poniedziałek, 29 czerwca 2015

Masakra na Placu Zamkowym w Warszawie w dniu 8 kwietnia 1861 roku.


Tymczasem Warszawa tętniła życiem. Po restauracjach ogródkowych na Frascati, na placach i rynkach, gromadzili się mieszkańcy miasta, rozprawiając o aroganckim zachowaniu się margrabiego Wielo-polskiego i ostatnich zarządzeniach restrykcyjnych księcia namiestnika Gorczakowa. Czytano na głos ulotki rozdawane przez młodzież, drwiąc z tajnych agentów policji, tak charakterystycznie ubranych, że nawet ślepy mógłby ich rozpoznać.
Ale do przytulnego saloniku na Placu Zamkowym hałasy nie docierały. W pokoju rozlegały się delikatne dźwięki pianina i głos Bini śpiewającej pieśni Chopina. Na gdańskiej komodzie miarowo tykał brązowy zegar z Orłem wzbijającym się do lotu, a pracowite ręce pani Salomei, prędko migotały szydełkiem, snując pajęczą koronkę. Zamyślona ciotka Maria obliczała w duchu, ile jeszcze będzie ją kosztować wyprawa córki i zastanawiała się, na czym by tu zaoszczędzić. Stopniowo muzykę i śpiew zaczął zagłuszać wzmagający się gwar. Drzwi salonu otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadła Rózia, czerwona z podniecenia,
z rozwianymi włosami i ogniem w oczach.
Proszę wielmożnej pani! – wrzasnęła od progu. –Tłum ludzi wali pod Zamek. Ojej, co to będzie?
Binia umilkła, Nina wstała od instrumentu i obie pobiegły do okna, otwierając je na oścież. Z wąskich uliczek Starego Miasta ciągnęły większe i mniejsze grupy ludzi, kierując się ku figurze Matki Boskiej stojącej na Placu. Przeważała młodzież studencka i szkolna, ale byli i dorośli, a nawet starcy. Mundury akademików ocierały się o kapoty mieszczan i sute spódnice przekupek warszawskich. Kobiety prowadziły za rączkę małe dzieci. Obok wlekli się żebracy, w nadziei na hojny datek. Pomiędzy idącą zwartą gromadą biedoty, widać było ludzi dobrze ubranych, o pańskich twarzach. Tłum otoczył posąg Matki Boskiej, kobiety ustroiły go kwiatami, zapalając świece i znicze. U stóp figury uklękła młoda dama w żałobie, mając przy sobie dziecko ubrane na czarno. Drżącym ze wzruszenia głosem zaczęła
odmawiać Litanię Loretańską: – Królowo Korony Polskiej! – wołała łzawym głosem.
Módl się za nami! – odpowiadał zgodny chór pokornie klęczących ludzi.
Po modlitwie, z ciżby wystąpił szczupły student, wyprostował się i silnym, pięknym głosem zaintonował: „Boże, coś Polskę, przez tak liczne wieki”.
Wszyscy podchwycili melodię i majestatyczna pieśń popłynęła ponad Zamkiem, odbijając się echem od starożytnych murów i wzniosła się ku wieczornym zorzom. Z ulicy Trębackiej, wyjechała kareta pocztowa zdążająca do Lublina. Woźnica siedzący na koźle, przyłożył trąbkę do ust i naraz z góry spłynęły srebrne dźwięki „Mazurka Dąbrowskiego”. Skoczna melodia była jak iskra rzucona na prochy. Ludzi ogarnął szał radości. Czapki wyleciały
w górę, rozległy się oklaski, a młodzież wiwatowała z zapałem.
Niech żyją pocztowcy! Przecz z zaborcą! Niech żyje wolna, niepodległa Polska!
Porwany entuzjazmem tłum, prawie nie zwrócił uwagi na zmieniającą się szybko sytuację. Z ulicy Miodowej wyłoniło się kilka rot piechoty, z Krakowskiego Przedmieścia nadjechał szwadron żandarmerii konnej, a z Podwala wysunęła paszcze bateria armat. Sotnia kozaków czekała tylko rozkazu, by spiąć konie i skoczyć ku rozśpiewanym, rozmodlonym ludziom, nie spodziewającym się napaści. Śmiertelny krąg zacieśnił się wolno, szczelnie zamykając Plac Zamkowy. Warknęły werble i jakiś urzędnik policji zaczął odczytywać wezwanie do rozejścia się. Jego wystąpienie przyjęto wybuchem śmiechu, gwizdami i zagłuszono oklaskami. Mali ulicznicy podbiegali do stojących bez ruchu żołnierzy, wykrzykując zapalczywie:
Wynoście się do Moskwy! Nie chcemy was tutaj!
Zdenerwowany policjant zawołał:
Ludzie, wracajcie do domu!
My jesteśmy w swoim domu! – usłyszał błyskawiczną ripostę – To wy się stąd wynoś-cie.
Przekupki nie żałowały przekleństw, wygrażając wojsku pięściami, uczniacy gwizdali przeraźliwie na palcach. Nikt nie przejmował się stojącymi w groźnym bezruchu szeregami wojska. „Ech, strachy na Lachy” – pokpiwano sobie beztrosko. Ludzie byli przekonani, że tym razem namiestnik nie posunie się do gwałtu. Na Plac Zamkowy przybywało coraz wię-cej gapiów, zwabionych warkotem werbli i widokiem wojska. Żołnierze uprzejmie rozstępo-wali się przed nimi, dając im wolną drogę. W oknach mieszczańskich kamieniczek ukazały się głowy mieszkańców, ciekawych widowiska. Niektórzy wychodzili z domów i przyłączali się do zbiegowiska. Tłum się powiększał
Generał Chrulew, bohater bitwy sewastopolskiej, dowodzący na Placu Zamkowym, skrzy-wił się z niesmakiem, stwierdzając z pogardą, że jednak przyjdzie mu zmierzyć się z tą bandą rozwrzeszczanych półgłówków. Skonstatował, iż niektórzy oficerowie zaczynają przejawiać kabotyńskie nastroje. Jeszcze się nic nie działo, a już poprzedniego dnia ten idiota Peikert zastrzelił się, w karygodny sposób wyrażając swój sprzeciw wobec metod poskramiania polskiej hołoty, ordynarnej tłuszczy! Sentymentalny bałwan, nie oficer. Na szczęście niewielu miał naśladowców, bo wojsko nie powinno ulegać tanim wzruszeniom i mazgajstwu. Generał spojrzał w stronę Zamku i dłonią w nieskazitelnie białej rękawiczce czule poklepał szyję swojego konia. Wierzchowiec chrapał przerażony zgiełkiem i próbował stanąć dęba. Generał poskromił go i rozejrzawszy się w sytuacji, podjechał pod okno Zamku, skąd książę namiestnik Gorczakow obserwował Plac.
Chrulew, oni nie zamierzają się rozejść! – na twarzy księcia namiestnika malowała się zimna furia, a oczy błyszczały złowrogo. – Cóż, w takim razie szarża!
Na skinienie dowódcy, zwarte szeregi żandarmerii konnej ruszyły naprzód, ciężarem koni spychając ludzi i płazując ich szablami. W ślad za nimi skoczyli z wyciem kozacy, tłukąc
z wysokości siodeł nahajkami i tratując bezbronnych. Pierwsza upadła młoda wdowa, cięta
z góry szablą przez głowę. Jej długie jasne włosy rozesłały się miękko pod końskie kopyta. Czarny czepek potoczył się do rynsztoka, ciągnąc za sobą krepowy welon. Dziecko usiło-wało podnieść matkę, lecz uderzone nahajką w głowę, padło obok niej, a podkowy ciężkich kopyt wycisnęły na jego plecach krwawe ślady.
Zaskoczeni, przerażeni ludzie, osłaniali głowy ramionami, chroniąc je przed ciosami szabel i batogów. Bici, uparcie trwali, nie zamierzając się rozejść. Ta bierna postawa tłumu, zamiast łagodzić, rozjuszyła napastników. Ciosy szabel stawały się precyzyjne i już nie płazowały, lecz cięły z góry wzniesione ramiona, siekły twarze, zagłębiając się sztychem
w gardła i piersi. Na Placu Zamkowym zaczęli padać pierwsi zabici i ranni. Zagrały trąbki
i konnica prędko się wycofała, a na wprost zdziczałego z bólu i trwogi tłumu, wysunęły się równe szeregi piechoty. Nikt z Placu Zamkowego nie uciekał, bo stamtąd już drogi ucieczki nie było. Pierścień wojska szczelnie zamykał sąsiednie uliczki.
Boże, ratunku! Mordują nas! – rozległy się rozpaczliwe krzyki.
Nie uciekajmy. Mamy ginąć, umierajmy razem! – wołali inni, nie ruszając się z miejsca.
Na oczach zrozpaczonych ludzi, kilka rot piechoty z zimną krwią załadowało karabiny ostrą amunicją. Pierwszy szereg żołnierzy przyklęknął na jedno kolano, przykładając broń do ramienia. Oczy ich bacznie śledziły szablę dowódcy. Uniosła się w górę i przez mgnienie zawisła w powietrzu, a potem opadłą w dół świetlistą błyskawicą.
Ognia!
Grzmot salwy wstrząsnął murami Placu Zamkowego. Wybuchnęły straszne krzyki i jęki mordowanych. Po bruku popłynęła czerwona krew. Ranni tarzali się po ziemi, rozpaczliwie szukając ucieczki. Darli palcami kostki bruku i czołgali się w złudnej nadziei znalezienia kryjówki. Lecz na przeklętym Placu nie było gdzie się schronić. Z kościoła świętej Anny wyszła procesja. Na przedzie postępował zakonnik, dźwigając przed sobą wielki krzyż
z rozpiętym na nim Ciałem Jezusa. Idąc wolno, śpiewał mocnym głosem Suplikacje:
Święty Boże! Święty mocny!
Święty, a nieśmiertelny!
Zmiłuj się nad nami!”.
Pierwszy szereg piechoty wystrzeliwszy salwę cofnął się, robiąc miejsce drugiemu szeregowi, a ten klęknął z bronią przygotowaną do strzału. Następna salwa rozdarła powietrze. Kilku mężczyzn idących obok zakonnika, bezwładnie osunęło się na ziemię. Pozostali szli naprzód, podejmując przerwany śpiew. Strzały karabinowe stanowiły jakby straszliwy akompaniament do wtóru ludziom idącym na pewną śmierć. Kolejne plutony zmieniały się, bez przerwy strzelając do idącego na oślep tłumu. Z jednej i z drugiej strony narastała zawziętość i determinacja. Twarze żołnierzy były kamienne, a w ich oczach czaiło się okrucieństwo, kiedy tak bezlitośnie wybierali sobie ofiary. Równie zapamiętałe były oblicza idących im naprzeciw ludzi w procesji. Nie zważając na strzały, trupy i lejącą się krew, hardo parli naprzód, patrząc śmierci prosto w oczy.
Dymy przysłoniły Plac Zamkowy. W sąsiednich kościołach rozkołysały się dzwony. Dzwon katedry bił w jedną stronę, ponuro, gorączkowo, na trwogę. Za nim odezwał się drugi, trzeci, dziesiąty i po chwili biły już wszystkie, jednym spiżowym dźwiękiem głosząc śmierć. Przy ołtarzach księża odprawiali nabożeństwa za konających, a ludzie spokojnie przyjmowali Komunię świętą i wychodzili na ulicę, idąc prosto pod lufy karabinów, z hero-iczną odwagą i głęboką nadzieją, że ofiara ich życia będzie policzona w niebie.
W miarę upływu czasu, w oczach mordujących i mordowanych zaczęła narastać groza. Jaki taki sołdat, odrywał rękę od kolby karabinu i rękawem szarego szynela szybko ocierał łzę spływającą mu po policzku. Ale zaraz podnosił broń do oka i strzelał, bo długie lata okrutnej musztry, pruskiego drylu i bicia, zrobiły swoje i żaden z nich nie ośmielił się odmówić wykonania rozkazu.
Z bocznych uliczek ciągle jeszcze napływały gromadki ludzi nieświadomych tragedii,
jaka się właśnie rozgrywała i wpadali w śmiertelną pułapkę. Zakonnik prowadzący procesję z krzyżem, szedł prosto na prażące ogniem plutony. Spod przykrótkiego habitu widoczne były jego chude nogi, bose, w rzemiennych sandałach. U jego boku, chroniąc się pod ramio-nami krzyża, dreptali modlący się głośno ludzie. Obok maszerował akademik Szkoły Sztuk Pięknych Karol Nowakowski, który miał odwagę pierwszy zaśpiewać głośno: „Boże, coś Polskę”. Uczestnik wszystkich pochodów, obdarzony pięknym głosem, śpiewał razem z in-nymi Suplikacje. Wtem, ciężki krzyż zakołysał się w rękach zakonnika, a on zachwiał się
i przez moment stał nieruchomo, patrząc przed siebie okropnie wytrzeszczonymi oczami. Potem rozłożył ramiona i wypuściwszy z rąk krucyfiks, runął twarzą na bruk. Nowakowski bez wahania podniósł krzyż i poniósł go dalej. Ale jego twarz była dobrze znana policji
i tajnym agentom. Na rozkaz Chrulewa pochwycono go i szarpiąc, bijąc po głowie, powleczono na Zamek Królewski.
Teraz na czele pochodu znalazł się młodziutki Żyd, uczeń gimnazjum realnego. Śmierć zakonnika i pojmanie Nowakowskiego napełniły go przerażeniem. Rozejrzał się dokoła, pragnąc znaleźć drogę ucieczki, wydostać się z tego potwornego miejsca. Z dala dostrzegł uchyloną bramę i czyjąś rękę dającą mu znaki. Rzucił się biegiem w tamtą stronę. Lecz potknął się o leżący, upuszczony przez Nowakowskiego krzyż. Przez krótką chwilę toczył
z sobą zaciętą walkę. Bał się bólu i nie chciał umierać mając dopiero siedemnaście lat. Przystanął, jakby zatrzymany w biegu niewidzialną siłą. Pochylił barki i mocując się ze sobą, powoli dźwignął z ziemi oblany krwią krzyż. Przycisnąwszy do piersi ten symbol obcej wiary, ruszył przed siebie na czele procesji, idąc ku swojemu przeznaczeniu.
Tymczasem żołnierze pośpiesznie nabijali karabiny, bez komendy, jak w czasie bitwy. Huk nowej salwy rozległ się echem na Placu. Chłopiec opadł na oba kolana, jakby
w uniesieniu, z odrzuconą w tył głową i rozwartymi w bezgłośnym krzyku ustami. Jego szkliste oczy, szeroko otwarte, ostatnim spojrzeniem wpatrywały się w otchłań nicości. Potem miękko osunął się na wznak i legł, przykrywając sobą niesiony krucyfiks. Po wyprężonym w męce konania Ciele Chrystusa, spłynęła ciepła, czerwona i świeża krew.
Widząc dokoła śmierć, ludzie oprzytomnieli i zaczęli się rozpaczliwie bronić. Kiedy jedni umierali, inni z gołymi rękami rzucali się na żołnierzy z niesłychanym męstwem i ginęli, rozniesieni na bagnetach. Studenci zaczęli wyrywać kamienie z bruku i ciskali tymi nędznymi pociskami w stronę wojska. Tłum poszedł w rozsypkę, a potem zaczęły się straszliwe łowy, gdy każdy strzelec wybierał sobie ofiarę. Stosy trupów leżały w kałużach krwi, jęki rannych i rzężenie konających ginęły w powszechnym chaosie walki.
Nie słychać było komend i pojedynczych głosów, tylko jeden straszliwy krzyk i strzały. Tłum falował, następując naprzód i cofając się, jak fale wzburzonego jeziora. Rozpędzani ludzie uparcie wracali, zbijając się w większe i mniejsze gromadki, próbując stawić opór napierającemu wojsku. Naraz strzały umilkły, a na Plac wpadli kozacy, z wyciem i gwiz-dami, dobijając rannych i mordując tych, którzy jeszcze żyli. Przebiegali Plac świszcząc, przy odgłosie trąbek i werbli. Skądś nadjechała dorożka, pusta i ciągnięta przez oszalałego ze strachu konia. Momentalnie pochwyciło ją kilkanaście rąk, wyprzęgło zwierzę i wlokąc powóz, zaciągnięto go na miejsce budowanej prowizorycznej barykady. Z okien kamienic mieszkańcy wyrzucali meble, wyjmowano bramy z zawiasów i ciskano na barykadę, żeby ukryć się za tą słabą zasłoną.
Stojące w oknie cztery kobiety, nieme z przerażenia, obserwowały okropne sceny masakry. Nina tak silnie przygryzła usta, że z kącika dolnej wargi spłynęła na podbródek niteczka krwi. Binia obiema rękami zasłoniła usta, tłumiąc wyrywający się z nich okrzyk zgrozy. Ciotka Maria z nieprzytomnym wyrazem twarzy, modliła się głośno, kompletnie nie rozumiejąc tego, co mówi. Pani Salomea wychyliła się z okna do połowy ciała i pilnie wypatrywała kogoś na Placu. Naraz wydała okrzyk i wyciągnęła rękę.
O Jezus Maria, patrzcie, tam jest Janek!
Wszystkie dostrzegły w tłumie wysoką postać i jasną czuprynę Jasia. Walczył w grupie studentów, zmagając się z kozakami. Uzbrojony w szczapę drewna, usiłował zwalić z konia rosłego kozaka. Doniec osłaniał się, waląc jak oszalały nahajką, gdyż nie miał czasu sięgnąć po szablę czy karabinek. Jaś chwyciwszy jego konia za uzdę, mocnymi szarpnięciami pró-bował rzucić go na kolana. Walka przeciągała się, a wtedy w pobliżu pojawił się drugi kozak. Widząc kolegę w opałach, skoczył mu na pomoc. Jaś błyskawicznie cięty w głowę i ramię, runął pod końskie kopyta.
Pani Salomea z przeraźliwym krzykiem porwała się od okna.
Janek! Tam jest mój synek. O Matko Boska, ratuj moje dziecko! – wołała coraz cich-szym głosem i postąpiwszy ku drzwiom, zemdlona osunęła się na podłogę.
Dziewczęta podbiegły do niej i razem podniosły nieprzytomną kobietę, z wysiłkiem dźwigając ją na kanapę.
Mamo, – odezwała się Binia rozkazująco – skończ ten pacierz i pomóż ocucić ciocię – uniosła głowę i wymieniła z Niną spojrzenia. Zawsze rozumiały się bez słów.
Ciotka Maria przestała bełkotać i oprzytomniała. Jej uwadze nie uszły spojrzenia dziew-cząt. Natychmiast domyśliła się, co planują.
Nie! – krzyknęła histerycznie, chwytając córkę za ramię. – Nigdzie nie pójdziesz, zabra-niam!
Binia wolno odwróciła głowę i popatrzyła jej w oczy ostrym, nieustępliwym wzrokiem. Matce zdawało się, że lodowate palce ścisnęły jej serce. „Boże – pomyślała wstrząśnięta – ta dziewczyna o takich zimnych, twardych oczach, to przecież nie moja łagodna, słodka córeczka”.
Proszę, niech mama mnie puści – powiedziała Binia cichym, jakby obcym głosem. Jej twarz była bez wyrazu, tylko w głębi niebieskich źrenic rozpalił się płomień srogiego gnie-wu. Z siłą zupełnie niespodziewaną u tak drobnej osóbki, wyrwała się z rąk matki. Palce pani Borutyńskiej rozdarły tylko cienką tkaninę sukni, a Binia już była za drzwiami. Zrozpaczona matka oparła głowę o ścianę i zaczęła szlochać jak na pogrzebie.
W sieni czekały już na Binię, służąca Rózia i Nina. Zbiegły prędko po schodach i przy-czaiły się w bramie, wypatrując dogodnego momentu, żeby dotrzeć do nieprzytomnego Jasia. Nie były pewne, czy jeszcze żyje. Po Placu uwijali się kozacy, zapędzając ucieka-jących ludzi w łapy żandarmerii. Kilku kozaków puściło się w pogoń za biegnącymi w po-płochu kobietami, niosącymi małe dzieci. W ostatniej chwili zdążyły dopaść prowizorycznej barykady, a ukryci tam mężczyźni wciągnęli je do środka, broniąc się kamieniami. Kozacy tak bardzo byli zajęci zdobywaniem barykady, że nie zważali na nic innego.
Ten moment wybrały dziewczęta, chyłkiem wybiegając z bramy. Jak okiem sięgnąć Plac pokryty był ciałami zabitych i rannych, leżących we krwi. Mdły odór wisiał nad Placem, powodując nudności. W dymie nie widać było prawie Zamku, a jedynie wyniosła kolumna Zygmunta pięła się wysoko w czysty błękit nieba. Czyjeś ręce pochwyciły skraj sukni Niny.

Pomocy! – jęknął ktoś boleśnie. – Mam w domu małe dzieci…
Nie zwalniając biegu, Nina brutalnie wyszarpnęła suknię, nawet nie spojrzawszy pod nogi. Zgięta w pół pędziła dalej, dusząc się z płaczu. Dopadły Jasia, który oprzytomnia-wszy, czołgał się w stronę domu. Bez namysłu pochwyciły go za ręce i nogi, nie zważając na zranione ramię. Nina dźwigała jego nogi, z przerażeniem wpatrując się w siną z bólu twarz rannego, wpół przysłoniętą zakrwawionymi włosami. Z głębokiej rany na czaszce kapała krew, znacząc ich ślady. Spieszyły się bardzo, żeby powracający kozacy nie odcięli im drogi do domu. Taszcząc z wysiłkiem rannego, nieustannie urażały jego ramię. Jaś jęczał i przekli-nał je po łacinie, życząc sobie śmierci. Wtem Binia zatrzymała się tak gwałtownie, że Nina potknęła się i o mało nie runęła na Jasia.
Boże, przecież on się całkiem wykrwawi – wysapała Binia, ocierając dłonią pot z czoła.
To może ja oderwę kawał koszuli i opatrzę panicza? – ofiarowała się Rózia i przykuc-nąwszy, zaczęła zębami odrywać brzeg płóciennej falbany.
Nie stójmy tutaj – Nina rozejrzała się ze strachem. – Zaraz będziemy w domu. Jasiu, – pochyliła się nad jęczącym głucho rannym. – Wytrzymaj jeszcze trochę, tylko błagam, nie stękaj tak głośno, do licha, bo nam ściągniesz na kark kozaków. – Jaś nie odpowiedział bo zemdlał.
Odsapnęły i powlekły go dalej. Nina plątała się w fałdach szerokiej spódnicy, potykając się co krok. Lepki swędzący pot spływał jej po twarzy, zalewając oczy. Czuła na ustach jego słony smak. Była śmiertelnie przerażona i marzyła o bezpiecznym schronieniu, z dala od strzałów, wrzasków i krzyków mordowanych. Czasami ogarniała ją taka panika, że miała ochotę porzucić Jasia i uciekać gdzie oczy poniosą. Wstydziła się swego tchórzostwa
i zazdrościła Bini i Rózi odwagi, widząc z jaką zimną krwią i poświęceniem niosły rannego. Przemagając strach szła przypadając do ziemi, kiedy słyszała gwizd kul. Pocieszała się tylko nadzieją, że zbawcza brama domu już blisko. Jeszcze tylko kilkanaście kroków i Jaś będzie uratowany, a one bezpieczne.
Potknęła się, a gdy podniosła głowę, zauważyła ze zdumieniem, że idące przodem dziew-częta przystanęły. Skamieniałe z przerażenia wpatrywały się w ogromnego kozaka, który niespodziewanie zajechał im drogę, wyrastając przed nimi jak spod ziemi. Już od pewnego czasu obserwował trzy młode kobiety, chyłkiem ciągnące rannego. Smagnął konia arkanem
i podjechał ku nim cwałem, zagradzając im drogę. Stanęły, odruchowo zasłaniając rannego własnymi ciałami.
Nina przełknęła ślinę i oblizała suche wargi. Niezdecydowanie zadreptała w miejscu. Serce waliło jej jak oszalałe, podchodząc do gardła, a wzdłuż kręgosłupa przebiegły lodo-wate ciarki. Boże, jakże się bała! Nie wątpiła, ze kozak zaraz zamorduje Jasia, a potem na nie przyjdzie kolej. A może zawoła kamratów, a ci zaciągną je do swoich koszar? Spojrzała na nieprzytomnego Jasia, tak bardzo drogiego jej sercu. Wyobraziła sobie straszliwą rozpacz cioci Salusi, opłakującej jedynego syna. Gdyby to ona zginęła zamiast Jasia, nikt prócz niani i Bini nie będzie po niej płakał. Wyobraziwszy sobie własną śmierć, zamiast lęku poczuła morderczą furię. Była wściekła na Jasia, że lekkomyślnie wziął udział w awanturze, nara-żając się na utratę życia. Przeklinała siebie, że z własnej, nieprzymuszonej woli, wpakowała się w kłopoty i prawdopodobnie nie wyjdzie z nich cała. Ale największą pasję budził w niej kozak, który zagrodził im drogę do domu, gdy tylko kilka kroków dzieliło ich od zbawczej bramy. Jaś jęknął, a ją ogarnął ogromny żal. Kochała go jak brata i za nic nie chciała żeby umierał tak młodo. Ostrożnie położyła jego nogi na ziemi i zdecydowanym ruchem wysunęła się do przodu, stając oko w oko z napastnikiem. Za plecami słyszała zadyszane oddechy obu dziewcząt i pojękiwanie rannego. Bała się, wewnątrz trzęsła się w niej każda żyłka, ale wyprostowana, nie okazując obawy, utkwiła oczy spokojne i skupione w skośnych źrenicach kozaka.
Idź precz. – odezwała się rozkazująco. – Won! – i tupnęła nóżką, jakby odpędzała wiej-skiego kundla. Nie była pewna, czy coś przez to zyska, ale nie mogła stać jak słup, czekając biernie na śmierć.
Kozak sięgający już po karabinek, dosłownie zbaraniał. Różnica pomiędzy potężnym mężczyzną uzbrojonym po zęby, a tą kruchą, delikatną panienką była wprost porażająca. Coś, jakby cień uśmiechu przemknął po wargach kozaka, gdy z wysokości siodła patrzył na tę kruszynę. Nie wiadomo, jakby się sprawy potoczyły, gdyby w tę dramatyczną scenę nie wmieszał się obdarty ulicznik. Zorientowawszy się w sytuacji, pochwycił spory kamień i grzmotnął nim kozaka. Potem włożył dwa palce w usta i gwizdnął tak przeraźliwie, że wierzchowiec kozaka zaczął się miotać i stawać dęba. Kozak zaklął głośno i wbiwszy ostrogi w boki konia, pogalopował za uciekającym zręcznie chłopakiem.
Boże, błogosław temu dzieciakowi – westchnęła Nina z najgłębszą wdzięcznością. Nie
marudząc, dziewczęta podniosły Jasia i prędko zaciągnęły go do bramy, gdzie już czekały na niego troskliwe ramiona matki. Słyszały, jak z góry ciotka Maria przywołuje Binię, ale postanowiły pozostać i razem z mieszkańcami domu znosiły do sieni rannych leżących w po-bliżu. Pracowały bez wytchnienia aż do chwili, gdy w najbliższym otoczeniu zabrakło ofiar potrzebujących pomocy.
Nad dachami Starego Miasta rozpaliły się wieczorne zorze. W purpurowych łunach zachodu, w cichym bezwietrznym powietrzu kołowały gołębie, wracające do swoich gniazd. Ale na Placu Zamkowym nie milkły strzały, dalej padali zabici i ranni. Zabijano bez miło-sierdzia, nie okazując nikomu łaski. Plac przypominał potworne jatki, rynsztokami płynęła krew zastygając w wielkie kałuże. Ani na moment nie przestały dzwonić kościelne dzwony.
Ogólnie szanowany doktor Chałubiński, osobiście pojechał do margrabiego Wielopol-skiego, prosząc go o interwencję u księcia namiestnika. Początkowo obrażony i zacięty dos-tojnik nawet nie chciał z nim mówić. Zdesperowany doktor stracił cierpliwość i chwyciwszy go za ramię, pociągnął do okna.
Czy pan nie rozumie, że kartaczują nam lud? – wrzasnął czerwony z oburzenia nieczu-łością magnata.
Wielopolski wsłuchał się w basowy pomruk armat, które włączyły się do akcji.
Jezus Maria! – jęknął blednąc i już bez protestów wsiadł do karety.
Chałubiński przewiózł margrabiego przez ulice wzburzonego miasta, pełne szalejących
z rozpaczy i gniewu ludzi, gotowych podejrzanego rozszarpać na sztuki. Rozmowa Wielo-polskiego z księciem trwała pół godziny, a w tym czasie na Placu Zamkowym ginęli ludzie. Po dramatycznej rozmowie w cztery oczy, z balkonu Zamku dano znak zaprzestania rzezi.
Nad miastem zapadł ciepły wiosenny zmierzch. Na ulicach zapalono lampy gazowe, a na przedmieściach ludzie zwoływali się, aby razem iść i zobaczyć, co się zdarzyło na Placu Zamkowym. Naraz z bastionów Cytadeli ryknęły działa, a z żelaznych bram twierdzy wysu-nęły się kolumny piechoty, szwadrony kawalerii i baterie armat, zajmując najważniejsze strategiczne punkty stolicy. Na placach i rogach głównych ulic wojsko formowało szańce, kierując paszcze dział na budynki mieszkalne.
Pragnąc ukryć rozmiary zbrodni, pośpiesznie uprzątnięto Plac z ciał zabitych i rannych. W mroku rozświetlonym tylko pochodniami, żołnierze ładowali ciała na wózki i grzbiety koni, zabierając je do Zamku. Świadkowie masakry i mieszkańcy pobliskich kamieniczek, postanowili im w tym przeszkodzić. W jednej chwili wywiązała się rozpaczliwa walka
o każde zwłoki i każdego rannego. Okropnym scenom przyglądał się srebrzysty księżyc płynący nad dachami miasta. Na korytarzach, w sieniach i na podwórzu Zamkowym leżeli zabici i ranni. Pod wyniosłymi kolumnami wspaniałych sal zamkowych, przez długie godzi-ny rozlegały się jęki. Lśniące posadzki zalane były krwią. Ranni, pozbawieni pomocy lekar-skiej, konali w męczarniach, a ich ciała jeszcze tej nocy żołnierze zakopywali w fosach Cytadeli, a nawet podobno wrzucali trupy do Wisły.
Śmiertelna cisza zaległa Warszawę. Na ulicach biwakowali żołnierze przy wielkich ogniskach, a po mieście krążyły baterie armat z zapalonymi lontami, gotowe rozpocząć bombardowanie, lub w razie zbiegowiska, plunąć w tłum kartaczami. Była to okropna noc, ponieważ nikt nie wiedział, co się jeszcze może wydarzyć. Pan hrabia Andrzej Zamoyski, napisał do księcia Gorczakowa: „Krew wzywa krew, krew utrwala nienawiść”. Były to
prorocze słowa i stały się złowieszczą przepowiednią na przyszłość.
Równie ponury jak noc, nastał kwietniowy poranek. Zrozpaczeni mieszkańcy stolicy biegali po szpitalach i kostnicach na próżno poszukując swoich bliskich. Służby porządkowe od świtu krzątały się na Placu, szorując szczotkami krew, spłukując bruk wodą i posypując go popiołem. Po mieście rozeszły się patrole w poszukiwaniu ukrywanych ciał zabitych
i rannych. Policja i żandarmeria wpadały do domów, kościołów i klasztorów, siłą zabierając trupy i poranionych. Kto stawiał opór, tego porywano i wieziono do Cytadeli. Nikt nie wie-dział, gdzie pochowano zwłoki pomordowanych. Sprawę tę władze carskie otaczały najgłęb-szą tajemnicą.
Na nieszczęsne miasto spadł istny gard zakazów i represji. Wprowadzono godzinę policyjną i po zmroku nie wolno było nikomu wychodzić z domu bez przepustki i zapalonej latarki ręcznej. Zamknięto teatry i resursy. Zakazano zebrań towarzyskich, a znalezionych rannych zamykano w więzieniach, zaś ukrywające ich rodziny były surowo karane wysokimi grzywnami lub aresztowane. Z ulic zniknęły stroje narodowe, zabronione przez carskie władze. Żałoba była również zabroniona i pod Zamkiem kozacy chwytali na arkany kobiety w żałobnych sukniach, uprowadzając je do swoich koszar. Opowiadano sobie szeptem
o zbiorowych mogiłach, gdzieś w pobliżu Cytadeli. lecz prawdy nikt nie znał.
Dla całego narodu zjednoczonego w bólu i gniewie, Warszawa stała się znowu krwawym symbolem bohaterstwa i męczeństwa. Ludzie byli przygnębieni i smutni, ale świadomi tego, że to jeszcze nie koniec, a dopiero początek nieustępliwej walki o wolność i wyzwolenie całości Rzeczypospolitej Trojga Narodów.
Młodzież stolicy zeszła do podziemia. Mieszkańcy ulic nadwiślańskich; tragarze, stróże, służący, rzemieślnicy oraz wspaniała, dumna i patriotyczna młodzież inteligencka, żywio-łowo i masowo wstępowali do tajnych organizacji, składając w kościołach przysięgę. Niemal cały niższy kler, a także wielu biskupów z arcypasterzem Fijałkowskim na czele, poparło dążenie społeczeństwa do walki zbrojnej – do wybuchu powstania.
Pamiętny i straszny dzień Zwiastowania, przeszedł do historii pod nazwą „Masakry na Placu Zamkowym w dniu 8 kwietnia 1861 roku”.

środa, 24 czerwca 2015

O nowym parku, Dniu Seniora i co nieco więcej o polityce!


24 czerwca 2015 r.

Codziennie mam niewątpliwą przyjemność patrzeć z okna na ciekawy nowy park, przy ul. Tyrankiewiczów. Bardzo w nim kolorowo i radośnie, choć niekiedy wprawia mnie w zdumienie organizacja pracy na tym obiekcje. Pewnego dnia obserwowałam gorączkowe przygotowania przed przybyciem do parku pana prezydenta Romana. W parku pokazali się pracownicy, szczegółowo odkurzający nowy sprzęt do zabaw i gimnastyki. Kiedy wszystko było już błyszczące na medal, przybył inny pracownik z kosiarką do trawy i zaczął kosić trawniki, niemiłosiernie kurząc, ponieważ od dłuższego czasu nie padał deszcz i wszystko pokryte było pyłem. Zaledwie pan prezydent opuścił park, przybył inny pracownik z dmuchawą do ściętej trawy i jak dmuchnął, to w powietrze uniósł się słup kurzu i piasku, zasypując dokumentnie wszystko w pobliżu, łącznie z czysto wymytymi szybami pobliskich mieszkań w blokach. Podejrzewam, że ci ludzie są zatrudnieni w jednej firmie, która w ten sposób urozmaica im czas pracy.
Jeżeli chodzi o sam park, to mam kilka krytycznych uwag. Po pierwsze, moim zdaniem dzieci powinny bawić się na terenie zadbanym pod względem ekologicznym. Alejki powinny być ze żwiru, nie z asfaltu, bo to naturalne i o wiele zdrowsze. Po drugie, urządzając park wycięto w nim większość krzewów i teraz teren wygląda po prostu łyso. Nie ma klombów z kwiatami koniecznych do upiększenia parku, a dzieci powinny bawić się pośród kwiatów i krzewów. W niektórych miejscach źle posiana trawa nie przyjęła się i widać gołą ziemię, co nie dodaje parkowi uroku. Z mało jest ławek, a kiedy przyjdą letnie upały, (zapowiadają, że już w lipcu) park będzie pełen mieszkańców szukających ochłody w cieniu drzew. Będą musieli usiąść na ziemi, bo ławek zabraknie.
Park w dzień miły i kolorowy, w nocy zamienia się w koszmarne miejsce spotkań pijanych i naćpanych małolatów, wrzeszczących, wyjących i gadających do trzeciej w nocy. Bywało, że i do piątej rano! Kiedy jest gorąco i trzeba spać przy otwartych oknach, każda noc jest nie do zniesienia hałaśliwa i denerwująca. Park nocą jest niedostatecznie oświetlony, a funkcjonariuszom pobliskiej Komendy Policji, nie przyszedł do głowy pomysł, patrolowania parku nocą, lub chociaż założenia tam monitoringu, żeby zapobiec niszczeniu kosztownego sprzętu, za który wszyscy podatnicy płacili. To tyle, jeżeli chodzi o park.
Teraz parę słów o Dniu Seniora. Był nieco skromniejszy niż w ubiegłym roku, bo i pogoda niezbyt nas rozpieszczała. Chłodny dzień nie pozwalał iść w pochodzie w barwnych letnich strojach. Ă propos pochodu. Pan kapelmistrz naszej orkiestry miejskiej chyba zapomniał, iż jest to Dzień Seniora, a nie Młodego Sportowca i od początku narzucił pochodowi takie tempo, że starsze osoby idące w pochodzie niemal biegły, przybywając na miejsce zbiórki w Rynku zadyszane z mocno bijącym sercem. Szłam w pochodzie i zmęczyłam się, podobnie jak inni Seniorzy, sapiący i łapiący z trudem oddech. Trochę mnie złości widok stojących na ulicy starszych ludzi i przyglądających się pochodowi. Ostatecznie, jeżeli ja mogłam wyjść z domu i wziąć udział w pochodzie, jak i kilkadziesiąt innych uczestników uroczystości, dlaczego tamte starsze osoby stoją i gapią się na nas, zamiast nam towarzyszyć?
Wydaje mi się, że same uroczystości związane z Dniem Seniora, nie były adekwatne do tego święta. Starsi ludzie niekoniecznie lubią potworny ryk wzmacniaczy i anglojęzyczne piosenki. Występ Blu Cafe, sympatyczny dla młodzieży, dla starszych osób był przede wszystkim za późno, ponieważ o tej porze starsi mieszkańcy Bolesławca szykują się do spania! Seniorzy bardzo lubią wspominki. Odpowiedni więc byłby wcześniejszy występ z jakimiś przebojami retro, ze znaną i lubiana piosenkarką, lub piosenkarzem. Mam nadzieję, że organizatorzy przyszłorocznego Dnia Seniora, zadbają o to, żeby tego dna ludzie w podeszłym wieku usłyszeli coś, co im przypomni młode lata. Tyle mam uwag dotyczących naszego święta.
Dziś w wiadomościach TVP usłyszałam coś, co na moment zmroziło mi krew w żyłach. Oto poinformowano nas łaskawie, że nasz wschodni sąsiad, wkurzony ostatnimi poczynaniami USA i satelickiech państw, takich jak Polska i Rumunia, kieruje na nas wyrzutnie rakiet z ładunkiem atomowym!


Odrobina historii.
1 lipca 1991 r. w Pradze nastąpiło rozwiązanie struktur politycznych Układu Warszawskiego, utworzonego w Warszawie 14 maja 1955 r. Następnie 28 października 1992 r. z Legnicy wyjechał pociąg wiozący ostatnich żołnierzy Armii Radzieckiej stacjonujących w Polsce. Byliśmy wolni i sami w naszym państwie. Ale nie za darmo.
Związek Radziecki zgodził się rozwiązać Układ Warszawski, stanowiący największą siłę w tej części Europy, żądając w zamian rozwiązania struktur NATO, będących zbrojnym ramieniem USA w Europie. Układ Warszawski został rozwiązany i wojska radzieckie bez awantur wyszły z Polski.
Ale Stany Zjednoczone, jak zwykle, nie dotrzymały umowy i NATO nie tylko nie zostało rozwiązane, lecz wzmocnione o państwa będące w byłym Układzie Warszawskim, z Polską na czele! Odtąd Rosja nie wierzyła już zapewnieniom amerykańskim o pokojowych zamiarach USA, widząc wolno zacieśniający się krąg wokół jej granic. Prawicowe, a nawet lewicowe rządy w Polsce, stały się wiernymi sprzymierzeńcami, - nie, to nieodpowiednie słowo, raczej pokornymi sługami USA, oddając nawet Amerykanom własne tereny do zakładania obozów jenieckich, w których torturowano ludzi!
Jeżeli ktoś wejdzie na mój blog i przeczyta moje wypowiedzi sprzed kilku laty, gdy w Kijowie zorganizowano Majdan stwierdzi, że nie będąc jasnowidzem, ani politykiem, od razu zorientowałam się o co tam chodzi. Bo Majdan powstał po to, żeby na granicy Ukrainy z Rosją wybuchnął konflikt, umożliwiający Ameryce wtrącenie się w sprawy Wschodniej Europy i wprowadzenie na ziemie państw graniczących z Rosją swoich żołnierzy, ciężki sprzęt i rakiety. Pomimo szalonej propagandy antyrosyjskiej, wywołującej w niektórych Polakach wprost antyrosyjską fobię, sama Rosja zachowywała spokój do chwili, kiedy w Polsce rozpoczęły się ostatnie manewry NATO, a USA oczywiście w pokojowych celach wprowadza tutaj swoich żołnierzy. W telewizji usłyszałam dziś zapewnienie jakiegoś amerykańskiego polityka, że to nie przygotowania do wojny, bo tych żołnierzy będzie w Polsce i Rumunii jedynie kilkuset.
Są to czyste kpiny, ponieważ każdy, kto ma jakieś pojęcie o nowoczesnej technice wie, iż do obsługi najbardziej skomplikowanych urządzeń i broni, nie potrzeba wielu żołnierzy, bo akcją kierują komputery! Również dzisiaj poinformowano w wiadomościach, że w przyszłym roku USA zbudują na naszym terenie Tarczę, a wojska amerykańskie stacjonować będą koło Żagania, czyli blisko nas.
Symptomatyczny jest fakt, że ani Czechy, ani Węgry nie wpuszczą na swoje ziemie żołnierzy USA!!! Tylko Polska i Rumunia udostępniają im bazy, tym samym stwarzając niewyobrażalne zagrożenie dla swych państw. Bo z Rosją żartów nie ma! Jeżeli oficjalnie oświadczyła, że kieruje wyrzutnie rakiet atomowych na nasz kraj i na Rumunię, to z pewnością to uczyni, widząc zagrożenie dla swego bezpieczeństwa. W razie wybuchu wojny, a na to się zanosi, to Polska pierwsza stanie się celem ataku, jak w 1939 r, a wtedy nie liczmy na pomoc USA, bo Ameryka ma własne plany, w których nasz kraj będzie poligonem atomowym!
Oto do czego doprowadziła nas antyrosyjska polityka rządu, niewolniczo podporządkowana interesom USA i wspierająca wrogą nam w gruncie rzeczy Ukrainę. Politycy i z PO i z PiS-u prowadzą jednakową politykę zagraniczną, zezwalającą na obecność wojsk NATO i USA w Polsce, nie licząc się z zagrożeniem wojną dla naszego kraju i jego obywateli.
Wobec tego nie zajmujmy się jesiennymi wyborami, bo czy przejdzie PiS, czy wygra PO, nie zmniejszy to bynajmniej groźby wiszącej nad naszymi głowami. Nie chcę był złym prorokiem, ale historia lubi się powtarzać, a od dnia wybuchu II wojny światowej upłynęło już 76 lat. Może czas na nową hekatombę?

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Prolog mojej powieści " KOCHANKOWIE BURZY"

15.06.2015 r.

Pewnej nocy powróciła we śnie do Makowa.
Szła od strony puszczy, mając za sobą masyw Sieradowskiej pokrytej gęstym borem. Ukochana góra, cała w leciutkiej, niebieskawej mgiełce, pławiła się w promieniach zachodzącego słońca. Z jej szczytu wzbił się orzeł i szybował bezgłośnie na szeroko rozpostartych skrzydłach, wypatrując żeru.
Nawet we śnie czuła podniecenie, zdana na łaskę tej ogromnej fali uczuć, jakie nią owej nocy owładnęły, nasilały się i rosły. Powracała do domu i pragnęła jak najprędzej dojść do celu swej wędrówki. Po chwili zobaczyła przed sobą wysoki mur, porośnięty zielonym bluszczem, odgradzający park od wiejskiej drogi i stanęła przed bramą wjazdową. Na jej szczy-cie brakowało tarczy herbowej z orłem i złocistą gwiazdą.
Z wysiłkiem uchyliła połowę ciężkich, żelaznych wrót i weszła. Natychmiast otoczył ją ciemnozielony półmrok lipowej alei. Ogromne drzewa splotły w górze konary, tworząc tunel, a gęste listowie nie przepuszczało słonecznego światła.


To była jej ukochana aleja, sekretne wspomnienie domu, które skrzętnie skrywała w sercu i tajemna pociecha. Przywrócenie na jedno mgnienie oka w ulotnej pamięci takich dni jak ten i piękna ogromnego parku. Słyszała trzask gałązek pod stopami i prawie omdlewała, obezwładniona narastającą falą szczęścia. Tutaj świeciło słońce, jakże inne od ostrego, palącego słońca południa. Tęskniła za jego dobroczynnymi promieniami dającymi życie. Znowu słyszała śpiew swojskich ptaków, a po pniach wyniosłych drzew goniły się rude, zwinne wiewiórki.
Na poboczach alei kwitły różowe, żółte i białe azalie, liliowe heliotropy, błękitne hortensje oraz pachnące aksamitne bratki. Przyśpieszyła kroku, mając dziwne wrażenie, że naraz wiatr zatrzymał się w locie, a ciszy nie mąci nawet chrzęst żwiru pod jej stopami. Zawędrowała do włoskiego ogrodu i szła wzdłuż szpaleru z ligustru, pomiędzy wysokimi cyprysami. Rozglądnęła się, szukając wzrokiem różanej altany, lecz jej nie dostrzegła. Jedynie szkarłatne róże pachniały jak dawniej, słodko i upajająco, pnąc się po wyniosłym dębowym krzyżu. Stojący na cokole marmurowy Amorek położył na ustach paluszek, gestem nakazując milczenie.
Przyszło jej na myśl, że być może, pomiędzy płytami pozostałymi z dawnej posadzki altany, zachowały się jeszcze ślady krwi. Przeszłość wracała do niej szeregiem obrazów wyrytych w pamięci. Wiedziała, że miejsca zbrodni, czy to we wnętrzach, czy w sielankowym otoczeniu parku, mają jedną wspólną cechę – otacza je aura śmierci, a ona nauczyła się ją bezbłędnie rozpoznawać.
Przez chwilę stała w miejscu, nadsłuchując. Dokoła niej snuły się cienie, z zarośli dochodziły do jej uszu stłumione szepty duchów. Zdawało się jej, że widzi smukłego mężczyznę, tulącego kobietę w białej sukni pokrytej plamami krwi. Jej rozpuszczone włosy wiły się po ramionach jak czarne węże. Szepty stawały się głośniejsze, niemal słyszała poszczególne słowa... Nagle rozległ się tętent galopującego konia, a potem przeraźliwy krzyk i dwa strzały!
Nie, oczywiście to było tylko złudzenie, gra świateł i cieni, szum poruszanych powiewem wiatru liści. Strzały imitowało stukanie dzięcioła. O kobiecie i mężczyźnie z tamtych czasów dawno zapomniano. Ich groby porosły mchem, a napisy na nich są nie do odczytania. Alarmująco gwizdnął kos, nisko w krzakach, po drugiej stronie ogrodu. Ogarnął ją lęk, serce biło coraz szybciej, a jego uderzenia zdawały się tak głośne jak dzwon.
To było miejsce przeklęte i powinna stamtąd natychmiast odejść.
Oburącz uniosła krynolinę i pobiegła przed siebie tak prędko, jak tylko mogły unieść ją nóżki w safianowych pantofelkach. Czas nagle się cofnął. Znowu miała siedemnaście lat i głowę pełną marzeń. Jeszcze tylko kilka kroków i otworzy się przed nią wolny przestwór błękitnego nieba, a potem ujrzy przed sobą najukochańsze miejsce na ziemi, do którego uparcie dążyła nawet we śnie.
Nareszcie! Spomiędzy zieleni drzew wyłoniły się kremowe ściany pałacu, wysokie okna płonęły w blaskach zachodu, podobne do wielkich rubinów. Idąc po miękkim jak dywan trawniku, upajała się cudownym widokiem. Krajobraz był tak piękny i pełen spokoju, że patrzyła jak zaczarowana, myśląc z radością, że oto spełniły się jej marzenia i powróciła do domu. Z granitowej fontanny przed pałacem tryskały strumienie wody z paszcz dwóch splecionych ze sobą smoków. Słyszała spadające krople i czuła na twarzy wilgotny powiew. Powietrze, woda, gęstwina drzew, woń kwiatów to były wspomnienia domu, powrót do lat młodości.
Była już bezpieczna i wkrótce spocznie pośród znajomych kształtów prześlicznych mebli, w ciszy stylowych komnat. Wszystko tam zapewne pozostało bez zmian. Uchylone drzwi do wykwintnego buduarku pozwalają dostrzec głęboki fotel odstawiony od stoliczka, na nim otwartą książkę i batystową chusteczkę mokrą od łez.W kominku buzuje ogień, a na rzeźbionych rokokowych gerydonach stoją bukiety cieplarnianych kwiatów w alabastrowych wazonach.
W malinowym salonie, na wieku fortepianu Pleyela, leżą rozrzucone w nieładzie nuty. Wieczorami grała na nim burzliwe etiudy i smutne nokturny Chopina. Na papierze nutowym krótki szkic własnej kompozycji, poświęconej ukochanemu. Idąc przez park, ani razu nie obejrzała się za siebie w obawie, że pomiędzy drzewami może dojrzeć złocisty krzyż na wieżyczce kaplicy grobowej. A wtedy przypomni sobie wszystko, o czym nie odważyła się myśleć i pęknie jej serce.
W pobliżu zaszczekał pies. Boże, to przecież Grot! Usłyszała za sobą szybkie, energiczne kroki i głos, najdroższy, jedyny na całym świecie głos zawołał ją po imieniu:
Nino!
Odwróciła się, wyciągnęła przed siebie ramiona i łkając ze szczęścia, pobiegła mu na spotkanie. Ale nogi jej zaczęły grzęznąć w czymś lekkim, miękkim i sypkim, w czym z trudnością mogła się poruszać. Wydała okrzyk i padła na kolana. Jej palce zagłębiły się w szarym, ulotnym pyle. Chwytała go pełnymi garściami i podnosiła do oczu.
Był to popiół, zimny szary popiół.
Obudziła się wilgotna od potu, wstrząsana rozpaczliwym płaczem.

W mgnieniu oka opanowała ją nieopisana tęsknota. Odżyło tłumione latami cierpienie i narastający ból. Szczęście przeminęło, jak przemija krótki słoneczny dzień. Uleciała młodość, odeszli bliscy. Pozostała jedynie okrutna nostalgia, nie dająca się nigdy ukoić. Od miejsc ukochanych dzieliła ją przepaść czasu, nieuchronność śmierci, granice obcych państw i ten zimny szary popiół ze zgliszcz, który dawno już rozwiały wiatry i spłukały jesienne szarugi.                                           

niedziela, 14 czerwca 2015

Najjaśniejsza Pani z awansu społecznego.


14.06.2015 r.
Powiadano o niej, że jest nieślubną córką Marii Ludwiki Gonzaga księżniczki de Nevers i słynnego kawalera Cinq Marsa, ściętego na rozkaz króla Francji Ludwika XIII, - tego z „Trzech muszkieterów”! Ale to były jedynie plotki zawistnych dworzan, zazdrosnych o łaski królowej Marii Ludwiki, małżonki króla Rzeczypospolitej Władysława IV Wazy, dla małej francuskiej dziewczynki, wychowywanej przez monarchinię. Dziewczynka nazywała się Maria Kazimiera de La Grange d'Arquien. Ojciec jej margrabia Henryk Albert był skromnym oficerem gwardii brata króla Francji, a matka Franciszka de la Châtre, guwernantką przyszłej królowej Polski Marii Ludwiki. Monarchini jadąc do Polski, zabrała z sobą czteroletnią Marię, żeby ulżyć jej rodzinie niemajętnej i bardzo licznej. Dziewczynka urodziła się 28 czerwca 1641 r.(data urodzin niepewna) w Nevers i bezdzietna Maria Ludwika była bardzo do niej przywiązana. Kiedy król Władysław IV zmarł, a królowa-wdowa nie była pewna swego losu, podobno odesłała Marię do rodzinnego Nevers, gdzie dziewczynka pobierała naukę w klasztorze. Powróciła do Polski około 1653 r. już jako piętnastoletnia panienka. Była uboga, z pewnością nie miała posagu, lecz posiadała dar, który to wynagradzał. Była śliczną, kształtną brunetką o przedziwnych wielkich czarnych oczach, wyciętych w słodki migdał: jak wtedy pisano. Oprócz urody sławiono jej inteligencję i dowcip. Była przecież zdolną wychowanką najmądrzejszej królowej Polski, kobiety o niespożytej energii, towarzyszki doli i niedoli swego drugiego męża króla Jana Kazimierza. (tego z Potopu)

 Ale charakterek Maria miała raczej paskudny. Biedne zakonnice z klasztoru w pobliżu Poznania, gdzie Maria się zatrzymała, uskarżały się, że sama ksieni musiała ustąpić jej swego pokoju, bo panna często przyjmowała panów senatorów, którzy odwiedzali ją, przechodząc przez kościół. Wody w klasztorze nie było, więc przynoszono ją z miasta, by panna mogła się codziennie kąpać.Ta przesadna, jak wtedy uważano, dbałość o higienę, pozostała Marii do końca życia. Francuskie panny dworskie królowej Marii Ludwiki nadają ton, cała młodzież szlachecka kocha się w nich. Bo królowa wprowadziła do Polski nową modę. Gorszą się poeci, ganiąc damy ukazujące o zgrozo! „piersi i nagie łopatki”! Ale młodym panom to się bardzo podoba. Gołe, to znaczy bez posagu francuskie panny, poślubiają najbogatszych magnatów polskich i budzą zachwyt. Dworzanin i poeta Andrzej Morsztyn tak pisał o pannie de la Grange d'Arquien:
W kupę się zeszły w tym anielskim ciele
Dowcip i rozum niemniej pewnie święty,
Zgoła z niebiańskiej poszła parantele,
Bo wszystkich bogów jest w niej skarb zamknięty;
Przed Morsztynem nie umiano tak mówić w Polsce o kobietach. Dwór królewski lubi się bawić. Częste są zabawy i bale. Na jednym z nich, w 1655 r. towarzyszącym obradom Sejmu warszawskiego, panna Maria wygorsowana po pas, poznaje dzielnego kawalera, pana chorążego Jana Sobieskiego. Dobrze zbudowany i bogaty młodzieniec, już słynący z niepospolitych talentów militarnych, wpadł w oko pannie Marii. A młodziutka Francuska rozbudziła w nim namiętność, która przetrwa niemal po grób. Ale nie czas na miłość, bo oto na Rzeczpospolitą spada potop szwedzki. Może w tej otchłani nieszczęść, jakie spadły na kraj, jedna królowa nie straciła nadziei. Bez jej duchowego wsparcia wątpliwe, czy Jan Kazimierz odzyskałby tron. Kiedy pod Warszawą w 1656 r, toczy się krwawa bitwa, królowa obserwują ją z okien swej karety i każe wyprząc z niej konie, aby nimi zatoczyć na wał armatę! Wojna kończy się w 1660 r. pokojem w Oliwie. W Warszawie jest już dwór królewski i oczywiście damy dworu królowej. Jeszcze na wygnaniu w Głogowie, królowa w liście do przyjaciółki wspomina, że panna d'Arquien wpadła w oko panu Janowi Zamoyskiemu, który:”będzie miał 700 tys. liwrów dochodu, najpiękniejsze domy na świecie i ślicznie umeblowane!”

Pan Jan Zamoyski, to znany dobrze z Potopu, „Sobiepan”z Zamościa. Człowiek trzydziestoletni, nie stroniący od alkoholu i uciech życia, ale dobry obywatel, wspierający króla w nieszczęściu. Był jednym z najbogatszych magnatów polskich. Wnuk wielkiego kanclerza i hetmana Jana Zamoyskiego i księżniczki Batorówny, kazał się tytułować księciem na Ostrogu i Zamościu. Zakochany w pannie Marii, przysyła jej w prezencie krzyż z pięcioma wielkimi diamentami. Klejnot ogromnej wartości. Zamoyski nie grzeszy urodą, ale panna pod wpływem królowej decyduje się w marcu 1658 r. oddać mu swą rękę. Pan młody zamawia na swój ślub 300 beczek wina węgierskiego! Biorąc pannę bez grosza posagu, dał jej wspaniałe wiano. Dwanaście tysięcy talarów rocznie na szpilki i sto tysięcy talarów w upominku! Ślub był wspaniały. Sama królowa włożyła na głowę oblubienicy diamentowy diadem, dar pana młodego. Ciekawy jest siedemnastowieczny polski obrzęd ślubny. Trzeciego dnia, który zwał się dniem kąpieli panny młodej, Maria zaprosiła swoje przyjaciółki do kąpieli. W ogromnej sali znajdował się marmurowy basen, do którego schodziło się po sześciu stopniach. Pannę młodą rozebrano wg. obyczaju i wszystkie panny kąpały się wraz z nią, w pachnącej wodzie lejącej się ze srebrnych rur. W tym czasie pan młody kazał zanieść do jej pokoju toaletkę wysadzaną dużymi perłami, zwierciadło i inne przybory toaletowe równie kosztowne. Szlafrok pani Zamoyskiej był z soboli, a suknie haftowane złotem i klejnotami. Biedna jak mysz kościelna panna d'Arquien, zostaje panią Zamoyską, księżną, wojewodziną kijowską i wojewodziną sandomierską, być moje najbogatszą panią w Rzeczypospolitej!
Ale nie jest to małżeństwo szczęśliwe. Książę wojewoda jest alkoholikiem i babiarzem, prawdopodobnie chorym wenerycznie, bo czworo niewydarzonych dzieci zmarło w niemowlęctwie. Zresztą pani Zamoyska nosi w swoim sercu innego. Kawalera, który poprzysiągł, że nigdy inna kobieta nie będzie jego żoną. Tym młodym panem jest Jan Sobieski, W tej epoce wielce modny jest ckliwy romans pana Rousseau de Valette „Astrea”. Młody wojak chętnie naśladuje w miłości bohatera książki Celadona, do jego ukochanej Astrei. Przez długi czas pochłania go życie obozowe. Lecz pewnego razu wpada do swoich dóbr Pielaszkowic, blisko Zamościa, i przy sposobności wizytuje sąsiada. Od tego czasu nawiązuje się romans pomiędzy nim, a młodą wojewodziną Zamoyską. Początkowo jako amitiĕ amoureuse, (przyjaźń o odcieniu miłosnym) a potem już miłość. Mąż ją zawiódł, jest ordynarny, klnący rubasznie, pijak i podagryk, istna „fujara”. Jego dom pełen pijaków i hałasu, razi jej delikatne uszka. Często wyjeżdża do Warszawy, do ukochanej królowej, a nawet ucieka do Paryża, namawiając Sobieskiego, żeby osiedlili się we Francji. Z Sobieskim koresponduje często, dosyć łamaną polszczyzną, okraszoną zwrotami francuskimi. Ich ogromna korespondencja będzie po wiekach wspaniałą ozdobą polskiej sztuki epistolarnej. Dziewiętnastoletnia pani wojewodzina w listach, nazywa swego ukochanego „Mon cher enfent” - moje drogie dziecko! I po matczynemu karci go, że jest „ nic dobrego!” Ponieważ ich miłość nie jest już platoniczna, piszą do siebie szyfrem, nazywając listy”Konfiturami”. W dzień św. Jana w 1661 r. w kościele o.o Karmelitów w Warszawie, Maria i Jan poprzysięgają sobie dozgonną miłość i zamieniają pierścionki. A wojewoda Zamoyski żyje! Umiera dopiero 7 IV.1665 r. Nieutulona w żalu wdowa, poślubia Sobieskiego 5.VII. 1665 r. w trzy miesiące po śmierci męża, wiodąc zażarty spór o kolosalny spadek po zmarłym.
W Paryżu roztacza blaski dwór młodego Ludwika XIV, który kiedyś powie:” L'ĕtat c'est moi!„ - Państwo to ja! Na dworze panuje surowa etykieta. Wszyscy dworzanie muszą stać w obecności króla. Z wyjątkiem kilku pań, obdarzonych przywilejem siedzenia na taboretach. Największym marzeniem pani Sobieskiej jest zostać damą taboretową króla Francji! Wraz z królową Marią Ludwiką wspiera politykę, wprowadzenia na tron polski młodego księcia d'Enghien z rodu Kondeuszów. Po abdykacji Jana Kazimierza i jego wyjeździe do Francji, wybucha burzliwa elekcja. Szlachta odrzuca Kondeusza i wybiera sobie „króla Piasta” czyli Michała Korybuta Wiśniowieckiego, syna hetmana księcia Jeremiego, tego z 'Ogniem i mieczem”. Ten wybór przynosi Polsce same nieszczęścia, państwo chyli się ku upadkowi, a Rzeczpospolita traci część kresów wschodnich z twierdzą Kamieniec Podolski (Pan Wołodyjowski) podpisując haniebny traktat z Turcją w Buczaczu i stając się lennikiem Imperium Otomańskiego. Król umiera w 1673 r. a na tron wstępuje Jan III Sobieski, zwycięski wódz spod Chocimia, zwany Lwem Lechistanu!

2. II. 1676 r. na Wawelu, koronowana została Maria Kazimiera d'Arquien, secundo voto Sobieska, zwykła prostaczka! Ukochana Marysieńka nie przyniosła chluby Polsce. Urodziła mężowi 13 (trzynaścioro!!) dzieci. Przeżyło czworo. Jakub, Teresa Kunegunda, Aleksander i Konstanty. Żadne z tych dzieci nie odziedziczyło korony polskiej. Córka Teresa wyszła za elektora bawarskiego Maksymiliana, wnosząc mu ogromny posag i klejnoty pobitego pod Wiedniem wezyra Kara Mustafy. Jakub był dziadkiem ukochanego bohatera Szkotów, księcia Charlesa Stuarta”pięknego księcia”.Kiedy umierał samotnie w rodzinnej Żółkwi, zerwała się straszna burza, tarcza herbowa spadła i rozbiła się, a zegar bił jak szalony, oznajmiając, że umiera ostatni potomek króla Jana. Konstanty popełnił mezalians, żeniąc się z córką damy dworu swej bratowej, lecz był bezdzietny. Aleksander, ulubiony syn królowej, awanturnik i poszukiwacz przygód nie ożenił się nigdy. Królowa bardzo kochała swoją rodzinę, która na nieszczęście była powodem skandali europejskich. Szczególnie tatuńcio Najjaśniejszej Pani, przyczyniał jej ogromnie wiele „plezirów” czyli trosk, będąc notorycznym pijakiem i dziwkarzem. Marysieńka próbowała uczynić go parem Francji, ale król Ludwik odmówił. Cesarz Austrii Leopold, też nie chciał zrobić go księciem. Dopiero Watykan pośpieszył strapionej monarchini z pomocą, robiąc starego margrabiego d'Arquien kardynałem! Cała Europa śmiała się z tego stareńkiego babiarza, nieustannie ratowanego z opresji przez kochającą córkę.
Pod koniec swych lat, zgorzkniały król Jan III, uciekał od domowych kłótni na łowy i na wojnę, odnosząc coraz to nowe zwycięstwa, korzystne dla Austrii, rujnujące Polskę. Mówił z goryczą:” nie ma na świecie dobrego człowieka, nie ma ani jednego!” Umierając w wybudowanym dla ukochanej Marysieńki Wilanowie, powalony apopleksją, 17. VI. 1696 r. nie miał przy sobie nikogo, bo wszyscy dworzanie byli pijani, a królowa toczyła z własnymi synami wojnę o koronę polską. Nie była wierną żoną, będąc kochanką księcia hetmana Jabłonowskiego. Po śmierci króla, nadal wojując z dziećmi, przeniosła się do Włoch. Mieszkała w Rzymie, wspaniale przyjmowana przez kolejnych papieży. Królowa pragnęła powrócić do Francji, ale Ludwik XIV nie wyraził zgody, zezwalając jej na koniec osiąść w zamku Blois, gdzie zmarła 30.I.1716 r. po płukaniu żołądka. Trumnę z ciałem królowej Polski pochowano w kościele św. Zbawiciela w Blois, a serce w kościele jezuitów( przepadło w czasie rewolucji) . W 1717 r. w największej tajemnicy szczątki Marysieńki przywieziono do Warszawy i pochowano w kościele kapucynów, obok króla Jana III. Dopiero w 1733 roku, królewska para spoczęła w Katedrze na Wawelu.

środa, 10 czerwca 2015

Jak się uprawia propagandę i co z tego wynika?


10 czerwca 2015 r.

W poniedziałek 8.06.br o 21.45 w programie I TVP wyemitowano film Andrzeja Czarneckiego pt. „Oto historia: Do przyjaciół Moskali”. Postanowiłam film obejrzeć, bowiem kocham naszego Adasia Mickiewicza i jego poezje. Wiersz pod tym tytułem napisany został przez Mickiewicza na wieść o tragicznej śmierci Aleksandra Puszkina, który był jego przyjacielem. Tymczasem zamiast pięknych strof poetyckich zafundowano mi tendencyjnie nakręcony film propagandowy, jakiego nie powstydziliby się twórcy propagandy PRL-u w czasach stalinowskich.
W treści omawianego filmu napisano, że pan Czarnecki odsłania kulisy funkcjonowania propagandy rosyjskiej, konfrontując materiały archiwalne z radzieckich kronik, ze współczesnymi relacjami. Wyglądało to mniej więcej tak. Pokazano rok 1939 i wkraczanie wojsk sowieckich na ziemie polskich kresów wschodnich, a zaraz potem rzekomą „aneksję” Krymu przez wojska rosyjskie. I tak z niewielkimi zmianami przez bitą godzinę i pięć minut, twórca udowadniał nam, jak podle postępuje Rosja, odbierając to, co swoje.
Oglądałam ten film spokojnie przez chwilę, a potem zaczęła mnie zalewać zła krew. Po pierwsze wkraczania 17 września 1939 r. wojsk sowieckich na kresy wschodnie, nie można porównywać z odebraniem Krymu Ukrainie. Przecież ludzie występujący w tym dokumentalnym filmie głośno mówili, że Chruszczow podarował Ukrainie Krym, jak cytuję:”hrabia szczeniaka”. Nic dziwnego, Chruszczow był Ukraińcem, urodził się w guberni kurskiej, jego żona również była Ukrainką. Mógł więc szerokim, pańskim gestem podarować rosyjski Krym swoim ukraińskim rodakom. Wyrządził tym samym wielką krzywdę ludziom pochodzenia rosyjskiego, którzy tam mieszkali od pokoleń. Podobnie Stalin okrutnie skrzywdził Polaków, odbierając nam kresy wschodnie! Ciekawe, że nasza antyrosyjska propaganda zawsze ukazywała wielce skrzywdzonych Tatarów, ale unikała jak ognia wsłuchania się w głosy zamieszkujących Krym jego rosyjskich mieszkańców.
Widać było, że tamtejsi ludzie z entuzjazmem przyjmowali powrót do macierzy i z goryczą wypominali Polakom, że wspólnie z Ameryką wspieramy faszystów! Oczywiście miało to zabrzmieć obelżywie, ale okazało się autentyczną prawdą. Film jest produkcją z 2015 roku, nie rozumiem więc, jak jego twórca mógł pominąć fakt, iż nie tak dawno parlament ukraiński przywrócił część i honor zbrodniarzom z UPA, banderowcom i członkom SS Galizien, wynosząc ich do panteonu bohaterów narodowych! Ludzi, których ręce czerwone były od polskiej krwi! Odpowiedzialnych za straszliwe zbrodnie, ludobójstwo setek tysięcy niewinnych Polaków. Kobiet, dzieci i mężczyzn.
Tych biedaków nie zabijano, lecz mordowano z tak niewyobrażalnym okrucieństwem, że krew mrozi się w żyłach na samą myśl o tym. Całe polskie wsie i miasteczka zamieniały się w popiół. Tam gdzie kiedyś kwitło życie, teraz jest pustka, cisza i tylko zaniedbane groby z niemal zatartymi napisami głoszą, że to były polskie ziemie, zamieszkałe od wieków przez Polaków.
Ci krymscy Rosjanie mieli całkowitą rację, że polscy politycy z PO, PiS i SLD, wspierali faszystów! I dalej ich wspierają, nie podejmując żadnych kroków w celu zahamowania narastających na Ukrainie tendencji faszystowskich, których głównym ośrodkiem stał się LWÓW, nasz Lwów semper filelis! Ostoja polskości w czasach zaborów, wspaniały ośrodek kultury i nauki polskiej. Obecnie na Ukrainie starannie zaciera się ślady bytności polskiej, a ukraińska młodzież obiera sobie za wzory do naśladowania bandytów z UPA i OUN.
Jedną czwartą ofiar stanowiły dzieci polskie. Tysiące padły ofiarą ukraińskich nacjonalistów, teraz wyniesionych do rangi bohaterów narodowych. Były mordowane, ranne i osierocone. Kiedy w 1948 roku przebywałam w klinice otolaryngologicznej we Wrocławiu, której cały personel – profesowie, lekarze i siostry zakonne przybyli ze Lwowa, widziałam tam chłopca. Miał może 7 lat, ale nie mówił, bo miał podcięte gardło. Uczyniły to ukraińskie dzieci, zaciągnąwszy go w zboże i poderżnęły mu gardło tępą kosą! Dzieci, dziecku! Biedaka przygarnęli polscy lekarza i razem z nimi przyjechał do Polski. Rodziców nie miał, bo zostali zamordowani.
Ktoś bardzo mądry powiedział, że gdyby rzezi wołyńskiej dokonali Niemcy lub Rosjanie, w każdym mieście polskim stałby pomnik upamiętniający jej ofiary! Dotychczasowa polityka kolejnych rządów Polski: BROŃ BOŻE NIE URAZIĆ UKRAIŃCÓW, wydaje smutne owoce.
Rząd nie ustanowił dnia 11 lipca Dniem Pamięci i Męczeństwa Kresowian. Na własne oczy widzieliśmy, jak potraktowano prezydenta polskiego w czasie jego wizyty na Ukrainie w 2013 roku. W czasie tegorocznej wizyty prezydenta w ukraińskim parlamencie, jak na szyderstwo, w tym samym dniu, uznano banderowców za bohaterów narodowych! Ukraińscy nacjonaliści zbeszcześcili lwowski pomnik stojący na miejscu stracenia polskich profesorów przez batalion Nachtigall dow. przez Romana Szuchewycza. Oblali pomnik czerwoną farbą i napisali „smiert Lacham”. We Lwowie odsłonięto pomnik Stepana Bandery, a nawet jest pomnik ku czci SS- Hałyczyna (Galizien) Jest to jedyny pomnik w Europie wystawiony na cześć SS-manów!
W II Rzeczypospolitej naiwnie uważano, iż nacjonalizm ukraiński da się skierować przeciwko Rosji sowieckiej. Takie spojrzenie na nacjonalizm ukraiński, dziś przesłania możliwość dostrzegania innych groźnych jego aspektów. Czciciele Bandery cieszą się, że Polska mieszając się w sprawy ukraińskie weszła w konflikt z Rosją, bo to właśnie woda na ich młyn! A rząd polski wypełniając polecenia zza oceanu, zlekceważył sobie narastające zagrożenie za wschodniej granicy. Niedawno ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zalewski, zadał politykom kilka pytań na ten temat, na które dotąd nie otrzymał odpowiedzi.
Dlatego też antyrosyjska kampania propagandowa, odsłania kulisy bezmyślnej polskiej polityki zagranicznej, która nie ma nic wspólnego z polską racją stanu.



wtorek, 9 czerwca 2015

Zapomniany Holokaust Polaków.


 9 czerwca 2015 r.

W Ameryce, zwłaszcza w USA, historycy żydowskiego pochodzenia uważają, że tylko Żydzi mają „patent” na słowo Holokaust. Próba zestawienia ich tragedii z jakąkolwiek inną – to zbrodnia! Innego zdania jest amerykański historyk polskiego pochodzenia, prof. Richard C. Lucas, który opublikował książkę pod tytułem „ZAPOMNIANY HOLOKAUST Polacy pod okupacją niemiecką 1939-1944”. opisuje w niej zbrodnie, jakich dopuścili się Niemcy w stosunku do narodu polskiego w czasie II wojny światowej. Autor nie spodziewał się, jaką to rozpęta burzę. Przekręcano jego intencje i atakowano poniżej pasa. Dostawał telefony i listy z pogróżkami oraz obelgami. Przestał otrzymywać zaproszenia na konferencje naukowe i wykłady.
W rozmowie z dziennikarzem. Piotrem Zychowiczem, prof. Lucas stwierdza, że środowisko historyków amerykańskich dzieli się na dwie grupy: historyków II wojny światowej i historyków Holokaustu.” Pierwsi są bardzo obiektywni i profesjonalni.(...) drudzy składają się niemal wyłącznie z badaczy żydowskiego pochodzenia i to oni uznali moją książkę za herezję a użycie słowa „holokaust” za skandal.”
Książka prof. Lucasa została uznana za zbyt propolską. Nikt w Stanach zjednoczonych nie postawił takiego zarzutu prof. Janowi Grossowi, gdy wydał zdecydowanie antypolską książkę pt. „Sąsiedzi”, w której przedstawił mocno zafałszowaną, niepopartą solidną kwerendą i bazującą głównie na spekulacjach, wersję wydarzeń w Jedwabnem.
Prof. Lucas pisząc o polskim Holokauście miał świadomość, że problem cierpień wojennych Polaków jest zupełnie nie znany. Polska i Polacy dla historyków amerykańskich, zajmujących się tym okresem, są wyłącznie tłem dla żydowskiego Holokaustu. Cała historia Polski XX wieku jest pisana z perspektywy cierpienia Żydów. Na amerykańskim rynku wydawniczym książek o tej tematyce było już tysiące, o masowych zbrodniach niemieckich na Polakach.... nic! Taką sytuację profesor uważa za kuriozum, zważywszy na to, że ilościowo straty wojenny wśród Polaków katolików były mniej więcej takie same, jak wśród Polaków Żydów. Stąd wziął się pomysł na tytuł jego książki. Na tendencyjne przedstawienie najnowszej historii mają wpływ media, w tym prasa, szczególnie New York Times.
Książka Lucasa „Zapomniany Holokaust” w ciągu ostatniego ćwierćwiecza miała olbrzymią liczbę wydań i w środowisku naukowym uznawana jest za „klasykę”. Tymczasem wyżej wymienione prestiżowe pismo, rządzące „duszą inteligencji amerykańskiej”, nie poświęciło jej nawet linijki. Dziennik ten nigdy nie opublikował recenzji jakiejkolwiek książki poświęconej okupacji Polski, w której Polacy nie zostaliby przedstawieni jako współodpowiedzialni za Holokaust.
Historyk, który chce być hołubiony przez gazety, ośrodki akademickie i salony intelektualne, opisywał kolejny raz martyrologię Żydów. Tak właśnie postąpił Jan Gross, zdobywając przy okazji uznanie New York Timesa i etat naukowy na Uniwersytecie w Prenceton. Wszystkie poważne wydziały na amerykańskich uczelniach, zajmujące się Holokaustem, są kierowane przez żydowskich historyków. Ofiarą ich dominacji stał się brytyjski historyk Norman Davies, którego pozbawiono możliwości podjęcia pracy na prestiżowym Uniwersytecie Stanford za wydanie „ propolskiej” książki „ Boże ognisko”.
Książka „Zapomniany Holokaust” zaważyła na karierze prof. Lucasa. Kolejne jego dzieło, zawierające wstrząsające relacje żydowski i polskich dzieci, żyjących pod okupacją niemiecką (Did the Children Cry; Hitlers's War Against Jewish and Polish Children”) w pierwszej chwili zostało docenione i nagrodzone przez specjalne jury, działający przy Lidze przeciwko Zniesławieniu. Przyznaną mu w pierwszej chwili bardzo ważną Nagrodę im. Janusza Korczaka, cofnięto „za nieodpowiednie naświetlenie problemu”. Została mu przywrócona dopiero po interwencji kancelarii adwokackiej. Jednak sposób jej „wręczania” - pocztą, a nie na specjalnej uroczystości – był karą za książkę o polskim Holokauście. Specyficznego dźwięku nadaje temu wydarzeniu fakt, że szefem Ligi przeciwko Zniesławieniu jest Abraham Foxman, polski Żyd uratowany przez swoją polską nianię.
W dalszej części wywiadu prof. Lucas zwrócił uwagę na katastrofalny stan świadomości społeczeństwa amerykańskiego, dotyczący lansowanego przez środowiska żydowskie rzekomego polskiego antysemityzmu. Rozprawia się z tym poglądem twierdząc, że oba narody złożone są ze zwykłych ludzi – dobrych i złych. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie zdarzały się postawy niegodne. W czasie okupacji jedną z form niegodnego postępowania było szmalcownictwo. Szmalcownikiem nazywano osobę wymuszającą okup na ukrywających się Żydach lub donoszącą na nich za pieniądze do władz okupacyjnych. Na wiosnę 1943 roku Polskie Państwo Podziemne wprowadziło karę śmierci za szmalcownictwo, które traktowane było jako akt zdrady.
Polscy Żydzi nie zawsze byli lojalni wobec kraju, w którym się urodzili i mieszkali. Już we wrześniu 1939 roku, gdy toczyła się jeszcze kampania wojenna, żydowscy mieszkańcy wielu polskich miast i miasteczek, uroczyście witali wkraczające oddziały Wehrmachtu. Tak było m.in. w Łodzi, w Pabianicach, a także na kresach, gdzie z inicjatywy miejscowych Żydów budowano nawet ukwiecone tryumfalne bramy, a delegacje witały niemieckich żołnierzy chlebem i solą.
Taka postawa nie była niczym zaskakującym. Gdy zaczynała się wojna, spora część Żydów była przekonana, że aby odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wystarczy jedynie respektować niemiecki porządek. Jak złudne to było myślenie, przekonali się, gdy zamknięto ich w gettach, gdzie władzę przejęli często nadmiernie gorliwi urzędnicy żydowscy, którzy zorganizowali administrację oraz Żydowską Służbę Porządkową( Judischer Ordnungsdienst), zwaną potocznie policją żydowską. Niechlubną kartą w okupowanych krajach zapisał się Judenrat (Żydowska Rada Starszych, wprowadzona przez Niemców w 1939 roku) będący formą sprawowania władzy przez przywódców żydowskich nad mieszkańcami gett. Aby uniknąć zarzutu stronniczości, ograniczmy się do przykładów zaczerpniętych z żydowskich źródeł.
Jedna z najsłynniejszych żydowskich myślicielek XX wieku, Hannah Ardendt w 1963 roku wystąpiła w książce „Eichmann w Jerozolimie” z dramatycznym oskarżeniem przeciwko Judenratom. Twierdziła, że bez ich udziału w rejestracji Żydów, koncentracji ich w gettach, a potem aktywnej pomocy w kierowaniu do obozów zagłady, zginęłoby dużo mniej Żydów, ponieważ sami Niemcy mieliby więcej kłopotów z ich spisaniem i wyszukiwaniem. W okupowanej Europie naziści zlecali funkcjonariuszom żydowskim sporządzanie imiennych wykazów wraz z informacjami o majątku. Zapewniali oni także pomoc żydowskiej policji w chwytaniu i ładowaniu Żydów do pociągów transportujących do obozów koncentracyjnych.
Przykładem człowieka współpracującego z władzami okupacyjnymi był Jakub Lejkin - polski adwokat żydowskiego pochodzenia, zastępca komendanta policji żydowskiej w getcie warszawskim. Lejkin znany był ze szczególnej brutalności podczas organizowania deportacji do obozów zagłady. 29 października 1942 r. wyrokiem Żydowskiej Organizacji Bojowej został zlikwidowany.
Jakże ironicznym jest fakt, że 70 lat po wojnie, jednakowo doświadczone ofiary tamtego konfliktu, oskarżają drugie. Profesor Richard Lucas komentuje ten stan rzeczy: „To wielki, smutny paradoks. Podczas wojny Polacy i Żydzi padli ofiarą straszliwych represji ze strony wspólnego wroga. Zginęły miliony Żydów i miliony Polaków. Dziś do Niemców nie ma już pretensji, a Żydzi toczą walkę z Polakami, starając się udowodnić, że to im należy się palma pierwszeństwa w jakimś makabrycznym rankingu ofiar. Doprawdy, historia dziwnie się potoczyła.”

Barbara Teresa Dominiczak
Łucja Kuriata-Lewicka
Przedruk z Biuletynu Kwartalnego „Ostróg 89” Szczecin.

wtorek, 2 czerwca 2015

Opowieść o bardzo brzydkiej królewnie, która została królem



Urodziła się w Krakowie na Wawelu 18. X. 1523 r. Rodziców miała wspaniałych. Ojciec Zygmunt I z rodu Jagiellonów, był królem Rzeczypospolitej Polski i wielkim księciem Litwy, Rusi et cetera. Matką, słynna z piękności Bona Sforza, księżniczka włoskiego księstwa Bari. Anna była trzecią z kolei, lecz nie ostatnią córką królewskiej pary i sprawiła przykry zawód matce, spodziewającej się przyjścia na świat kolejnego syna, po urodzonym 1.VIII. 1520 r. następcy tronu Zygmuncie II Auguście.
Trzy polskie królewny z rodu Jagiellonów, w kolejności: Izabela, zamężna z królem Węgier Janem Zapolyą, (serial „Wspaniałe stulecie”) Zofia, która poślubiła Henryka, księcia brunszwickiego i Katarzyna, zamężna z Janem III Wazą, księciem finlandzkim, a potem królem Szwedów, miały szczęście i zostały wydane za mąż. Jedynie dwie królewny, Izabela i Katarzyna oraz syn Zygmunt August, odziedziczyli piękność po matce Bonie. Biedna Anna, przez większą część swojego życia, siała przysłowiową rutkę, czekając na umiłowanego męża i pana. Na domiar złego nie grzeszyła urodą, wdając się, być może, w swego pradziada króla Władysława Jagiełłę, albo w babcię, arcyksiężniczkę Elżbietę Habsburg, tak nieładną, że król Kazimierz Jagiellończyk był widokiem przyszłej żony mocno zbulwersowany, lecz potem pokochał ją i żyli szczęśliwie. O dzieciństwie małej królewny Anny niewiele wiadomo, bowiem w Polsce w ogóle nie przywiązywano większej wagi do księżniczek. Często nawet nie notowano daty ich urodzin. Prędko wydawano panny za mąż za jakiegoś obcego księcia, tracąc je z oczu i myśli.
Inaczej było z Anną, bo jakoś nikt się nie kwapił, żeby ją poślubić.

Król nie był czułym bratem i nie zajmował się losem swoich sióstr. Dowodem na to może być fragment z listu królowej Szwedów Katarzyny Jagiellonki do Anny: - „aczci Jego Królewska Mość, przeciwko nam, siostrom swym, srogiego był umysłu.” Dopóki król był wdowcem po arcyksiężniczce Elżbiecie Habsburg,(druga Habsburżanka po babci Elżbiecie) jego stosunki z Anną były względnie poprawne, choć obojętne. Jednak kiedy młody Zygmunt August zainteresował się urodziwą wdową po wojewodzie Gasztoldzie, Barbarą z Radziwiłłów, która ani na Litwie, ani tym bardziej w Polsce, nie cieszyła się opinią cnotliwej niewiasty, Anna pod wpływem matki królowej Bony, zaczęła głośno wyrażać swoje oburzenie. Naraziła się tym królowi, który potajemnie już Barbarę poślubił i nie życzył sobie, żeby rodzina wtrącała się do jego małżeństwa. Wybuchnął skandal na skalę europejską, bowiem zgorszeni poddani nawet słyszeć nie chcieli o małżonce swego władcy, nazywanej powszechnie znanym do dziś brzydkim słowem k...wa, lub bardziej elegancko ladacznica! Król jednak postawił na swoim i wbrew woli narodu, koronował Barbarę w 1550 roku na królową Polski, lecz ciężko chora żona wkrótce zmarła. Ale zatarg miał poważne konsekwencje rodzinne. Matka tak poróżniła się z synem, że król pomawiał ją nawet o próbę otrucia Barbary. Obrażona stara królowa opuściła Wawel i wyjechała z Krakowa do Warszawy.
Dopóki królowa Bona przebywała w Polsce, Anna towarzyszyła matce w jej podróżach na Mazowsze, które stara królowa bardzo sobie upodobała. Lecz gdy Bona wyjechała do swego księstwa Bari, zabierając ze sobą bajeczne skarby, zwane potem sumami neapolitańskimi, Anna została sama. Miała swój dwór i mieszkała na warszawskim zamku, będącym już wtedy rezydencją panującego monarchy Zygmunta II Augusta. Nudna, stara panna, nieładna, płaczliwa i chorowita.
Trzeba szczerze powiedzieć, że król nie był wzorem cnoty. Po śmierci Barbary, przez długi czas opłakiwał nieboszczkę, a nawet próbował ją wywołać z zaświatów z pomocą mistrza czarnej magii Twardowskiego. Ale po jakimś czasie rozpacz mu minęła, a zacny brat królowej Barbary Radziwiłł Czarny, (był i Rudy), wyswatał króla z Katarzyną Habsburg, 19-letnią wdową po księciu Mantui, siostrą pierwszej żony króla, Elżbiety. Zygmunt pragnął mieć dzieci i chociaż jeszcze co nieco popłakiwał, wspominając swoją Basię, ale dosyć chętnie poślubił Katarzynę 29.VII. 1553 r. choć nie grzeszyła urodą, ani mądrością. Nagle okazało się, że królowa cierpi na tę samą straszną chorobę, (epilepsję) co pierwsza żona Elżbieta. Król powodowany wstrętem, odsunął małżonkę od siebie i wysłał ją do Austrii, gdzie zmarła w 28. II.1572 roku. Król czynił starania żeby rozwieźć się z chorowitą i bezpłodną żoną, groził nawet przejściem na kalwinizm, ale nuncjusz papieski Commendoni, udaremnił te starania. Bronił interesów cesarza Austrii, mającego chętkę na tron polski. W 1565 roku, o rękę Anny poprosił książę Danii Magnus. Ale w zamian za ożenek z 42-letnią królewną, zażądał zamków arcybiskupstwa ryskiego. Zygmunt August odmówił, a Anna została na koszu.
Król zdawał sobie sprawę, że po jego bezpotomnej śmierci, tron polski stanie się przedmiotem przetargów. Chcąc zapomnieć o strapieniach, Zygmunt August oddał się rozpuście. Anna miała swój własny dwór i panny dworskie do posługi. Żyła cicho, oddając się dewocji, często popłakując, bo z natury była płaksą. Jedną z dam dworu królewny, była piękna Hanna Zajączkowska. Król zapłonął do niej miłością, a znając dewocję siostry, postanowił użyć fortelu. Zaufani dworzanie króla, bracia Jerzy i Mikołaj Mniszchowie, oznajmili Annie, że pannę Zajączkowską chce poślubić pewien szlachcic. Panna wyjechała, niby to do rodziny, a w rzeczywistości, prosto do królewskiego łoża! Anna dowiedziawszy się prawdy, była oburzona i sprawa ta była powodem ostrej wymiany zdań między nią, a królem. Dworskie intrygi pogłębiły jeszcze wzajemne niechęci. Hanna zresztą nie była jedyną, która odwiedzała sypialnię króla.
Jego słynną kochanką była Barbara Giżanka, łudząco podobna do zmarłej Radziwiłłówny. Giżanka, córka warszawskiego radnego, przebywała w klasztorze, gdzie odwiedzał ją Mikołaj Mniszech w przebraniu zakonnicy. Dziewczyna została jego kochanką, a on nastręczył ją królowi. Giżanka urodziła córkę, podobno dziecko króla, który obdarzył ją za to szlachectwem i obsypał bogactwami. Po jego śmierci wyszła za księcia Michała Woronieckiego. Kochanką króla była również Zuzanna Orłowska i wiele innych. Swoje kochanki monarcha nazywał „sokołami” i nawet na łożu śmierci wzywał je do siebie. Biedna Anna zalewała się łzami, wysprzedając ostatnie kosztowności, aby opłacić dworzan, a w jej pobliżu Giżanka i inne faworyty opływały w dostatki. Dopiero przed śmiercią król pojednał się z siostrą i wręczył jej swój testament. Gdy zmarł w Knyszynie 7 VII. 1572 roku, Anna została jako ostatnia w Polsce z dynastii Jagiellonów.


Natychmiast zaczęła się walka o tron polski. Pretendentami do korony był arcyksiążę Ernest Habsburg, syn cesarza Austrii, Iwan Groźny car Rosji, Henryk Andegaweński książę de Valois, brat króla Francji, oraz książę pruski Albert Fryderyk. Ze wszystkich pretendentów najbardziej wpadł w oko podstarzałej pannie Henryk de Valois. Jego posłowie przywieźli królewnie w tajemnicy jego portret i zaręczali, że książę wybrany na króla, z pewnością ją poślubi. Zakochana królewna nie brała pod uwagę faktu, iż książę Henryk miał lat 21, a ona już niestety 49! Mimo, że Infantce, bo tak ją z hiszpańska nazywano, nie wolno było mieszać się do elekcji królewskiej, ona się mieszała. Po cichu, popłakując i uskarżając się na niedostatek. Stare i mądre przysłowie powiada:”Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.” Tak było i tym razem. Henryk de Valois został obrany pierwszym królem elekcyjnym. Polska wyszła na tym, jak przysłowiowy Zabłocki na mydle! Biedna Anna przeżyła ciężki zawód, bo król ani myślał o jej poślubieniu. Kiedy Henryk uciekł z Polski, Anna natychmiast wyszła z ukrycia i zaczęła działać. Gdy 12.XII.1575 roku, prymas Uchański ogłosił królem polskim cesarza Maksymiliana II Habsburga, Jan Zamoyski, przyszły kanclerz, podburzył antyhabsburski obóz szlachecki, proponując w zamian Annę. 13 VII 1575 roku, okrzyknięto w Warszawie Annę Jagiellonkę królową polski i wielką księżną litewska, a dzień później, szlachta obwołała ją królem Polski, przydając jej na małżonka księcia Siedmiogrodu Stefana Batorego.
Nie było to szczęśliwe małżeństwo, bo 56-letnia królowa nie wzbudziła w sercu męża czułych uczuć. Potrafiła spędzić całą noc pod drzwiami sypialni małżonka, oczekując na próżno na jego przyjście.

Gdy w 1586 roku król Batory zmarł, królowa wdowa, stara, nudna i już całkiem brzydka kobieta, raz jeszcze postanowiła przeprowadzić swoją wolę i spowodowała wybór na tron polski swego ukochanego siostrzeńca Zyzia, syna siostry Katarzyny Jagiellonki i Jana III Wazy, króla Szwedów. Staraniem ciotki Anny, Zygmunt III Waza wstąpił na tron 27. XII. 1587 r. Stara królowa często mieszała się w sprawy polityki państwa, sprzeciwiając się między innymi małżeństwu siostrzeńca z arcyksiężniczką Anną Habsburg.
Zmarła na rękach Zygmunta 9.IX.1596 roku. Na jej pogrzebie mowę wygłosił sam Piotr Skarga. Pochowana została w Krakowie na Wawelu w Kaplicy Zygmuntowskiej, obok ojca i brata.