piątek, 1 sierpnia 2014

Ten dzień sierpniowy...


1.07.2014 r.
Pamiętny i smutny dzień! Straszna data w historii polskiej. Pamiętny dzień, gdy na skutek matactw politycznych, umarło wielkie, milionowe miasto i poległo lub zginęło, całe pokolenie młodych ludzi, którzy staliby się nową siłą napędową rozwoju ojczyzny, po powojennych zniszczeniach. Dlatego, słuchając komentarzy poświęconych dzisiejszej dacie, co raz to podskakiwałam na fotelu, siłą woli powstrzymując się od słów niecenzuralnych, pod adresem niektórych dzisiejszych historyków. Między innymi pana Daviesa, który mówił o powstaniu z punktu widzenia Anglika, podkreślając wielką wolę pomocy rządu brytyjskiego dla walczącej Warszawy. Oczywista bzdura! Ani premier Churchill, ani prezydent USA, nie przejmowali się tragedią stolicy Polski, którą sami spowodowali. Gdyż emigracyjny rząd polski w Londynie, nie mógł podejmować samodzielnych decyzji, bez wiedzy i zgody premiera Churchilla.
Jedynym krokiem rządów sił sprzymierzonych, było wyrobienie w Genewie walczącej Armii Krajowej, statutu Wojska Polskiego, związanego z armiami sprzymierzonych. Tyle nam to pomogło, ile nieboszczykowi woda święcona, bowiem Niemcy nie liczyli się z prawami międzynarodowymi i traktowali powstańców jak bandytów, mordując ich po kapitulacji powstania i wywożąc do obozów koncentracyjnych, zamiast do jenieckich.
Dzisiejsi komentatorzy oburzają się na Stalina, że patrzył obojętnie na rzeź polskich patriotów w płonącej Warszawie. A jaki naiwny dureń mógł liczyć na pomoc Stalina, który doskonale wiedział, że powstanie skierowane jest przeciwko niemu? Toteż pretensje po latach powinniśmy mieć nie do Stalina, lecz do aliantów, którzy z jednej strony zawierali z nim pakty, oddając mu z góry całą wschodnią Europę, a z drugiej, próbując powstrzymać maszerującą w kierunku Berlina Armię Czerwoną, kosztem ginącej stolicy Polski.
Pan Davies rozwodził się szeroko, wspominając, jak to premier Churchill denerwował się, że nie może udzielić pomocy walczącej i ginącej stolicy. Tymczasem w angielskich obozach wojskowych stacjonowało wówczas setki znakomicie wyszkolonych i doskonale uzbrojonych polskich komandosów, którzy wprost modlili się, żeby ich zrzucono do Warszawy! Dowódca polskich spadochroniarzy generał Sosabowski, próbował wszelkimi dostępnymi środkami uzyskać zgodę władz brytyjskich na przelot do Warszawy. Polscy komandosi z rozpaczą słuchali, jak radiostacja powstańcza wzywała na ratunek swoich chłopców. Ale rząd brytyjski nie zgodził się na posłanie spadochroniarzy do Polski. Obmyślił im zgubną akcję pod Arnhem, gdzie wielu z nich poległo. Bitwa pod Arnhem odbyła się we wrześniu, wtedy jeszcze Warszawa walczyła i czekała z nadzieją na pomoc. Daremnie!
Było nieco zrzutów broni, amunicji i żywności, lecz była to kropla w morzu potrzeb. Zresztą walki uliczne uniemożliwiały dokładne usytuowanie stanowisk polskich i najczęściej całe zrzuty trafiały w niemieckie ręce, ku wielkiej radości tych ostatnich. Potem strzelali do powstańców ze zdobycznej broni i obżerali się żywnością przeznaczoną dla ludności Warszawy. Historycy mają również pretensje do Stalina, że nie pozwolił lądować alianckim samolotom na terenach zajętych przez wojska radzieckie. Ciekawe, dlaczego miał się na to zgodzić wiedząc, że powstańcy prowadzą walkę o niepodległość ojczyzny, wolnej od radzieckiej dominacji? Niestety, doświadczenia wyniesione z ostatniej wojny niczego nas nauczyły, i znowu liczymy w razie czego, na pomoc Opatrzności i państw Europy Zachodniej.
Jednak najwięcej wkurzyły mnie oskarżenia, iż w tym nędznym, szarym PRL-u, nie wolno było wspominać o powstaniu i powstańcach. To nieprawda! Owszem, w czasach stalinowskiego terroru nazywano AK-ców „zaplutymi karłami reakcji”! Ale to tylko do październikowego przewrotu w 1956 roku. Po tym okresie, nie tylko mówiło się o powstaniu, ale wydawano książki o bohaterach Szarych Szeregów niezapomnianego Aleksandra Kamińskiego ”Kamienie na szaniec” „Parasol i Zośka”, „Wspomnienia żołnierzy Parasola i Zośki” oraz wiele innych książek. Były naturalnie nieco tendencyjne, ale czy teraz zawsze mówi się i pisze prawdę?
Najwspanialsze filmy o powstaniu nakręcono właśnie w PRL-u. Pamiętam wzruszający spektakl telewizyjny o pani Romockiej, matce dwóch poległych synów – Andrzeja, pseudonim „Morro” i jego młodszego brata Janka „Bonawentury”. Nie jestem pewna, czy matkę grała pani Maja Komorowska, czy pani Teresa Budzisz-Krzyżanowska, w każdym razie to było tak bardzo poruszające widowisko, że wiele osób płakało. Spektakl oparty był na artykułach pani Barbary Wachowicz, o której teraz w TVP cisza.
Wielu wyższych oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, między innymi generał Anders, przeciwnych było powstaniu, nazywając go zbrodnią. Wielka szkoda, że te opinie nie trafiają do przekonania dzisiejszym władzom polskim, kreującym powstanie jako polityczną konieczność. Godzina W jest i zawsze będzie symbolem walki z okupantem i niewyobrażalnego bohaterstwa społeczeństwa polskiego, ale też powinna być przestrogą na przyszłość, przed podejmowaniem lekkomyślnych decyzji, które kosztowały życie setek tysięcy niewinnych ludzi.