środa, 2 lipca 2014

Wspomnienie o Dziadku Michale.




Lubiłam patrzyć na pewną dawną fotografię Dziadka. Ubrany w paradny mundur oficera pruskiego, w srebrzystej pikielhaubie1 na głowie, siedzi swobodnie na pięknym karym ogierze. Będąc mieszkańcem Wielkiego Księstwa Poznańskiego, Dziadek naturalnie musiał służyć w armii pruskiej, bo polskiej przecież jeszcze nie było.
Hełm niemiecki - pikielhauba
To chyba po Dziadku Michale i moich węgierskich przodkach, tak bardzo kocham konie. Będąc pięcioletnim chłopcem, Dziadek na widok jadącego szwadronu kawalerii, wybiegł z domu i gonił oddział przez pięć kilometrów, żeby tylko patrzeć na konie! Rodzice z trudem go odszukali, pradziad sprawił synkowi lanie, lecz nie zdołał wybić mu z głowy miłości do koni. Po wybuchu wojny, Dziadek służył w konnej kompanii łączności i wyszedł z Poznania ze swą jednostką z Cytadeli, skąd w wiele lat później wyruszał do walki w 1920 roku i w 1939 roku, razem z synami i zięciem.
Walczył gdzieś na granicy Lotaryngii i Francji, a potem już w miarę posuwania się wojsk niemieckich w samej Francji. Niestety, nie zapamiętałam nazw miejscowości, lecz wiem, że toczyły się tam bardzo ciężkie boje. Zadaniem Dziadka i jego oddziału, było zapewnienie łączności swemu pułkowi. Pewnego dnia, walki były tak zacięte, że łączność została kilkakrotnie przerwana. Oddział dowodzony przez Dziadka musiał ciągnąć druty wprost pod ogniem nieprzyjaciela. Kilku żołnierzy poległo, paru było rannych. Wszyscy byli Polakami. Kiedy zapadła noc, oddział schronił się do stodoły, w jakimś francuskim gospodarstwie wiejskim. Żołnierze byli tak ogromnie przemęczeni, że nawet nie jedząc, walili się na siano i zasypiali. Dziadek leżał obok nich, mając pod głową żywą poduszkę, swego ukochanego Helda ( Bohatera). Koń był tak przywiązany do swojego pana, że wieczorem kładł się, chociaż konie śpią na stojąco, a Dziadek opierał mu głowę na szyi. Tej nocy koń był niespokojny, wiercił się i próbował wstać, ale Dziadek kazał mu leżeć i sam prędko zasnął.
Nikt nie słyszał, jak ze strony nieprzyjaciela padł strzał pociskiem zapalającym, który przebił dachówki i spadł na suche siano. Wystarczyła jedna chwila, a cała stodoła stanęła w ogniu! A ludzie dalej spali jak zabici, nie wiedząc, że nad nimi już płonie dach i lada chwila runie. Nagle Held porwał się na nogi, rżąc przeraźliwie i trącając Dziadka kopytem. Zaczął się miotać po stodole, budząc śpiących żołnierzy. Otworzywszy oczy, Dziadek ujrzał dokoła siebie płomienie, paliły się już krokwie dachu i lada chwila mogły spaść, grzebiąc ich pod sobą.
Wyskoczyli z tej stodoły dosłownie w ostatniej chwili, bo ogień trafiwszy na suchą słomę i siano, przenosił się z miejsca na miejsce z błyskawiczną szybkością. Dziadek zawsze powtarzał, że dzięki swemu wierzchowcowi przeżył wojnę, gdyż ogier wynosił go całego z największej strzelaniny. Dziadek nie rozstał się z nim nawet po wojnie. Kupił go od wojska i trzymał w wynajętej stajni, jeżdżąc na nim codziennie. Babcia konia nie lubiła, bo Held zazdrosny o Dziadka, kilka razy próbował ją ugryźć, a nawet kopnąć!
Ze wspomnień wojennych Dziadka Michała, zapamiętałam opowiadaną mi historię o pewnej wigilii Bożego Narodzenia. Leżeli wtedy w okopach, był mróz i żołnierze marzli. Nie było co jeść, bo aprowizacja nawaliła. Żołnierze grzali sobie kawę lub herbatę w ziemiankach i przypiekali suchary nabite na bagnety nad płomieniem lamp naftowych. Kiedy zapadł wieczór, żołnierze w ziemiankach i w okopach trzęśli się z zimna i marzyli o domu. W sąsiednich okopach siedzieli Francuzi i Anglicy. Niespodziewanie, ktoś zaczął głośno śpiewać kolędę: „Cicha noc”. Po jakimś czasie, z okopów francuskich rozległy się śpiewy, przyłączając się do Niemców. Potem odezwali się Anglicy! Po krótkiej chwili, okopy po obu stronach rozbrzmiewały pieśniami, a żołnierze zaczęli wychodzić z okopów i podchodzić do siebie, składając sobie wzajemnie życzenia i dzieląc się żywnością. Najbardziej wzruszające były chwile, kiedy ze strony francuskiej i niemieckiej, wychodzili Polacy i witali się z sobą, płacząc i modląc się wspólnie. Takie wzajemne zbratanie trwało do rana. Kiedy zajaśniał świt, braterstwo się skończyło i po obu stronach byli już wrogowie. Ryknęły działa i zaterkotały karabiny maszynowe, na przedpolach leżały ciała poległych, rozlegały się jęki rannych.
Takie to były czasy, gdy Polacy musieli walczyć po trzech stronach armii zaborców.
Dziadek na szczęście nie odniósł żadnej poważnej rany, ale wrócił z wojny kompletnie zmieniony. Był jednym kłębkiem nerwów, często wybuchał gniewem, a wtedy klął po francusku. Podobno bardzo podobała mu się Francja, ale Babcia Jadwiga utyskiwała po cichu, że nie tyle Francja, co Francuzki! Cóż, wojna ma różne oblicza.
1Hełm skórzany, okuty blachą, ze szpicem. Noszony w armii pruskiej od połowy XIX w, do końca I wojny światowej.