poniedziałek, 28 lipca 2014

Wspomnienie o żołnierzach Powstania Warszawskiego, w 70-tą rocznicę wybuchu Powstania.


28.07.2014 r.


..... Miał osiem lat i pseudonim " Lew". Stary karabin jeszcze sprzed I-wszej wojny światowej, był wyższy od niego. Dźwigał go z trudem, ale nie pozwalał nikomu dotknąć broni, gotów skoczyć każdemu do gardła z pazurami. Dowódca baonu patrzył na niego z ironicznym politowaniem.
    1. -Rysiu, gówniarzy do wojska nie bierzemy. Zmykaj do domu.
    2. - Ja nie mam domu. - odpowiedział chłopiec ponuro.
    3. - Zjeżdżaj, bo matka się pewnie o ciebie martwi. Lanie ci sprawi.
    4. - Ja nie mam matki ...- wyszeptał „Lew”, z trudem powstrzymując niemęskie łzy.
    5. - Skąd ty jesteś? - zagadnął oficer, przypatrując się mu ze współczuciem.
- Z Woli! - mruknął mały i pięścią wytarł spływającą po policzku łzę. - Pan mnie przyjmie, panie poruczniku. Ja dobrze strzelam. Przed wojną tata był w Bractwie Kurkowym, nauczył mnie. To co, panie poruczniku, weźmie mnie pan? - patrzył na oficera z lękiem i nadzieją.
Młody porucznik podrapał się po jasnej czuprynie. Słyszał, co się wydarzyło na Woli, Z dala ciągle widoczne były czarne dymy pożarów i słychać było strzały. Rozumiał, co czuje to dziecko.
- No dobra! Zjeżdżaj do kuchni i pomóż łączniczce Ani, obierać kartofle. Tylko bez żadnych wygłupów, jasne? Odmaszerować!
- Taaa jest! Ale panie poruczniku, ja nie jestem Rysiek, tylko „Lew”. - zaznaczył chłopak i pognał w podskokach do łączniczki, targając na plecach ciężki karabin.
Był jednym z wielu sierocych dzieci, błąkających się po mieście, po stracie obojga rodziców. Rzeczywiście, znakomicie strzelał i położył trupem kilkunastu Niemców. Jego nienawiść do nich i chęć zemsty były straszne.
Poległ kilka dni potem, trafiony odłamkiem granatu, który urwał mu prawą rękę do łokcia. - Rysiu, wszystko będzie dobrze. Zaraz przyjdzie doktor. - pocieszał go kolega.
- Ja nie jestem żaden Rysio, tylko „Lew”! - wyszeptał chłopiec ostatkiem sił.
Zanim nadeszła pomoc, zmarł z upływu krwi. Jego karabin odziedziczył jeden z żołnierzy, nie posiadający żadnej broni.
Miała na imię Basia. Była jasną blondynką o niebieskich oczach i ślicznej twarzy. Właśnie ukończyła siedemnaście lat. Wszyscy chłopcy z sąsiednich oddziałów w niej się kochali, podziwiając nogi dziewczyny. Najpiękniejsze nogi w całej Warszawie! Była łączniczką i dzień w dzień goniła po gruzach i ostrzeliwanych przez snajperów ulicach, przenosząc rozkazy, pichcąc coś na zmajstrowanym przez chłopców piecyku i flirtując z kolegami. Zawsze roześmiana, biegała z rozwianymi przez wiatr jasnymi włosami.
Zgięła, trafiona rykoszetem odłamka bomby, który oberwał jej obie piękne nogi. Nie wiedziała o tym, zamroczona bólem i utratą krwi. Przed śmiercią, powiedziała do koleżanki:
- Wiesz, Olu, tak bym chciała jeszcze zatańczyć tango. - to były jej ostatnie słowa.
Chłopak z wysokim czołem myśliciela, miał 20 lat, a w głowie wszystkie mądrości matematyczne i całą tablicę Mendelejewa. Być może, po latach stałby się twórcą pierwszej polskiej rakiety kosmicznej. Może uwieńczeniem jego prac naukowych byłaby Nagroda Nobla, za wybitne osiągnięcia matematyczne i techniczne, do czego miał niesamowitą wprost smykałkę. Koledzy śmieli się z niego, że potrafi w pamięci mnożyć, dzielić i pierwiastkować duże liczby. Nazywali go polskim Einsteinem!
Los bywa złośliwy. Kula snajpera trafiła go w środek czoła kiedy biegł do ataku, zamieniając jego genialną czaszkę w krwawą masę mózgu i kości.
On, ona, ono.... Tyle istnień, tyle zdolności i wspaniałej młodzieńczej zadziorności! Tyle zapału, poświęcenia, odwagi, miłości do ojczyzny i swojego ukochanego miasta. Ich młode ciała, płytko pogrzebane na warszawskich podwórkach, lub rozkładające się w gruzach, czy w ohydnych kanałach, były świadectwem, jak bardzo lubimy wysyłać na stracenie swoje dzieci. Najcenniejszy potencjał narodu – polską młodzież! Wielkich poetów, znakomitych już w czasach młodości, posyłano na śmierć, choć powinni być chronieni, z dala od działań wojennych, jako ci, którzy muszą za wszelką cenę przetrwać!
A oni szli do powstania z radością, z entuzjazmem, że nareszcie pomszczą lata męki, straszliwych upokorzeń, głodu i śmierci. Że nareszcie zmierzą się ze swymi katami z bronią w ręku i zażądają od nich zapłaty za pięć lat grozy i niewyobrażalnych cierpień. Nie mieli broni. Zaledwie kilku miało karabiny, niektórzy pistolety, lub sporządzone w kraju steny. Były jeszcze butelki z benzyną. Ale przepełniała ich nienawiść i wola walki. Nie posiadali artylerii, czołgów i samolotów, ale dla nich to nie miało żadnego znaczenia. Pragnęli się bić, pragnęli zemsty!
Kiedy ogłoszono „GODZINĘ W”, każdy z tych młodych ludzi, uważał za swój obowiązek, stawić się w oddziale i walczyć. Niemal każdy z nich święcie wierzył w zwycięstwo powstania. Przecież walka miała trwać tylko trzy dni! Rosjanie stali już za Wisłą i na Pradze. Niemcy na kilka dni przed wybuchem powstania, z pośpiechem wynosili się z miasta.
Warszawa była niemal wolna!
1 sierpnia o godzinie 17, wybiła godzina wolności i rozpoczęła się największa tragedia nowoczesnej Europy. Bo ci cudowni młodzi ludzie, te śliczne roześmiane dziewczyny i dzielni mieszkańcy stolicy, nie zdawali sobie sprawy, że są ofiarami matactw politycznych. Obecnie, z perspektywy czasu, kiedy mamy dostęp do tajnych dokumentów, znamy lepiej motywy, jakie kierowały politykami, którzy posłali te wspaniałe dzieci na śmierć! Rzecz nie dotyczy rządu polskiego na emigracji. Oni mieli najmniej do powiedzenia, musieli słuchać i wykonywać rozkazy, wydawane im przez sojuszników, Anglię i Stany Zjednoczone.
Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, nienawidził komunizmu i choć zgadzał się na sojusz ze Stalinem, za wszystkich sił pragnął powstrzymać idącą jak burza naprzód Armię Czerwoną. Wprawdzie prezydent USA Roosevelt, na konferencji w Teheranie, lekką rączką oddał Stalinowi całą wschodnią Europę, odbierając Polsce ziemie kresowe, lecz również nie życzył sobie, żeby wojska rosyjskie weszły do Berlina, przed armiami sprzymierzonych. W 1944 roku rozpoczął się morderczy wyścig – kto prędzej dopadnie Berlina, ten będzie dyktował warunki Związkowi Radzieckiemu.
Stalin także to rozumiał i dlatego pchał swoje wojska na zachód, nie żałując krwi żołnierzy i gigantycznych ofiar. Postanowił, że w Berlinie będzie pierwszy! W sierpniu opanował już dużą część Polski i stanął nad Wisłą. We władzach niemieckich okupujących stolicę wybuchła panika. Niemcy ponieśli na zachodzie duże straty i zaczęły się przegrupowania armii, o których dowództwo AK nie miało pojęcia. Początkowo wojska niemieckie zaczęły wycofywać się z Warszawy, wywożąc dokumenty i sprzęt zrabowany w polskich domach. Jednak cofające się z zachodu armie niemieckie, wstrzymały tę paniczną ucieczkę.
Niemcy nie bali się Amerykanów i Brytyjczyków, ale szalenie obawiali się Rosjan wiedząc, że ci nie będą ich oszczędzać i zapłacą za konający z głodu Leningrad i Stalingrad, za potworne zbrodnie popełnione w Rosji przez hitlerowskich oprawców. Hitler rozkazał za wszelką cenę powstrzymać ofensywę radziecką. Do Warszawy zostały skierowane znakomicie wyposażone w broń pancerną, dywizje osławione zbrodniczymi działaniami na terenie Europy, jednostki generałów Reinefartha i Dirlewangera, oraz oddziały SS i Wehrmachtu, pod dowództwem generała von dem Bach Zaleskiego. Wobec takiej potęgi i zmasowanego użycia broni maszynowej, najcięższych dział, pociągu pancernego, czołgów i lotnictwa, które w sposób bestialski rozprawiały się z powstańcami i ludnością cywilną, już w pierwszych dniach, powstanie zostało zepchnięte do defensywy. Stalin nie kwapił się z pomocą wiedząc, że powstanie skierowane jest przeciwko niemu! Z satysfakcją obserwował ginące miasto.
O przewadze sił niemieckich, wywiad brytyjski informował swego premiera, a ośrodki informatyczne powiadamiały prezydenta Roosevelta, lecz jeden i drugi polityk nie zamierzał rozczulać się nad nieszczęsną Polską. Premier Churchill w rozmowie w cztery oczy z prezydentem rządu polskiego na emigracji, wyraził nadzieję, że wybuch powstania w Warszawie, powstrzyma rozpędzoną Armię Czerwoną do czasu, aż alianci osiągną przewagę na zachodnich frontach i znacznie zbliżą się do Berlina. We wrześniu, będziemy również obchodzić 70-lecie przegranej bitwy pod Arnhem, gdzie największa w dziejach wojen bitwa desantu powietrznego, miała otworzyć zachodnim armiom sprzymierzonym drogę do Berlina. Nie otworzyła.
Rząd polski na emigracji ustosunkował się początkowo niechętnie do egoistycznych planów Churchilla, „lecz pan każe, sługa musi”. Byliśmy u aliantów na łaskawym chlebie. Dowództwo AK także przyglądało się temu pomysłowi podejrzliwie, przekazując do Londynu informacje, że nie posiadamy dobrego uzbrojenia i nigdy powstania nie wygramy. Mimo to, władze emigracyjne zdecydowały, że powstanie wybuchnie! Kilka razy zmieniano terminy, aż w końcu podjęto decyzję, że powstanie wybuchnie 1 sierpnia o godzinie 17. Rozkazy wydano w ostatniej chwili i dlatego wiele oddziałów nie zdążyło przybyć na miejsca koncentracji. Rozpoczęła się walka, w której od początku nie mieliśmy żadnych szans na zwycięstwo.
Mówiąc bardziej obrazowo, alianci zachodni postanowili ciałami naszych dzieci, zatrzymać pochód Armii Czerwonej do Europy Zachodniej. Ongiś, w XVII wieku, hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski, w bitwie pod Cecorą, wyrzekł historyczne słowa: „ Ja swym tułowiem nieprzyjacielowi do ojczyzny drogę zawalę!” Hetman poległ, ale Turcy dalej już się nie posunęli i Rzeczpospolita ocalała.
Tym razem było odwrotnie. Choć mieszkańcy miasta i żołnierze AK walczyli z największym poświęceniem i odwagą przeszło dwa miesiące, zamiast trzech dni, powstanie zakończyło się klęską i niewyobrażalną wprost masakrą ludności cywilnej. W samej tylko dzielnicy Wola, Niemcy wymordowali z sadystycznym okrucieństwem ponad 40 tysięcy ludzi w ciągu zaledwie kilka dni. Działy się tam sceny tak straszliwe, jakich nie podobna opisać. Mordowano na zimno mężczyzn, starych i młodych, bez różnicy wieku. Młode i stare kobiety, małe dzieci. Pod ścianę szli mieszkańcy całych kamienic, ulica za ulicą, następnie domy podpalano, a zwłoki pomordowanych wrzucano do ognia i palono, aby ukryć rozmiary zbrodni. Dziś znajduje się tam kopiec z prochów ofiar.
Piękna stolica Polski, zamieniła się w morze gruzów, płonęła jak stos ofiarny. Ginęły bezpowrotnie najwspanialsze dzieła sztuki, gromadzone przez wieki. Adolf Hitler oznajmił, że Warszawa musi zniknąć z powierzchni ziemi, i to mu się udało zrealizować.
Dziś, gdy z powagą i czcią powracamy do tych dni „krwi i chwały”, wspominając bohaterstwo polskiej młodzieży i męstwo całego społeczeństwa, powinniśmy się raz jeszcze zastanowić, czy warto było dla celów egoistycznej polityki zachodnich sojuszników, poświęcać życie setek tysięcy ludzi i miasto, które umarło? Bo Warszawy już nie ma. Znikło na zawsze wielkie miasto, zwane przed wojną Paryżem Północy. Dzisiejsza Warszawa może jest piękna, lecz już inna, jakby obca. A zbrodniarzy wojennych nie spotkała po wojnie zasłużona kara. Kat Warszawy generał Reinefarth, został burmistrzem pewnego miasta niemieckiego, gdzie nikt nie chciał wierzyć, że ma przed sobą ludobójcę. Innych zbrodniarzy także nie dosięgła ręka sprawiedliwości. Stany Zjednoczone i Anglia, przygarnęły czule oficerów SS, osławionych zbrodniczymi wyczynami, wykorzystując ich doświadczenie wojskowe do własnych celów, m. in. budowy bomby atomowej. Dzisiaj bogate Niemcy są naszym dobrym sąsiadem i jakoś nie wypada przypominać im o popełnionych zbrodniach, bo mogłoby im być przykro....
W pamiętny dzień 1 sierpnia, oddajmy hołd cudownej warszawskiej młodzieży, która swoim życiem i śmiercią złożyła największą ofiarę w imię niepodległości Ojczyzny.
Hej, chłopcy bagnet na broń!
Słowa tej piosenki, ułożyła dziewczyna. Poetka Krystyna Krahelska, której postać posłużyła rzeźbiarce do stworzenia słynnego posągu Syrenki Warszawskiej. Krystyna, żołnierz AK, poległa w pierwszych dniach powstania.

niedziela, 27 lipca 2014

Przyganiał kocioł garnkowi.....



27.07.2014 r.

Wiadomości TVP poinformowały, że władze polskie zdecydowały się odwołać imprezy „Dzień Rosji w Polsce” i „Dzień Polski w Rosji”, na znak solidarności z Ukrainą i sprzeciwu wobec polityki prezydenta Putina. Znany aktor pan Olbrychski pochwalił tę decyzję, wygłaszając przed kamerami TVP kilka banałów. Widocznie, dawno już nie stał przed kamerą filmową. Tylko słynny reżyser filmowy pan Zanussi, wyraził swoje niezadowolenie z nieprzemyślanego, powiedzmy wprost, głupiego, postanowienia naszych szanownych władz kulturalnych!
Bo przecież Rosja, to nie prezydent Putin, ale miliony ludzi, absolutnie nie mających nic wspólnego z konfliktem ukraińskim. Zwykli obywatele nie mogą odpowiadać za czyny polityków i być z nimi utożsamiani. Jak można wprowadzać izolacjonizm dla ludzi kultury: muzyki, literatury, filmu, opery, wielkiej rosyjskiej sztuki. To przejaw dyskryminacji i wypadki na Ukrainie niczego tu nie zmieniają. Na przykład, nie wyobrażam sobie, żebym chciała by ktoś utożsamiał mnie z wypowiedziami pana Macierewicza, lub jego chlebodawcy! Czy też upodabniał mnie do premiera, lub panów polityków, podsłuchanych przy restauracyjnym stoliku. Za Chiny Ludowe, nigdy!!!
Zastanawiam się więc, dlaczego polskie władze stosują bojkot wobec całego społeczeństwa Rosji? Żeby przypodobać się Ameryce? Prezydent Obama bardzo ostro potępia prezydenta Putina, ponaglając Unię Europejską do nakładania coraz to ostrzejszych sankcji na Rosję, które przecież wcale nie dotkną prezydenta Rosji, bo on się jakoś wyżywi, tylko uderzą w zwykłych niewinnych ludzi. W nas również, pamiętajmy!!
To śmieszne, że rząd USA wyraża oburzenie na agresywne zachowanie Rosji. Ponieważ to Stany Zjednoczone nazywano żandarmem świata i to całkiem zasłużenie. Widać przysłowie „ przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli”, jest nadal bardzo aktualne. Pamiętam, że to prezydent USA Reagan cierpiał na Alzheimera, czyżby pan Obama również miewa kłopoty z pamięcią?
Reasumując, przyznam się, że czułam niesmak, widząc w telewizji prezydenta Polski, pana Komorowskiego, który konsultował się z panem Obamą w sprawie sankcji dla Rosji. „Konsultował się”, to typowy zwrot dyplomatyczny. W rzeczywistości posłusznie wysłuchał poleceń pana prezydenta Obamy i to wszystko! Jak w znanym wierszu: ”Pan każe, sługa musi” itp.....
Ostatnio noce są gwiaździste i lubię stawać na balkonie i patrzeć na Wielki Wóz widoczny nad moim domem. Dziś w nocy pomiędzy gwiazdami dostrzegłam mikroskopijny punkcik. Nie była to jednak gwiazda, lecz lecący na dużej wysokości samolot, chyba pasażerski, może z Wrocławia do Berlina. Obserwując samolot, zastanawiałam się. jak można zestrzelić pasażerski samolot lecący na wysokości 10 tysięcy metrów? Nie da się tego uczynić bez pomocy radaru, a powstańcy na Ukrainie radaru nie posiadają, bo to bardzo skomplikowane urządzenie. Nie można go zamontować na chybcika i rozmontować w try miga. W dzień, samolotu lecącego na tak dużej wysokości wcale nie widać.
Urządzenia radarowe posiadają tylko państwa. Na przekład Ukraina, która beztrosko zezwoliła na przelot samolotu pasażerskiego przez terytorium, gdzie toczą się walki. Coraz bardziej podejrzane wydają mi się ujawniane i rzekomo podsłuchane rozmowy separatystów, bo przy dzisiejszej technice można je łatwo zmanipulować. Ukraina jest nieprzewidywalna, widzimy sami, jak parlamentarzyści leją się po facjatach i okładają pięściami. Tylko patrzeć, a przyniosą z sobą siekiery!...Pamiętamy z doświadczenia naszych dziadów, że to ich ulubiona broń.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Wspomnienie o Magdalenie Samozwaniec.


14.07.2014 r.


Ostatnio staram się nie włączać telewizora, żeby się niepotrzebnie nie denerwować. Chamstwo i bezczelność naszych polityków, osiągnęły apogeum. Zamiast radzić nad losami państwa, które pod ich rządami ma się coraz gorzej, kłócą się, urągają sobie wzajemnie i policzkują. Mówiąc bardziej obrazowo, leją się po mordzie! Obrażony pan Boni, zamiast wzorem współczesnych dyplomatów, skopać panu Korwinowi-Mikke tyłek, żali się łzawo przed kamerami telewizji, że był spoliczkowany niewinnie i bez powodu.
Niekiedy bardzo żałuję, że nie żyję w czasach przedwojennych. O, bo wówczas pan Boni nie mógłby się publicznie żalić, tylko musiałby posłałby panu Korwinowi-Mikke kilku sekundantów, wyzywając go na pojedynek, według kodeksu honorowego, obowiązującego ludzi dobrze wychowanych. Potem obaj panowie wpakowaliby sobie po kuli i spokój. W ten sposób mielibyśmy o kilku posłów mniej.
Pan premier z panem prezesem identycznie załatwiliby swoje spory. Potem odbyłby się uroczysty pogrzeb, biskup miałby okazję do wygłoszenia żałobnej mowy oraz zarobienia paru groszy i fertig! Naród pozbyłby się kilku krzykaczy i nareszcie byłby w Polsce porządek, bo panowie politycy baliby się wyzwania na pojedynek. Na nieszczęście, żyjemy w świecie współczesnym, gdzie polityków nie obowiązuje już kodeks honorowy, bo honoru nie mają, i bezkarnie pozwalają lać się po morduchnach i obrzucać błotem.
Nawet ludzie należący bez wątpienia do rdzennej inteligencji, jak pan Bartłomiej Sienkiewicz, (imię odziedziczył widocznie po znanej noweli pradziada: ”Bartek Zwycięzca”) zachowują się w sposób, nie licujący z dobrym wychowaniem i poczuciem przyzwoitości. Po takim skandalu, jaki został ujawniony, powinien natychmiast podać się do dymisji. Tak uczyniłby polityk z krajów zachodnich, bo wyborcy nie daliby mu odetchnąć. Ale naszych panów polityków z bożej łaski, trzeba chyba siekierą odrąbywać ze stołka, bo sami się nie ruszą!
Aby uciec od tego obrzydliwego świata, wracam czasem w myślach do chwil bardzo przyjemnych. Pan Paweł Śliwko przypomniał mi, jak dawny Bolesławiec dbał o kulturę, oświatę i swój wizerunek miasta. Postanowiłam więc przenieść się myślami do czasów, gdy byłam beztroską młodą kobietą.
Cofam się pamięcią o wiele lat.
Był marzec, lub początek kwietnia 1967 roku. Bolesławiec był wówczas miastem dbałym o kulturę. Między innymi Zakłady Górnictwa Miedziowego " Konrad" (zaczątek KGHM) posiadały dużą i prężną bibliotekę, oraz klub Inżynierów i Techników"NOT", gdzie odbywały się spotkania autorskie i świetne dansingi. Trzeba uczciwie przyznać, że nieboszczka PRL nie żałowała kasy na kulturę. Na deskach miejskiego starego teatru, widziałam takie sławy aktorskie, jak Zelwerowicza w "Grzechu" Żeromskiego, Kurnakowicza w sztuce Czechowa, Brodzisza i Bogdę, w jakiejś komedii, a nawet samą przeuroczą panią Ćwiklińską w popisowej roli babci. W NOT-cie mieliśmy zaszczyt słuchać poezji Baczyńskiego, Norwida, Mickiewicza i Słowackiego, deklamowanej przez młodziutkiego, i już znakomitego Krzysztofa Kolbergera.
W 1967 roku, bibliotece ZG „Konrad,” udało się zaprosić na spotkanie autorskie słynną pisarkę i satyryczkę, panią Magdalenę Samozwaniec. Była znaną ona autorką pastiszu na "Trędowatą" pt." Na ustach grzechu", a także, między innymi, powieści biograficznej „Maria i Magdalena". Ponieważ zaliczałam się do jej żarliwych czytelniczek, postanowiłam pójść na to spotkanie. Miałam wówczas.... ech, łza się w oku kręci, 27 lat i uwielbiałam zabawy oraz flirty.
Nigdy nie odmawiałam sobie tych przyjemności, i w owym czasie flirtowałam z czterema oficerami na raz! Była to zupełnie niewinna kokieteria oraz całkowicie platoniczny flirt, gdyż po pierwsze, byłam zakochana w narzeczonym, naturalnie również wojskowym, gdyż mój Ojciec, przedwojenny oficer o bardzo konserwatywnych poglądach, nigdy nie wybaczyłby mi zakochania się w cywilu. Po drugie, flirt był platoniczny, ponieważ czterej panowie zazdrośnie pilnowali się wzajemnie i wszędzie chodziliśmy razem. Ich czworo i ja jedna! Na spotkanie autorskie poszliśmy również w piątkę. Mieliśmy zamiar zostać potem na dansingu, więc miałam na sobie oryginalną i piękną suknię z czarnego kaszmiru, ręcznie haftowaną białym jedwabiem w orientalne wzory. Suknię przysłała mi przyjaciółka mieszkająca w Indii i wszyscy się nią zachwycali.
Przyszliśmy do NOT-u nieco wcześniej, bo znajoma bibliotekarka pani Cecylia poprosiła mnie, żebym w imieniu bolesławieckich czytelników powitała dostojnego gościa.(Zawsze miałam przechlapane!) W sali było już mnóstwo ludzi, więc usiedliśmy przy moim ulubionym stoliku i zamówiliśmy kawę. Pani Celinka podeszła do mnie z lekką paniką w oczach.
- Pani Elu, co pani powie? Jakby nie było, to taka znana osoba....
- Powiem, że cieszymy się z jej obecności. - odrzekłam zgodnie z prawdą i uspokoiłam panią Celinkę zapewnieniem, że rzadko zapominam języka w gębie.
Nareszcie przyjechali!
Do sali weszła niemłoda dama, ubrana z prawdziwie artystyczną niedbałością, w długą szatę w jaskrawe wzory i powiewne szale przetykane cekinami, spowijające ją od stóp do głów. W tym iście teatralnym stroju, z mocnym makijażem i mnóstwem biżuterii, wyglądała doprawdy zjawiskowo. Oczy zebranych śledziły z przejęciem każdy jej ruch, gdy lekko i z gracją, pomimo wieku, szła przez salę. Podążający za nią małżonek, raczej nie zwracał niczyjej uwagi, bo ogólne zainteresowanie skupiało się na pani Magdalenie.
Doskonale pamiętam swobodę, z jaką się zachowywała, świadczącą o ogromnym wyrobieniu towarzyskim i niebywałej elokwencji. Ale była to przecież wielka dama, córka Wojciecha Kossaka, artysty i erudyty, siostra słynnej poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, żona przedwojennego dyplomaty. Osoba znana od lat przedwojennych z błyskotliwej inteligencji oraz zjadliwej ironii, z jaką wykpiwała wszystko, co dało się wyśmiać, burząc narodowe mity wyższych sfer, trącące nieco myszką. Na moje powitanie, odpowiedziała bardzo uprzejmie i zaczęła opowiadać o sobie, oraz swojej znakomitej rodzinie. Towarzyszący mi panowie, wpatrywali się w nią, jak przysłowiowe „cielę w malowane wrota". W końcu mój sąsiad Henio, nie wytrzymał, tracił mnie i spytał szeptem:
- O rany, Ela, dlaczego ta pani obwiesiła się tymi świecidełkami jak cygańska kobyła?
Zmiażdżyłam go wzrokiem.
- Bo to jest dama z mondu. - wyjaśniłam krótko.
- Z czego?- szeroko otwarł oczy.
- Z cyganerii, ignorancie!
- Nie wiedziałem, że to Cyganka. - oznajmił zdumiony.
Nie wytrzymałam i złośliwie kopnęłam go pod stołem boleśnie w kostkę. Syknął i zerknął na mnie z miną cierpiętnika.
- Nie Cyganka, tylko pisarka pochodząca z artystycznej rodziny, rozumiesz? - wyjaśniłam gniewnie.
- Zamknij się, Heniek! - uciszył go kolega. - Ale z ciebie osioł!
Zrobiło mi się przykro. W owym czasie niektórzy oficerowie, znakomicie wyszkoleni technicznie, pod względem oczytania i intelektu pozostawali kilka lat za Murzynami. Nie była to ich wina, lecz wykształcenia jakie wówczas otrzymywali, bardzo różniącego się od wyrobienia towarzyskiego przedwojennych oficeró3w.
Pani Magdalena opowiadała ze swadą o swoich przygodach w licznych podróżach zagranicznych, między innymi na Cóte d'Azur, (Lazurowe Wybrzeże) gdzie była z siostrą Marią. Wykpiwała ówczesne obyczaje i hipokryzję dam z high life. Jej dowcip podobny był do błysku szabli: ostry, lśniący i okrutnie cięty! Za nic nie chciałabym stać się obiektem jej żartów.
Spotkanie było długie, bo Pani Magdalena odpowiadała na liczne pytania czytelników i podpisywała swoje książki. Bardzo żałowałam, gdyż śpiesząc się, przez zapomnienie pozostawiłam w domu powieść " Maria i Magdalena".
Pani Madzia miała typowo babskie oczko i zaraz zwróciła uwagę na moją suknię. Po zakończeniu spotkania, ale jeszcze przed kolacją, poprosiła panią Cecylię, żeby mnie przedstawiła. Bardzo mi to pochlebiło, bo nie spodziewałam się zaszczytu rozmowy z taką znakomitością. Pani Madzia zaprosiła mnie do swego stolika i zapytała, gdzie kupiłam taką śliczną suknię? Odparłam, że dostałam ją z Indii i zaraz zaczęłyśmy dyskutować o modnych trendach w damskiej modzie. Na pytanie pisarki czym się zajmuję, odpowiedziałam z goryczą, że pracuję w zakładzie przemysłowym w księgowości, której nienawidziłam. Zabrakło mi punktów żeby dostać się na studia, bo nie zdołałam przypomnieć sobie w rodzinie żadnego chłopo-robotnika. Co gorsza, dziadkowie mieli w dowodach osobistych "BZ” - byli ziemianie - a ojciec matki był przed wojną oficerem policji! Pani Madzia była ciekawa, z kim moja rodzina jest spokrewniona. Zaczęłam wymieniać koligacje, aż doszłam do Pułaskich. Pani Madzia klasnęła w dłonie.
- To jesteśmy spokrewnione! - zawołała ze śmiechem.- Przecież Mieczysław Pułaski ożenił się z Cecylią Gałczyńską.
Opowiedziałam jej, że mój pradziad po kądzieli, Józef Leon Nałęcz- Bączkowski, po matce, był wnukiem owego hrabiego Kazimierza Kozłowskiego, ukochanego przyjaciela Kazimierza Pułaskiego, bohatera Stanów Zjednoczonych, a także jego jedynym sukcesorem!
Babcia Jadwiga z Nałęcz- Bączkowskich Kramerowa, mówiła mi o jakimś adwokacie, który zgłosił się do niej przed samą II wojną światową z propozycją, aby wystąpiła wraz z innymi spadkobiercami, do rządu USA, o zwrot ogromnego, zaległego spadku po Kazimierzu Puławskim. Włożyłam tę wiadomość między bajki i dopiero całkiem niedawno, z internetu, dowiedziałam się o tym spadku, który podobno liczy sobie setki milionów dolarów. (ale to już dygresja).
Rozgadałyśmy się o rodzinnych związkach i po kolacji, zaproszone przez moich szarmanckich kolegów, przeszłyśmy do baru. Oficerowie zachwyceni byli dowcipem i kobiecym urokiem pani Madzi. Oj, potrafiła kokietować! Siedząc na wysokich barowych stołkach, raczyłyśmy się węgorzem, popijając go wcale niezłym szampanem, naturalnie fundowanym przez moich kolegów. Śmialiśmy się do łez z opowiadanych przez panią Madzię słonych kawałów. Po węgorzach przyszła kolej na szaszłyki z czystą ojczystą. Pani Madzia za kołnierz nie wylewała, a głowę miała mocną jak młody ułan. Moim kolegom zaczęły się plątać języki i lekko chwiali się na barowych stołkach. Po chwili przesiedli się do stolika, zabierając z sobą męża pani Madzi. My, siedząc jak kury na grzędzie, na wysokich stołkach barowych, gadałyśmy przez kilka godzin .Wspomniałam mimochodem o przeczytanych ostatnio książkach pani Zofii Kossak-Szczuckiej, chwaląc jej znajomość historii. Pani Madzia tylko prychnęła pogardliwie.
- Ach, ta Zosia, zawsze była taka egzaltowana i sentymentalna! - oświadczyła kwaśno.
Domyśliłam się, że między obu paniami, tak blisko spokrewnionymi, panują raczej chłodne stosunki. Pod koniec wieczoru, pisarka opowiedziała mi o smutnej śmierci swej genialnej siostry Marii, w mglistej Anglii i jej ogromnej tęsknocie do kraju, którego już nie zobaczyła. Odniosłam wtedy wrażenie, że pani Magdalena cierpi jakby na kompleks niższości wobec swojej utalentowanej siostry. Nie żeby zazdrościła jej ogromnego talentu, ale zdawała się sobie mniej ważna, czy też mniej zasłużona od wielkiej poetki. Ja byłam przekonana, że jest to kompletnie błędne mniemanie. Po prostu każda z nich robiła to, co umiała najlepiej, i robiła to wspaniale.
Pani Madzia dała mi swój adres i telefon, prosząc abym do niej napisała. Przy pożegnaniu spytała, czy nie mam chęci spisania wspomnień o mojej rodzinie, ale wówczas nawet jeszcze o tym nie myślałam. Pożegnałyśmy się serdecznie, a pani Magdalena czule mnie ucałowała.
Potem tak jakoś wyszło, że wysłałam jej tylko życzenia imieninowe. Wkrótce spotkała mnie osobista wielka tragedia. W jednej chwili stałam się innym człowiekiem, i nic już dla mnie nie miało znaczenia. Od tych chwil minęło wiele lat i jestem już seniorką, ale często wracam wspomnieniami do tych czasów i osób, które wtedy spotkałam na swojej drodze życiowej.

niedziela, 6 lipca 2014

O psiej miłości.


7.07.2014 r.

Moja opowieść o Dziadku Michale i jego wiernym koniu, dotyczyła Ojca mojej Mamy. Teraz opowiem historię o pradziadku Władysławie( Laŝzlo), Dziadku mego Ojca.
W okresie wojny, moją sypialnią był maleńki salonik położony od strony ogrodu. Zajmowałam go z kuzyneczką Danusią, bo dom pękał po prostu w szwach, tyle krewnych i nie krewnych, napchało do nas w 1944 roku, uciekając z kresów przed postępującą Armią Czerwoną.
Często leżąc już w łóżeczku, przypatrywałam się wiszącym licznie na ścianie portretom i zdjęciom familijnym. Jedno szczególnie mnie zainteresowało, bo często widziałam jak Dziadzio Tadeusz zatrzymuje się przed nim i wpatruje się w duże, portretowe zdjęcie swego Ojca Władysława.
Pradziad Władysław siedział na zdjęciu w wielkim wolterowskim fotelu, trzymając obie złożone dłonie na kolanach. Obok fotela przysiadł jego pies i położył głowę na kolanach pana, patrząc na niego wzrokiem pełnym nieopisanej psiej miłości. Pies nazywał się Grot i był przepięknym okazem setera irlandzkiego. Pradziad przywiózł malutkie szczenię z podróży do Wielkiej Brytanii i sam go wychował. W czasie przedpowstaniowym, pradziad należał jeszcze do ludzi bardzo zamożnych, i jak w każdym dużym dworze na kresach wschodnich, psów było mnóstwo w psiarni, doglądanych przez psiarczyków, Były tam ogary polskie i charty. Lecz najukochańszym psem pradziada był właśnie Grot, nazwany tak dlatego, że był szybki jak grot wypuszczony z łuku. Setery są psami myśliwskimi i Grot uczestniczył w każdym polowaniu pradziadka, posłusznie aportując mu zestrzelone kaczki i dropie, oraz wystawiając w lesie grubszą zwierzynę.
Pan i pies nie rozstawali się ani na chwilę. Wieczorem Grot spał na dywanie obok łóżka pradziada, w dzień towarzyszył mu w konnym przejażdżkach po stepie, albo leżał pod wielkim biurkiem, czekając aż pan skończy pracować i wyjdzie na spacer. Grot nie był psem towarzyskim. Mało który z domowników cieszył się jego sympatią. Później, na starość, odrobiną przyjaźni zaszczycał mego Dziadka Tadeusza i raczył się z nim nawet bawić. Prababki Ewy zdecydowanie nie lubił, bo zimna i wyniosła baronówna austriacka, patrzyła na niego nieufnie podejrzewając, że pies ma pchły! Często kłóciła się z pradziadkiem Władysławem o to, aby Grota z sypialni wyeksmitował. Pradziad pretensje żony przyjmował z oburzeniem, zapewniając ją, że Grot pcheł nie ma, i będzie spał w sypialni. Koniec dyskusji!
Kiedy w Królestwie Polskim, czyli Kongresówce, wybuchło Powstanie Styczniowe 23 stycznia 1863 roku, pradziad Władysław zdecydował się wziąć w nim udział. Ale prababka Ewa urządziła mu okropną scenę, płacząc, krzycząc i mdlejąc, aż w końcu machnął ręką i wyjazd odłożył. Wtedy jeszcze mego Dziadzia Tadeusza nie było na świecie. Żyli już dwaj jego starsi bracia - Józef, późniejszy oficer austriacki i Kazimierz, który zamieszkał w Anglii i stał się Brytyjczykiem z wyboru.
Pradziad poczekał do kwietnia, a kiedy na ziemiach kresowych, zaczęto coraz częściej wymieniać nazwisko pułkownika Dionizego Czachowskiego, podziwiając jego sukcesy militarne, pradziad nie namyślał się długo. Spakował manatki, kazał osiodłać sobie dobrego konia i pożegnał się z żona i dziećmi. Tym razem prababka Ewa znalazła się właściwie. Nie robiła scen, tylko zawiesiła mężowi na wstążeczce srebrny medalik z Częstochowską, zakreśliła krzyż na czole i kazała pobłogosławić dzieci na wypadek, gdyby mąż już z powstania nie wrócił. Problem wyniknął, co zrobić z Grotem?
Na wszelki wypadek pradziad osobiście przywiązał go grubym rzemieniem w psiarni, obawiając się wziąć tak cenne zwierzę do walki partyzanckiej. Ale nie wyszedł jeszcze dobrze z psiarni, gdy Grot kilkoma kłapnięciami szczęk przeciął rzemień jak nożem, i pobiegł za swoim panem. Potem zamknięto go na stryszku, lecz pies tak strasznie wył, że pradziad w obawie, że pupil może zachorować, lub skoczyć przez okno i zabić się, postanowił wziąć go z sobą! Grot szalał z radości, obszczekując wierzchowca, na którym jechał pradziad.
Obaj zniknęli na ponad półtora roku i ślad po nich zaginął. Raz tylko prababka Ewa, otrzymała od męża kartę pocztową z kilkoma banalnymi frazesami. Datowana była na grudzień 1863 roku. I to było właśnie ważne, że do tego czasu pradziad żył. Do domu wrócił już po upadku powstania w lecie 1864 roku, zbiedzony, zagłodzony i ranny w bok. Zanim prababka zdołała go powitać, zjawili się austriaccy policjanci i aresztowali pradziada, osadzając go w Zamku Lubomirskich w Rzeszowie. Siedział sam w malutkiej celi i przez zakratowane okienko spoglądał na aleję kasztanową, którą przeszło sto lat później chodziła jego prawnuczka, czyli ja!
Władze austriackie za przykładem Rosji, zaczęły stosować coraz bardziej brutalne metody wobec byłych powstańców. Dawały im do wyboru: albo deportacja do Rosji i szubienica lub Sybir, albo podróż do Meksyku, jako mięso armatnie armii austriackiej arcyksięcia Maksymiliana, walczącego z Juarezem, legalnym prezydentem Meksyku. Prababka pochodziła ze starej i skoligaconej rodziny austriackiej, więc zwróciła się listem do samego cesarza Franciszka Józefa I, błagając monarchę o ułaskawienie męża. Władca w drodze łaski, kazał pradziada wypuścić z więzienia, rozkazując złożyć mu przysięgę, że więcej nie będzie się mieszał do polskich awantur politycznych.
Pradziad Władysław złożenia przysięgi odmówił, ale i tak został wypuszczony i wrócił do domu na kresy. Tam okazało się, że domu już nie ma, bo władze austriackie skonfiskowały mu całe dobra na rzecz skarbu państwa! Został dosłownie w jednej koszuli, z żoną i dwojgiem dzieci, a trzecie ( mój Dziadek Tadeusz) było w drodze. Aha, naturalnie był jeszcze Grot! Pies odbył ze swoim panem całą gehennę powstaniową, nigdy się z nim nie rozstając. Kiedy było głodno, a często tak bywało, Grot polował i zawsze coś przynosił swemu panu. To zająca, to jakiegoś ptaka lub lisa. Raz nawet stoczył ciężką, ale zwycięską walkę z młodym jeleniem. Pradziad służył w kawalerii pułkownika Dionizego Czachowskiego i kiedy pędził na koniu do ataku, pies biegł przy jego wierzchowcu, strasząc szczekaniem kozackie i dragońskie konie, a nawet gryzł je po nogach! Był ranny, a pradziad wyniósł go na własnych rękach z bitwy.
Kiedy pradziad przebywał w więzieniu, Grot leżał pod bramą i nie pozwolił się nikomu ruszyć. Rzucał się na wartowników i skakał im do gardła. Przepędzany wracał uparcie. Jego wierna miłość w końcu wzruszyła serca żołnierzy i pies dostawał od nich wodę do picia oraz jakieś ochłapy do jedzenia. Strasznie wychudł, lecz doczekał uwolnienia swego pana. Kiedy pradziad wyszedł z bramy Zamku, Grot skoczył mu na piersi, skomląc, niemal płacząc z radości. Odtąd znowu byli nierozłączni. Pradziad nie wrócił na kresy, ale tułał się po wsiach i miasteczkach Podkarpacia, nauczając w szkołach wiejskich. Po kilku latach otrzymał posadę profesora łaciny i greki w gimnazjum w Jaśle. Grot towarzyszył mu nawet na lekcjach, ku wielkiej uciesze uczniów.
Pod koniec XIX wieku, nastąpiło zatarcie kary pradziada i Austriacy zezwolili mu na powrót w rodzinne strony na kresy. Wprawdzie już nie do skonfiskowanego majątku, ale do dwóch niewielkich folwarków, stanowiących cząstkę posagową babki pradziada Władysława, pochodzącej z książąt Woronieckich. W tym niewielkim mająteczku spędził pradziad Władysław ostatnie dni swego pracowitego życia.
Pewnego dnia, latem, pradziad wróciwszy z konnej przejażdżki na pola, poczuł się bardzo senny. Położył się w swoim gabinecie na kanapie i powiedział do prababki Ewy:
-Wiesz co, Ewuniu, mam wielką ochotę na smażone młode ziemniaczki z kwaśnym mlekiem
Prababka wyszła do kuchni wydać dyspozycje, a kiedy powróciła do pokoju, pradziad już spał. Przy kanapie leżał na dywaniku Grot i powitał prababkę krótkim warknięciem ostrzegając, że pan śpi i nie należy mu przeszkadzać. Prababka wyszła, bo pies miał niemiły zwyczaj skracać zębami jej suknie. Po jakimś czasie z pokoju usłyszano głośny pisk, a potem rozpaczliwe wycie Grota. Kiedy domownicy wpadli do pokoju, zobaczyli, że pies wspina się na kanapę i liżąc pradziadka po rękach, próbuje go ocucić, ale było już za późno. Pradziad Władysław nie żył, umarł na atak serca, choć nigdy w życiu na serce nie chorował. Grot leżał przy katafalku i nie ruszał się z miejsca, nie jedząc i nie pijąc. Po pogrzebie pradziadka zniknął. Szukano go wszędzie, płacono nawet za wiadomość o psie, ale nikt nic nie wiedział. Kilka dni po pogrzebie, Dziadek Tadeusz wybrał się na cmentarz, odwiedzić grób Ojca, i ku wielkiemu zdumieniu, ujrzał na płycie grobowca leżącego Grota.
Pies nie żył już od kilku dni, prawdopodobnie pękło mu serce. Był już staruszkiem, przeżył przeszło dwadzieścia lat, ale jego samotna śmierć na grobie pana, zrobiła na wszystkich domownikach i mieszkańcach wsi, wstrząsające wrażenie. Potem powstały nawet legendy o jadącym nocą na koniu dziedzicu, a przy boku konia biegł wierny pies.
Pradziad nie dożył wolnej Polski i tych zaszczytów, jakie Marszałek Piłsudski przygotował dla weteranów powstania. Nie dostał medalu za udział w powstaniu, a jego szara powstańcza kurtka, zaginęła w 1939 roku, kiedy Dziadkowie musieli uciekać przed wywózką, pozostawiając dwór na stracenie. Nie pozostało po nim śladu, jak również po cmentarzu, na którym spoczął snem wiecznym pradziad Władysław i jego pies, pochowany przy grobie pana.
Zdjęcie pradziadka Władysława i jego psa, zostało zniszczone w czasie aresztowania siostry Ojca, cioci Stanisławy. Ubowcy zdjęli zdjęcie ze ściany, rozbili szkło, a samą fotografię podarli i podeptali nogami.

środa, 2 lipca 2014

Wspomnienie o Dziadku Michale.




Lubiłam patrzyć na pewną dawną fotografię Dziadka. Ubrany w paradny mundur oficera pruskiego, w srebrzystej pikielhaubie1 na głowie, siedzi swobodnie na pięknym karym ogierze. Będąc mieszkańcem Wielkiego Księstwa Poznańskiego, Dziadek naturalnie musiał służyć w armii pruskiej, bo polskiej przecież jeszcze nie było.
Hełm niemiecki - pikielhauba
To chyba po Dziadku Michale i moich węgierskich przodkach, tak bardzo kocham konie. Będąc pięcioletnim chłopcem, Dziadek na widok jadącego szwadronu kawalerii, wybiegł z domu i gonił oddział przez pięć kilometrów, żeby tylko patrzeć na konie! Rodzice z trudem go odszukali, pradziad sprawił synkowi lanie, lecz nie zdołał wybić mu z głowy miłości do koni. Po wybuchu wojny, Dziadek służył w konnej kompanii łączności i wyszedł z Poznania ze swą jednostką z Cytadeli, skąd w wiele lat później wyruszał do walki w 1920 roku i w 1939 roku, razem z synami i zięciem.
Walczył gdzieś na granicy Lotaryngii i Francji, a potem już w miarę posuwania się wojsk niemieckich w samej Francji. Niestety, nie zapamiętałam nazw miejscowości, lecz wiem, że toczyły się tam bardzo ciężkie boje. Zadaniem Dziadka i jego oddziału, było zapewnienie łączności swemu pułkowi. Pewnego dnia, walki były tak zacięte, że łączność została kilkakrotnie przerwana. Oddział dowodzony przez Dziadka musiał ciągnąć druty wprost pod ogniem nieprzyjaciela. Kilku żołnierzy poległo, paru było rannych. Wszyscy byli Polakami. Kiedy zapadła noc, oddział schronił się do stodoły, w jakimś francuskim gospodarstwie wiejskim. Żołnierze byli tak ogromnie przemęczeni, że nawet nie jedząc, walili się na siano i zasypiali. Dziadek leżał obok nich, mając pod głową żywą poduszkę, swego ukochanego Helda ( Bohatera). Koń był tak przywiązany do swojego pana, że wieczorem kładł się, chociaż konie śpią na stojąco, a Dziadek opierał mu głowę na szyi. Tej nocy koń był niespokojny, wiercił się i próbował wstać, ale Dziadek kazał mu leżeć i sam prędko zasnął.
Nikt nie słyszał, jak ze strony nieprzyjaciela padł strzał pociskiem zapalającym, który przebił dachówki i spadł na suche siano. Wystarczyła jedna chwila, a cała stodoła stanęła w ogniu! A ludzie dalej spali jak zabici, nie wiedząc, że nad nimi już płonie dach i lada chwila runie. Nagle Held porwał się na nogi, rżąc przeraźliwie i trącając Dziadka kopytem. Zaczął się miotać po stodole, budząc śpiących żołnierzy. Otworzywszy oczy, Dziadek ujrzał dokoła siebie płomienie, paliły się już krokwie dachu i lada chwila mogły spaść, grzebiąc ich pod sobą.
Wyskoczyli z tej stodoły dosłownie w ostatniej chwili, bo ogień trafiwszy na suchą słomę i siano, przenosił się z miejsca na miejsce z błyskawiczną szybkością. Dziadek zawsze powtarzał, że dzięki swemu wierzchowcowi przeżył wojnę, gdyż ogier wynosił go całego z największej strzelaniny. Dziadek nie rozstał się z nim nawet po wojnie. Kupił go od wojska i trzymał w wynajętej stajni, jeżdżąc na nim codziennie. Babcia konia nie lubiła, bo Held zazdrosny o Dziadka, kilka razy próbował ją ugryźć, a nawet kopnąć!
Ze wspomnień wojennych Dziadka Michała, zapamiętałam opowiadaną mi historię o pewnej wigilii Bożego Narodzenia. Leżeli wtedy w okopach, był mróz i żołnierze marzli. Nie było co jeść, bo aprowizacja nawaliła. Żołnierze grzali sobie kawę lub herbatę w ziemiankach i przypiekali suchary nabite na bagnety nad płomieniem lamp naftowych. Kiedy zapadł wieczór, żołnierze w ziemiankach i w okopach trzęśli się z zimna i marzyli o domu. W sąsiednich okopach siedzieli Francuzi i Anglicy. Niespodziewanie, ktoś zaczął głośno śpiewać kolędę: „Cicha noc”. Po jakimś czasie, z okopów francuskich rozległy się śpiewy, przyłączając się do Niemców. Potem odezwali się Anglicy! Po krótkiej chwili, okopy po obu stronach rozbrzmiewały pieśniami, a żołnierze zaczęli wychodzić z okopów i podchodzić do siebie, składając sobie wzajemnie życzenia i dzieląc się żywnością. Najbardziej wzruszające były chwile, kiedy ze strony francuskiej i niemieckiej, wychodzili Polacy i witali się z sobą, płacząc i modląc się wspólnie. Takie wzajemne zbratanie trwało do rana. Kiedy zajaśniał świt, braterstwo się skończyło i po obu stronach byli już wrogowie. Ryknęły działa i zaterkotały karabiny maszynowe, na przedpolach leżały ciała poległych, rozlegały się jęki rannych.
Takie to były czasy, gdy Polacy musieli walczyć po trzech stronach armii zaborców.
Dziadek na szczęście nie odniósł żadnej poważnej rany, ale wrócił z wojny kompletnie zmieniony. Był jednym kłębkiem nerwów, często wybuchał gniewem, a wtedy klął po francusku. Podobno bardzo podobała mu się Francja, ale Babcia Jadwiga utyskiwała po cichu, że nie tyle Francja, co Francuzki! Cóż, wojna ma różne oblicza.
1Hełm skórzany, okuty blachą, ze szpicem. Noszony w armii pruskiej od połowy XIX w, do końca I wojny światowej.

wtorek, 1 lipca 2014

Nie zapominajmy, bo historia lubi się powtarzać.


28.07.2014 r.
28 czerwca 1914 roku. Do Sarajewa, stolicy Bośni i Hercegowiny, przybyła wielkoksiążęca para. Następca tronu Austro-Węgier, arcyksiążę Franciszek Ferdynand oraz jego morganatyczna małżonka Zofia, z domu hrabianka Chotek. Na ich przyjazd oczekiwało już kilku młodych zapaleńców z tajnej organizacji bośniackiej:”Młoda Bośnia”. Uzbrojeni byli w pistolety browningi, bombę oraz granaty i ampułki z trucizną dla siebie. Na wszelki wypadek. Nazywali się Gawrilo Princip, uczeń gimnazjum, Trifko Grabeż, również uczeń gimnazjum i czeladnik drukarski Nedeljko ĆabrInović.
Arcyksiążę przybywał na wojskowe manewry i przy sposobności złożył wizytę w Sarajewie. Austriacy wiedzieli, jaką nienawiść żywili Bośniacy do austriackiego następcy tronu, ale choć można było spodziewać się zamachu, gubernator Sarajewa generał Oskar Potiorek nie postarał się o odpowiednią ochronę dostojnego gościa. Zapewniał, że bierze całkowitą odpowiedzialność za bezpieczeństwo arcyksięcia i jogo małżonki. Prawda była szokująca, gubernator był psychicznie chory! Nikt o tym nie wiedział, a jego decyzje nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.
Zamachy były dwa. Jeden nieudany. Kiedy otwarty samochód wiozący arcyksiążęcą parę wjechał w ulicę prowadząca do ratusza, Ćabrinović rzucił bombę. Nastąpił wybuch, lecz dosyć daleko od samochodu, raniąc oficera eskorty. Zamachowiec próbował odebrać sobie życie, lecz trucizna nie podziałała, a kiedy skoczył z mostu do rzeki, prędko go wyłowiono i skuto kajdankami.
Princip słysząc wybuch uznał, że zamach się udał i poszedł do pobliskiej kawiarni. Tymczasem arcyksiążę postanowił odwiedzić w szpitalu rannego oficera. Jego kierowca zmylił drogę i wjechał w inną ulicę, gdzie w kawiarni Princip oczekiwał swoich kolegów. Ujrzawszy nadjeżdżający samochód, wybiegł z kawiarni i strzelił dwukrotnie. Pierwsza kula trafiła arcyksięcia, rozrywając mu tętnicę szyjną. Druga, raniła śmiertelnie Zofię, która upadła na kolana męża. Ciężko ranny arcyksiążę, próbując ręką zatamować krwotok, tulił żonę i krzyczał:
- Sofrel! Sofrel! Nie umieraj! Musisz żyć dla naszych dzieci!!
Po kilku minutach para książęca nie żyła. Principa i innych ujęto, skazując na 20 lat więzienia, bo zamachowcy byli niepełnoletni. Ale wolności nie doczekali. Zakatowano ich w więzieniu.
To jeszcze nie było przyczyną wybuchy I wojny światowej. 23 czerwca poseł austriacki wręczył przedstawicielowi rządu serbskiego notę, zawierającą dziesięć żądań, zlikwidowania w Serbii ognisk działań antyaustriackich. Odpowiedź rządu serbskiego nie usatysfakcjonowała posła. 28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii. I wtedy właśnie runęła lawina!
Car Rosji Mikołaj II stanął w obronie Serbii i wydał rozkaz częściowej mobilizacji. Jego decyzja zaniepokoiła Niemców, którzy będąc w sojuszu z Austrią, ostrzegli Rosję, iż w odwecie Niemcy również ogłoszą mobilizację! Car nie zamierzał słuchać niczyich rad i 30 lipca ogłosił powszechną mobilizację! Wobec tego Niemcy 1 sierpnia wypowiedziały wojnę Rosji! Ale Rosja związana była sojuszem z Francją, która z kolei zaczęła przygotowania do wojny.
Wielka Brytania zamierzała trzymać się z dala od kryzysu na kontynencie, lecz gdy wojska niemieckie weszły na ziemie księstwa Luksemburga i zmierzały ku Belgii, Anglia obawiając się, że wkrótce Niemcy staną nad kanałem La Manche, uznały, że muszą działać. $ sierpnia Niemcy znalazły się w stanie wojny z Wielką Brytanią. Do wojny przystąpiła Turcja, po stronie Niemiec, a potem już kolejno państwo po państwie wypowiadały sobie wojnę. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny najpóźniej, bo dopiero 6 kwietnia 1917 roku. Zabójstwo pary arcyksiążęcej, zmobilizowało milionowe armie. Europa stanęła zbrojnie przeciwko sobie.
Od 1914 roku, walczące z sobą państwa zmobilizowały 67.438.810 żołnierzy Zginęło 5152.115 Zaginęło 4.121.090. Rannych 12.831.004. Pierwsza wojna światowa pochłonęła aż 50 milionów ofiar cywilnych,zabitych, zmarłych z głodu i skutek epidemii „grypy hiszpańskiej”, będących bezpośrednim następstwem wojny! O wojennych losach mojej rodziny, napiszę innym razem.