poniedziałek, 18 maja 2015

Opowieść zamkowa

18.05.2015 r.

O P O W I E Ś Ć  Z A M K O W A - GRODZIEC.

To był rok 1952. Mieszkałam wtedy z rodzicami w Iwinach, gdzie mój ojciec pracował w rozbudowującej się w szybkim tempie kopalni miedzi „Konrad”. Ponieważ w owym czasie dojazd z Bolesławca do Iwin był utrudniony z powodu braku transportu, rodzice zdecydowali się zamieszkać tam na pewien okres. Z okna naszego mieszkania patrzyłam codziennie na widniejącą ponad pasmem lasów, górę zamkową z moim ukochanym zamkiem Grodźcem. Zamek znałam od kilku lat i po prostu się w nim zakochałam. Widząc zamek, zawsze deklamowałam sobie strofy z mickiewiczowskiej „Grażyny” - Zamek na barkach nowogrodzkiej góry... i tak dalej. W dziewczęcych marzeniach wyobrażałam sobie, że kiedyś odziedziczę wielkie spadek i kupię ten zamek na własność! Nota bene, nie miałam pojęcia, jak ogromny spadek należał się mojej rodzinie! Ale do rzeczy!
Jako trzynastolatka, byłam dobrym piechurem i bardzo lubiłam długie spacery. Mój ojciec będąc żołnierzem, potrafił maszerować dziesiątki kilometrów. Bardzo często chodziliśmy piechotą z iwin na Grodziec. Tam wspinaliśmy się na najwyższą wieżę, skacząc nad przepaścią po położonych nad nią drzwiach. Nie było to mądre, ale w moim wieku nikt się nie zastanawia, czy coś jest mądre, czy głupie. Tata lubił ryzyko i ja je kochałam. Mam zamiar opowiedzieć moim miłym słuchaczom o sensacyjnej historii, ale zacznę od komicznej.
Na podzamczu jest stary kościół. Wtedy były w nim jeszcze dobre organy. Mój ojciec znakomicie grał na organach, a ponieważ drzwi od kościółka były zwykle otwarte, wchodziliśmy na chór i tata zasiadał do organów, a ja kalikowałam, to znaczy wprowadzałam deptaniem pedałów powietrze do piszczałek instrumentu. Tego dnia także weszliśmy na chór i tata usiadł do organów. W grobowej ciszy kościoła nagle rozległ się potężny głos muzyki organowej. W tej samej chwili, z podziemnej krypty kościoła, gdzie znajdowały się groby zmarłych dziedziców, usłyszeliśmy przeraźliwy wrzask i po chwili z krypty wypadło dwóch mężczyzn, uciekając w panice przed siebie. Jeden nawet zgubił buta! Okazało się, że dwaj rabusie zeszli do podziemia, aby splądrować grobowce w poszukiwaniu jakichś cennych przedmiotów. Właśnie otwarli trumnę, kiedy nad nimi rozległ się potężny ryk organów. Rabusie uznali, że to duchy i w popłochu uciekli, opowiadając mieszkańcom wioski, że w kościółku straszy. Nawet po kilku latach wieśniacy ostrzegali nas, żeby nie wchodzić do kościoła, bo tam nawet w jasny dzień straszy. To było bardzo zabawne, wcielić się w rolę ducha.
Zamek miał burzliwe dzieje, a nawet chwile chwały, bowiem tutaj w 1515 roku odbyło się wesele księcia Ferdynanda II z rodu Piastów, z księżniczką Elżbieta Jagiellonką, córką króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka. W czasie ostatniej wojny, o czym Wikipedia nie wspomina, zamek był siedzibą oddziału Hitlerjugend, a nawet Waffen SS, ochraniających właściciela zamku, jednego z doradców cywilnych Hitlera, który był jego gościem w pobliskim pałacu. Po zakończeniu wojny, w podziemiach zamku ukrywały się oddziały Werwolfu, czyli Wilkołaków, partyzantki niemieckiej. O tym wiem od mego ojca, bowiem był on w oddziale pacyfikującym zamek. Polscy żołnierze wrzucali do kanałów i lochów granaty, zawalając podziemne korytarze. Moja historia zaczyna się, jak wspomniałam w 1952 roku.
Przyjechała do nas z wizytą ciocia z Poznania. Patrząc przez okno, zauważyła górę zamkową i bardzo zainteresowała się zamkiem. Postanowiliśmy, że pokażemy jej Grodziec. Wybraliśmy się tam piechotą w piękny letni dzień. Trochę sapiąc ze zmęczenia wspięliśmy się na szczyt góry. Ponieważ most nad fosą był w bardzo złym stanie, weszliśmy na dziedziniec boczną furtą od strony studni głodowej. Znajdowały się w niej jeszcze szczątki zmarłych z głodu więźniów. Na zamku tego dnia nie było nikogo poza nami. Wchodząc na dziedziniec, odruchowo spojrzałam na znajdującą się po lewej stronie część budynku, który był w środku zawalony i nie było do niego dostępu. Toteż musicie sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy w jednym z otworów okiennych nagle ujrzałam mężczyznę. Był w noszonej przez żołnierzy niemieckich czapce z daszkiem i miał na sobie marynarkę z byłego munduru. To było widać po kolorze feldgrau. Chciałam go pokazać ojcu i ciotce, ale mężczyzna zniknął jak duch. Przez jakiś czas myślałam nawet, że coś mi się przewidziało. Ponieważ mieliśmy z sobą bardzo dobre rzeczy do jedzenia, wydrapaliśmy się na ściętą basztę po prawej stronie murów zamkowych. Usiedliśmy na kamiennej ławie i zaczęliśmy się pożywiać. Było gorąco, nie chciało mi się jeść. Miałam przy sobie doskonałą lornetkę, więc wspięłam się na wał i zaczęłam przez lornetkę podziwiać okoliczne widoki.
Z tej części murów zamkowych obserwowałam przybyszów.


W pewnej chwili usłyszeliśmy warkot samochodu. Wjechał serpentyną na szczyt, ale nie mógł wjechać na dziedziniec, gdyż most był zniszczony. Zatrzymał się przed bramą wjazdową i kilka osób z niego wysiadło. Między nimi była kobieta. Dostali się na dziedziniec tą samą drogą, jaką i my weszliśmy, przez boczną furtę. Od niechcenia obserwowałam ich przez lornetkę myśląc, że to jacyś turyści przyjechali obejrzeć zamek. Ale to nie byli turyści. Po chwili z najwyższym zdziwieniem zobaczyłam, że z lochu wychodzi do nich ten sam człowiek, którego widziałam poprzednio w oknie. Zaczęli rozmawiać, a potem trzech mężczyzn przyniosło z auta łopaty i zaczęli kopać przy murze pałacu. Prawdopodobnie ten pierwszy mężczyzna uznał, że musieliśmy już wyjść, bo przybysze zachowywali się bardzo swobodnie. Rozmawiali głośno i śmiali się, a do naszej baszty dolatywały słowa w języku niemieckim. Częściowo zasłaniały ich ogromne drzewa rosnące na dziedzińcu, ale cokolwiek można było dojrzeć. Poczułam strach. Ci ludzie coś chcieli wykopać, lub zakopać. Powiedziałam o moich spostrzeżeniach ojcu i ciotce. Ojciec z początku nie dowierzał mi, gdy mówiłam, że widzę Niemca, ale potem sam chwycił lornetkę i zaczął się przypatrywać tajemniczym przybyszom. Zauważyłam, że był zaniepokojony.
Kazał nam się prędko zbierać do drogi. Postanowiliśmy iść przy samym murze obronnym aż do furty, żeby jak najprędzej wyjść z zamku niezauważeni. Wychodząc, odwróciłam głowę i spostrzegłam, że kobieta zobaczyła nasz odwrót. Dzieliła nas pewna odległość, lecz zorientowałam się, że musi być wściekła, bo zaczęła głośno wydzierać się do tego w żołnierskiej czapce, pokazując nas palcem! Wyjść z zamku nie było trudno, ale pod bramą zamkową stał samochód ciężarowy, a w szoferce siedział mężczyzna. Na nasz widok wyskoczył z auta i obserwował, jak schodzimy serpentyną w dół. Spieszyliśmy się, żeby jak najprędzej dostać się w pobliże wsi i ludzi, ale z góry nie łatwo iść szybko, bo człowiek mimo woli nabiera rozpędu. Byliśmy może na trzy czwarte wysokości serpentyny, gdy za sobą usłyszeliśmy warkot ciężarówki. Zjeżdżała dosyć prędko, gładko pokonując zakręty. Tył wozu zakrywała plandeka, a poprzednio jej nie było. Samochód wyprzedził nas i nagle zwolnił, spod plandeki wyjrzało dwóch mężczyzn i jeden z nich odezwał się, z wyraźnym niemieckim akcentem, zapraszając nas do auta. Ciocia o mało nie zemdlała z przerażenia, a ojciec krótko i stanowczo odmówił, dziękując i oświadczył, że chcemy iść piechotą. W tym momencie samochód się zatrzymał i wysiadło z niego aż trzech mężczyzn, chłopów jak dęby. Zastąpili nam drogę, żądając już wcale nie uprzejmie, żebyśmy natychmiast wsiedli do wozu. To zaczynało wyglądać naprawdę groźnie. Ci ludzie najwidoczniej coś chcieli ukryć i nie życzyli sobie świadków.
Nie wiadomo jak by się ta niebezpieczna przygoda dla nas zakończyła, gdyby nie duża wycieczka z jakiegoś zakładu, właśnie wjeżdżająca samochodem pod górę. W Niemców, bo to byli z pewnością Niemcy, jakby piorun strzelił. W jednej chwili wskoczyli do wozu i pomknęli serpentyną na dół. Ciocia usiadła na kamieniu i o mało nie zaczęła płakać z radości. Ojciec poprosił kierowcę autobusu, żeby nas wziął z sobą. Raz jeszcze znaleźliśmy się na dziedzińcu, ale tam już nie było nikogo, tylko w miejscu w którym kopano, leżała położona świeża darń. Po godzinie razem z wycieczką zjechaliśmy z góry zamkowej, a kierowca uprzejmie podwiózł nas aż do iwin. Ciocia przysięgła sobie, że już nigdy nie będzie zwiedzać żadnych zamków. A my także przez długi czas nie odwiedzaliśmy Grodźca.
Być może byliśmy świadkami wykopywania lub zakopywania części legendarnych skarbów, ukrytych przez oddziały SS w 1945 roku. Strażnicy tych skarbów żyli także wśród nas w Bolesławcu!
li nabiera rozpędu. Byliśmy może na trzy czwarte wysokości serpentyny, gdy za sobą usłyszeliśmy warkot ciężarówki. Zjeżdżała dosyć prędko, gładko pokonując zakręty. Tył wozu zakrywała plandeka, a poprzednio jej nie było. Samochód wyprzedził nas i nagle zwolnił, spod plandeki wyjrzało dwóch mężczyzn i jeden z nich odezwał się, z wyraźnym niemieckim akcentem, zapraszając nas do auta. Ciocia o mało nie zemdlała z przerażenia, a ojciec krótko i stanowczo odmówił, dziękując i oświadczył, że chcemy iść piechotą. W tym momencie samochód się zatrzymał i wysiadło z niego aż trzech mężczyzn, chłopów jak dęby. Zastąpili nam drogę, żądając już wcale nie uprzejmie, żebyśmy natychmiast wsiedli do wozu. To zaczynało wyglądać naprawdę groźnie. Ci ludzie najwidoczniej coś chcieli ukryć i nie życzyli sobie świadków.
Nie wiadomo jak by się ta niebezpieczna przygoda dla nas zakończyła, gdyby nie duża wycieczka z jakiegoś zakładu, właśnie wjeżdżająca samochodem pod górę. W Niemców, bo to byli z pewnością Niemcy, jakby piorun strzelił. W jednej chwili wskoczyli do wozu i pomknęli serpentyną na dół. Ciocia usiadła na kamieniu i o mało nie zaczęła płakać z radości. Ojciec poprosił kierowcę autobusu, żeby nas wziął z sobą. Raz jeszcze znaleźliśmy się na dziedzińcu, ale tam już nie było nikogo, tylko w miejscu w którym kopano, leżała położona świeża darń. Po godzinie razem z wycieczką zjechaliśmy z góry zamkowej, a kierowca uprzejmie podwiózł nas aż do iwin. Ciocia przysięgła sobie, że już nigdy nie będzie zwiedzać żadnych zamków. A my także przez długi czas nie odwiedzaliśmy Grodźca.
Być może byliśmy świadkami wykopywania lub zakopywania części legendarnych skarbów, ukrytych przez oddziały SS w 1945 roku. Strażnicy tych skarbów żyli także wśród nas w Bolesławcu!

wtorek, 12 maja 2015

N I E S P O D Z I A N K A!


12 maj 2015 r.

Już bardzo dawno nie pisałam do Aktualności o bieżących sprawach dziejących się na arenie politycznej, opowiadając historie o kresach wschodnich. Ale dziś mija 80 rocznica zgonu Marszałka Józefa Piłsudskiego, data bardzo adekwatna w nawiązaniu do współczesnych wydarzeń. Nota bene, żaden program telewizyjny nie wspomniał o jego śmierci. Kim był Józef Piłsudski? Był polskim szlachcicem herbu Kościesza, urodzonym 5 grudnia 1867 roku w Zułowie na Litwie, w trzy lata po tragicznym upadku Powstania Styczniowego. Jego matka z domu Billewiczówna, (jak Sienkiewiczowska Oleńka z Potopu) wpoiła synowi miłość do nieszczęśliwej ojczyzny, cześć dla powstańców z 1863 roku i wolę walki o niepodległość Polski. Ten testament wcześnie zmarłej ukochanej matki, syn realizował z narażeniem życia, aż do ostatecznego zwycięstwa. Zmartwychwstałej Ojczyzny!
Polacy go uwielbiali!....Tak myślicie? No to bardzo się mylicie! Nie było takiego przezwiska, takiej obelgi, takiego kłamstwa, którego by nie rzucono na tego wielkiego Polaka. Doszło do tego, że musiał obawiać się o własne życie, bo przygotowywano na niego zamachy. Udał się pod opiekę wojska, bo jego żołnierze zostali mu wierni aż do jego śmierci. Opluty przez wdzięcznych rodaków, z goryczą wycofał się z życia politycznego i osiadł na jakiś czas w swoim Sulejówku, podarowanym mu przez naród. Piłsudski był człowiekiem uczciwym i nigdy nie czerpał zysków ze swojej sławy. Opowiadała mi babcia, że w czasie jego choroby, wojsko i policja miały ostre dyżury. 12 maja dziadek, oficer policji, wpadł na chwilę do domu, po coś do zjedzenia i powiedział do babci: - Marszałek nie żyje! Babcia usiadła z wrażenia na krześle i po chwili szepnęła: - To koniec Polski! Jej przepowiednia spełniła się zaledwie po czterech latach 1 września 1939 roku.
Dlaczego o tym piszę?
Ponieważ uważam, że Polacy ani na jotę nie zmienili się od tamtego czasu, kiedy opluwano tak bardzo zasłużonego dla Polski Marszałka. Kiedy wchodzę do internetu na strumień, z przerażeniem patrzę na coraz to ohydniejsze przezwiska i oskarżenia jeszcze przecież urzędującego prezydenta Polski pana Komorowskiego. To wcale nie znaczy, bym porównywała go do zmarłego Marszałka. Nic podobnego, gdyż on w XX wieku nie miał sobie równych. Ale czuję obrzydzenie, jak widzę jakieś koszmarne fotografie prezydenta, z obraźliwymi napisami i wprost z żądaniem, żeby nie glosować na Komorowskiego, tylko na Dudę, lub w ostateczności na Kukiza. Jeżeli ktoś nie szanuje urzędującego prezydenta Polski i obraża go plugawymi, wulgarnymi wyrażeniami, jest to czyn karalny. Po drugie, znieważa się w ten sposób obywateli, którzy przed pięcioma laty na Komorowskiego głosowali w wolnych, demokratycznych wyborach, i chcą głosować na niego powtórnie. To jest wolny kraj, każdy ma prawo głosować wedle swojej woli i nikomu nie wolno w to ingerować. Na pewnym obrazie Goi, jest napis: „ Gdy rozum śpi, budzą się demony”! Obawiam się, że u niektórych rodaków rozum usnął i opętał ich demon nienawiści.
Moim skromnym zdaniem większość kandydatów nie powinna ubiegać się o ten najwyższy urząd w Polsce. Nasz kraj ma wielu znakomitych obywateli, mogących z powodzeniem wziąć udział w wyborach prezydenckich. Ale nie chcieli kandydować przeczuwając, co ich może czekać. Np. Sojusz Lewicy Demokratycznej, strzelił sobie samobójczą bramkę, wystawiając panią Ogórek. Kandydatka SLD, co rusz odżegnywała się od partii, która ją wysunęła, tracąc z tego powodu wyborców. Obawiam się, że pan Miller doprowadzi SLD do upadku, ponieważ partia potrzebuje młodych, nowych i energicznych przywódców z programem, który spodoba się ludziom. Stare twarze już się Polakom opatrzyły. Dlatego, jak sądzę, przy wyborach, PO spotkała bardzo nieprzyjemna niespodzianka.
W tym miejscu chciałam serdecznie pogratulować panu prezesowi Kaczyńskiemu, świetnego posunięcia. Wybrał na swego figuranta człowieka młodego, miłego, rozmownego i obiecującego swym wyborcom wszystko, o czym sobie zamarzyli. Pan Duda miał wejście w prawdziwie amerykańskim stylu. Z chorągwiami, orłami, na tle biało-czerwonych flag, śpiewami pieśni patriotycznych itd. Bardzo efektownie prezentuje się z ładną żoną i miłą córką, które wspierają go na każdym kroku. To, że składa obietnice, których nie dotrzyma z tego prostego powodu, iż nie są w kompetencji prezydenta państwa, lecz rządu i Sejmu, wyborcy nie wiedzą, bowiem niewielu z nas zna polską Konstytucję.


Pan Duda mówi to, co dyktuje mu pan prezes w nadziei, że gdy jego kandydat zasiądzie na prezydenckim fotelu, PiS w wyborach parlamentarnych zwycięży i samodzielnie będzie rządzić państwem. W ogóle PiS ma szczęście do Dud, bo drugi Duda trzęsie Solidarnością, która miała być w programie Niezależna i Samorządna, a nie jest ani jedną, ani drugą. W razie czego, Duda numer II, wyprowadzi swoich ludzi na ulicę i zrobi awanturę, dopominając się o swego kandydata. Można jeszcze w razie przegranej ogłosić sfałszowanie wyborów i inne triki polityczne.
Ale nawet pan prezes Kaczyński nie zyskałby tak dobrych wyników w wyborach, gdyby nie
pewna znakomitość, która go wsparła i dalej wspiera. Myślę tu o Ojcu Rydzyku i jego Radiu Maryja. W tej chwili jest to potęga, z który trudno się mierzyć. Szczerze piszę, że uważam Ojca Rydzyka za geniusza interesu. Nic nie znaczący skromny zakonnik, nagle wyrasta na Mesjasza narodu, dysponującego milionowymi funduszami! Dyktującego, jak kto ma żyć i co ma robić. Przez kilka dni przed wyborami, poświęciłam się i wieczorem słuchałam audycji toruńskiego radia, prowadzonych tam rozmów i odbieranych telefonów.
No i potem już wcale się nie dziwiłam, że pan Duda nr I wygrywa wybory. Większość Polaków to katolicy, chodzą do spowiedzi i oczekują rozgrzeszenia. Niewielu zaryzykuje inną odpowiedź na pytanie spowiednika: - Na kogo, synu, czy córko oddałaś głos? Oczywiście, że powie: - Na Dudę! Radio Maryja zaktywizowało tysiące swoich słuchaczy, kościoły zrobiły to samo z ambon, nakazując wiernym wybrać tego właściwego kandydata i, teraz wiemy dlaczego Platformę Obywatelską spotkała taka nieprzyjemna niespodzianka.
Mówiąc między nami, w żadnym szanującym się, demokratycznym państwie zachodnim, taka rozgłośnie nie mogłaby mieć miejsca. Pod pozorem działalności religijnej, prowadzą najlegalniej i jawnie antyrządową propagandę, angażując do swych audycji pseudonaukowców i polityków z ostatniej półki, opowiadających ciemnej masie androny. Dziwię się tylko, jak mogą tego słuchać, a nawet w to wierzyć, niektórzy dobrze wykształceni i inteligentni ludzie. Cóż, naród polski jest nieprzewidywalny i nie tylko cudzoziemcy nie potrafią nas zrozumieć.
9 maja oglądałam z Moskwy defiladę i słuchałam komentarzy Rosjan w telewizyjnym wywiadzie pt.„Święta wojna Rosjan”. Czułam zazdrość! Zazdrościłam tym prostym Rosjanom tej ogromnej, namiętnej i bezkrytycznej miłości do swojej ojczyzny, która wcale nie była dla nich dobrą matką. Zazdrościłam im dumy ze swej historii i zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. A przede wszystkim zazdrościłam im tego, że są ogromne solidarni ze swoimi przywódcami, czy byłby to Stalin, czy obecnie Putin. Kochają ich i im wierzą. My, Polacy nie potrafimy godnie reprezentować swego narodu. Ciągle kogoś przepraszamy. A to Żydów za to, że ich rzekomo mordowaliśmy, a to Niemców, którzy naprawdę nas mordowali, a to znowu Ukraińców, którzy wcale nie poczuwają się wobec nas do winy. Rosjanie nie biją się o byle co w piersi i nie lubią nikogo przepraszać.
I właśnie tego im zazdroszczę, pragnąc podobnej postawy dla swojego narodu.

piątek, 8 maja 2015

Rogata dusza - opowieść o księciu Samuelu Koreckim


8 maja 2015 r.


Ubóstwiali go kozacy, kochali żołnierze, był hardy, nieposłuszny, szalenie odważny. Stał się jedną z najbarwniejszych postaci w bogatej historii Rzeczypospolitej XVII wieku. Awanturniczym charakterem i niezdyscyplinowaniem, przyprawiał o siwiznę swoich dowódców-hetmanów, a nieprzyjaciół wprawiał w zdumienie i budził szacunek. Śpiewano i nim dumki, pisano wiersze. Kim był kniaź Samuel Korecki? Pochodził ze znakomitego rodu książąt litewsko-ruskich, jego herbem była Pogoń, znak rodowy panujących władców Litwy i Rusi. Dokładna data jego urodzenia nie jest znana. Przyszedł na świat w 1586 roku. Jego ojcem był książę Joachim Korecki, matką Anna z Chodkiewiczów. Nie był ciemnym i zacofanych szlachciurą, lecz człowiekiem wykształconym na zagranicznych uniwersytetach, światłym i bardzo inteligentnym. Cechowała go duma rodowa i wielka odwaga cywilna. Urodzony żołnierz, od młodych lat walczył pod dowództwem hetmana Stanisława Żółkiewskiego w wojskach koronnych, biorąc udział w wielkich bataliach. W czasie sławnej bitwy pod Kłuszynem, bardzo się zasłużył. Walczył z taką zaciętością, że zabito pod nim dwa konie!
Korecki był typem stepowego junaka, zabijaki i jednocześnie udzielnego magnata kresowego, nie liczącego się z niczym i z nikim. Przypominał czasami znaną wszystkim postać pana Andrzeja Kmicica z Sienkiewiczowskiego „Potopu”. W czasie wojny polsko-rosyjskiej trwającej od 1609 do 1618 roku, Korecki uczestniczył w wyprawie na Moskwę, służąc pod rozkazami hetmana Żółkiewskiego. Okrył się wielką sławą, gdy w grudniu 1611 roku, wraz z 500 śmiałkami przedarł się przez placówki wojsk rosyjskich i dostarczył żywność oblężonej polskiej załodze w Moskwie na Kremlu. Broniący się tam Polacy cierpieli tak straszny głód, że dochodziło do wypadków kanibalizmu!
Korecki zdobył miłość kozaków, gromiąc wielkie i małe czambuły tatarskie, nawiedzające kresy wschodnie i zagarniające niemal co roku w jasyr tysiące i dziesiątki tysięcy młodych kobiet, mężczyzn i dzieci, sprzedawanych potem na Krymie i w Turcji. Te najazdy wyludniały wspaniale urodzajne ziemie Podola, Wołynia, Pokucia, sięgając czasami aż pod sam Lwów. Jedną z takich porwanych w jasyr dziewcząt była Aleksandra Lisowska, późniejsza sułtanka Roksolana-Hǘrrem, znana nam z serialu „Wspaniałe stulecie”, matka przyszłego sułtana Selima.
W owym czasie Mołdawia i jej władcy byli kością niezgody pomiędzy Rzecząpospolitą a Imperium Otomańskim, czyli Turcją. Sułtan turecki (padyszach) osadzał swego kandydata na tronie Mołdawii, a magnaci kresowi zrzucali go z tronu i osadzali na nim własnego hospodara. Ta zabawa kończyła się często wojną polsko-turecką, do której Rzeczpospolita była mimo woli wciągana.
Tak było również w wypadku księcia Koreckiego. Zaczęło się od tego, że kanclerz wielki koronny Jan Zamoyski, w 1595 roku osadził na tronie Mołdawii Jeremiego Mohyłę, czyniąc go niejako wasalem Polski. Kiedy hospodar zmarł w 1606 roku, pozostawiając żonę Elżbietę i kilkoro nieletnich dzieci, na tron wstąpił młodszy brat Jeremiego Szymon, ale i ten prędko przeniósł się do wieczności. Podejrzewano, że otruła go Elżbieta w nadziei, iż zostanie regentką. Tymczasem na tronie zasiadł syn Szymona Michał. To doprowadziło do bratobójczych walk o tron Mołdawii w rodze Mohyłów. Żeby umocnić się na tronie Elżbieta, postanowiła wydać swoje urodziwe córki za magnatów polskich. Z księżniczką zwaną w Polsce Reginą, ożenił się książę Michał Wiśniowiecki, drugą Marię, wziął Stefan Potocki. Rządy Michała popierał hetman Żółkiewski, ale energiczna Elżbieta postanowiła czym prędzej wezwać na pomoc swoich potężnych polskich zięciów. Prywatne wojska Wiśniowieckiego i Potockiego wdarły się do Mołdawii i pokonały Michała, osadzając na tronie syna Elżbiety, Konstantego Mohyłę. To zuchwalstwo nie spodobało się młodemu sułtanowi Ahmedowi I, (to on zbudował słynny Błękitny Meczet w Stambule) i w 1611 roku, hospodar Konstanty został przez niego zdetronizowany. Na jego miejsce sułtan przysłał swego hospodara Stefana Tomszę.


Książę Samuel Korecki
Wtedy wkroczył do akcji książę Korecki, trafiony strzałą Amora. Prawdopodobnie na dworze Michała Wiśniowieckiego poznał on trzecią pannę Mohylankę, prześliczną Katarzynę. Zakochany w księżniczce, Samuel bez wahania włączył się do krwawych wojen mołdawskich. Razem z księciem Michałem Wiśniowieckim uderzył na wojska Stefana Tomszy, w 1615 roku, rozbijając jego armię w Jassach, stolicy Mołdawii. Ponieważ hospodar Konstanty utonął w czasie przeprawy przez Dniepr, Elżbieta natychmiast osadziła na tronie młodszego syna dwunastoletniego Aleksandra. Wkrótce potem odbył się z przepychem ślub Samuela z piękną Katarzyną.
Sułtan postanowił pozbyć się raz na zawsze Mohyłów i rozkazał podległemu sobie hospodarowi Wołoszczyzny, przepędzić ich z Jassy. Elżbieta ponownie wezwała na pomoc zięcia Potockiego, lecz jego wyprawa zakończyła się klęską, a sam Potocki dostał się do tureckiej niewoli.
Korecki z Wiśniowieckim wkroczyli do Mołdawii, ale akcja się nie powiodła, a książę Wiśniowiecki został otruty. Korecki pozostał sam z niewielkim oddziałem. Lecz nie zamierzał się poddawać i ze zwerbowanymi w Polsce żołnierzami, ponownie wkroczył do Mołdawii. Młodociany hospodar Aleksander znowu zasiadł na tronie.
Tym razem Turcy mieli dosyć wtrącania się magnatów polskich do polityki mołdawskiej. Zagrozili wojną i wysłali do Mołdawii dużą armię. Rzeczpospolita odcięła się od interwencji królewiąt kresowych, nie chcąc konfliktu z potężnym państwem otomańskim. Wojska Koreckiego zostały rozgromione, Aleksander zrzucony z tronu, na którym zasiadł hospodar Wołoszczyzny. Samuel Korecki dostał się do tureckiej niewoli. Zawleczony w kajdanach do Stambułu, na rozkaz padyszacha osadzono go w strasznej wieży Jedykule. Próby wykupienia Samuela przez jego brata, spełzły na niczym, bowiem Turcy uważali go za groźnego nieprzyjaciela. Podobno proponowano mu uwolnienie w zamian za przyjęcie islamu. Według historii opowiadanej potem przez samego Koreckiego, wysłannik sułtana kilkakrotnie odwiedzał go w wieży, proponując mu przyjęcie wiary mahometańskiej. Książę nie wytrzymał nerwowo i dał mu po pysku ślubując, że jeśli jakimś cudem wydostanie się z niewoli, przyjmie wiarę katolicką (książę był prawosławnym) i uda się z pielgrzymką do Loreto. Złoto jest kluczem do więzień. Katarzyna Korecka przekupiła greckich strażników w Jedykule, a ci dostarczyli Koreckiemu sznur, po którym spuścił się z wieży. Przez jakiś czas ukrywał się u greckiego duchownego, potem w przebraniu mnicha, z fałszywymi dokumentami udał się do Włoch i do Rzymu, gdzie przyjął do papież Paweł V. Samuel dotrzymał słowa i odbył pielgrzymkę do Loreto. W Wiedniu audiencji udzielił mu sam cesarz, a brawurowa ucieczka Polaka stała się sławna w całej Europie. W 1618 roku Korecki nareszcie powrócił do ukochanej siedziby rodowej w Korcu. Ale to jeszcze nie koniec jego przygód z Turkami.
W 1620 roku, książę ruszył z hetmanem Żółkiewskim pod Cecorę. Po raz pierwszy opuścił go hart ducha i dał się unieść panice, próbując ucieczki z oblężonego obozu i chcąc przepłynąć przez rzekę Prut. Lecz ogarnięty wstydem, zawrócił do obozu. Trafił na moment, kiedy hetman Żółkiewski z krzyżem w ręku, przysięgał na Ewangelię, że raczej padnie, a obozu sam nie opuści. „Tchórze uszli – mówił – lecz ja z wami i przy was dokonam żywota.” Korecki dosłyszał te słowa i dotknięty do żywego zapytał: „Kogo to wasza miłość tchórzem zowie?”„Ano nie tych, co suknie suche mają”. - odparł stary hetman, patrząc na księcia, z którego spływała woda.
Po straszliwej klęsce pod Cecorą, Korecki ponownie dostał się do niewoli i w Stambule osadzono go znowu w wieży Jedykule. Tym razem był dobrze strzeżony przez Turków. W następnym roku 1621, Rzeczpospolita pokonała armię turecką sułtana Osmana I pod Chocimiem i obie strony zawarły układ o wymianie jeńców wojennych. Lecz Korecki za bardzo naraził się Turkom, skompromitowawszy ich swoją słynną ucieczką. Tego mu nie darowano. Kiedy do Stambułu przybył wielki poseł Rzeczypospolitej, książę Zbaraski z misją wykupienia księcia, Turcy nie chcieli go wydać i postanowili jeńca zgładzić. Jeszcze przed śmiercią książę walczył, gołymi rękami zabijając kilku swoich oprawców, zanim go pokonano i uduszono. Żył 38 lat. Służący zamordowanego nocą, po kryjomu wykopał pochowane już zwłoki swego pana, które ukryto w trumnie, pomiędzy rzeczami posła polskiego. Ciało Koreckiego po przywiezieniu do Korca, uroczyście pochowano. Przetrwała anonimowa pieśń sławiąca jego czyny.
Którzyście kiedyś znali Koreckiego
Książęciem rodem i męstwem wielkiego,
Tego świat późnym opowiadać wszędzie
Potomkom będzie.

niedziela, 3 maja 2015

Opowieść o hetmanie Stanisławie Żółkiewskim


3 maja 2015 r. W 224 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja.
„Ja swym tułowiem do ojczyzny nieprzyjacielowi niech drogę zawalę!”
Przypominam sobie z moich lat dziecinnych, jak ojciec uczył mnie historii naszych kresów wschodnich, skąd wywodziły się jego korzenie. Z tamtych lat zapamiętałam fragment wiersza, często deklamowanego przez ojca. Nie pamiętam, kto był jego autorem i jak się kończył. Utkwiło mi w pamięci tylko tych kilka zwrotek, jakże malowniczo przedstawiających nasze dzieje i tę historię, jaką pragnę opowiedzieć.
Złoci jesień łan Podola.
Ciągną wojska tabor, wozy. 
Zatętniły lasy, pola,
Stoją rzędem dwa obozy.
Z jednej strony sztandar wiary,
Stary hetman, młodzież dziarska.
Z drugiej wściekłość, krew, pożary,
I straszliwa czerń tatarska.
Jutro, jutro z rannym brzaskiem,
Dzień gonitwy, dzień rozprawy.
Słońce dziwnym zaszło blaskiem,
Dzień to będzie straszny, krwawy.

To była także jesień, przepiękna jesień końca września 1620 roku, tak ciepła jakby to było lato. Stepem ukraińskim w kierunku Dniestru, posuwała się niewielka, bo tylko ośmiotysięczna armia polska. Szła, by piersiami swoimi zasłonić ziemie Rzeczypospolitej. Przeciwko tej garstce, ciągnęły od wschodu niezliczone tysiące wojsk tureckich i tatarskich.
Na czele armii polskiej stał mający siedemdziesiąt trzy lata, doświadczony wieloma zwycięskimi bitwami, hetman i kanclerz wielki koronny Stanisław Żółkiewski. Przyczyną nowej wojny Rzeczypospolitej z Turcją, były najazdy kozaków na ziemie sułtana i wtrącanie się magnatów kresowych w spraw Mołdawii, uważanej przez Turków za swoje lenno. Kresowe „królewięta” prowadziły własną politykę dynastyczną, narażając Rzeczpospolitą Dwojga Narodów na konflikt z groźnym sąsiadem, który w czasie panowania dynastii Jagiellonów wiernie dotrzymywał warunków traktatu pokojowego zawartego 28. X. 1528 roku, przez sułtana Sulejmana Wspaniałego serial („Wspaniałe stulecie”) i króla Zygmunta I Jagiellona.
Spokrewnieni z hospodarami mołdawskimi książęta kresowi: Wiśniowiecki, Korecki i inni, wprowadzali na tron Mołdawii własnych kandydatów, wbrew interesom Turcji. Przed opisywanym konfliktem polsko-tureckim, na tronie Mołdawii został osadzony przez sułtana Kacper Grazziani. Nie dotrzymując umowy z Turcją, zaczął porozumiewać się z Rzecząpospolitą, mając na względzie swoją większą suwerenność. Wysłane doń poselstwo tureckie okrutnie wymordował. W razie konfliktu z Turcją obiecywał Żółkiewskiemu pomoc wojskową, licząc na potęgę militarną królestwa polskiego.
Tymczasem na tronie padyszacha zasiadł młody i wojowniczy sułtan Osman I i dowiedziawszy się o zdradzie Grazzianiego, zamordowaniu posłów i jego listach do Żółkiewskiego, ruszył w stronę granic Rzeczypospolitej. Dowódcą jego potężnej armii był słynny wojownik Iskander Pasza. Wojskami tatarskimi dowodził Kantemir, Krwawy Miecz.
Stanisław Żółkiewski herbu Lubicz, urodził się w 1547 roku w Turynce, pod Lwowem. Ojcem jego był również Stanisław Żółkiewski, wojewoda ruski, matką Zofia z Lipskich z Goraja. Młody Stanisław słynący z urody i talentów, rozpoczął swoją wielką karierę od obowiązków sekretarza króla Zygmunta Augusta. Był członkiem delegacji polskiej, wiozącej do Paryża księciu Henrykowi de Valois, wiadomość o wyborze na króla polskiego. Jego wielkim mentorem i nauczycielem był hetman i kanclerz wielki koronny Jan Zamoyski, po którym Stanisław po latach odziedziczył godności. Żółkiewskiego cechowała kryształowa uczciwość i lojalność względem swego monarchy. Wychowany w szkole króla Stefana Batorego, brał udział w jego bitwach z Moskwą. Był, jak mawiał Sienkiewicz „regalistą”, czyli wiernym swemu królowi aż do śmierci.
Żółkiewski stał się pierwszym Europejczykiem, który zdobył Moskwę, pobiwszy wojska moskiewskiego cara Wasyla Szujskiego pod Kłuszynem. Jako wódz, nie miał sobie równych. W bitwie pod Kłuszynem, mając jedynie 2400 husarii, rozbił w puch 30 tysięczną armię rosyjską, wspomaganą przez 5 tysięczne wojska szwedzkie! Wkroczywszy do Moskwy sprawił, że bojarzy wybrali na swego cara królewicza polskiego Władysława Wazę.
Zwycięzca w wojnach przeciwko Rosji, Szwecji, Imperium Osmańskiemu, Tatarom, był człowiekiem wykształconym, pisarzem i pamiętnikarzem. To on spopularyzował sentencję łacińską:„Jakże słodko i zaszczytnie jest umrzeć za Ojczyznę”. Ożeniony z Reginą Herburtówną, miał z nią kilkoro dzieci. To hetman Żółkiewski założył miasto Żółkiew, które stało się siedzibą jego rodu.
Kiedy w roku 1620 ruszyła na Polskę turecko-tatarska nawała, król Zygmunt III Waza, marzył o koronie Szwecji, nie troszcząc się zbytnio o najcenniejszą perłę w swojej koronie – Rzeczpospolitą. Wprawdzie 14 marca 1620 roku, król powołał pospolite ruszenie, a następnie wici, ale kto wtedy słuchał króla? Pomimo alarmujących listów hetmana, król nie wspomógł go wojskiem, a panowie magnaci, kłócąc się między sobą, nie przysłali hetmanowi żadnej pomocy. Stał sam naprzeciw ogromnej potęgi, ze swą niewielką armią składającą się z 2 tysięcy piechoty, 400 husarzy, 1200 Lisowszczyków i 1600 kozaków zaporoskich. Rzeczpospolita tak potężna, że mogła wystawić nawet milion rycerzy z samej tylko herbowej szlachty, nie potrafiła obronić się przed niemal corocznymi najazdami tatarskimi, palącymi ziemie kresów wschodnich i uprowadzającymi na targowiska Krymu i Stambułu dziesiątki tysięcy młodych mężczyzn, kobiet i dzieci. Była jak pień potężnego dębu, przeżartego wewnątrz próchnicą. Nieustanne kłótnie panów polskich gubiły ojczyznę.
Dziwne i złowrogie znaki ukazywały się w przededniu wojny. Oto w noc przed wyjazdem wojsk polskich z Żółkwi, ukazała się na niebie ogromna zorza polarna. Niebo całe w ogniu, ukazywało jakieś walczące wojska, chorągwie całe we krwi. Staremu hetmanowi przypomniała się dawna wróżba usłyszana w Rzeszowie: ”Jeżeli zobaczysz wojska ogniste na niebie walczące – to koniec twój!” Żegnając się z ukochaną żoną Reginą, hetman wręczył jej swój testament i rzekł jej: - Zalecam też miłości waszej moje zwłoki! Pani hetmanowa Żółkiewska nie płakała, chociaż wiedziała, że mąż wyrusza na śmiertelny bój. Była żoną i matką Polką, godną towarzyszką życia hetmana.
Niewielka armia polska posuwała się znajomym szlakiem ku Dniestrowi. Liczono, że magnaci ruszą na pomoc hetmanowi, wierzono że Grazziani przyśle duże posiłki mołdawskie. Ale mijały dnie i tygodnie, a znikąd pomoc nie przybywała. Gdy ruszono za Dniestr, wchodząc w granice Mołdawii, potknął się siwy koń hetmana, a kiedy rozwinięto hetmańską chorągiew, zerwał się potężny wiatr, drzewce złamał i chorągwią cisnął o ziemię.
Był to zły znak.
Za Dniestrem spotkano Grazzianiego z odziałem z 500 żołnierzy. To było wielkie nic, ale hetman nie okazał zawodu. Po dziesięciodniowym pochodzie, stanęli na polach pod mołdawskim miasteczkiem Cecorą, dawnym obozem warownym Jana Zamoyskiego. Hetman postanowił, że w tym miejscu będzie oczekiwał nieprzyjaciela. Z pośpiechem wzmacniano wały, wyglądając nadejścia wroga. 17 września 1620 roku, pojawiła się armia tatarska, pod dowództwem straszliwego Kantemira Krwawego Miecza. Tatarzy rozmieścili swe wojska w półkole obejmujące obóz polski. Po trzech dniach 20 września 1620 roku, nadeszła armia turecka, znakomicie uzbrojona i wyposażona w baterie armat. Jazda turecka, w jasnych zawojach i stalowych pancerzach na przedzie, a za nią nieprzejrzane szeregi świetnej piechoty tureckiej. Toczyły się lekkie i ciężkie działa, wielbłądy dźwigały tysiące namiotów. Las kopij, morze głów. Ziemia drżała pod uderzeniami dziesiątków tysięcy kopyt końskich. Była to armia potężna, zdyscyplinowana, karna, pod twardym dowództwem Iskandera Paszy.
Wydawało się, że to morze płynie naprzeciw samotnemu okopowi polskiemu. Z tego morza wysunął się kilkunastotysięczny oddział pod dowództwem Chazyra Paszy na rekonesans i rozpoznanie sił polskich. Hetman skinął na pana Walentego Rogowicza, dowódcę oddziału słynnych w całej Europie zachodniej Lisowszczyków. Atak Polaków był tak potężny, sam Chazyr Pasza o mało nie dostał się do niewoli. Polskie natarcie wsparł Herman Denhoff dowodzący oddziałem wojsk cudzoziemskich i rozgromieni Turcy uciekli w panice. Rozpaleni walką rycerze żądali od hetmana wyprowadzenia wszystkich wojsk do walnej bitwy. Kniaź Korecki oskarżył nawet wielkiego wojownika o tchórzostwo. Nie było to pierwsze takie oskarżenie. Stary hetman musiał niedawno na Sejmie bronić swego honoru. Aby wykorzystać zapał rycerstwa, rozkazał gotować się do bitwy. Nieprzyjaciel także gotował się do walki. Wiatr rozwiewał zielone chorągwie bejlerbeja z Rumelii, który zajął prawe skrzydło. Na lewym stanął Hussein Pasza z jazdą anatolijską. Dewlej Girej prowadził Tatarów z Krymu. Kantemir ruszył z ordą Tatarów nogajskich. Sam środek armii prowadził dowodzący całą jazdą pancerną Iskander Pasza. Bitwę rozpoczęli Turcy. Rozległ się ogromny okrzyk: - Bissan illach! ( W imię Boga) ryknęły armaty i wojska ruszyły do ataku.
Polską jazdę prowadził słynny awanturnik i zabijaka kresowy, książę Samuel Korecki, pamiętny tureckiej niewoli. Jak wicher stepowy gnali na wroga. Atak Polaków by straszny i zastępy tureckie rozsypały się pod ich uderzeniem, jak ziarna piasku. Nad karkami uciekających Turków i Tatarów rozbłysły błyskawice szabel polskich. Lecz wojska polskie uniesione zapałem, niebacznie zapędziły się zbyt daleko od okopów. Iskander Pasza wykorzystał to i przeciął Polakom drogę, odcinając im odwrót. Walczące wojska polskie miały za sobą mur pancernej jazdy tureckiej. Hetman rzuciwszy wszystkie zastępy w bój, nie mógł już przyjść z pomocą otoczonym oddziałom. Tylko celne salwy armatnie uchroniły polski obóz od wzięcia go szturmem. Kawaleria polska rozpoczęła krwawy odwrót do swego obozu. Przebili się zdziesiątkowani, było wielu zabitych i ciężko rannych, stracono chorągwie i cztery działa. Te straty przeraziły wszystkich. Od hetmana zażądano odwrotu do Dniestru. Nikt już nie marzył o zwycięstwie. Słomiany ogień zgasł i wojsko ogarnęło przygnębienie.
Następnej nocy zaczęły się ucieczki, kto mógł wymykał się z obozu. Mniejsza o hańbę, byleby życie ocalić! Grazzianiego w czasie ucieczki zamordował wołoski chłop, wielu potonęło w bystrej rzece Prut. O nowym rozpoczęciu bitwy Żółkiewski już nie marzył. W nocy uciekający magnaci wyprowadzili swoje oddziały. Przy hetmanie pozostało jedynie 4300 rycerzy.
Mając znakomicie przygotowany tabor, hetman postanowił odwrót ku Dniestrowi i granicy Rzeczypospolitej. 2 października nocą, wojska polskie wyruszyły z obozu. Rozpoczął się odwrót, jakiego od czasów starożytnych historia nie notowała. Kilkutysięczny oddział rycerstwa polskiego, strzałami ze strzelb i ogniem armat taboru, bronił się przed ogromną armią turecko-tatarską, odpierając bohatersko ataki nieprzyjaciela. Bez nadziei pomocy, bez snu, pokarmu i wody, szli w szyku bojowym przez stepy Mołdawii ku zbawczej granicy. Hetman pomimo wieku byłł niestrudzony. Na ulubionym siwym koniu, w pozłocistej szacie, z buławą w ręku, podtrzymywał swoje wojsko słowami otuchy, zachęcając ludzi do walki. Po czterodniowym pochodzie mimo nieustannej walki, Żółkiewski zmienił kierunek marszu, odstępując od brzegu Prutu i stanął na wypoczynek w dolinie Wali Girła. Salwy artylerii taboru polskiego odparły kolejny atak Tatarów Kantemira i Turków. Nadeszła szósta noc krwawego pochodu. Tabor polski posuwał się wolno, mając wokół siebie i za sobą nieprzyjaciela. Naraz rycerze dostrzegli jakąś ognistą chmurę zbliżającą się ku taborowi. To straszny Kantemir podpalił step w nadziei, że Polacy ulękną się i wpadną w panikę! Ale tabor polski ciągnął naprzód niewzruszenie i przeszedł przez ogień!
Minęły kolejne dwie doby tych nadludzkich wysiłków, a polski tabor ciągle zbliżał się do polskiej granicy. Nadeszła noc ósma. Nad stepem rozszalała się burza, a oddział Lisowszczyków wymknął się z taboru, aby zdobyć dla koni paszę. Kiedy powracali z sianem, straże wzięły ich za kolejny atak Tatarów. Jasna błyskawica rozświetliła niebo i w jej blasku, dostrzeżono srebrną wstęgę rzeki. Dniestr! I wtedy rozpoczęło się piekło. Rycerze rzucili się ku rzece, rozrywając łańcuchy taboru, wywracając wozy, armaty i biegnąc ku zbawczej rzece.
W tym momencie Kantemir uderzył całą siłą w rozbity tabor. Daremnie Żółkiewski zabiegał drogę uciekinierom prosił, błagał, nikt go już nie słuchał. W szalonym pędzie przebiegali koło niego konni, wozy, armaty. Kto mógł, walczył, inni ginęli. Wierni żołnierze błagali hetmana, by ratował się ucieczką. Lecz on ostrzem szabli przebił pierś swojego konia. Ciężko ranny syn hetmana Jan, przysłał mu rączego konia. Hetman rzekł tylko: - Gdzie owce giną, tam powinien i pasterz paść!... Hetman polny Stanisław Koniecpolski, zięć hetmana, podał mu swojego ogiera wołając: - Pogrom – na koń, panie ojcze – ty już tu nic!
Żółkiewski odrzekł spokojnie: - Zachowaj się do lepszej doli. Ja swym tułowiem do ojczyzny nieprzyjacielowi drogę zawalę! - z dobytą szablą poszedł na spotkanie śmierci. Dokoła niego walczyli ci najwierniejsi do końca. Kniaź Korecki popadł w niewolę, przy hetmanie pozostało jeszcze trzystu śmiałków, Padali po kolei... ostatni rycerz Złotopolski legł martwy. Hetman pozostał sam z podtrzymującym go druhem.
 
Bitwa pod Cecorą
Iskander Pasza nie odważył się ruszyć za Dniestr. Rano odnaleziono zwłoki hetmana. Poranione ciało i odrąbana prawa ręka mówiły, że walczył do końca. Głowę hetmana Iskander posłał do Stambułu w podarunku sułtanowi. Wbita na pal przed pałacem sułtana, patrzyła pustymi oczodołami w kierunku Polski. Pani hetmanowa wykupiła z niewoli syna Jana oraz głowę i zwłoki męża. Hetman został pochowany w Żółkwi, w krypcie kolegiaty pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Kamienny grobowiec ozdobiono łacińskim cytatem z „Eneidy” Wergiliusza. „ Powstanie kiedyś z kości naszych mściciel.”
Córka hetmana Zofia Teofila Żółkiewska poślubiła Jana Daniłowicza, wojewodę ruskiego i była babką przyszłego króla Jana III Sobieskiego. Legenda głosi, że kiedy małego Jana położono na kamiennej trumnie pradziada, kamień pękł i z wnętrza grobu rozległ się głos hetmana: „Z naszych kości powstał mściciel!” 12 września 1683 roku, w bitwie pod Wiedniem, król Jan III Sobieski rozgromił raz na zawsze potęgę Imperium Otomańskiego!