piątek, 6 czerwca 2014

Różne oblicza wolności.


3.06.2014 r.


Na przystanku autobusowym siedział stary człowiek. Zarośnięty, brudny, cuchnący. Miał przy sobie jakiś worek pełen odpadków, widocznie wyzbieranych w śmietnikach. Siedział, rozglądając się nerwowo, może w obawie, że ktoś go stamtąd wypędzi. Ci starzy ludzie, bezdomni i głodni, grzebiący po śmietnikach, to także jeden z wielu obrazów 25-lecia wolności!
A już tak na marginesie wizyty suwerena zza oceanu. Dlaczego to Młodzież Wszechpolska, która tak chętnie popisuje się patriotyzmem oraz pan Zawisza, (nie Czarny) nie wyjdą jutro na ulice Warszawy z transparentami: „ Przyjaciele zza oceanu -Teheran. Jałta, Poczdam – kiedy nas sprzedacie po raz czwarty?”
Nie! Mam dosyć polityki i tego hura entuzjazmu, który wylewa mi się uszami! Chcę wrócić do czasów, gdy byłam młodsza, ładniejsza, i stać mnie było na wczasy. To było lato 1982 roku. Pełnia stanu wojennego! Postanowiliśmy z Ojcem wybrać się do Zakopanego, z niewielką przerwą na pobyt w Krakowie. Podróż była dosyć urozmaicona, bo jechali z nami w przedziale dwaj panowie z Brukseli, obserwujący podejrzliwie pasażerów i dworce. Potem dowiedzieliśmy się od nich, że obawiali się, że do pociągu wpadnie milicja i zamkną ich do kicia za niewinność. Tak za granicą przedstawiano polską rzeczywistość, jak zwykle mocno przerysowaną.
Kraków, to oczywiście Hotel „Pod Różą,” a na drugi dzień Wawel. Mieliśmy przy sobie dużo pieniędzy, bo sprzedaliśmy piękne zabytkowe , meble, a ciocia Mania, siostra Ojca, przysłała nam dwieście dolarów – prezent urodzinowy dla mnie! Po spokojnej nocy, rano po śniadaniu, udaliśmy się na Zamek, idąc pięknymi i strasznie zaniedbanymi ulicami Krakowa, pomiędzy kamieniczkami z XV i XVI wieku, z odpadającymi tynkami i walącymi się podwórkami. Na Wawelu, jak zwykle, należało odczekać w długaśnej kolejce po bilety wstępu do Katedry, na Zamek i do Muzeum Katedralnego. Pech chciał, że każda kasa była gdzie indziej, więc biegaliśmy z Tatą po dziedzińcu, szukając tej kolejnej. Zaopatrzeni w bilety, skierowaliśmy się do Katedry. Przy wejściu do świątyni stała zakonnica z puszką, prosząc o datki na renowację wnętrza grobów królewskich. Ja mam potężnego kota na tle historii i bez namysłu wrzuciłam do puszki 20 dolców, co tak zdumiało zakonnicę, że ukłoniła nam się niemal w pas! Groby rzeczywiście wymagały renowacji, jak i cała Katedra. Bardzo nas to bolało, że Sanktuarium ojczyzny, znajduje się w tak rozpaczliwym stanie.
Wawelskie Wzgórze jest cudownym miejscem. Od samego rana fatalnie bolała mnie głowa i źle się czułam. W Katedrze usiadłam w kącie na wtulonej w filar ławeczce i siedziałam z głową wspartą o ścianę w całkowitym milczeniu. Kiedy po jakimś czasie wstałam, po bólu nie było śladu, a ja czułam się wprost naładowana energią. Czakram wawelski!Podobno tylko siedem czakramów znajduje się na kuli ziemskiej – jednym z nich jest Wawel. Podanie mówi, że gdyby nawet ludzkość przeminęła, te siedem czakramów zostanie do końca świata. Są wieczne!
Zawsze, kiedy idziemy na Wawel, ja kupuję na Rynku od krakowskich kwiaciarek białe róże, dla królowej Jadwigi, a Ojciec biało-czerwone goździki dla Marszałka. Goździki, to w mowie kwiatów symbol nieśmiertelności.
W południe postanowiliśmy pójść na obiad do mojej ukochanej restauracji do „Wierzynka”. Tam już od samego wejścia wiało historią. No bo nigdzie indziej, tylko właśnie u Wierzynka, a ściślej mówiąc u Niklasa Wirznga, sławetnego mieszczanina i kupca krajowskiego, król Kazimierz wielki, urządził ucztę, spraszając na nią koronowane głowy Europy, z cesarzem Karolem IV na czele. Najpiękniejsze damy polskie, najsłynniejsi rycerze siedzieli pod obłym sklepieniem sal domostwa. Ta słynna uczta, przeszła do historii, opisana w kronikach dziejopisów. W tym samym miejscu znajduje się dziś znana wszystkim bywalcom Krakowa, restauracja „Wierzynka”.
Na marginesie stwierdzam, że w czasach komuny, kiedy wygłodzeni rodacy snuli się bladzi obdarci i niedomyci, po ulicach walących się miast, - tak to wygląda z punktu widzenia dzisiejszych środków masowego przekłamania! Obiad w luksusowej restauracji był na kieszeń przeciętnego obywatela. Dziś, żeby wejść do „Wierzynka” trzeba był dyplomatą, lub milionerem. W stylowych salach wiszą na ścianach wielkie obrazy znanych mistrzów, przedstawiające „Ucztę u Wierzynka” oraz wspaniałą „Panoramę Tatr”.
Usiedliśmy przy stoliku i natychmiast zjawił się kelner, oczekując na zamówienie. Wybrałam z karty menu bulion i eskalopki cielęce à la pani Walewska z bukietem jarzyn i jakieś wino. Ojciec zamówił to samo. Kelner oddalił się, a po chwili powrócił, czerwony jak świeże jabłuszko i szeptem oznajmił nam, że niestety,ale tych dań nie ma! Byliśmy zdumieni, bo tę samą potrawę zamawialiśmy poprzedniego roku bez problemów. Młodziutki kelner był tak speszony, że mu współczułam. Wobec tego spytałam, co może nam polecić? Zmieszany wyjąkał, że kuchnia dysponuje tylko jednym daniem: kluseczkami francuskimi w sosie mięsnym! Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma! Zjedliśmy kluseczki, przepraszani przez kelnera i kierownika sali, tłumaczących się trudnościami w zaopatrzeniu. Wiadomo, pustki w sklepach, ale żeby aż „Wierzynek”, to się nie mieściło w głowie! Zeszliśmy do kawiarni i zjedliśmy naprawdę przepyszne lody.
Na drugi dzień Zakopane. Mieszkaliśmy w prywatnym pensjonacie na Makuszyńskiego. To już tradycja. Ale w tym roku wyznaczono nam inną stołówkę, niż poprzednio, gdzie była znakomita wyżerka! W stołówce okazało się, że mamy stolik z panią z Warszawy, mającą kilkuletniego synka Marcina. Kto czytał „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego, ten wie, co to znaczy mieć w pobliżu nieznośnego Zyzia! Zaczęło się niewinnie.
    • Syneczku, zjedz te jarzynki, są dobre!
    • Nie chcę!
    • Synusiu, mamusia bardzo prosi, skosztuj tego mięska.
    • Twarde.
    • Nie jest twarde, zjedz.
    • Nie chcę!
    • Marcin, mówię ci, jedz, bo powiem tatusiowi, że byłeś niegrzeczny.
    • Powiedz.
    • Marcin, do cholery, albo zjesz, albo dostaniesz lanie!
    • Macocha, małych dzieci się nie bije! - oświadczył uparty Zyzio i rąbnął łyżką w talerz z zupą, opryskując mi suknię.
    • Cholerny gówniarz! - wrzasnęła mama i złapała synka za rękę, wyciągając go przemocą z sali.
Ryk malca, mógł z powodzeniem zastąpić trąby jerychońskie przy końcu świata. Mówiąc między nami, szczeniak miał rację, bo zupa była niedobra, a mięso twarde jak podeszew! Tego roku rzeczywiście Zakopane było jak nie to samo. Przy stoliku siedział Marcin-Zyzio i umilał nam życie, wrzeszcząc, wyjąc i rzucając w nas czym popadło. Mama była bezradna wobec agresji potomka, i doprowadzała mnie do białej gorączki swoją głupotą.. Jedzenie było także paskudne, często składając się z przypalonych ziemniaków polanych czymś, co miało być sosem, ale nie było. Byliśmy z Ojcem głodni, więc trzeba się było dokarmiać, chodząc do restauracji na śledzia w śmietanie, czy fasolkę po bretońsku. Na domiar złego, gdzieś, może od smarkającego Zyzia, złapałam okropny katar. Wybraliśmy się z Ojcem do restauracji, żeby coś przekąsić przed nędzną kolacją. Ojciec zamówił śledzia, a ja pieczonego pstrąga. Pociągając zapchanym nosem, już zabierałam się do jedzenia, gdy Ojciec chwycił mnie za rękę i zawołał kelnera. Ja nic nie czułam, ale podobno ryba tak śmierdziała, że kelner nawet nie mrugnąwszy okiem, zabrał talerz, a kierownik sali, proponował mi darmowy obiad. Podziękowałam! Poszliśmy z Ojcem na ciastka i kawę do „ Kmicica”.
Tak się jakoś złożyło, że choć bywaliśmy w Zakopanym co roku, nigdy nie wybraliśmy się do Morskiego Oka. Postanowiliśmy więc zwiedzić to słynne miejsce i trochę odsapnąć od Zyzia i jego mamy! Jechać, owszem można, ale nie zaraz. Ponieważ zakopane graniczy z obcym państwem, trzeba było zgłosić się na komendę MO, po przepustki. Siedzący za biurkiem gliniarz, przypatrywał się nam podejrzliwie dłuższą chwilę. Widać zastanawiał się, dać nam pozwolenie, czy nie. Chrząknął i rozpoczął indagację:
    • A po co chcecie jechać do Morskiego Oka?
    • Nigdy tam nie byliśmy. Chcemy zobaczyć jezioro.
    • Tam nie ma nic do oglądania. - mruknął stróż prawa. - Lepiej zwiedzajcie miasto.
    • Miasto znamy, w Morskim Oku nie byliśmy. - wyjaśnił Tato ze świętą cierpliwością.
    • Ta pani, to córka pana, czy żona? - zainteresował się milicjant, obrzucając mnie nieufnym wzrokiem.
    • Córka.
    • To czemu nosi to samo nazwisko? Powinna mieć nazwisko męża. - indagował glina nieustępliwie.
    • Bo poślubiłam drania, rozwiodłam się i wróciłam do nazwiska panieńskiego! - oświadczyłam wkurzona, podniesionym tonem.
Aha! Ale to powinno być zaznaczone w dowodzie. Babie to nikt nie dogodzi!
    • Po co? Chcemy jechać na wycieczkę, a nie wnosić prośbę o zmianę nazwiska. - warknęłam przez zęby.
    • Ja mam przepisy i muszę uważać, kogo puszczam w tamte strony. - wyjaśnił glina z ponurą miną. - Jeszcze mi ktoś zwieje, a ja będę odpowiadał! A ile pan ma lat? - zwrócił się do Ojca.
    • Osiemdziesiąt. - odrzekł Tata, wyglądający na pięćdziesiąt parę latek. - Niech pan sprawdzi w dowodzie.
    • Nie wygląda pan na te lata.
    • Ale jestem starszym człowiekiem i potrzebuję osoby towarzyszącej. - zamknął Ojciec dyskusję, która mogła przeciągnąć się jeszcze z godzinę.
- Ano, to już idźcie, ale pilnujcie się szlaków, bo jak was przyłapią przy granicy, to popamiętacie!- wyżył się na nas milicjant i przybił pieczątkę z wyraźną niechęcią.
Pojechaliśmy autobusem, mijając po drodze Poronin z poronionym pomnikiem wodza narodów Lenina. Od ronda, już piechotą poszliśmy w stronę jeziora, podziwiając po drodze oszałamiającą panoramę Wysokich Tatr z ośnieżonym Mnichem, górującym nad turniami.
Morskie Oko uczyniło na nas ogromne wrażenie swoją urodą i smakiem wody. Takiej herbaty, jaka piliśmy w górskiej gospodzie, już nigdy nie będę pić. Ojciec napełnił wodą z jeziora plastykową butelkę. Zrobiliśmy z niej herbatę po powrocie do Zakopanego – sam cymes! Nad Morskim okiem i po drodze, byliśmy kilkakrotnie sprawdzani przez patrole. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że przez Słowację i Czechy szły tajne korytarze, jakimi przemycano bibułę, drukarki i inne materiały dla Solidarności. Przez Tatry i Czechy, uciekali podejrzani, aby dostać się do Austrii, dlatego milicja pilnowała turystów, jak diabeł grzesznej duszy.
Tego roku skróciliśmy nasz pobyt w stolicy Tatr o kilka dni, doprowadzeni do białej gorączki przez cholernego Zyzia i głodowe porcje jedzenia. Wychodząc z pensjonatu, zapomniałam torebki z dokumentami i musiałam pędzić od dworca, aż na Makuszyńskiego po zgubę. W kasie ojciec wykupił miejsca w kuszetce, ale jak się okazało, posłania były na górze i zrezygnowaliśmy, zamieniając bilety na przedział I klasy. Z Zakopanego wywiozłam niemiłe wspomnienia i torbę pełną makaronów, bo akurat rzucili.