poniedziałek, 23 czerwca 2014

Nowi krewni?



Opowiem tu bardzo dziwną historię, która się nam przytrafiła, gdzieś w początku lat sześćdziesiątych. Wszystko, co napiszę jest autentyczną prawdą. Pewnego dnia, do drzwi naszego mieszkania, ktoś zadzwonił. Poszłam otworzyć i za drzwiami zobaczyłam jakąś wiejską kobietę w średnim wieku, dosyć ubogo ubraną. Spytałam, czego sobie życzy? Chciała rozmawiać z Ojcem, więc wprowadziłam ją do pokoju i poprosiłam, żeby usiadła. Rozglądnęła się ciekawie po pokoju i widząc antyczne meble i obrazy, stwierdziła, że ładnie mieszkamy. Skinęłam głową i zawołałam Ojca, zajętego rozmową z Mamą w innym pokoju.
Jakież było zdumienie Ojca, kiedy kobieta na jego widok podniosła się z krzesła i powiedziała z wybitnym rosyjskim akcentem: - Wy Józef Erban? Witajcie, ja Marusia Erban, wasza krewniaczka!
Oboje z Ojcem skamienieliśmy ze zdziwienia. Nasze nazwisko jest bardzo rzadkie i w Polsce noszą je jedynie członkowie rodziny mieszkający w Małopolsce, a za granicą w Czechach, gdzie pozostała gałąź rodziny. Tak się nazywał św.pam. minister Eugen Erban, stracony w okresie stalinowskim oraz znany pisarz Josef Erban. Są także przedstawiciele naszej rodziny w Anglii w hrabstwie Susex. To brat dziadka Tadeusza Erbana, Kazimierz i jego angielska rodzina, nosząca do dziś dnia nasze nazwisko. Nazwisko przyniósł z sobą do Polski nasz praprapradziad Laŝzlo z Węgier i nieco zmienił jego brzmienie, będące dawniej typowo węgierskie. Pochodził ze starej węgierskiej szlachty legitymującej się herbem. Mieszkając w Rzeczypospolitej od końca XVIII wieku, rodzina spokrewniła się tutaj z wieloma znakomitymi rodami, między innymi z książętami Woronieckimi herbu Korwin, spokrewniona była z Hallerami. (gen. Józef Haller, twórca Błękitnego Legionu i zaślubin z Bałtykiem) i innymi rodami żyjącymi na kresach. Nasze nazwisko z czasem stało się historyczne, poprzez udział mężczyzn w powstaniach narodowych i walkach wyzwoleńczych.
Nigdy nie mieliśmy żadnych krewnych w tak zwanych dawniej, sferach chłopskich, stąd nasze niebotyczne zdumienie niespodziewanym gościem. Zauważyłam, że Ojciec był zły. Zmarszczył brwi i spytał kobietę, skąd zna nasz adres i kto ją tu skierował. Okazało się, że jesteśmy w mieście znani, bo kobieta mieszkająca w jeleniogórskim, dowiedziała się w biurze meldunkowym, że w Bolesławcu mieszkają Erbanowie, więc przyjechała, żeby się „poznakomić.” Do pokoju weszła Mama i dowiedziawszy się w czym rzecz, zadała kobiecie pytanie:
- Skąd ma nasze nazwisko?
Wtedy usłyszeliśmy absolutnie nieprawdopodobną historię. Otóż kobieta była sierotą i wychowywała się w sierocińcu. Nie pamiętam już, czy w w polskim, czy w rosyjskim. Kiedy wybuchła wojna, sierociniec ewakuowano, a ona zgubiła się na jakiejś stacji. Nie wiedziała, jak się nazywa i skąd jest. Błąkała się po tej stacji kilka godzin, aż spotkała jakiegoś nieznanego mężczyznę, który się nią zainteresował i przed wsadzeniem jej do wagonu pociągu idącego do Polski, wcisnął jej do ręki kartkę z krótkim napisem:- Jesteś Marusia, nazywasz się Erban!
Tę kartkę zatrzymała i odtąd wszędzie przedstawiała się jako Marusia Erban.
Byliśmy po prostu wstrząśnięci i zastanawialiśmy się gorączkowo, kim był mężczyzna nadający jej nasze rodowe nazwisko? W tamtych stronach kresów nie mieliśmy żadnych krewnych i nikogo, kto mógłby znać to nazwisko. A zresztą nawet gdyby je znał, to z jakiej racji nadał je nieznanej zupełnie sierocie niewiadomego pochodzenia? W każdym razie kobieta nie była żadną naszą krewną i Ojciec wyjaśnił jej to dosyć dobitnie. Była zawiedziona, bo spodziewała się, nie wiem dlaczego, zyskać w obcych ludziach krewnych. W czasach przedwojennych mogliśmy się łatwo postarać o zmianę jej nazwiska, ale w PRL-u było to niemożliwe.
Nie była to jej ostatnia wizyta, bo przychodziła jeszcze ze dwa razy, aż Ojciec oświadczył jej stanowczo, iż nie jesteśmy z nią wcale spokrewnienie, i nie życzymy sobie, aby składała nam niezapowiedziane odwiedziny. To jeszcze nie koniec tej historii. Już pod koniec lat dziewięćdziesiątych, byłam w Szklarskiej Porębie u okulisty. Recepcjonistka popatrzyła na mnie jakoś podejrzliwie, więc żartem spytałam ją, czy moje nazwisko sprawia jej trudność? Odpowiedziała, że nie, bo ma już pacjenta o takim nazwisku!
Dosłownie kilka tygodni potem, otrzymaliśmy z Sądu w Jeleniej Górze, pozew do stawienia się, bowiem Ob. Józef Erban, jadąc autobusem, nie uiścił zapłaty za przejazd. Na wezwanie kierowcy, obrzucił go obelgami i zachował się agresywnie! Naturalnie, mogliśmy udowodnić, że Ojciec autobusem nigdzie nie jeździł, bo chorował na jaskrę i miał już ponad dziewięćdziesiąt lat, więc sam z domu nie wychodził. Doprawdy, trudno wyobrazić sobie, żeby starszy pan w tym wieku zachowywał się agresywnie i zagrażał kierowcy! Niemniej, ten pozew nas zdenerwował, bo szargano nasze nazwisko, dotąd czyste i nie zbrukane żadnymi przestępstwami.
Do Sądu skierowałam pismo, załączając odpis metryki Ojca i świadectwa lekarskie. Przeproszono nas i na tym sprawa się skończyła. Kobiety o imieniu Marusia, więcej nigdy nie widzieliśmy. Do dzisiaj nie wiemy, kto tej kobiecie nadał nasze nazwisko i dlaczego.