu kosmopolitycznym, czuł się Polakiem, a jego małżonka Niemka, starała się w Wielkim Księstwie Poznańskim, jak nazywano porozbiorową Wielkopolskę, zakładać polskie szkoły dla dziewcząt, z polskim językiem wykładowym. Jej Królewska Wysokość Luiza Pruska była ciotką kronprinca, czyli następcy tronu pruskiego Wilhelma Hohenzollerna, syna króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Młody, przystojny książę, bardzo często bawił w rezydencjach radziwiłłowskich u ciotuni Luizy, przyjaźniąc się z jej dziećmi. Szczególnie upodobał sobie młodziutką i piękną księżniczkę Elżbietę. Nie wiadomo kiedy, dziecinna przyjaźń przeistoczyła się w dojrzałą miłość. W czasie pobytu w Trauerwald, książę Wilhelm oświadczył się, prosząc o rękę księżniczki.
Król pruski wyraził zgodę na to małżeństwo, bo przecież księżniczka Elżbieta była w połowie Niemką, córką Jej Królewskiej Wysokości Luizy Pruskiej. Radziwiłłówna przyjmowana była na dworze pruskim, biorąc udział w zabawach, balach i przedstawieniach. Szczególnie pięknie wyglądała jako czarodziejka Peri, w modnym poemacie Tomasa Moore: „Peri i raj”. W pięknym stroju czarodziejki została sportretowana. Eliza była bardzo głęboko i namiętnie zakochana w narzeczonym, chociaż kronprinc nie grzeszył trwałością uczuć.
Nikt z rodziny książąt Radziwiłłów nie wątpił, że narzeczeństwo Elizy z kronprincem zakończy się przed ołtarzem, a po śmierci króla, zasiądzie ona z mężem na tronie Prus. Śliczna Eliza często przyjeżdżała z rodzicami i rodzeństwem do pałacu w Ruheberg (Ciszycy), odbywając piesze wycieczki w Karkonosze. Kiedy w rezydencji w Antoninie bawił Fryderyk Chopin, dedykując księciu namiestnikowi swoje Trio fortepianowe opus 8, młodziutka księżniczka odnosiła się do niego bardzo przyjaźnie, brała u niego lekcje muzyki i sportretowała Fryderyka grającego na właśnie na fortepianie. Chopin doceniał jej zdolności rysunkowe, wyrażając się o nich pochlebnie, w liście do kolegi Tytusa Wojciechowskiego.
Nie wszystkim jednak w królestwie pruskim podobało się, że księżniczka Radziwiłłówna, po ojcu Polka, w przyszłości zasiądzie na niemieckim tronie. Niespodziewanie Ministerstwo Domu Królewskiego w Berlinie, wydało orzeczenie, iż księżniczka Elżbieta Radziwiłł, nie jest Ehewürdig. To znaczyło, że księżniczka może zostać jedynie morganatyczną żoną księcia Wilhelma, bez praw dynastycznych, a ich dzieci nie zasiądą na tronie. Orzeczenie wydano fałszywie, ze względu na inne rachuby polityczno- matrymonialne Prus. Na próżno książę Antoni Radziwiłł powoływał się na królewskie koligacje rodowe. Wszak Barbara Radziwiłłówna była koronowaną królową polską, a córka księcia Bogusława Radziwiłła (tego z Potopu) poślubiła pruskiego kronprinca. Genealogiczne targi trwały całe lata. Biedna Eliza cierpliwie czekała na wynik negocjacji, wierząc głęboko w miłość narzeczonego. Niestety, książę Wilhelm nie grzeszył w amorach trwałością charakteru. Jego celem była korona i dosyć łatwo dał się przekonać, że małżeństwo z księżniczką Radziwiłłówną jest politycznie niewskazane.
Czyniono nawet próby adoptowania księżniczki przez cara Rosji Aleksandra I, lecz były to starania upokarzające dumę książąt Radziwiłłów i skończyły się niepowodzeniem. Ale Eliza nadal łudziła się, że narzeczony wytrwa i w końcu ją poślubi. Kiedy spotkali się po trzech latach niewidzenia, była przekonana, że Wilhelm ją kocha. Tymczasem konferencja ministrów w Berlinie orzekła, że związek kronprinca z księżniczką Elżbietą nie jest pożądany. Wkrótce w prasie pojawia się wiadomość, że książę Wilhelm nie jest już narzeczonym księżniczki Radziwiłłówny i niedługo poślubi księżniczkę Augustę Sachsen-Weimar.
Kronprinc sam oznajmił Elizie o zerwaniu zaręczyn, wykrętnie tłumacząc się racją stanu i zaręczając, że będzie jej mimo wszystko, wierny aż po grób. Biedna Eliza uwierzyła, bo z całego serca chciała mu wierzyć. Wilhelm wyjechał i znalazłszy się w Berlinie, zaczął się z miejsca zalecać do pewnej damy dworu. Stosując się do woli króla i cara Rosji Mikołaja I, poślubił młodziutką księżniczkę Augustę Weimarską, brzydką, pospolitą dziewczynę. Książę Antoni stracił urząd namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego. W Polsce wybuchło Powstanie Listopadowe, w którym wzięło udział jego dwóch synów.
Eliza bardzo głęboko przeżyła zawód miłosny i chociaż za jakiś czas zaręczyła się z młodym i przystojnym księciem Schwarzenbergiem, to o swojej pierwszej miłości nigdy nie zapomniała. Pech chciał, że drugi narzeczony, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, także w ostatniej chwili wycofał się z narzeczeństwa. Tego już biedna Eliza przeboleć nie mogła. Zmarła na gruźlicę w 1834 roku i spoczywa w grobowcu rodzinnym w Antoninie.
Kronprinc Wilhelm zasiadł na tronie pruskim w 1861 roku. W 1871 koronował się na cesarza Rzeszy Niemieckiej jako cesarz Wilhelm I. Był wraz z kanclerzem Bismarckiem twórcą zjednoczonych Niemiec. Za jego panowania nasiliła się germanizacja Wielkopolski.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Nowi krewni?



Opowiem tu bardzo dziwną historię, która się nam przytrafiła, gdzieś w początku lat sześćdziesiątych. Wszystko, co napiszę jest autentyczną prawdą. Pewnego dnia, do drzwi naszego mieszkania, ktoś zadzwonił. Poszłam otworzyć i za drzwiami zobaczyłam jakąś wiejską kobietę w średnim wieku, dosyć ubogo ubraną. Spytałam, czego sobie życzy? Chciała rozmawiać z Ojcem, więc wprowadziłam ją do pokoju i poprosiłam, żeby usiadła. Rozglądnęła się ciekawie po pokoju i widząc antyczne meble i obrazy, stwierdziła, że ładnie mieszkamy. Skinęłam głową i zawołałam Ojca, zajętego rozmową z Mamą w innym pokoju.
Jakież było zdumienie Ojca, kiedy kobieta na jego widok podniosła się z krzesła i powiedziała z wybitnym rosyjskim akcentem: - Wy Józef Erban? Witajcie, ja Marusia Erban, wasza krewniaczka!
Oboje z Ojcem skamienieliśmy ze zdziwienia. Nasze nazwisko jest bardzo rzadkie i w Polsce noszą je jedynie członkowie rodziny mieszkający w Małopolsce, a za granicą w Czechach, gdzie pozostała gałąź rodziny. Tak się nazywał św.pam. minister Eugen Erban, stracony w okresie stalinowskim oraz znany pisarz Josef Erban. Są także przedstawiciele naszej rodziny w Anglii w hrabstwie Susex. To brat dziadka Tadeusza Erbana, Kazimierz i jego angielska rodzina, nosząca do dziś dnia nasze nazwisko. Nazwisko przyniósł z sobą do Polski nasz praprapradziad Laŝzlo z Węgier i nieco zmienił jego brzmienie, będące dawniej typowo węgierskie. Pochodził ze starej węgierskiej szlachty legitymującej się herbem. Mieszkając w Rzeczypospolitej od końca XVIII wieku, rodzina spokrewniła się tutaj z wieloma znakomitymi rodami, między innymi z książętami Woronieckimi herbu Korwin, spokrewniona była z Hallerami. (gen. Józef Haller, twórca Błękitnego Legionu i zaślubin z Bałtykiem) i innymi rodami żyjącymi na kresach. Nasze nazwisko z czasem stało się historyczne, poprzez udział mężczyzn w powstaniach narodowych i walkach wyzwoleńczych.
Nigdy nie mieliśmy żadnych krewnych w tak zwanych dawniej, sferach chłopskich, stąd nasze niebotyczne zdumienie niespodziewanym gościem. Zauważyłam, że Ojciec był zły. Zmarszczył brwi i spytał kobietę, skąd zna nasz adres i kto ją tu skierował. Okazało się, że jesteśmy w mieście znani, bo kobieta mieszkająca w jeleniogórskim, dowiedziała się w biurze meldunkowym, że w Bolesławcu mieszkają Erbanowie, więc przyjechała, żeby się „poznakomić.” Do pokoju weszła Mama i dowiedziawszy się w czym rzecz, zadała kobiecie pytanie:
- Skąd ma nasze nazwisko?
Wtedy usłyszeliśmy absolutnie nieprawdopodobną historię. Otóż kobieta była sierotą i wychowywała się w sierocińcu. Nie pamiętam już, czy w w polskim, czy w rosyjskim. Kiedy wybuchła wojna, sierociniec ewakuowano, a ona zgubiła się na jakiejś stacji. Nie wiedziała, jak się nazywa i skąd jest. Błąkała się po tej stacji kilka godzin, aż spotkała jakiegoś nieznanego mężczyznę, który się nią zainteresował i przed wsadzeniem jej do wagonu pociągu idącego do Polski, wcisnął jej do ręki kartkę z krótkim napisem:- Jesteś Marusia, nazywasz się Erban!
Tę kartkę zatrzymała i odtąd wszędzie przedstawiała się jako Marusia Erban.
Byliśmy po prostu wstrząśnięci i zastanawialiśmy się gorączkowo, kim był mężczyzna nadający jej nasze rodowe nazwisko? W tamtych stronach kresów nie mieliśmy żadnych krewnych i nikogo, kto mógłby znać to nazwisko. A zresztą nawet gdyby je znał, to z jakiej racji nadał je nieznanej zupełnie sierocie niewiadomego pochodzenia? W każdym razie kobieta nie była żadną naszą krewną i Ojciec wyjaśnił jej to dosyć dobitnie. Była zawiedziona, bo spodziewała się, nie wiem dlaczego, zyskać w obcych ludziach krewnych. W czasach przedwojennych mogliśmy się łatwo postarać o zmianę jej nazwiska, ale w PRL-u było to niemożliwe.
Nie była to jej ostatnia wizyta, bo przychodziła jeszcze ze dwa razy, aż Ojciec oświadczył jej stanowczo, iż nie jesteśmy z nią wcale spokrewnienie, i nie życzymy sobie, aby składała nam niezapowiedziane odwiedziny. To jeszcze nie koniec tej historii. Już pod koniec lat dziewięćdziesiątych, byłam w Szklarskiej Porębie u okulisty. Recepcjonistka popatrzyła na mnie jakoś podejrzliwie, więc żartem spytałam ją, czy moje nazwisko sprawia jej trudność? Odpowiedziała, że nie, bo ma już pacjenta o takim nazwisku!
Dosłownie kilka tygodni potem, otrzymaliśmy z Sądu w Jeleniej Górze, pozew do stawienia się, bowiem Ob. Józef Erban, jadąc autobusem, nie uiścił zapłaty za przejazd. Na wezwanie kierowcy, obrzucił go obelgami i zachował się agresywnie! Naturalnie, mogliśmy udowodnić, że Ojciec autobusem nigdzie nie jeździł, bo chorował na jaskrę i miał już ponad dziewięćdziesiąt lat, więc sam z domu nie wychodził. Doprawdy, trudno wyobrazić sobie, żeby starszy pan w tym wieku zachowywał się agresywnie i zagrażał kierowcy! Niemniej, ten pozew nas zdenerwował, bo szargano nasze nazwisko, dotąd czyste i nie zbrukane żadnymi przestępstwami.
Do Sądu skierowałam pismo, załączając odpis metryki Ojca i świadectwa lekarskie. Przeproszono nas i na tym sprawa się skończyła. Kobiety o imieniu Marusia, więcej nigdy nie widzieliśmy. Do dzisiaj nie wiemy, kto tej kobiecie nadał nasze nazwisko i dlaczego.

sobota, 21 czerwca 2014

Pierwsze w historii miasta Bolesławca Święto Seniora!


21.06.2014 r.

Od rana byłam zabiegana, zlał mnie deszcz i podejrzewałam, że cała impreza od tak dawna przygotowywana przez wiele osób, po prostu się nie uda, że względu na pogodę. Było bardzo chłodno, więc musiałam zrezygnować z przygotowanego stroju z lat dwudziestych, jak to było w programie, i ubrałam wełniane zakopiańskie ponczo, także z frędzlami, więc nie odbiegające bardzo od mody tamtych lat.
Ponieważ mam zaszczyt należeć do grona Rady Seniorów Miasta Bolesławca przy prezydencie miasta, poszłam na wyznaczone miejsce zbiórki przy Ratuszu. Ponieważ przyszłam wcześniej, usiadłam przy stoliku małej kawiarenki, i pijąc naprawdę znakomitą kawę, obserwowałam Rynek. Najpierw nieśmiało, pojedynczo, a potem coraz tłumniej, schodzili się starsi panowie i panie, gotując się do Marszu Seniorów Bolesławca. Niektóre panie były naprawdę zdumiewająco dobrze ubrane, w suknie z lat dwudziestych, fantazyjne kapelusze, boa i pióra.
O szesnastej pod Ratuszem zebrał się już spory tłum bolesławian, roześmianych, rozgadanych i pełnych wigoru. Mieli chyba w sobie więcej energii, niż młodzi na swoich imprezkach. Stawiła się orkiestra w oryginalnych strojach, motocykliści, którzy tworzyli honorową eskortę pochodu, a także bryczka zaprzężona w dwa poczciwe siwki. Bryczką jechały panie z Rady Seniorów z przewodnicząca Rady panią Marią Szpak.
Nie wszyscy jednak zachowywali się, jak przystało na miłych Seniorów udowadniając, że Polacy muszą się kłócić, inaczej nie byłoby święta. Pewien pan ( nie ujawnię jego nazwiska) uparł się, że wsiądzie do bryczki i już! Na nic nie zdały się tłumaczenia pani Szpak, iż bryczka została zamówiona przez Radę Seniorów, którzy pojadą na niej pod swoim transparentem. Ale to kłótliwemu panu nie trafiało do przekonania. Pyskówka trwałaby dłużej, gdyby nie pojawienie się prezydenta miasta pana Romana. Kłótnia została zażegnana i można było świętować dalej. Orkiestra zagrała dziarskiego marsza, a seniorzy pomaszerowali ulicami miasta do Pl. Popiełuszki. Na chodnikach i w oknach domów, mnóstwo mieszkańców Bolesławca przyglądało się pochodowi, witając uczestników oklaskami. Było bardzo wesoło, tylko my, jadące na bryczce, trzęsłyśmy się niemiłosiernie, kiedy konie nagle przystawały, a potem ruszały dalej. Z westchnieniem ulgi wysiadłam z bryczki, z żalem wspominając czasy, kiedy jako mała dziewczynka uwielbiałam jazdę bryczką nawet po największych wertepach. Nie te lata.....
Czułam się nieco zażenowana, kiedy całą Radę poproszono na scenę, a prezydent Roman powiedział pod naszym adresem wiele miłych słów. To przyjemnie, kiedy ktoś docenia naszą pracę.
Cała Rada chórem wrzasnęła gromko, że Dzień Seniora uważa za otwarty! Naszemu świętu towarzyszyło mnóstwo innych imprez i występów. W ustawionych domkach organizacje seniorów prezentowały swój dorobek. Pełno było budek z kiełbaskami i piwem. Ktoś wpadł na świetny, moim zdaniem, pomysł, konkursu na najmilszego psa – przyjaciela seniora. Prezentowane pieski były urocze, a ich właściciele bardzo dumni z urody pupilów.
Święto Seniora wejdzie już na stałe do tradycji naszego miasta i dobrze, bo brakuje nam takich miejskich uroczystości, jakie mają inne miasta w centrum Polski. Cała impreza była dobrze zorganizowana, dzięki energii i pomysłowości pani dyrektor Domu Kultury i wielu innych osób, których tu nie wymieniam. W pamięci pozostało barwne, wesołe i co najważniejsze, nie hałaśliwe święto, z którego możemy być dumni.

środa, 18 czerwca 2014

Cicho sza! Wróg podsłuchuje!


17.06.2014 r.

Ostatnio mam setną zabawę, oglądając naszą poczciwą telewizję, pokazującą za każdym razem inne wersje dyplomatycznych wykrętów, sprawców nowej afery podsłuchowej. Bo już kogo, jak kogo, ale prawnuka słynnego pisarza obdarzonego Noblem, znanego z nienagannych manier oraz znakomitej polszczyzny Henryka Sienkiewicza, nigdy bym nie posądziła o tak kwiecisty język, jakim się posługiwał w rozmowie z prezesem Banku Narodowego. Obaj panowie zaprezentowali swój styl w co najmniej rynsztokowej formie. Pan Bartłomiej Sienkiewicz wyraził się nawet, że było to tylko niedopowiedzenie! Ciekawa jestem, co w takim razie mógłby powiedzieć dopowiedziawszy?
A swoją drogą, trzeba naprawdę nie mieć dobrze w głowie, żeby w publicznym lokalu rozmawiać o sprawach dotyczących polityki państwa polskiego. W dodatku brzydko się wyrażać o znajomych i kolegach. Dziwnego mamy szefa Bezpieczeństwa Narodowego, który nie wie o tym, że w XXI wieku istnieją podsłuchy! Oglądając filmy amerykańskie wiemy, że można podsłuchiwać nawet przy pomocy satelity krążącego po orbicie, a cóż dopiero w knajpie! Nie wiem, z jakiej rodziny pochodzi pan Belka, ale Bartłomiej Sienkiewicz jest potomkiem znanego i starego rodu szlacheckiego, mającego w swoim gronie znakomitych mówców. Oj, chyba nie byliby dumni ze swego potomka. Z przykrością stwierdzam widoczną degradację rdzennej polskiej inteligencji, zniżającej się mową i zachowaniem do języka bandziorów.
Denerwuje mnie i oburza fakt, iż sprawy państwa załatwiane są w knajpach przy wódce, niczym w znanej powieści: „ Kariera Nikodema Dyzmy”, a o naszych losach i pieniądzach państwa decydują ludzie, którzy nie potrafią nawet zabezpieczyć się przed podsłuchem. Tym samym otwiera się droga do gigantycznych przestępstw, a Polska, to znaczy my obywatele, przy takich ministrach bezpieczeństwa, narażeni jesteśmy na groźbę zamachu terrorystycznego.
Według mnie, pan Sienkiewicz powinien natychmiast stracić posadę i zamiast poszukiwać podsłuchujących, szukać sobie nowej pracy! Premier wykazał daleko idącą pobłażliwość wobec winnych afery podsłuchowej. Będzie to PO drogo kosztowało przy najbliższych wyborach, już PiS się o to postara! Najśmieszniej było, kiedy jakiś komentator z kręgu „wtajemniczonych” sugerował, iż podsłuchu dopuściło się inne państwo, to znaczy Rosja. No jasne, jak się nie wie komu dokopać, to koniecznie należy dołożyć Ruskim. Niech mają za swoje! Słyszałam ironiczne komentarze w niemieckich audycjach radiowych. Kompromitujemy się wobec świata!

A moim zdaniem sprzed pałacu prezydenckiego powinno się raz na zawsze usunąć ten idiotyczny plakat solidarnościowy z szeryfem z filmu:” W samo południe” Gary Coopre nie jest dla nas wzorem bohatera, mamy własnych lepszych. Marszałek Piłsudski także często stawał sam przeciwko wszystkim i wygrywał! Zresztą ten pałac prezydencki nie powinien być rezydencją głowy państwa polskiego. W czasie zaborów był siedzibą carskiego namiestnika „Prywiślańskiego kraju” i i czasie Powstania Styczniowego był miejscem tragicznych balów, jakie urządzali Moskale, zmuszając elitę polską do przyjścia, a nazajutrz podając ich nazwiska w gazetach. Zrozpaczeni powstańcy podpalili nawet klatkę schodową pałacu, aby nie dopuścić do balu i oszczędzić hańby rodakom. Nic z tego, bal się odbył, a nazajutrz w opublikowano nazwiska obecnych. Jeszcze nie było podsłuchów i posługiwano się innymi metodami, żeby ludziom zatruć życie.

piątek, 13 czerwca 2014

Wojenko, wojenko.....i papierkowa robota.


13.06.2014 r.


Jest piątek, trzynastego, bardzo pechowy dzień. Przekonałam się o tym dzisiaj, kiedy nie udało mi się załatwić kilku ważnych spraw. Wobec tego trudno mi się dziwić, że mam podły humor, boli mnie głowa, a w TVP znowu ględzą o zbrojeniu, więc chcę sobie co nieco ulżyć. Odnośnie wątku zbrojeniowego, często pojawiającego się w Wiadomościach, wyobrażam sobie taką scenę:
Synek zwraca się do mamy:
    • Mamo, jestem głodny. Daj mi chleba.
Mama zakłopotana:
    • Nie mam chleba. Pooglądaj sobie telewizję..
Synek znudzony.
    • To daj mi na kino.
Mama wzdycha:
- Nie mam pieniążków na chlebuś i kino, synku, bo musimy płacić na zbrojenia. Ale przegryź sobie granatem, trochę się rozerwiesz!
Nieco to makabryczne, ale biorąc pod uwagę budżet państwa, naciągnięty do maksimum, w dodatku z wielką dziurą i gigantycznym zadłużeniem, rosnącym z każdą sekundą, projekt wydania 800 milionów na wojsko, wydaje mi się głupotą, żeby nie powiedzieć dosadniej. Pan minister od wojaków zapewniał naród, że te 800 milionów, to wcale niewielkie pieniążki, więc niech się rodacy nie kłopoczą. Hm, niewielkie? Jeżeli zaczniemy wydawać pieniądze na zbrojenia, to z czego podniesiemy pensje i emerytury, często w 1/3 nie sięgające tysiąca złotych, czyli nawet nie połowy rzekomego podstawowego dochodu. Zresztą, co chcemy sobie kupić za te 800 milionów, kupę złomu? Na zbrojenia wydaje się miliardy, setki miliardów! Ponadto będziemy musieli utrzymywać stacjonujące w naszym kraju wojska tak zwanych sojuszników, gorąco zapraszanych do nas przez pana premiera i pana Sikorskiego, bo za darmochę siedzieć tu nie będą. Więc i śmieszno i straszno!
Zresztą jechał sęk zbrojenia. Szlag mnie trafia ze złości, na bezduszność i lekceważący stosunek do obywatela, co niektórych przedsiębiorstw naszego pięknego miasta. Miałam bardzo poważny problem, z którym zwróciłam się do pewnego miejskiego zakładu, prosząc o interwencję. Kulą w płot. Wystosowałam cztery kolejne pisma, tłumacząc, jak jakiemu przygłupowi, o co mi chodzi. W rezultacie otrzymałam cztery takie same odpowiedzi, niczego nie wyjaśniające, prócz tego, że urzędnikom przedsiębiorstwa nawet nie chciało się przeczytać mego pisma, bo nie zrozumieli o co mi chodzi! Dzisiaj odebrałam kolejne pismo, w którym niemal dosłownie treść przypominała poprzednią wypowiedź dyrekcji. Aż zatrzęsło mnie ze złości i mruknęłam kilka słów, raczej nie nadających się do druku.
Niegdyś, obiecywano nam, że jak tylko w Polsce zmieni się ustrój na kapitalistyczny, to raz na zawsze zniknie biurokracja, podobno straszna za PRL-u. Guzik prawda! Takiej lawiny papierków, jaką w tej chwili trzeba wypełnić w urzędach, czy gdziekolwiek, nigdy poprzednio nie było! Co najdziwniejsze, mamy przecież komputery wyposażone w twardy dysk, na którym wszystkie dane zostają zapisane.
Ale nie! Komputer komputerem, a podkładka papierowa musowo obowiązkowa! Dobrze, że nie żądają maszynowej kopii. Na te ogromne masy zużywanego papieru, padają setki hektarów lasów, ale kogo to obchodzi? Najważniejsze, żeby pani urzędniczka lub pan urzędnik nie nudził się w pracy i miał co wypełniać. A że interesanta szlag trafia – trudno. Najwyżej zarobi zakład pogrzebowy, bo przecież interes musi się kręcić!

piątek, 6 czerwca 2014

Czułe powitanie!


4.06. 2014 r.
Omal nie spadłam z fotela, widząc powitanie ukochanego i wyczekiwanego z utęsknieniem gościa, pana prezydenta USA Obamę, z panem prezydentem Bronisławem Komorowskim. Amerykanin idąc obok niego, poklepał po plecach prezydenta Rzeczypospolitej hrabiego Komorowskiego, jak pan zadowolony z pracowitego parobka. Jakby chciał rzec: - Dobra robota, Bronek! Jak to widać, że sojusznicy szanują majestat najjaśniejszej Rzeczypospolitej!
Potem obiecał miliard dolarów, żeby się Polska zbroiła w amerykańską broń, a USA będą z radością sprzedawać nam samoloty, które wiecznie się psują, oraz stary złom jeszcze trzymający się na wodzie. Oczywiście, widząc tę miłość do nas, pan prezydent Putin siedzi i płacze – ze śmiechu!
Koniec polityki na dzisiaj.

Różne oblicza wolności.


3.06.2014 r.


Na przystanku autobusowym siedział stary człowiek. Zarośnięty, brudny, cuchnący. Miał przy sobie jakiś worek pełen odpadków, widocznie wyzbieranych w śmietnikach. Siedział, rozglądając się nerwowo, może w obawie, że ktoś go stamtąd wypędzi. Ci starzy ludzie, bezdomni i głodni, grzebiący po śmietnikach, to także jeden z wielu obrazów 25-lecia wolności!
A już tak na marginesie wizyty suwerena zza oceanu. Dlaczego to Młodzież Wszechpolska, która tak chętnie popisuje się patriotyzmem oraz pan Zawisza, (nie Czarny) nie wyjdą jutro na ulice Warszawy z transparentami: „ Przyjaciele zza oceanu -Teheran. Jałta, Poczdam – kiedy nas sprzedacie po raz czwarty?”
Nie! Mam dosyć polityki i tego hura entuzjazmu, który wylewa mi się uszami! Chcę wrócić do czasów, gdy byłam młodsza, ładniejsza, i stać mnie było na wczasy. To było lato 1982 roku. Pełnia stanu wojennego! Postanowiliśmy z Ojcem wybrać się do Zakopanego, z niewielką przerwą na pobyt w Krakowie. Podróż była dosyć urozmaicona, bo jechali z nami w przedziale dwaj panowie z Brukseli, obserwujący podejrzliwie pasażerów i dworce. Potem dowiedzieliśmy się od nich, że obawiali się, że do pociągu wpadnie milicja i zamkną ich do kicia za niewinność. Tak za granicą przedstawiano polską rzeczywistość, jak zwykle mocno przerysowaną.
Kraków, to oczywiście Hotel „Pod Różą,” a na drugi dzień Wawel. Mieliśmy przy sobie dużo pieniędzy, bo sprzedaliśmy piękne zabytkowe , meble, a ciocia Mania, siostra Ojca, przysłała nam dwieście dolarów – prezent urodzinowy dla mnie! Po spokojnej nocy, rano po śniadaniu, udaliśmy się na Zamek, idąc pięknymi i strasznie zaniedbanymi ulicami Krakowa, pomiędzy kamieniczkami z XV i XVI wieku, z odpadającymi tynkami i walącymi się podwórkami. Na Wawelu, jak zwykle, należało odczekać w długaśnej kolejce po bilety wstępu do Katedry, na Zamek i do Muzeum Katedralnego. Pech chciał, że każda kasa była gdzie indziej, więc biegaliśmy z Tatą po dziedzińcu, szukając tej kolejnej. Zaopatrzeni w bilety, skierowaliśmy się do Katedry. Przy wejściu do świątyni stała zakonnica z puszką, prosząc o datki na renowację wnętrza grobów królewskich. Ja mam potężnego kota na tle historii i bez namysłu wrzuciłam do puszki 20 dolców, co tak zdumiało zakonnicę, że ukłoniła nam się niemal w pas! Groby rzeczywiście wymagały renowacji, jak i cała Katedra. Bardzo nas to bolało, że Sanktuarium ojczyzny, znajduje się w tak rozpaczliwym stanie.
Wawelskie Wzgórze jest cudownym miejscem. Od samego rana fatalnie bolała mnie głowa i źle się czułam. W Katedrze usiadłam w kącie na wtulonej w filar ławeczce i siedziałam z głową wspartą o ścianę w całkowitym milczeniu. Kiedy po jakimś czasie wstałam, po bólu nie było śladu, a ja czułam się wprost naładowana energią. Czakram wawelski!Podobno tylko siedem czakramów znajduje się na kuli ziemskiej – jednym z nich jest Wawel. Podanie mówi, że gdyby nawet ludzkość przeminęła, te siedem czakramów zostanie do końca świata. Są wieczne!
Zawsze, kiedy idziemy na Wawel, ja kupuję na Rynku od krakowskich kwiaciarek białe róże, dla królowej Jadwigi, a Ojciec biało-czerwone goździki dla Marszałka. Goździki, to w mowie kwiatów symbol nieśmiertelności.
W południe postanowiliśmy pójść na obiad do mojej ukochanej restauracji do „Wierzynka”. Tam już od samego wejścia wiało historią. No bo nigdzie indziej, tylko właśnie u Wierzynka, a ściślej mówiąc u Niklasa Wirznga, sławetnego mieszczanina i kupca krajowskiego, król Kazimierz wielki, urządził ucztę, spraszając na nią koronowane głowy Europy, z cesarzem Karolem IV na czele. Najpiękniejsze damy polskie, najsłynniejsi rycerze siedzieli pod obłym sklepieniem sal domostwa. Ta słynna uczta, przeszła do historii, opisana w kronikach dziejopisów. W tym samym miejscu znajduje się dziś znana wszystkim bywalcom Krakowa, restauracja „Wierzynka”.
Na marginesie stwierdzam, że w czasach komuny, kiedy wygłodzeni rodacy snuli się bladzi obdarci i niedomyci, po ulicach walących się miast, - tak to wygląda z punktu widzenia dzisiejszych środków masowego przekłamania! Obiad w luksusowej restauracji był na kieszeń przeciętnego obywatela. Dziś, żeby wejść do „Wierzynka” trzeba był dyplomatą, lub milionerem. W stylowych salach wiszą na ścianach wielkie obrazy znanych mistrzów, przedstawiające „Ucztę u Wierzynka” oraz wspaniałą „Panoramę Tatr”.
Usiedliśmy przy stoliku i natychmiast zjawił się kelner, oczekując na zamówienie. Wybrałam z karty menu bulion i eskalopki cielęce à la pani Walewska z bukietem jarzyn i jakieś wino. Ojciec zamówił to samo. Kelner oddalił się, a po chwili powrócił, czerwony jak świeże jabłuszko i szeptem oznajmił nam, że niestety,ale tych dań nie ma! Byliśmy zdumieni, bo tę samą potrawę zamawialiśmy poprzedniego roku bez problemów. Młodziutki kelner był tak speszony, że mu współczułam. Wobec tego spytałam, co może nam polecić? Zmieszany wyjąkał, że kuchnia dysponuje tylko jednym daniem: kluseczkami francuskimi w sosie mięsnym! Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma! Zjedliśmy kluseczki, przepraszani przez kelnera i kierownika sali, tłumaczących się trudnościami w zaopatrzeniu. Wiadomo, pustki w sklepach, ale żeby aż „Wierzynek”, to się nie mieściło w głowie! Zeszliśmy do kawiarni i zjedliśmy naprawdę przepyszne lody.
Na drugi dzień Zakopane. Mieszkaliśmy w prywatnym pensjonacie na Makuszyńskiego. To już tradycja. Ale w tym roku wyznaczono nam inną stołówkę, niż poprzednio, gdzie była znakomita wyżerka! W stołówce okazało się, że mamy stolik z panią z Warszawy, mającą kilkuletniego synka Marcina. Kto czytał „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, ten wie, co to znaczy mieć w pobliżu nieznośnego Zyzia! Zaczęło się niewinnie.
    • Syneczku, zjedz te jarzynki, są dobre!
    • Nie chcę!
    • Synusiu, mamusia bardzo prosi, skosztuj tego mięska.
    • Twarde.
    • Nie jest twarde, zjedz.
    • Nie chcę!
    • Marcin, mówię ci, jedz, bo powiem tatusiowi, że byłeś niegrzeczny.
    • Powiedz.
    • Marcin, do cholery, albo zjesz, albo dostaniesz lanie!
    • Macocha, małych dzieci się nie bije! - oświadczył uparty Zyzio i rąbnął łyżką w talerz z zupą, opryskując mi suknię.
    • Cholerny gówniarz! - wrzasnęła mama i złapała synka za rękę, wyciągając go przemocą z sali.
Ryk malca, mógł z powodzeniem zastąpić trąby jerychońskie przy końcu świata. Mówiąc między nami, szczeniak miał rację, bo zupa była niedobra, a mięso twarde jak podeszew! Tego roku rzeczywiście Zakopane było jak nie to samo. Przy stoliku siedział Marcin-Zyzio i umilał nam życie, wrzeszcząc, wyjąc i rzucając w nas czym popadło. Mama była bezradna wobec agresji potomka, i doprowadzała mnie do białej gorączki swoją głupotą.. Jedzenie było także paskudne, często składając się z przypalonych ziemniaków polanych czymś, co miało być sosem, ale nie było. Byliśmy z Ojcem głodni, więc trzeba się było dokarmiać, chodząc do restauracji na śledzia w śmietanie, czy fasolkę po bretońsku. Na domiar złego, gdzieś, może od smarkającego Zyzia, złapałam okropny katar. Wybraliśmy się z Ojcem do restauracji, żeby coś przekąsić przed nędzną kolacją. Ojciec zamówił śledzia, a ja pieczonego pstrąga. Pociągając zapchanym nosem, już zabierałam się do jedzenia, gdy Ojciec chwycił mnie za rękę i zawołał kelnera. Ja nic nie czułam, ale podobno ryba tak śmierdziała, że kelner nawet nie mrugnąwszy okiem, zabrał talerz, a kierownik sali, proponował mi darmowy obiad. Podziękowałam! Poszliśmy z Ojcem na ciastka i kawę do „ Kmicica”.
Tak się jakoś złożyło, że choć bywaliśmy w Zakopanym co roku, nigdy nie wybraliśmy się do Morskiego Oka. Postanowiliśmy więc zwiedzić to słynne miejsce i trochę odsapnąć od Zyzia i jego mamy! Jechać, owszem można, ale nie zaraz. Ponieważ zakopane graniczy z obcym państwem, trzeba było zgłosić się na komendę MO, po przepustki. Siedzący za biurkiem gliniarz, przypatrywał się nam podejrzliwie dłuższą chwilę. Widać zastanawiał się, dać nam pozwolenie, czy nie. Chrząknął i rozpoczął indagację:
    • A po co chcecie jechać do Morskiego Oka?
    • Nigdy tam nie byliśmy. Chcemy zobaczyć jezioro.
    • Tam nie ma nic do oglądania. - mruknął stróż prawa. - Lepiej zwiedzajcie miasto.
    • Miasto znamy, w Morskim Oku nie byliśmy. - wyjaśnił Tato ze świętą cierpliwością.
    • Ta pani, to córka pana, czy żona? - zainteresował się milicjant, obrzucając mnie nieufnym wzrokiem.
    • Córka.
    • To czemu nosi to samo nazwisko? Powinna mieć nazwisko męża. - indagował glina nieustępliwie.
    • Bo poślubiłam drania, rozwiodłam się i wróciłam do nazwiska panieńskiego! - oświadczyłam wkurzona, podniesionym tonem.
Aha! Ale to powinno być zaznaczone w dowodzie. Babie to nikt nie dogodzi!
    • Po co? Chcemy jechać na wycieczkę, a nie wnosić prośbę o zmianę nazwiska. - warknęłam przez zęby.
    • Ja mam przepisy i muszę uważać, kogo puszczam w tamte strony. - wyjaśnił glina z ponurą miną. - Jeszcze mi ktoś zwieje, a ja będę odpowiadał! A ile pan ma lat? - zwrócił się do Ojca.
    • Osiemdziesiąt. - odrzekł Tata, wyglądający na pięćdziesiąt parę latek. - Niech pan sprawdzi w dowodzie.
    • Nie wygląda pan na te lata.
    • Ale jestem starszym człowiekiem i potrzebuję osoby towarzyszącej. - zamknął Ojciec dyskusję, która mogła przeciągnąć się jeszcze z godzinę.
- Ano, to już idźcie, ale pilnujcie się szlaków, bo jak was przyłapią przy granicy, to popamiętacie!- wyżył się na nas milicjant i przybił pieczątkę z wyraźną niechęcią.
Pojechaliśmy autobusem, mijając po drodze Poronin z poronionym pomnikiem wodza narodów Lenina. Od ronda, już piechotą poszliśmy w stronę jeziora, podziwiając po drodze oszałamiającą panoramę Wysokich Tatr z ośnieżonym Mnichem, górującym nad turniami.
Morskie Oko uczyniło na nas ogromne wrażenie swoją urodą i smakiem wody. Takiej herbaty, jaka piliśmy w górskiej gospodzie, już nigdy nie będę pić. Ojciec napełnił wodą z jeziora plastykową butelkę. Zrobiliśmy z niej herbatę po powrocie do Zakopanego – sam cymes! Nad Morskim okiem i po drodze, byliśmy kilkakrotnie sprawdzani przez patrole. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że przez Słowację i Czechy szły tajne korytarze, jakimi przemycano bibułę, drukarki i inne materiały dla Solidarności. Przez Tatry i Czechy, uciekali podejrzani, aby dostać się do Austrii, dlatego milicja pilnowała turystów, jak diabeł grzesznej duszy.
Tego roku skróciliśmy nasz pobyt w stolicy Tatr o kilka dni, doprowadzeni do białej gorączki przez cholernego Zyzia i głodowe porcje jedzenia. Wychodząc z pensjonatu, zapomniałam torebki z dokumentami i musiałam pędzić od dworca, aż na Makuszyńskiego po zgubę. W kasie ojciec wykupił miejsca w kuszetce, ale jak się okazało, posłania były na górze i zrezygnowaliśmy, zamieniając bilety na przedział I klasy. Z Zakopanego wywiozłam niemiłe wspomnienia i torbę pełną makaronów, bo akurat rzucili.