czwartek, 16 października 2014

Dziś napiszę o dobrych ludziach.


15.10.2014 r.

Ostatnio przeczytałam kilka naprawdę świetnych książek i jeden mądry artykuł. Książki miały tematykę wojenną i polityczną, która mnie bardzo interesuje. Szczególnie jedna z książek Piotra Zychowicza pt. „Obłęd 44” ,o tragedii przegranego Powstania Warszawskiego, zrobiła na mnie duże wrażenie celnością wyrażanych poglądów. Artykuł pana prof. Bronisława Łagowskiego, dotyczył istnej furii rusofobii, jaka od jakiegoś czasu ogarnęła nasz kraj, podobno miłujący pokój. W telewizji, radio, gazetach, w emitowanych filmach i spektaklach, a nawet w kiepskich obecnie kabaretach, w których z niewybrednych żartów śmieją się ludzie inteligentni inaczej, wszędzie „opluwa i opryszcza” się Rosję i jej prezydenta. Na pewnym spektaklu kabaretowym, obrażano jawnie już nie tylko Putina, ale cały naród rosyjski, co moim zdaniem powinno być zabronione, bo przecież ludzie nie odpowiadają za swoich polityków. Dziś w Wiadomościach TVP podała, ze jakiś wyższy oficer z MON szpiegował – naturalnie na rzecz Rosji. Jakby szpiegował na rzecz Ameryki byłby bohaterem, jak pan Kukliński.
Wyobrażam sobie, jak zareagowałaby polska opinia publiczna, gdyby w Rosji obrażono w ten sam sposób nasz naród. Jednak w tamtym państwie politycy zachowują powściągliwy umiar. A ja, choćby rodacy obrzucili mnie wyzwiskami, jako zdeklarowaną rusofilkę, nie powiem o Rosji złego słowa. Dlaczego? Ponieważ tak się złożyło, iż od kilku pokoleń moja rodzina, a potem ja osobiście, wiele Rosjanom zawdzięczamy.
Rok 1863, Powstanie Styczniowe. Mój pradziad po mieczu, zostaje w bitwie ciężko ranny i leży w chłopskiej chacie, oczekując na śmierć. Jest wpół przytomny i z przerażeniem widzi, jak do chaty wchodzi rosyjski oficer. Pradziad był przekonany, że za moment wpadną dragoni i powieszą go na pierwszym lepszym drzewie. Tymczasem oficer obejrzawszy pradziadka powiedział, że wieczorem wróci. Rzeczywiście powrócił, z mundurem rosyjskim i z bryczką. Sam przebrał rannego Polaka, wsadził go do bryczki i zawiózł do leśniczówki. Leśniczemu wyjaśnił, że to powstaniec i należy go ukryć, a kiedy dragoni z pobliskiej wsi odjadą, koniecznie trzeba rannego przewieźć do szpitala w Galicji. Tak się też stało i pradziad ocalał. Nigdy się nie dowiedział, kim był jego wybawca, prawdziwy Rosjanin, nie żaden Polak służący w armii rosyjskiej.
Ten nieznany człowiek ratując pradziada, uratował trzy pokolenia naszej rodziny. Gdyby pradziad zginął, nie urodziłby się mój dziadek Tadeusz, ani mój Ojciec, ani ja!
Rok 1939, wrzesień. Mój ojciec dostaje się pod Stanisławowem do rosyjskiej niewoli. Wywożą go aż pod Ural do jenieckiego obozu w Różance pod miastem Gorki – obecnie chyba Niżnyj Nowgorod. W obozie panuje głód i dyzenteria, lecz jeńców nikt nie krzywdzi, nie bije, a kobiety rosyjskie płaczą nad jeńcami i dzielą się z nimi czarnym chlebem, którego same mają mało. Pewnego dnia, Ojciec został wezwany do szefa NKWD. Ten zaskakuje Ojca stwierdzeniem, że jest oficerem. (Ojciec zdarł pagony z munduru już pod Stanisławowem i uchodził za żołnierza) Ojciec zaprzecza i próbuje mu wmówić, że nie jest oficerem, ale NKWD-owiec nie wierzy. Pyta, czy ojciec jest żonaty i czy ma dziecko? Ojciec wyciąga fotografię i pokazuje mu zdjęcie Mamy ze mną. Mówi, że córeczka ma dwa miesiące i pewnie już swego ojca nigdy nie zobaczy. Rosjanin kiwa głową i chwilę milczy, a potem mówi: - Pilnujcie się, jak rozmawiacie w baraku, bo macie tam szpicla. Przyszedł do mnie i powiedział, że jesteście oficerem i się ukrywacie.
Ojciec zbladł i spytał, kto jest tym szpiegiem? Okazało się, że jest nim żołnierz pewnego pochodzenia. Nie chcę żeby mnie oskarżono o anty..... NKWD-owiec nie zrobił użytku z donosu, dzięki temu mój Ojciec nie znalazł się wraz z wieloma innymi jeńcami w Katyniu!
Rok 1944. Nadchodzi ofensywa radziecka. Mój Ojciec będąc żołnierzem AK, bardzo często przewoził ważne dokumenty i rozkazy, ponieważ w czasie okupacji pracował na kolei. Mundur kolejarza ułatwiał mu poruszanie się po Generalnej Guberni. Wraz ze zbliżająca się Armią Czerwoną, dochodziły słuchy o aresztowaniu przez NKWD oficerów i żołnierzy AK, którzy się ujawnili. Ojciec otrzymał od swego dowódcy rozkaz, przewiezienia do dowódcy AK w Tarnobrzegu ostrzeżenia, aby się nie ujawniali się przed Rosjanami. Ojciec wziął rower i pojechał.
W pobliżu Tarnobrzega, dostrzegł w szczerym polu nawalonego „łazika” wojskowego. Oficer radziecki zaczepił Ojca i poprosił o pożyczenie na godzinę roweru. Co było robić? Ojciec oddał rower i postawił na nim krzyżyk myśląc, że już więcej go nie zobaczy. Dalej poszedł piechotą. W napotkanej po drodze wsi, rządził oddział partyzantów z BCH.( Bataliony Chłopskie)
Nie wiadomo dlaczego, Ojciec im się nie spodobał i niewiele myśląc, oskarżyli go o szpiegostwo i postawili pod ścianą! Ojciec tłumaczył, że idzie do Tarnobrzegu do rodziny, bo nie mógł przecież powiedzieć z czym idzie i do kogo. Ale partyzanci nie uwierzyli i gotowali się do wysłania Ojca do Bozi. Dosłownie w ostatniej chwili przed rozstrzelaniem, jak Deus ex machina, pojawił się radziecki oficer, któremu Ojciec pożyczył rower! Ujrzawszy co się dzieje, sklął partyzantów jak święty Michał diabła, soczyście po rusku i polecił natychmiast Ojca puścić mówiąc, że zna tego człowieka. Oddał Ojcu rower i jeszcze podziękował.
Tym sposobem, Ojciec cały i zdrowy dotarł do Tarnobrzegu i doręczył dowódcy AK ostrzeżenie. Rosjanin, nie wiedząc o tym, uratował nie tylko Ojca, ale wielu żołnierzy AK z Tarnobrzegu, którzy gotowi byli się ujawnić.
Rok 1945. Mama i ja wędrujemy na Zachód do nieznanego Bunzlau. Podróż jest koszmarna, opisałam ją we wspomnieniach „Oczami dziecka” Na dworcu w Katowicach tłok jest tak potworny, że nie możemy nawet marzyć, by się dostać do pociągu. Stoimy na peronie popychane i patrzymy z rozpaczą na szturm pasażerów do wagonów. Lokomotywa stoi pod parą, a na peron wychodzi dyżurny z lizakiem. To koniec, nie pojedziemy! I znowu w ostatnim momencie, otwierają się drzwi wagonu wojskowego i radziecki oficer zaprasza nas do środka. On i jego żona opiekowali się nami przez całą okropną drogę aż do Bolesławca! Tylko im zawdzięczamy, że dotarłyśmy tutaj bezpiecznie.
Rok 1950. Byłam nieznośnym szczeniakiem i kochałam łazić po drzewach. Pewnego dnia zleciałam na zbitą twarz i bardzo się potłukłam. Wieczorem poczułam się źle. Mama wezwała pogotowie, ale lekarz stwierdził tylko, że mam siniaki i stłuczenia. Ja jednak dalej skarżyłam się na ból w brzuchu. Mama nazajutrz zaprowadziła mnie do chirurga, którym był wtedy doktor Jewsiejenko. Zbadał mnie i orzekł, że nic mi nie jest. Ból rzeczywiście minął i jakiś czas czułam się nieźle.
Na tutejszym oddziale chirurgicznym pracowała wówczas Rosjanka, pani dr. Różyńska. Śliczna kobieta i znakomity lekarz. Ona i jej mąż, również lekarz, byli znani i lubiani w mieście. Pan doktor hodował krowę i chętnie opowiadał pacjentom „ o mojej Maszy” - tak miała na imię krowa
Niespodziewanie znowu zachorowałam. Pojawiła się bardzo wysoka gorączka, wymioty i silne bóle brzucha. Majaczyłam i byłam bliska śmierci. W wezwanej karetce przyjechała dr Różyńska. - Natychmiast do szpitala! - zawołała.- Tylko „aparacja, aparacja”, bo dziecko umrze!
Doktor Jewsiejenko sprzeciwił się tej diagnozie uważając, że można jeszcze z operacją poczekać. Ale pani doktor stoczyła z nim prawdziwą bitwę i wygrała, a ja znalazłam się na stole operacyjnym. Zabieg, który dr Jewsiejenko określił jako manikiur, trwał ponad 6 godzin! W trakcie operacji dano mi narkozę, a rodzice byli przekonani, że żywa stamtąd nie wyjdę. Okazało się, że było to zapalenie otrzewnej i pęknięty wyrostek. Pani doktor powiedziała rodzicom, że miałam jeszcze dokładnie trzy godziny życia. Na operacji się nie skończyło, mój stan był tak krytyczny, że trzeba było podać penicylinę, którą dopiero zaczęto stosować w polskich szpitalach. Biedna Mama sprzedała swój ostatni klejnot, złoty pierścionek zaręczynowy z pięknym brylantem i rubinem, aby na czarnym rynku kupić dla mnie antybiotyk. Leżałam w szpitalu pół roku, miałam jeszcze cztery operacje, a przez dwa lata byłam niemal unieruchomiona.
Nigdy nie zapomnę, że zawdzięczam życie tej wspaniałej lekarce i najlepszemu człowiekowi. Opiekowała się mną, jak kimś najbliższym, czuwając przy moim łóżku nawet w nocy.
Przyznacie sami mili czytelnicy, że moja rodzina i ja mamy powody do wdzięczności względem Rosjan. Zresztą nie tylko Rosjanie okazali mi bardzo dużo serca.
Wśród nas są dobrzy, wielkoduszni ludzie, chętnie spieszący z pomocą. Jak już wielokrotnie wspominałam jestem autorką książki „ Kochankowie Burzy” o dramatycznych dziejach krewnych w Powstaniu Styczniowym. Książka w maszynopisie, a potem na płycie CD leżała w biurku całymi latami i nikt się nią nie zainteresował. Traf chciał, że wygrałam konkurs literacki organizowany przez Związek Literatów Polskich ze Szczecina. Pani prezes ZLP Róża Czerniawska- Karcz, żywo zainteresowała się powieścią i zapoznała mnie telefonicznie z moim dobrych duchem - Panią Teresą Basieńką Dominiczak, znakomitą poetką, dziennikarką i pedagogiem, a ta wzięła energicznie sprawę w swoje ręce, organizując spotkania autorskie na których promuje moją książkę i zbiera fundusze na jej wydanie.
Ostatnio odbyło się jej spotkanie autorskie w Kamieniu Pomorskim, w udostępnionym przepięknym prywatnym Ekorosarium Pani Elżbiety Kostrzewskiej, która również przyłączyła się do promocji mojej książki, za co jestem Jej bardzo wdzięczna. Piękny plakat zachęcał mieszkańców Kamienia Pomorskiego do uczestniczenia w tym spotkaniu. W ogóle, w tym ślicznym Kamieniu Pomorskim, który pamiętam jeszcze z dawnych lat, kiedy spędzałam tam urlopy, są jacyś szczególnie dobrzy i wrażliwi ludzie, bo nawet władze miasta zajęły się życzliwie moją sprawą. Wszystkim tym Państwu, za okazane mi zainteresowanie i bezinteresowną pomoc serdecznie dziękuję.
Niech mi nigdy nikt nie mówi, że nie ma już dobrych ludzi, że jest tylko marazm i ogólne zobojętnienie, bo to nieprawda. Są między nami cudowni nieznajomi, gotowi przyjść innemu człowiekowi z pomocą. I tym optymistycznym akcentem na razie kończę moje dywagacje.