piątek, 27 lutego 2015

Czy to już zmierzch bogów, czy tylko zadyma?


Z przerażeniem patrzę na to, co się dzieje w naszym kraju. Codziennie w wiadomościach pojawiają się nadzwyczajne, drastyczne informacje o jakichś spiskach, podsłuchach i innych sprawach, za które w normalnym cywilizoawnym państwie, premier musiałby podać się do dymisji. Ale nie u nas! Lubiłam, przyznam się, pana prezydenta Komorowskiego, ale ostatnio bardzo mi podpadł, rozpoczynając prawdziwą batalię z Rosją o Ukrainę. Doprawdy nie rozumiem, jak ludzie sprawujący władzę, mogą narażać bezpieczeństwo naszego kraju na konflikt wojenny z sąsiednim mocarstwem? Nie bacząc na powściągliwe zachowanie Niemiec, Francji, Czech czy Węgier, my - pokorni słudzy Stanów Zjednoczonych, rzucamy się dosłownie z motyką na słońce, lub dosadniej, kopiemy się z koniem, tylko po to, żeby zasłużyć sobie na łaskawą pochwałę Waszyngtonu. Od początku Majdanu szło o to, żeby wprowadzić na Ukrainę wojska NATO i właśnie widzimy, że to się dzieje.
Podobno wysyłamy tam"instruktorów" wraz z Anglią i USA. Będziemy uczyć Ukraińców, jak się zabija. Ale oni to przecież doskonale potrafią robić. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze na Wołyniu i innych częściach dawnej Rzeczypospolitej. Wieczorem TVP podało, że Ukraina otrzyma broń. Od kogo, nietrudno zgadnąć. Jak niemądre dzieci, ciągniemy niedźwiedzia za ucho.
Krew polskiego żołnierza jest tak tania, że można ją przelewać za cudze interesy w Iraku, Afganistanie, a teraz na Ukrainie. Bo absolutnie jestem pewna, że USA  ma na celu spowodowanie konfliktu wojennego z Rosją. Oczywiście walcząc cudzymi rękami, na przykład polskimi!
Jako sześcioletnie dziecko widziałam koniec II wojny światowej i nie mam zamiaru doczekać nastepnej tylko dlatego, że nasze władze włażą Amerykanom w... nawet bez wazeliny. Bo w razie konfliktu, nasz przyjaciel zza oceanu nam nie pomoże, gdyż jest państwem bardzo dbającym o własną rację stanu! W Polsce ostatnio zapanowała jakaś niebezpieczna rusofobia. Na gwałt usuwa się pomniki poświęcone żołnierzom radzieckim, jak na przykład ten w Warszawie. A już mowa o pomniku w Legnicy, bo pan prezydent przejrzał na oczy i uznał, że pomnik przeszkadza... komuś. Proponuję, żeby na mniejscu usuniętego monumentu w Warszawie, postawić pomnik prezydenta Roosvelta, który sprzedał nas Stalinowi!
Otwarcie przyznaję, że podoba mi się postawa pana Jarubasa, kandydata na prezydenta z ramienia PSL. Jest młody i ma dobrze w głowie. Wprawdzie do prezydenta mocarstwa nie mówi się "Władymir", ale chłopak ma dobre chęci i to się liczy. A propos tego ostatniego powiedzenia, przypomina mi się dowcip z czasów PRL-u. Któryś partyjny dostojnik powiada do I Sekretarza KPZPR: - Słysz, Kita! a ten mu odpowiada: - Komu Kita, temu Kita, a mienia Chruszczow!
W PO zaczyna się także żle dziać. Pani premier Kopacz wybrała sobie ministrów, którzy nie przynoszą jej chwały. Pan Schetyna pokazał, że nie nadaje się na ministra Spraw Zagranicznych, bo o dyplomacji nie ma pojęcia. A szczerzenie uzębienia nie dodaje mu uroku. Teraz pan minister Sawicki spowodował burzę i strajki rolnicze, które są następstwem głupiej szarpaniny ze wschodnim sąsiadem. Dziś wybuchła ponownie afera podsłuchowa z panem Sienkiewiczem w tle. Przykro mi to pisać, lecz pan Sienkiewicz jest bardzo podejrzaną postacią naszej polityki i jego sławny pradziad przewraca się w grobie wołając: - Bar wzięty!  No, nie tyle bar, ile wytworna restauracja. Jednym słowem, nie sądzę, żeby te wszystkie wpadki naszego rządu przyczyniły się do wygranej PO, a także ostatnie wypowiedzi na temat wysłania naszych żołnierzy na Ukrainę, bardzo zaszkodzą prezydentowi Komorowskiemu. Ciekawe, jakie będą te majowe wybory prezydenckie, bo już się zaczyna bitwa. Kto będzie tym wygranym, czas pokaże!

niedziela, 22 lutego 2015

Groch z kapustą, czyli o wszystkim po trochu.


22 luty 2015 r.


Wczoraj w telewizji oglądałam prezydenta Rzeczypospolitej pana Komorowskiego, jak w ramach akcji wyborczej odwiedzał żołnierzy ukraińskich leczących się w naszym uzdrowisku w Lądku Zdroju. Dziś miałam okazję zobaczyć go w Kijowie, gdzie uczestniczył w rocznicy strzelaniny na Majdanie. Jeżeli pan prezydent sądzi, że tymi krokami pozyska sobie wyborców, to chyba ma złych doradców.
Trudno mi patrzeć spokojnie na Ukraińców leczących się na koszta państwa, czyli nas wszystkich. Wielu naszych rodaków jeszcze doskonale pamięta o straszliwych zbrodniach dokonanych przez bandytów ukraińskich z UPA, na Polakach na Wołyniu i innych częściach Galicji Zachodniej. O nienawiści okazywanej nam na Ukrainie, w 70 rocznicę ludobójstwa i obrazie obecnego tam wtedy prezydenta Komorowskiego. Nie wolno nam zapominać, że „bohaterscy żołnierze z UPA” nadal czczeni są na Ukrainie przez ich potomków i przez obecnego prezydenta, o czym świadczą jego wypowiedzi. Leczymy na koszt państwa ukraińskich żołnierzy w czasie, gdy tysiące Polaków nie ma pieniędzy, by pozwolić sobie na sanatoryjne leczenie schorzeń, gdyż sanatoria bynajmniej nie są teraz darmowe, jak w dawnych czasach!
Powracając do wydarzeń Majdanu, to jestem przekonana, że był on inspirowany przez tajne ośrodki wywiadowcze, mające na celu obalenie poprzedniego rządu i utworzeniu nowego prozachodniego i umożliwienie wtrącenia się USA w sprawy Europy Wschodniej, co rząd Stanów Zjednoczonych natychmiast wykorzystał. Władze polskie popierając najpierw Majdan, a potem obalenie rządu ukraińskiego, obrały niebezpieczną drogę zatargu z Rosją, która nie życzyła sobie stanowczo obecności wojsko NATO w pobliżu swoich granic. No i słusznie. Zatarg z Rosją kosztował nas miliardy i rezultatem tego są obecne strajki chłopskie, domagające się odszkodowania za poniesione straty.
Pomimo usilnych starań i mediacji w sprawie Ukrainy, rząd polski nadal jest lekceważąco pomijany w ważnych rozmowach dyplomatycznych, co nie świadczy dobrze o prestiżu naszych władz. Jakby tego było za mało, Trybunał Europejski zasądził wysokie odszkodowania więźniom, torturowanym na terytorium Polski przez oprawców amerykańskich. Każdemu mamy wypłacić po 100 tysięcy euro. Oczywiście rząd wypłaci te pieniądze z naszej kieszeni.
A podobno żadnych amerykańskich obozów jenieckich na naszym terytorium nie było!
Trudno mi zrozumieć, dlaczego ja i miliony moich rodaków, mamy płacić ze swoich podatków za amerykańskie zbrodnie i polityczną głupotę władz polskich, drących koty z Rosją, żeby się podlizać Ameryce, oraz fundować darmowe leczenie setkom żołnierzy ukraińskich? Wczoraj podano w wiadomościach telewizyjnych, że sam doradca prezydenta Putina kierował strzałami do uczestników Majdanu. Naturalnie była to rewelacja ukraińska, lub z tak zwanych obserwacji USA. Nawet się nie zdziwię, kiedy mi powiedzą, że to strzelał z kałasznikowa sam prezydent Putin we własnej osobie!
Do czego doszliśmy na drodze politycznych potknięć, dowodzi przyjęcie w Polsce Orbana prezydenta Węgier. Jego rozsądna polityka sprawiła, że Węgry mają dziś tańszy gaz i wielomiliardowe kredyty w Rosji. Powinni się z tego cieszyć, że w kieszeni pozostaje im więcej forintów. Czechy również tylko zyskają na umiarkowanej polityce zagranicznej. Ale nie my!
Okazaliśmy prawdziwe chamstwo witając przybywającego z wizytą prezydenta Węgier, wrzaskami i kociokwikiem. I tu chciałam pochwalić kandydata na prezydenta z ramienia PSL, który po węgiersku przeprosił Węgrów za chuligańskie wyczyny naszych milusińskich.
Ale dosyć już o polityce. Warto zająć się bliższymi nam sprawami.
Nasze miasto wielkim nakładem pieniędzy urządziło piękny plac zabaw dla dzieciaków przy ulicy Parkowej. Wiem, bo codziennie patrzę nań z okna. Patrzę, ale to co widzę, wcale
mnie nie zachwyca. Otóż wraz z powstaniem placu zabaw, na tymże terenie wyznaczyli sobie spacery okoliczni właściciele psów i codziennie rano oraz po południu i wieczorem, wyprowadzają swoje czworonogie pieszczochy, żeby sobie pofiglowały i przy sposobności załatwiły sprawy fizjologiczne. Pieski korzystają ze swobody i spokojnie oblewają przyrządy do zabaw, załatwiając się na środku placu. Nie zachęcam rodziców, żeby pozwalali bawić się swoim dzieciom w tym miejscu, dopóki władze miasta nie spowodują, że właściciele psów zmienią kierunek swoich codziennych spacerów.
Uważam, że sprawa powinna być nagłośniona, a cały teren parku monitorowany, co ułatwi wyłapanie i ukaranie winnych psich „ przestępstw”. W moim przekonaniu powinna to czynić Straż Miejska, na którą corocznie miasto wydaje duże sumy. Ale Straż Miejska jest jak duchy, o których często się mówi, lecz nigdy nie widzi. Czasami Straż przemknie autem ulicą, jak „sen jaki złoty” i tyle ich widać!
Nie rozumiem, w jakim celu Straż Miejska została obdarzona samochodem? Dla celów bezpieczeństwa mieszkańców miasta, powinna dostać dobre rowery! Dla strażników byłoby to z korzyścią zdrowotną, a Bolesławianie mogliby od czasu do czasu zobaczyć osoby, które opłacają ze swoich podatków. A czy nie byłoby rozsądniej, żeby kwoty wydawane corocznie na Straż Miejską, przekazać Komendzie Policji, z obowiązkiem patrolowania przez funkcjonariuszy obiektów dziecinnych zabaw?
Na razie tyle, bo zbliża się godzina 19,30 i czas na Wiadomości TVP, podobno prosto z Hollywood. Ciekawe, ile nas ta przyjemność kosztuje? Przy sposobności ciekawa jestem, co tym razem zmalował prezydent Putin?
Dobranoc!

środa, 11 lutego 2015

Pierwszy dzień w Bunzlau - Bolesławcu, październik 1945 roku


Do Bunzlau dojeżdżamy późnym popołudniem. Stukot kół wagonu staje się coraz bardziej nieregularny, jakby i pociąg był zmęczony. Mijamy zrujnowane budynki przed stacją, kilka spalonych czołgów i dużą fabrykę z trzema wysokimi kominami. Widać już niewielkie miasteczko otoczone granatowym kręgiem borów. Żegnamy się czule z naszym opiekunem i panią Wierą, których zdążyłyśmy już polubić. Oni jadą aż do Drezna. To naprawdę dobrzy, serdeczni ludzie i wiele im zawdzięczamy. Wysiadamy z pociągu, a obok nas na peronie wyrasta sterta bagaży. Ostatnie promienie zachodzącego słońca, przebiły się przez wał brudnoszarych chmur i jaskrawo oświetlają zniszczony dworzec, z drewnianym daszkiem nad peronem. Ten pierwszy, mało zachęcający widok miasta, pozostał mi w pamięci na zawsze.
Rozglądamy się z ciekawością pomieszaną z rozpaczą. Więc to w tym mieście przyjdzie nam spędzić resztę życia? Tutaj będzie nasz nowy dom? Przy tym partykularzu, Rzeszów wydaje się metropolią. Mama jest szczególnie przygnębiona, bo miała nadzieję, że uda nam się powrócić do ukochanego rodzinnego Poznania, gdzie żyje cała rodzina Mamy. Dziadek Michał, ojciec Mamy jest powstańcem wielkopolskim z 1918 roku. Mama wychowana w wielkim mieście, bardzo za nim tęskni. Niestety, do dużych miast pchani są teraz mieszkańcy zapadłych wsi, którzy nawet za sto lat nie staną się prawdziwymi mieszczanami. I o to właśnie chodzi, żeby pozbyć się miejskiej inteligencji. Dlatego dla nas miejsca w Poznaniu nie ma!
Udręczone, spoglądamy za odjeżdżającym wolno pociągiem. Zabiera on z sobą nasze niespełnione nadzieje. W drzwiach budynku dworca pokazują się znajome twarze żołnierzy, przeniesionych tu z rzeszowskiego RKU. Przyszli nas powitać, a razem z nimi jest porucznik A. także z Rzeszowa. Ojciec wyjeżdżając, zobowiązał go do opieki nad nami. Jesteśmy powitane entuzjastycznie, a żołnierze bez wysiłku porywają nasze bagaże. Nareszcie przestaniemy je taszczyć!
W hali dworca wyłożonej zielonymi kaflami, na ścianach pełno niemieckich afiszów, których nikt do tej pory nie zdarł. Jeden przedstawia atletycznie zbudowanego SS-mana, z pistoletem maszynowym na piersi, na tle ogromnej czarnej swastyki. Poniżej napis głosi: „ Wir kapitulieren nie!” (My nigdy się nie poddamy!) A nieco dalej, polski afisz przedstawia żołnierza w hełmie z orzełkiem, lecz bez korony, dzierżącego w dłoniach karabin. Poniżej napis:” Na Berlin!” Aż dziw, że obaj wojacy nie wezmą się za łby, lecz wiszą zgodnie, niemal obok siebie.
Wychodzimy z dworca na ulicę. Przed nami pusty skwerek, dalej niewielki park pełen starych drzew. Ulica wyłożona wielkimi płytami, prowadzi do centrum miasta. Czujemy się tu obco i źle. Nieliczni podróżni już przeszli, dokoła prócz nas ani żywej duszy. Rozglądam się i nagle otwieram szeroko oczy, ściskając Mamę za rękę. Przed nami zatrzymuje się czarna kareta zaprzężona w dwa konie. Autentyczna kareta z XIX wieku! Na widok naszych zdumionych min, żołnierze wybuchają śmiechem.
- No i jak się pani podoba nasz wojenny wehikuł? - odzywa się porucznik A.
- Prędzej mogłam się spodziewać, że przyjedziecie po nas czołgiem. - śmieje się Mama. - Skąd wytrzasnęliście to cudeńko?
- Trofiejne. Nasze auto zabrała komisja poborowa. A my, w nagłych wypadkach, posługujemy się tym oto reliktem przeszłości.
Porucznik szarmancko otworzył drzwiczki karety i pomógł nam wsiąść. Oszołomione, wcisnęłyśmy się do czarnego pudła i konie ruszyły. Jazda zajęła nam kilka minut, bo RKU, znajdowało się w budynku dzisiejszej prokuratury przy ul. Chrobrego. W stojącym obok trzypiętrowym domu przy ul. Polnej 8, urządzają mieszkania dla oficerów i ich rodzin. Na razie na parterze mieszka tylko dozorca. Przy drzwiach wita nas starszy, wąsaty jegomość z czerwonym nosem alkoholika. Zza jego pleców wyglądają twarze dwóch zaciekawionych kobiet. O tej porze stołówka żołnierska była już zamknięta, więc dozorca otrzymał bojowe zadanie poczęstowania nas kolacją. Na stole pojawiła się butelka wódki oraz miska galarety z wieprzowych nóżek. Do tego ocet, pieprz, sól i chleb, czarny jak święta ziemia. Brrr! Nasze nadzieje na gorący posiłek rozwiały się jak dym.
Do mieszkania dozorcy zaczęli schodzić się oficerowie z Rzeszowa, a Mama opowiada „biednym wygnańcom”, nowiny o ich rodzinach i miejskie ploteczki. Zagrzebani w tym niemieckim miasteczku, oficerowie spragnieni są wiadomości z „wielkiego świata”. Jesteśmy nieludzko zmęczone i nie możemy przełknąć tej zimnej galarety, której do dziś nienawidzę. Cały czas marzę o położeniu się do łóżka, w ciepłym przytulnym pokoju. Pokazało się jednak, że nie będziemy tutaj nocowały, lecz pojedziemy do nowego mieszkania.
Ogarnęło nas podniecenie. Boże, jedziemy do domu, jakie to szczęście, że mamy już własny dom! Natychmiast puściłam wodze fantazji, wyobrażając sobie różowy pokoik, z małą lampką nocną stojącą na stoliczku, przy biało zasłanym łóżeczku, z siedzącym na nim misiem. Nareszcie nie musimy się już nigdzie śpieszyć, nic nas nie goni, bo za chwilę znajdziemy się w domu! Byłam ogromnie ciekawa, jak wygląda to nasze mieszkanie. Ile ma pokoi, jakie meble i czy posiada łazienkę? Bardzo bym chciała żeby w saloniku stał fortepian, jak w domu dziadków, bo akurat zaczęłam się uczyć grać i miałam nadzieję, że gdy Ojciec wróci, będziemy wieczorami muzykowali. A gdyby tak ten dom miał jeszcze balkon jak w Rzeszowie, z widokiem na ogród i rzekę! Jednak doszłam do wniosku, że wymagam stanowczo za dużo, więc po namyśle zrezygnowałam z balkonu i rzeki. Za to już z góry cieszyłam się na kąpiel w ciepłej łazience! Posiedzę w wannie z godzinę, zmywając z siebie brud. Rano, w naszej jasnej, przestronnej kuchni, powita mnie mama i poda mi smaczne śniadanie, na stole przykrytym białym obrusem. A może będziemy mieli gosposię, taką kochaną, jak nasza rzeszowska Hania? Albo nianię? Nie, na nianię jestem już stanowczo za duża!
Widocznie Mama myśli o tym samym, bo widzę że oczy jej się śmieją i czule przytula mnie do siebie. Ponownie wsiadamy do karety i jedziemy ciemnymi ulicami miasta. Otacza nas nieprzenikniona noc, lecz prawdopodobnie posuwamy się wolno wąwozem z ruin. Nigdzie niemal nie widać światła wskazującego, że tu mieszkają ludzie. Tylko dwie latarnie karety rzucają na drogę słabe światełka. Porucznik A. który odwozi nas na nowe mieszkanie, wraz z dwoma żołnierzami siedzącymi na koźle, opowiada o codziennym życiu w tym mieście. Podobno jest bardzo zniszczone. Z jego półsłówek domyślamy się, że życie tutaj nie będzie usłane różami. Przy okazji dowiadujemy się, że miasto nazywa się Bolesławiec, i ma starą piastowską historię, gdyż zostało założone przez księcia Bolesława Wysokiego.
Jedziemy wąskimi krętymi uliczkami, kareta ciągle podskakuje, trafiając na leżące na jezdni sterty gruzów. Nareszcie zatrzymujemy się przed jakimś domem.(ul. Kubika 20) Jest zupełnie ciemno, więc niewiele widzimy, lecz po lewej stronie na wzniesieniu, dostrzegam jakąś wielką budowlę z wysoką wieżycą. To chyba kościół. Dom jest jednopiętrowy i kompletnie nie oświetlony. Ani w jednym oknie nie pali się światło. Porucznik A. wchodzi po kilku schodkach na ganek i energicznie puka do masywnych drzwi. Nikt nie otwiera, a dom wygląda na niezamieszkały. W tym czasie żołnierze zdążyli wyładować z karety nasze bagaże i pomagają porucznikowi walić do drzwi. Dom dosłownie trzęsie się od potężnych uderzeń. To niemożliwe, żeby nikt tego nie słyszał, chyba że jest głuchy lub nieżywy. Porucznik zapewnia zaniepokojoną Mamę, że ktoś musi być w domu, bo powinni czekać na nas i przygotować nam pokój. Pokój?...
Kiedy nasza cierpliwość się kończy, za drzwiami słychać kroki i kobiecy głos pyta po niemiecku:
- Wer da1?
- Dobry wieczór, proszę otworzyć. - odpowiada porucznik również po niemiecku, przestępując z nogi na nogę, bo wszyscy porządnie zmarzliśmy.
Znowu czekamy i powoli tracimy nadzieję, że kiedykolwiek dostaniemy się do tej twierdzy. W końcu drzwi bezszelestnie się otwierają i na progu staje pulchna Niemka po trzydziestce, w turbanie na zaondulowanych włosach. Mierzy mnie i Mamę taksującym spojrzeniem i nagle uśmiecha się uprzejmie.
- Oh, mein Gott, Herr Oberleutnant! - woła z udanym zdumieniem, zalotnie spoglądając na oficera, ale nie rusza się z miejsca.
Porucznik robi krok do przodu.
- Możemy wejść? - pyta po niemiecku.
- Bitte, kommen Sie herein. - odpowiada kobieta i nareszcie się cofa, zapraszając nas do wnętrza domu.
Porucznik A. przedstawia nas i upewnia się, czy mieszkanie dla nas jest przygotowane. Frau W. przypatruje się nam ponownie badawczo i potakuje. W domu są dwa mieszkania; na parterze i pierwszym piętrze. Po kamiennych schodach wchodzimy na górę do długiego ciemnego przedpokoju i Niemka otwiera jakieś drzwi. Stajemy na progu pokoju i bez słowa patrzymy. Przed nami malutki, środkowy pokoik z oknem wychodzącym na ulicę. Jedno łóżko z brudną pościelą, stara szafa, okrągły stół i dwa krzesła. Na nocnym stoliczku mała lampka nocna. To całe umeblowanie. Mama ciężko siada na pierwszym z brzegu krześle i osłupiałym wzrokiem spogląda na żołnierzy, wnoszących nasze walizki. Rozgniewany porucznik A. dopytuje się, dlaczego nie przygotowano dla nas lepszego pomieszczenia, przecież w domu nie brakuje ładnych pokoi. Niemka tłumaczy, że ten pokój zajmował Ojciec, a ona nie śmiała nic zmieniać bez jego wiedzy.
Tere fere! Nie ulega wątpliwości, że Frau W. stanowczo nie życzy sobie nas tutaj. Zaraz też zrzuca ugrzecznioną maskę i oświadcza, że zamieszkała u niej rodzina, uciekając z Niemiec przed bombardowaniem, pod koniec wojny. Jej stara matka koniecznie potrzebuje spokoju, po przeżytych nalotach lotniczych.
Nasze marzenia o własnym mieszkaniu rozsypały się, jak domek z kart. Porucznik A. patrzy na nas pytająco. Mama z rezygnacją wzrusza ramionami. Teraz jest nam już wszystko jedno. Pragniemy tylko położyć się i spać, spać, spać!... Moją uwagę zwraca duża ilość drzwi w naszym pokoju. Frau W. wyjaśnia, że jedne prowadzą do przedpokoju, nimi weszliśmy, drugie do pokoju zajmowanego przez jej rodzinę, a trzecie do pustego w tej chwili pokoju, w którym mieszka radziecki oficer, obecnie przebywający w terenie. Jej wyjaśnienia wcale mnie nie uspokajają, bo stanowczo za dużo tych drzwi i bardzo mi się to nie podoba.
Porucznik żegna się z nami i życząc nam dobrej nocy, wychodzi razem z żołnierzami. Ale w ostatniej chwili, widząc nasze przygnębione twarze, pociesza nas, że to tylko tymczasowe mieszkanie, bo wkrótce Ojciec postara się nam o coś o wiele lepszego. W końcu odchodzi, obiecując przyjść po nas rano i zabrać nas do RKU na śniadanie.
Zostajemy same, bo Niemka poszła odprowadzić porucznika do drzwi wejściowych. Mama natychmiast podrywa się z krzesła i z zaciśniętymi ustami zabiera się do zmiany pościeli na łóżku. Na razie musimy korzystać z pierzyny i poduszek Frau W. bo nasze kołdry i poduszki pozostały u cioci w Katowicach. Przywiozłyśmy tylko jaśki i bieliznę pościelową, bardzo piękną, z koronkowymi wstawkami. Pomagam Mamie jak mogę i rozwieszam w szafie nasze ubiory. Przez cały czas nie odzywamy się do siebie, a ja udaję, że nie widzę, jak po twarzy mamy spływają łzy. Chce nam się pić i marzymy o gorącej herbacie. Przy łóżku wisi elektryczny dzwonek. Przyciskam guzik i po chwili zjawia się pani domu. Jest mile uśmiechnięta, lecz jej oczy patrzą na nas zimno i z niechęcią. Mama pyta, gdzie można zagrzać wodę na herbatę? Niemka zaskoczona doskonałą niemczyzną Mamy, błyskawicznie zmienia sposób bycia i uprzejmie sama przynosi nam czajnik pełen wrzącej wody. Nagle robi się bardzo rozmowna, wypytując nas o podróż i dziwi się, że Ojciec nie zajął dla nas jakiejś willi, których tyle stoi opuszczonych przez właścicieli. Niezbyt taktownie dopytuje się, czy zamierzamy zatrzymać się tu na dłużej, bo o niej tłoczno, a my z pewnością potrzebujemy wygód. Mama odpowiada chłodno, że tylko chwilowo korzystamy z jej gościny, bo po powrocie Ojca, zaraz się wyprowadzimy.
Całą rozmowę rozumiem niemal dosłownie, bo w czasie okupacji osłuchałam się z językiem „rasy panów”. Czasami bawiłam się z moją imienniczką Gizelą, córką austriackiego aptekarza, który uratował mi życie, dając szczepionkę, kiedy zachorowałam na dyfteryt i odmówił przyjęcia zapłaty. Widać Niemce spadł kamień z serca i zaraz nabrała lepszego humoru. Zaczęła się zachwycać naszą pościelą i współczuła nam, że nie zastałyśmy Ojca. Nieustannie zadawała nam jakieś pytania. Ta jej ciekawość zdenerwowała Mamę, gdyż kobieta nie powodowała się sympatią, lecz miała jakiś inny, ukryty cel. Mama, z natury bardzo życzliwa, umiała zachować się wyniośle i oficjalnie, dając tym Niemce do zrozumienia, że pragniemy być same. Nareszcie zrozumiała i się wyniosła, życząc nam dobrej nocy.
Rzucam się na łóżko i tłumiąc głos rogiem pierzyny, duszę się łkaniem.
- Mamusiu, wracajmy do Rzeszowa! Ja nie chcę tu zostać! Chcę do domu! Do domu!
Rozczarowanie, jakie mnie spotkało, w zetknięciu się moich pogodnych marzeń z ponurą rzeczywistością, przeradza się w agresję. Biję pięściami w poduszki i coraz gwałtowniej zalewam się łzami, tarzając się po łóżku w ataku histerii. Mama, choć tak samo zawiedziona jak ja, nie pozwala sobie na słabość. Surowo obiecuje dać mi klapsa i poleca umyć się w miednicy. Z dzbanka stojącego na umywalce, nalewam wody i muskam palcami twarz, imitując mycie. Mama spostrzega tę moją oszczędną toaletę i uśmiecha się kącikiem ust, ale nic nie mówi. W tym mieszkaniu z pewnością jest łazienka, lecz wolimy jej nie szukać, żeby znowu nie natknąć się na Frau W.
Kładziemy się obie do zimnego łóżka. W pokoju jest bardzo chłodno, a przecież przy bramie widziałam sporą stertę węgla. Jednak nikomu nie chciało się zapalić w piecu, czy posprzątać w pokoju na nasz przyjazd. Jest to taka mała demonstracja niezadowolenia z naszego przybycia. Mama gasi lampkę i pokój pogrąża się w ciemności. Leżymy mocno przytulone do siebie i nadsłuchujemy. W całym domu panuje grobowa cisza, jakby nikt tutaj nie mieszkał. Z sąsiedniego, nie zajętego pokoju, dolatuje tykanie wielkiego zegara, a jego dźwięczne uderzenia odmierzają godziny nocy. Nie jestem już śpiąca, senność uleciała, pozostało tylko zmęczenie i ból głowy. Wraz z ciemnością narasta we mnie strach. Boję się tego obcego, nieprzyjaznego domu i jego gospodyni. Niepokoją mnie te drzwi prowadzące do frontowego, pustego pokoju. Drzwi od przedpokoju i mieszkania rodziny Frau W. Mama zamknęła na klucz, lecz te klucza nie posiadają. Lękam się coraz więcej i szeptem proszę Mamę, żeby zaświeciła lampkę. Znajdujemy się w obcym domu, a czasy są niebezpieczne, zewsząd grozi śmierć.
Przemieszczanie się setek tysięcy ludzi, to raj dla zbrodniarzy, szukających bezpiecznego schronienia. Poza tym, włóczy się mnóstwo ludzi szalonych, psychopatów i zboczeńców, zbiegłych ze szpitali i więzień. Porucznik A. wspominał, że w pobliżu znajduje się tak zwany „Krasnyj Gorod”, zajęty przez stacjonujące w mieście wojsko radzieckie. To bardzo niemiłe sąsiedztwo i w duchu czuję do Ojca pretensje. Mógł zająć jakąś willę lub większe mieszkanie, sam lub z kolegą z RKU. Głośno zadaję Mamie pytanie, dlaczego tak nie postąpił?
- Przecież znasz ojca. Nigdy nie potrafił zajmować się sprawami domowymi. Najpierw zajęty był konspiracją, a teraz w wojsku ciągle przebywa w terenie.
Niestety, Mama również nie jest osobą chciwą dóbr doczesnych i zadowala się małym. Dzięki tym szlachetnym ale niepraktycznym cechom charakteru, rodzice nigdy niczego się nie dorobili, chociaż inni wywozili stąd fortuny i opływali w dostatki.
Nie pamiętam, jak długo leżałyśmy w milczeniu, może godzinę lub dwie. Naraz sztywnieję i szeroko otwartymi oczami wpatruję się w niepokojące mnie drzwi. Widzę wyraźnie, jak duża ozdobna klamka wolno się porusza. Jednocześnie słyszymy obie delikatne trzaśnięcie podłogi pod czyjąś stopą. Zrywamy się z łóżka. Mama mocno obejmuje mnie ramieniem i zdławionym głosem pyta: „Kto tam?” Cisza. Klamka przestaje się poruszać i słychać czyjeś lekkie kroki szybko się oddalające.
Chwytamy krzesła, stolik i barykadujemy drzwi. Ale nie jest to żadna przeszkoda dla tego, kto chciałby te drzwi sforsować. Jednak ta nędzna osłona dodaje nam nieco otuchy Zapalam górną lampę, bo i tak nie zamierzamy spać tej nocy. Siedząc na łóżku zastanawiamy się, kto próbował wejść do naszego pokoju i po co? Dla zamożnej Niemki, to co posiadamy, nie przedstawia dużej wartości. Dla płaszcza z lisem, nie zaryzykuje bliższej znajomości z milicją, a nawet z Urzędem Bezpieczeństwa, bo zamach na rodzinę oficera polskiego, skończyłby się dla niej fatalnie. Mama zapewnia mnie, że jest to dalsza demonstracja niechęci i próba wypłoszenia nas z tego mieszkania. Tylko dlaczego? Przecież nasza obecność zapewnia Niemcom bezpieczeństwo i spokój, a także użytkowanie mieszkania, bo władze miejskie mogłyby natychmiast kogoś jej dokwaterować. W mieście brakuje żywności, opału, dosłownie wszystkiego, a Polacy mają miękkie serca i można z nimi pohandlować, czy wyprosić coś dla dziecka. Widocznie Frau W. ma poważne powody, żeby nas sobie nie życzyć.
W myślach przenoszę się do naszego cichego, pogodnego domu w Rzeszowie, gdzie było mi tak dobrze, chociaż nie był to dom moich rodziców, tylko dziadków. Z początkiem 1945 roku, wojska radzieckie, razem z ochotnikami polskimi, przypuściły szturm na Cytadelę Poznańską, zaciekle broniącą przez elitarne jednostki niemieckie. Twierdza bombardowana z powietrza i ostrzeliwana z najcięższych dział, płonęła i rozsypywała się w gruzy. Wraz z nią obracało się w popiół nasze mieszkanie tak piękne, że nazywane było przez gości ”bombonierką”! Palił się mój biało-niebieski pokój dziecinny, wypieszczony przez Mamę, gdzie miałam spędzać lata radosnego dzieciństwa. W rzeczywistości spędziłam w nim zaledwie kilkanaście godzin przed tułaczką, zakończoną w małym, ponurym Bolesławcu. Po klęsce wrześniowej, na dziedziniec Cytadeli spędzono polskich oficerów i żołnierzy z pułków poznańskich, uczestników obrony Warszawy, wziętych tam do niewoli. Wśród nich znajdował się Dziadek Michał i wuj Władysław. Obaj wpatrywali się w okno naszego mieszkania i stojącego w nim niemieckiego dowódcę Cytadeli. Stał wyprostowany, na tle koronkowych firan i różowych jedwabnych zasłon, patrząc z wyniosłą miną na zabiedzonych polskich jeńców.
Pociągam nosem, bo zbiera mi się na płacz. A tak marzyłam o spokojnym wypoczynku. Mama pociesza mnie mówiąc, że to tylko chwilowa przykrość, bo prędko się stąd wyprowadzimy i urządzimy sobie prawdziwy rodzinny dom. Chcę w to wierzyć, ale jakoś nie mogę. Dokoła panuje cisza, lecz już nie dajemy się zwieść pozorom. Postanawiam, że w razie napaści, wychylę się przez okno i będę wzywała głośno pomocy. Mama uśmiecha się sceptycznie. Przecież Polaków w pobliżu nie ma, a Niemcy nie kiwną palcem w naszej obronie.
Niespodziewanie wybucha strzelanina. Pod oknami słuchać krzyki, tupot nóg, hałas się zbliża, a po murze bije seria z automatu. Do bramy ktoś zaczyna się uporczywie dobijać. O Jezu! Mama gasi natychmiast światło i obie przyklękamy, aby uniknąć zranienia. Słyszymy krzyki, potem jęki, ktoś wyje, nie wiadomo w jakim języku. Znowu słychać strzały, z przeraźliwym brzękiem wylatuje jakaś szyba, rozbijając się na chodniku. Kulimy się pod ścianą, odmawiając szeptem pacierz. Powoli się ucisza. Mama ostrożnie podchodzi do okna, idę za nią jak cień. Ale w tych egipskich ciemnościach niczego nie widzimy. Przez chwile nadsłuchujemy, potem zmarznięte kładziemy się do łóżka.
Boże, kiedy ta koszmarna noc się skończy? Zegar wybija trzecią nad ranem, a czas wlecze się w żółwim tempie. Tej nocy czekały nas jeszcze dwie podobne awantury. Mimo piekielnego hałasu, Niemcy zachowywali się cicho, jak mysz pod miotłą. „Dziki Zachód” przestał mi się podobać. Okazało się, że naprawdę zasługuje na swoją nazwę, ale mnie to już wcale nie bawiło. Obawiałyśmy się zasnąć przekonane, że może to być ostatni sen w naszym życiu. Dopiero gdy zaczęło świtać, trochę się zdrzemnęłyśmy. Porucznik A. dotrzymał słowa i zjawił się około dziewiątej rano. Zastał nas zmęczone, niewyspane, przestraszone i złe. Wysłuchawszy naszej jeremiady, pokiwał tylko głową.
- Codziennie zdarzają się takie awantury. To dopiero początki i trudno od razu zaprowadzić porządek w mieście. Trzeba się przyzwyczaić, bo inaczej tutaj nie wytrzymacie. W tym domu jesteście bezpieczne. Rosjanie tu nie wejdą, bo na murze wisi tablica, że kwaterują tu oficerowie polski i radziecki. To was uchroni przed napaścią.
Okazało się, że niekoniecznie groziła nam napaść z zewnątrz. Jak bardzo się porucznik mylił, dowiodły to czekające nas wydarzenia, zakończone potem głośnym procesem we Wrocławiu i kilkoma wyrokami śmierci. Frau W. przyszła powiedzieć nam: „Guten Tag.” Mama patrząc na nią surowo, spytała ostro, kto próbował wejść nocą do naszego pokoju? Niemka uniosła brwi w udanym zdumieniu.
- Ależ to niemożliwe. - oświadczyła z przekonaniem. - W tym mieszkaniu są tylko kobiety i dwoje małych dzieci. Musiała się pani przesłyszeć.
Mama z równą stanowczością stwierdza, że obie słyszałyśmy kroki i widziałyśmy poruszającą się klamkę.
- Nein, nein! Pani się myli, przecież wszyscy mocno spaliśmy. Nikt nie słyszał żadnych hałasów. Te podłogi nocami trzeszczą pod wpływem wilgoci. Często sama ulegam złudzeniu, że ktoś chodzi.
Nie było sensu z nią dyskutować, więc Mama udaje, że została przekonana. Ponieważ wcale nie znamy miasta, porucznik A. służy nam za cicerone i prowadzi nas do RKU na śniadanie. Tam też miałyśmy codziennie jadać w stołówce obiady. Dzień był jasny i słoneczny, niebo niebieskie i bezchmurne. Z wielkich kasztanowców i lip oraz wysokiej brzozy, rosnących opodal domu, spadały na ziemię pożółkłe liście, tworząc brunatny kobierzec. Na ulicy jesteśmy sami, bo w pobliżu nie widać ludzi. Idziemy powoli, przypatrując się śladom wojny widocznym na każdym kroku. Na wprost naszego domu, wznosi się fasada kościoła ewangelickiego, wyrastająca z potężnych średniowiecznych murów. Kościół jest kompletnie splądrowany, jego wysoka pseudogotycka wieżyca była widocznie punktem obserwacyjnym, bo cała posiekana jest odłamkami. Obok dwóch jednopiętrowych domów, zachowało się kilka innych budynków, ale domy są puste i zdewastowane. Właściwie ta ulica, ( Kubika) miała szczęście, bo żadna kamienica nie została zburzona. Lecz nieco dalej, na dzisiejszej ulicy Kutuzowa i Pierwszego Maja, większość domów leży w gruzach. Ocalałe kamienice nie posiadają ani drzwi, ani okien, a ściany posiekane są kulami. Meble, sprzęt gospodarczy, a nawet odzież, wywleczone są na ulicę, jak wnętrzności trupa, plącząc się nam pod nogami. Co chwilę potykamy się o jakieś garnki, rozbite talerze i połamane sztućce.
Tutaj widać wyraźnie ślady rabunku. W tunelu prowadzącym na Rynek, wisi na jednym gwoździu tablica z nazwą ulicy:„Nicolai Strasse” - sylabizuję mozolnie. Domy są puste, straszą tylko czarnymi dziurami po pociskach. Sklepy mają rozbite szyby wystawowe, a na ulicy poniewierają się resztki towarów. Nieprzyjemnie zgrzyta pod nogami rozbite szkło. Na jednej z wystaw, w sklepie obok tunelu, zachował się manekin kobiecy. Stoi na poranionych kulami nogach, z jedną ręką urwana i prezentuje na sobie strzępy munduru BDM.(Związek Niemieckich Dziewcząt, pełniący często funkcje Pomocniczej Służby Kobiet) Bezmyślnie uśmiechnięta twarz manekina i staranna fryzura, sprawiają dosyć upiorne wrażenie. W innym sklepie, dostrzegam kasę pancerną rozbitą pociskiem z działa. Z jej wnętrza wysypują się banknoty już bez wartości, nikomu niepotrzebne.
Śliczny Rynek o zachowanej średniowiecznej zabudowie, niemal cały leży w gruzach. Ocalała jedynie część strony północnej i dwa domy pod zabytkowym kościołem katolickim, cudem zachowanym. W jednym z domów mieści się hotel „Piast”, w następnym, pierwsza w mieście restauracja z dansingiem „Lwowianka”, której właścicielem jest porucznik A. Ocalała także ulica Kościelna. Lecz od strony banku i nie istniejącego już przedłużenia ulicy Polnej, a dalej Tyrankiewiczów, ul. Bankowej, Opitza, Brody, wszystko zajęte jest przez wojska radzieckie. „Krasnyj Gorodok” obejmuje centrum miasta i jest to dzielnica bardzo niebezpieczna. Często wychodzą z niej uzbrojeni po zęby żołnierze, zwykle pijani, i wałęsają się po ulicach, strzelając, albo rabując przechodniów. Ta enklawa rządzi się własnymi prawami, a Polacy nie mają tam wstępu. Ludzie starannie i z daleka omijają te dzielnice.
Miasto jest prawie bezludne. Jeżeli już ktoś się pojawi, to z pewnością jest to żołnierz albo Niemiec. Ci ostatni, zwracają na siebie uwagę jakimś szczególnym zachowaniem, bo przesuwają się bojaźliwie boczkiem, jakby obawiali się kogoś potrącić. Mężczyźni noszą na sobie przeważnie resztki mundurów i część odzieży cywilnej. Na głowach mają czapki wojskowe, z zerwanym godłem. Nieliczni Polacy giną w masie żołnierzy i tubylców. Porucznik A. powiada, że w całym powiecie jest nas nie więcej niż trzystu Polaków! Oprócz Niemców, Rosjan i Polaków, są w Bolesławcu także Włosi, więźniowie filii obozu koncentracyjnego Gross Rosen, znajdującej się na terenie Zakładów Chemicznych „Wizów,” i w „Hance”, byłej niemieckiej Concordii.
Na środku Rynku stoi piękny ratusz, na szczęście niewiele uszkodzony. Ponad ruinami ul. Prusa, dostrzegam wysmukłą, pseudogotycką wieżycę kościoła Ewangelickiego, nasz znak rozpoznawczy. Miasto jest straszliwie zrujnowane. Całe dzielnice leżą w gruzach, a resztę zniszczył ogromny pożar. Czarne kikuty spalonych domów sterczą w błękitne niebo, a ściany zapadły się aż do piwnic. Gdzieniegdzie potężne wybuchy bomb kruszących, wywaliły całe sterty gruzów, zasypując ulice.
Podobno sprawcami pożaru miasta byli Rosjanie, ale ja do dzisiaj w to nie wierzę. To Niemcom zależało na tym, żeby nie zostawić po sobie jednego całego domu. Wycofujące się wojska niemieckie, niszczyły i paliły za sobą wszystko, aby pozostawić nieprzyjacielowi gołą, spaloną ziemię. Takie były rozkazy dowództwa niemieckiego i samego Hitlera. Przechodzimy wąskimi ścieżynkami pośród ruin, na których z trudem mogą minąć się dwie osoby. Nocą przejście tymi ścieżkami jest niemożliwe. Na dzisiejszej ulicy Daszyńskiego, naszą uwagę zwracają ruiny jakiegoś pałacu. Wspaniałe marmury pokrywają resztki ścian, a w gruzach walają się szczątki posągów i zbitych witraży, zdobiących niegdyś wielki westybul. Pałac był domem Hoffmana, właściciela ogromnej fabryki, której trzy wysokie kominy widzimy za dworcem. Pałac zajmował cały róg ulic Daszyńskiego i Tamki. Na małym skwerku przed dworcem kolejowym, widać kilka bezimiennych grobów. W budynku, gdzie mieścił się potem hotel robotniczy Zakładów Chemicznych „Wizów”, zorganizowano mały szpitalik.
RKU znajduje się w dużej pięknej willi, stojącej pośród strzyżonych trawników i klombów kwiatowych, pełnych kwitnących wiosną irysów, pomarańczowych lilii, łubinów i piwonii. Latem wynosiliśmy tam fotele, stoliki, i całe towarzystwo zasiadało pośród ozdobnych krzewów i kwiatów. Był nawet natrysk z zimną wodą! Na klombach rosły śliczne różowe karłowate różyczki, podobnych nigdzie już nie widziałam. Przy żwirowanych alejkach kwitły nawet fiołki, kaczeńce i forsycje, pomiędzy niewielkimi szpalerami bukszpanowymi. Ogród zniszczono, budując w tym miejscu jakiejś ohydne budy. Ilekroć teraz przechodzę tamtędy, jest mi bardzo przykro, bo jeszcze pamiętam jak tam było pięknie.
Kiedy nareszcie dochodzimy do RKU, jestem już bardzo głodna. Przed bramą stoi wartownik. Poznał nas i z uśmiechem salutuje. Stołówka znajduje się na pierwszym piętrze mieszkalnego budynku przy ul. Polnej 8. Siadamy przy długim stole przykrytym ceratą i po chwili dostajemy kawę zbożową z mlekiem, chleb ze smalcem i pastą ze śledzia, słoną jak Wieliczka. Dziś wyjątkowo otrzymujemy śniadanie, bo jeszcze nie odebrałyśmy od kwatermistrza suchego prowiantu. Od jutra będziemy tu przychodzić tylko na obiady. W dziale prowiantowym przyjmuje nas sierżant, niski i okrąglutki jak piłeczka. Ma poczciwe niebieskie oczy i pucułowatą buzię aniołka z wąsami. Z półki zdjął duże tekturowe pudło i zaczął pakować prowiant, składający się z razowego chleba, kawy zbożowej, puszki smalcu, cukru, soli, marmolady i twardego jak deska suszonego dorsza! Obładowane jak wielbłądy, podziękowałyśmy i skierowałyśmy się do drzwi, ale widocznie sierżant użalił się nade mną, bo dorzucił - tak z dobrego serca - puszkę mielonej wieprzowiny, tabliczkę czekolady i skondensowane mleko z UNRY. ( tak naprawdę wcale nie użalił się nade mną, tylko urzekła go uroda Mamy!)
Wracamy do stołówki na obiad. Na widok znienawidzonej zupy ziemniaczanej, wpadam w rozpacz w ciapki! Przez całe lata okupacji, ta nieszczęsna zupa pojawiała się niemal codziennie na naszym stole. Przysięgłam sobie uroczyście, że po wojnie nigdy więcej nie wezmę jej do ust. Akurat! Nie oczekiwałyśmy z mamą jakichś luksusów, pulardy ze szparagami, czy innych wymyślnych dań, ale grochówka na boczku, krupnik czy pomidorowa, byłyby mile widziane. Niestety, musimy zjeść tę ziemniaczankę. Bardzo zły prognostyk! Jesteśmy osłabione długą podróżą i przygnębione widokiem zrujnowanego miasta, w którym przyjdzie nam żyć. Z lękiem myślimy o czekającej nas nocy w domu Frau W. A tu jeszcze ta ziemniaczana! Spuszczam głowę i solę łzami i tak przesoloną już zupę.... Na drugie danie był dorsz, który cuchnął podejrzanie, ziemniaki i twardawa kapusta.
1Wer da? - Kto tam? Oh,mein Gott.. - O mój Boże, pan porucznik! Bitte, kommen... - Proszę, wejdźcie.

wtorek, 3 lutego 2015

Czy Polaków nie stać na rozsądek?


3.02.2015 r.
Dziś nowa afera z ministrem Spraw Zagranicznych, panem Schetyną. Zaledwie ucichły echa niedawnej niemądrej wypowiedzi pana ministra w sprawie wyzwolenia Auschwitz przez Ukraińców, a nie przez żołnierzy radzieckich, a już postanowił się „poprawić” i powiedział, co wiedział. Głupio, bo nie w łazience, lecz do radia. Otóż polski minister oznajmił, że dzień zwycięstwa można by obchodzić nie w Moskwie, lecz na przykład w Londynie, czy w innym mieście. Nawet na Westerplatte! Naturalnie Rosja się wkurzyła i oświadczyła, że pan Schetyna przynosi hańbę polskiej dyplomacji. Wobec tego pani premier poprosiła ambasadora Rosji na dywanik, oznajmiając mu swoje oburzenie na wypowiedź władz rosyjskich.
O wielki mamba, potężny mamba! 
Gdyby panią premier stać było na realny pomyślunek, wezwałaby na dywanik pana ministra i od ręki wylała go z roboty na zbitą twarz. ( zwykle szczerzącą uzębienie) Ja rozumiem, że możemy mieć do naszego wschodniego sąsiada pretensje o to i owo, ale dobremu dyplomacie nie wolno ich uzewnętrzniać. Na tym właśnie polega dyplomacja! Niestety, pan Schetyna jest ministrem z przypadku i nie rokuje poprawy, narażając nasz kraj na poważny konflikt z Rosją. A to oznacza kopanie się z koniem!
Ponieważ nie urodziłam się dzisiaj, ale przed paroma ładnymi dziesiątkami lat i doskonale pamiętam rok 1945, przyznaję, że wkurzona Rosja ma rację obrażając się na pana ministra. W II wojnie światowej tylko dwa państwa poniosły największe straty w ludziach i majątku narodowym – otóż właśnie Rosja i Polska! I to Rosja ogromnym wysiłkiem milionów głodujących ludzi i przelaną krwią swoich żołnierzy, wywalczyła zwycięstwo nad hitleryzmem, wkraczając do Berlina. O tym, że weszli tam także żołnierze polscy, dziś się u nas nie wspomina, bo po co? Współczesna młodzież polska, tendencyjne nakręcana przez prawicowe władze, ani nie zna, ani nie pamięta roku 1945. To dla nich odległa historia. Ale dla nas, żyjących w tamtych straszliwych czasach, to nie jest historia, lecz wspomnienie koszmaru. Bo 1945 przyniósł nam mimo wszystko wyzwolenie od codziennego strachu o życie, od widoku szubienic i ulicznych egzekucji.
Gdyby nie Stalingrad i szaleńcza ofensywa radziecka, pchająca w objęcia śmierci miliony żołnierzy, nie byłoby desantu w Normandii i nie byłoby końca wojny w 1945 roku. To przyznają historycy nawet niechętni Rosji. Być może dopiero za kilka lat Ameryka użyłaby na Niemcy bomby atomowej, przy czym i Polsce by się oberwało przy zachodnim wiaterku.
Dziś już nikt z Polaków urodzonych po 1989 roku nie pamięta, bo tego w naszych szkołach nie uczą, potwornego oblężenia Leningradu, gdzie głód zmuszał ludzi do kanibalizmu, a w mieście zmarło z głodu ponad milion mieszkańców! Należy też pamiętać, że Niemcy nie przestrzegali w wojnie z Rosją konwencji dotyczącej jeńców wojennych, traktując wziętych do niewoli żołnierzy jak zwierzęta, mordując ich głodem. W takich obozach działy się przerażające rzeczy, o których lepiej nie wspominać. Dlatego też Rosja ma prawo obchodzić Dzień Zwycięstwa w Moskwie, a nie w Londynie, czy na Westerplatte, gdzie się II wojna światowa zaczęła.
Ale nie tylko o tym chciałam napisać. Niedawno obchodziliśmy 70 rocznicę wyzwolenia Auschwitz, na którą to uroczystość nie zaproszono prezydenta Rosji, ponieważ wspiera on wojnę na Ukrainie. W każdym innym państwie byłby to skandal dyplomatyczny, ale nie u nas, bo my nie kochamy Rosji tylko Amerykę. Ostatnio kompletnie zbulwersowała mnie wiadomość, nie wiem czy prawdziwa, że po przemówieniu prezydenta RP, potępiającego Holokaust, Żydzi zarzucili prezydentowi, że nie wspomniał o mordowaniu Żydów przez Polaków! Nie jestem pewna, czy ta wiadomość polega na prawdzie, ale nawet bym się nie dziwiła. Często protestujemy, kiedy piszą „polskie obozy śmierci”, lecz udajemy, że nie dostrzegamy książek i filmów, ukazujących Polaków jako zdeklarowanych antysemitów popierających zbrodnie ludobójstwa.
Niedawno obejrzałam sobie w internecie film pt. „Ostatni pociąg do Auschwitz”, produkcji chyba niemiecko - czeskiej lub słowackiej, ale z całą pewnością wg. scenariusza żydowskiego pisarza. Film opowiada o losach Żydów niemieckich wywożonych do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Warto, żeby kilku naszych urzędników z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, obejrzało sobie ten film i wezwało na dywanik dyplomatę niemieckiego lub izraelskiego. W filmie, pociąg do Auschwitz prowadzą Polacy. Jest polski maszynista cieszący się, że wiezie ludzi na śmierć i jego pomocnik, też antysemita. Obaj prowadząc pociąg, popijają sobie z butelki wódkę i wyrażają się o jego nieszczęsnych pasażerach jak najgorzej. Oczywiście w filmie Polacy mówią językiem nie mającym nic wspólnego z polszczyzną, takim slangiem: „nasza mama mowa”. Twórcy filmy w odróżnieniu od podłych Polaków, przedstawili szlachetnych żołnierzy z Wermachtu, obdarzających głodnych Żydów jedzeniem i piciem. Jest w tym filmie szczególnie obrzydliwa scena. Otóż na jakiejś stacji, kolejarze polscy, nie wiadomo po co, polewają wodą z sikawek strażackich wagony. Spragnieni Żydzi za tę wodę płacą im biżuterią i pieniądzmi.
Scena ta jest nie tylko obrzydliwa ze względu na obraźliwe ukazanie polskich kolejarzy, ale także bezczelnie ukradziona z naszej historii. Prawdą jest, że polscy kolejarze oblewali wodą pociągi, ale nie te idące do Auschwitz, tylko wiozące do niewoli niemieckiej nasze dziewczęta walczące w Powstaniu Warszawskim. W ten sposób polscy kolejarze dostarczali im wodę! Oglądałam ten film z niesmakiem i przyszło mi na myśl, że najwięcej obraźliwych i niesprawiedliwych opinii o Polakach, głoszonych jest przez Niemców i Żydów. Wprawdzie w ostatnich scenach filmu pokazano, że jacyś Polacy przygarnęli uciekających z transportu kilku Żydów, ale ich wygląd nie różnił się od odrażających typów, ukazanych w serialu niemieckim „Nasze matki, nasi ojcowie”.
Oczywiście, dziś Niemcy są naszymi przyjaciółmi i nie powinno się ich obrażać, ani denerwować. Może dlatego nie zauważamy znaczących rocznic wojennych i udajemy, że wszystko jest w porządku. Ale nie jest, i najlepszym dowodem na to była bezmyślna wypowiedź pana ministra Schetyny, która może nas znowu drogo kosztować. Dosłownie kilka miliardów złotych strat w handlu zagranicznym z Rosją!
Zadziwia mnie również fakt, że w szkołach średnich obowiązkową lekturą jest książka pani Hanny Krall:„Zdążyć przed Panem Bogiem” - o powstaniu żydowskim w Getcie Warszawskim. Jest ona także tematem prac maturalnych. Ale Związek Harcerstwa Polskiego nie może się doprosić w Ministerstwie Szkolnictwa, o wprowadzenie do obowiązkowych lektur książki ”Kamienie na szaniec” i „ Parasol i Zośka”. Więc zadaję sobie pytanie, czy Polaków naprawdę nie stać już na rozsądek?