niedziela, 6 lipca 2014

O psiej miłości.


7.07.2014 r.

Moja opowieść o Dziadku Michale i jego wiernym koniu, dotyczyła Ojca mojej Mamy. Teraz opowiem historię o pradziadku Władysławie( Laŝzlo), Dziadku mego Ojca.
W okresie wojny, moją sypialnią był maleńki salonik położony od strony ogrodu. Zajmowałam go z kuzyneczką Danusią, bo dom pękał po prostu w szwach, tyle krewnych i nie krewnych, napchało do nas w 1944 roku, uciekając z kresów przed postępującą Armią Czerwoną.
Często leżąc już w łóżeczku, przypatrywałam się wiszącym licznie na ścianie portretom i zdjęciom familijnym. Jedno szczególnie mnie zainteresowało, bo często widziałam jak Dziadzio Tadeusz zatrzymuje się przed nim i wpatruje się w duże, portretowe zdjęcie swego Ojca Władysława.
Pradziad Władysław siedział na zdjęciu w wielkim wolterowskim fotelu, trzymając obie złożone dłonie na kolanach. Obok fotela przysiadł jego pies i położył głowę na kolanach pana, patrząc na niego wzrokiem pełnym nieopisanej psiej miłości. Pies nazywał się Grot i był przepięknym okazem setera irlandzkiego. Pradziad przywiózł malutkie szczenię z podróży do Wielkiej Brytanii i sam go wychował. W czasie przedpowstaniowym, pradziad należał jeszcze do ludzi bardzo zamożnych, i jak w każdym dużym dworze na kresach wschodnich, psów było mnóstwo w psiarni, doglądanych przez psiarczyków, Były tam ogary polskie i charty. Lecz najukochańszym psem pradziada był właśnie Grot, nazwany tak dlatego, że był szybki jak grot wypuszczony z łuku. Setery są psami myśliwskimi i Grot uczestniczył w każdym polowaniu pradziadka, posłusznie aportując mu zestrzelone kaczki i dropie, oraz wystawiając w lesie grubszą zwierzynę.
Pan i pies nie rozstawali się ani na chwilę. Wieczorem Grot spał na dywanie obok łóżka pradziada, w dzień towarzyszył mu w konnym przejażdżkach po stepie, albo leżał pod wielkim biurkiem, czekając aż pan skończy pracować i wyjdzie na spacer. Grot nie był psem towarzyskim. Mało który z domowników cieszył się jego sympatią. Później, na starość, odrobiną przyjaźni zaszczycał mego Dziadka Tadeusza i raczył się z nim nawet bawić. Prababki Ewy zdecydowanie nie lubił, bo zimna i wyniosła baronówna austriacka, patrzyła na niego nieufnie podejrzewając, że pies ma pchły! Często kłóciła się z pradziadkiem Władysławem o to, aby Grota z sypialni wyeksmitował. Pradziad pretensje żony przyjmował z oburzeniem, zapewniając ją, że Grot pcheł nie ma, i będzie spał w sypialni. Koniec dyskusji!
Kiedy w Królestwie Polskim, czyli Kongresówce, wybuchło Powstanie Styczniowe 23 stycznia 1863 roku, pradziad Władysław zdecydował się wziąć w nim udział. Ale prababka Ewa urządziła mu okropną scenę, płacząc, krzycząc i mdlejąc, aż w końcu machnął ręką i wyjazd odłożył. Wtedy jeszcze mego Dziadzia Tadeusza nie było na świecie. Żyli już dwaj jego starsi bracia - Józef, późniejszy oficer austriacki i Kazimierz, który zamieszkał w Anglii i stał się Brytyjczykiem z wyboru.
Pradziad poczekał do kwietnia, a kiedy na ziemiach kresowych, zaczęto coraz częściej wymieniać nazwisko pułkownika Dionizego Czachowskiego, podziwiając jego sukcesy militarne, pradziad nie namyślał się długo. Spakował manatki, kazał osiodłać sobie dobrego konia i pożegnał się z żona i dziećmi. Tym razem prababka Ewa znalazła się właściwie. Nie robiła scen, tylko zawiesiła mężowi na wstążeczce srebrny medalik z Częstochowską, zakreśliła krzyż na czole i kazała pobłogosławić dzieci na wypadek, gdyby mąż już z powstania nie wrócił. Problem wyniknął, co zrobić z Grotem?
Na wszelki wypadek pradziad osobiście przywiązał go grubym rzemieniem w psiarni, obawiając się wziąć tak cenne zwierzę do walki partyzanckiej. Ale nie wyszedł jeszcze dobrze z psiarni, gdy Grot kilkoma kłapnięciami szczęk przeciął rzemień jak nożem, i pobiegł za swoim panem. Potem zamknięto go na stryszku, lecz pies tak strasznie wył, że pradziad w obawie, że pupil może zachorować, lub skoczyć przez okno i zabić się, postanowił wziąć go z sobą! Grot szalał z radości, obszczekując wierzchowca, na którym jechał pradziad.
Obaj zniknęli na ponad półtora roku i ślad po nich zaginął. Raz tylko prababka Ewa, otrzymała od męża kartę pocztową z kilkoma banalnymi frazesami. Datowana była na grudzień 1863 roku. I to było właśnie ważne, że do tego czasu pradziad żył. Do domu wrócił już po upadku powstania w lecie 1864 roku, zbiedzony, zagłodzony i ranny w bok. Zanim prababka zdołała go powitać, zjawili się austriaccy policjanci i aresztowali pradziada, osadzając go w Zamku Lubomirskich w Rzeszowie. Siedział sam w malutkiej celi i przez zakratowane okienko spoglądał na aleję kasztanową, którą przeszło sto lat później chodziła jego prawnuczka, czyli ja!
Władze austriackie za przykładem Rosji, zaczęły stosować coraz bardziej brutalne metody wobec byłych powstańców. Dawały im do wyboru: albo deportacja do Rosji i szubienica lub Sybir, albo podróż do Meksyku, jako mięso armatnie armii austriackiej arcyksięcia Maksymiliana, walczącego z Juarezem, legalnym prezydentem Meksyku. Prababka pochodziła ze starej i skoligaconej rodziny austriackiej, więc zwróciła się listem do samego cesarza Franciszka Józefa I, błagając monarchę o ułaskawienie męża. Władca w drodze łaski, kazał pradziada wypuścić z więzienia, rozkazując złożyć mu przysięgę, że więcej nie będzie się mieszał do polskich awantur politycznych.
Pradziad Władysław złożenia przysięgi odmówił, ale i tak został wypuszczony i wrócił do domu na kresy. Tam okazało się, że domu już nie ma, bo władze austriackie skonfiskowały mu całe dobra na rzecz skarbu państwa! Został dosłownie w jednej koszuli, z żoną i dwojgiem dzieci, a trzecie ( mój Dziadek Tadeusz) było w drodze. Aha, naturalnie był jeszcze Grot! Pies odbył ze swoim panem całą gehennę powstaniową, nigdy się z nim nie rozstając. Kiedy było głodno, a często tak bywało, Grot polował i zawsze coś przynosił swemu panu. To zająca, to jakiegoś ptaka lub lisa. Raz nawet stoczył ciężką, ale zwycięską walkę z młodym jeleniem. Pradziad służył w kawalerii pułkownika Dionizego Czachowskiego i kiedy pędził na koniu do ataku, pies biegł przy jego wierzchowcu, strasząc szczekaniem kozackie i dragońskie konie, a nawet gryzł je po nogach! Był ranny, a pradziad wyniósł go na własnych rękach z bitwy.
Kiedy pradziad przebywał w więzieniu, Grot leżał pod bramą i nie pozwolił się nikomu ruszyć. Rzucał się na wartowników i skakał im do gardła. Przepędzany wracał uparcie. Jego wierna miłość w końcu wzruszyła serca żołnierzy i pies dostawał od nich wodę do picia oraz jakieś ochłapy do jedzenia. Strasznie wychudł, lecz doczekał uwolnienia swego pana. Kiedy pradziad wyszedł z bramy Zamku, Grot skoczył mu na piersi, skomląc, niemal płacząc z radości. Odtąd znowu byli nierozłączni. Pradziad nie wrócił na kresy, ale tułał się po wsiach i miasteczkach Podkarpacia, nauczając w szkołach wiejskich. Po kilku latach otrzymał posadę profesora łaciny i greki w gimnazjum w Jaśle. Grot towarzyszył mu nawet na lekcjach, ku wielkiej uciesze uczniów.
Pod koniec XIX wieku, nastąpiło zatarcie kary pradziada i Austriacy zezwolili mu na powrót w rodzinne strony na kresy. Wprawdzie już nie do skonfiskowanego majątku, ale do dwóch niewielkich folwarków, stanowiących cząstkę posagową babki pradziada Władysława, pochodzącej z książąt Woronieckich. W tym niewielkim mająteczku spędził pradziad Władysław ostatnie dni swego pracowitego życia.
Pewnego dnia, latem, pradziad wróciwszy z konnej przejażdżki na pola, poczuł się bardzo senny. Położył się w swoim gabinecie na kanapie i powiedział do prababki Ewy:
-Wiesz co, Ewuniu, mam wielką ochotę na smażone młode ziemniaczki z kwaśnym mlekiem
Prababka wyszła do kuchni wydać dyspozycje, a kiedy powróciła do pokoju, pradziad już spał. Przy kanapie leżał na dywaniku Grot i powitał prababkę krótkim warknięciem ostrzegając, że pan śpi i nie należy mu przeszkadzać. Prababka wyszła, bo pies miał niemiły zwyczaj skracać zębami jej suknie. Po jakimś czasie z pokoju usłyszano głośny pisk, a potem rozpaczliwe wycie Grota. Kiedy domownicy wpadli do pokoju, zobaczyli, że pies wspina się na kanapę i liżąc pradziadka po rękach, próbuje go ocucić, ale było już za późno. Pradziad Władysław nie żył, umarł na atak serca, choć nigdy w życiu na serce nie chorował. Grot leżał przy katafalku i nie ruszał się z miejsca, nie jedząc i nie pijąc. Po pogrzebie pradziadka zniknął. Szukano go wszędzie, płacono nawet za wiadomość o psie, ale nikt nic nie wiedział. Kilka dni po pogrzebie, Dziadek Tadeusz wybrał się na cmentarz, odwiedzić grób Ojca, i ku wielkiemu zdumieniu, ujrzał na płycie grobowca leżącego Grota.
Pies nie żył już od kilku dni, prawdopodobnie pękło mu serce. Był już staruszkiem, przeżył przeszło dwadzieścia lat, ale jego samotna śmierć na grobie pana, zrobiła na wszystkich domownikach i mieszkańcach wsi, wstrząsające wrażenie. Potem powstały nawet legendy o jadącym nocą na koniu dziedzicu, a przy boku konia biegł wierny pies.
Pradziad nie dożył wolnej Polski i tych zaszczytów, jakie Marszałek Piłsudski przygotował dla weteranów powstania. Nie dostał medalu za udział w powstaniu, a jego szara powstańcza kurtka, zaginęła w 1939 roku, kiedy Dziadkowie musieli uciekać przed wywózką, pozostawiając dwór na stracenie. Nie pozostało po nim śladu, jak również po cmentarzu, na którym spoczął snem wiecznym pradziad Władysław i jego pies, pochowany przy grobie pana.
Zdjęcie pradziadka Władysława i jego psa, zostało zniszczone w czasie aresztowania siostry Ojca, cioci Stanisławy. Ubowcy zdjęli zdjęcie ze ściany, rozbili szkło, a samą fotografię podarli i podeptali nogami.