poniedziałek, 29 czerwca 2015

Masakra na Placu Zamkowym w Warszawie w dniu 8 kwietnia 1861 roku.


Tymczasem Warszawa tętniła życiem. Po restauracjach ogródkowych na Frascati, na placach i rynkach, gromadzili się mieszkańcy miasta, rozprawiając o aroganckim zachowaniu się margrabiego Wielo-polskiego i ostatnich zarządzeniach restrykcyjnych księcia namiestnika Gorczakowa. Czytano na głos ulotki rozdawane przez młodzież, drwiąc z tajnych agentów policji, tak charakterystycznie ubranych, że nawet ślepy mógłby ich rozpoznać.
Ale do przytulnego saloniku na Placu Zamkowym hałasy nie docierały. W pokoju rozlegały się delikatne dźwięki pianina i głos Bini śpiewającej pieśni Chopina. Na gdańskiej komodzie miarowo tykał brązowy zegar z Orłem wzbijającym się do lotu, a pracowite ręce pani Salomei, prędko migotały szydełkiem, snując pajęczą koronkę. Zamyślona ciotka Maria obliczała w duchu, ile jeszcze będzie ją kosztować wyprawa córki i zastanawiała się, na czym by tu zaoszczędzić. Stopniowo muzykę i śpiew zaczął zagłuszać wzmagający się gwar. Drzwi salonu otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadła Rózia, czerwona z podniecenia,
z rozwianymi włosami i ogniem w oczach.
Proszę wielmożnej pani! – wrzasnęła od progu. –Tłum ludzi wali pod Zamek. Ojej, co to będzie?
Binia umilkła, Nina wstała od instrumentu i obie pobiegły do okna, otwierając je na oścież. Z wąskich uliczek Starego Miasta ciągnęły większe i mniejsze grupy ludzi, kierując się ku figurze Matki Boskiej stojącej na Placu. Przeważała młodzież studencka i szkolna, ale byli i dorośli, a nawet starcy. Mundury akademików ocierały się o kapoty mieszczan i sute spódnice przekupek warszawskich. Kobiety prowadziły za rączkę małe dzieci. Obok wlekli się żebracy, w nadziei na hojny datek. Pomiędzy idącą zwartą gromadą biedoty, widać było ludzi dobrze ubranych, o pańskich twarzach. Tłum otoczył posąg Matki Boskiej, kobiety ustroiły go kwiatami, zapalając świece i znicze. U stóp figury uklękła młoda dama w żałobie, mając przy sobie dziecko ubrane na czarno. Drżącym ze wzruszenia głosem zaczęła
odmawiać Litanię Loretańską: – Królowo Korony Polskiej! – wołała łzawym głosem.
Módl się za nami! – odpowiadał zgodny chór pokornie klęczących ludzi.
Po modlitwie, z ciżby wystąpił szczupły student, wyprostował się i silnym, pięknym głosem zaintonował: „Boże, coś Polskę, przez tak liczne wieki”.
Wszyscy podchwycili melodię i majestatyczna pieśń popłynęła ponad Zamkiem, odbijając się echem od starożytnych murów i wzniosła się ku wieczornym zorzom. Z ulicy Trębackiej, wyjechała kareta pocztowa zdążająca do Lublina. Woźnica siedzący na koźle, przyłożył trąbkę do ust i naraz z góry spłynęły srebrne dźwięki „Mazurka Dąbrowskiego”. Skoczna melodia była jak iskra rzucona na prochy. Ludzi ogarnął szał radości. Czapki wyleciały
w górę, rozległy się oklaski, a młodzież wiwatowała z zapałem.
Niech żyją pocztowcy! Przecz z zaborcą! Niech żyje wolna, niepodległa Polska!
Porwany entuzjazmem tłum, prawie nie zwrócił uwagi na zmieniającą się szybko sytuację. Z ulicy Miodowej wyłoniło się kilka rot piechoty, z Krakowskiego Przedmieścia nadjechał szwadron żandarmerii konnej, a z Podwala wysunęła paszcze bateria armat. Sotnia kozaków czekała tylko rozkazu, by spiąć konie i skoczyć ku rozśpiewanym, rozmodlonym ludziom, nie spodziewającym się napaści. Śmiertelny krąg zacieśnił się wolno, szczelnie zamykając Plac Zamkowy. Warknęły werble i jakiś urzędnik policji zaczął odczytywać wezwanie do rozejścia się. Jego wystąpienie przyjęto wybuchem śmiechu, gwizdami i zagłuszono oklaskami. Mali ulicznicy podbiegali do stojących bez ruchu żołnierzy, wykrzykując zapalczywie:
Wynoście się do Moskwy! Nie chcemy was tutaj!
Zdenerwowany policjant zawołał:
Ludzie, wracajcie do domu!
My jesteśmy w swoim domu! – usłyszał błyskawiczną ripostę – To wy się stąd wynoś-cie.
Przekupki nie żałowały przekleństw, wygrażając wojsku pięściami, uczniacy gwizdali przeraźliwie na palcach. Nikt nie przejmował się stojącymi w groźnym bezruchu szeregami wojska. „Ech, strachy na Lachy” – pokpiwano sobie beztrosko. Ludzie byli przekonani, że tym razem namiestnik nie posunie się do gwałtu. Na Plac Zamkowy przybywało coraz wię-cej gapiów, zwabionych warkotem werbli i widokiem wojska. Żołnierze uprzejmie rozstępo-wali się przed nimi, dając im wolną drogę. W oknach mieszczańskich kamieniczek ukazały się głowy mieszkańców, ciekawych widowiska. Niektórzy wychodzili z domów i przyłączali się do zbiegowiska. Tłum się powiększał
Generał Chrulew, bohater bitwy sewastopolskiej, dowodzący na Placu Zamkowym, skrzy-wił się z niesmakiem, stwierdzając z pogardą, że jednak przyjdzie mu zmierzyć się z tą bandą rozwrzeszczanych półgłówków. Skonstatował, iż niektórzy oficerowie zaczynają przejawiać kabotyńskie nastroje. Jeszcze się nic nie działo, a już poprzedniego dnia ten idiota Peikert zastrzelił się, w karygodny sposób wyrażając swój sprzeciw wobec metod poskramiania polskiej hołoty, ordynarnej tłuszczy! Sentymentalny bałwan, nie oficer. Na szczęście niewielu miał naśladowców, bo wojsko nie powinno ulegać tanim wzruszeniom i mazgajstwu. Generał spojrzał w stronę Zamku i dłonią w nieskazitelnie białej rękawiczce czule poklepał szyję swojego konia. Wierzchowiec chrapał przerażony zgiełkiem i próbował stanąć dęba. Generał poskromił go i rozejrzawszy się w sytuacji, podjechał pod okno Zamku, skąd książę namiestnik Gorczakow obserwował Plac.
Chrulew, oni nie zamierzają się rozejść! – na twarzy księcia namiestnika malowała się zimna furia, a oczy błyszczały złowrogo. – Cóż, w takim razie szarża!
Na skinienie dowódcy, zwarte szeregi żandarmerii konnej ruszyły naprzód, ciężarem koni spychając ludzi i płazując ich szablami. W ślad za nimi skoczyli z wyciem kozacy, tłukąc
z wysokości siodeł nahajkami i tratując bezbronnych. Pierwsza upadła młoda wdowa, cięta
z góry szablą przez głowę. Jej długie jasne włosy rozesłały się miękko pod końskie kopyta. Czarny czepek potoczył się do rynsztoka, ciągnąc za sobą krepowy welon. Dziecko usiło-wało podnieść matkę, lecz uderzone nahajką w głowę, padło obok niej, a podkowy ciężkich kopyt wycisnęły na jego plecach krwawe ślady.
Zaskoczeni, przerażeni ludzie, osłaniali głowy ramionami, chroniąc je przed ciosami szabel i batogów. Bici, uparcie trwali, nie zamierzając się rozejść. Ta bierna postawa tłumu, zamiast łagodzić, rozjuszyła napastników. Ciosy szabel stawały się precyzyjne i już nie płazowały, lecz cięły z góry wzniesione ramiona, siekły twarze, zagłębiając się sztychem
w gardła i piersi. Na Placu Zamkowym zaczęli padać pierwsi zabici i ranni. Zagrały trąbki
i konnica prędko się wycofała, a na wprost zdziczałego z bólu i trwogi tłumu, wysunęły się równe szeregi piechoty. Nikt z Placu Zamkowego nie uciekał, bo stamtąd już drogi ucieczki nie było. Pierścień wojska szczelnie zamykał sąsiednie uliczki.
Boże, ratunku! Mordują nas! – rozległy się rozpaczliwe krzyki.
Nie uciekajmy. Mamy ginąć, umierajmy razem! – wołali inni, nie ruszając się z miejsca.
Na oczach zrozpaczonych ludzi, kilka rot piechoty z zimną krwią załadowało karabiny ostrą amunicją. Pierwszy szereg żołnierzy przyklęknął na jedno kolano, przykładając broń do ramienia. Oczy ich bacznie śledziły szablę dowódcy. Uniosła się w górę i przez mgnienie zawisła w powietrzu, a potem opadłą w dół świetlistą błyskawicą.
Ognia!
Grzmot salwy wstrząsnął murami Placu Zamkowego. Wybuchnęły straszne krzyki i jęki mordowanych. Po bruku popłynęła czerwona krew. Ranni tarzali się po ziemi, rozpaczliwie szukając ucieczki. Darli palcami kostki bruku i czołgali się w złudnej nadziei znalezienia kryjówki. Lecz na przeklętym Placu nie było gdzie się schronić. Z kościoła świętej Anny wyszła procesja. Na przedzie postępował zakonnik, dźwigając przed sobą wielki krzyż
z rozpiętym na nim Ciałem Jezusa. Idąc wolno, śpiewał mocnym głosem Suplikacje:
Święty Boże! Święty mocny!
Święty, a nieśmiertelny!
Zmiłuj się nad nami!”.
Pierwszy szereg piechoty wystrzeliwszy salwę cofnął się, robiąc miejsce drugiemu szeregowi, a ten klęknął z bronią przygotowaną do strzału. Następna salwa rozdarła powietrze. Kilku mężczyzn idących obok zakonnika, bezwładnie osunęło się na ziemię. Pozostali szli naprzód, podejmując przerwany śpiew. Strzały karabinowe stanowiły jakby straszliwy akompaniament do wtóru ludziom idącym na pewną śmierć. Kolejne plutony zmieniały się, bez przerwy strzelając do idącego na oślep tłumu. Z jednej i z drugiej strony narastała zawziętość i determinacja. Twarze żołnierzy były kamienne, a w ich oczach czaiło się okrucieństwo, kiedy tak bezlitośnie wybierali sobie ofiary. Równie zapamiętałe były oblicza idących im naprzeciw ludzi w procesji. Nie zważając na strzały, trupy i lejącą się krew, hardo parli naprzód, patrząc śmierci prosto w oczy.
Dymy przysłoniły Plac Zamkowy. W sąsiednich kościołach rozkołysały się dzwony. Dzwon katedry bił w jedną stronę, ponuro, gorączkowo, na trwogę. Za nim odezwał się drugi, trzeci, dziesiąty i po chwili biły już wszystkie, jednym spiżowym dźwiękiem głosząc śmierć. Przy ołtarzach księża odprawiali nabożeństwa za konających, a ludzie spokojnie przyjmowali Komunię świętą i wychodzili na ulicę, idąc prosto pod lufy karabinów, z hero-iczną odwagą i głęboką nadzieją, że ofiara ich życia będzie policzona w niebie.
W miarę upływu czasu, w oczach mordujących i mordowanych zaczęła narastać groza. Jaki taki sołdat, odrywał rękę od kolby karabinu i rękawem szarego szynela szybko ocierał łzę spływającą mu po policzku. Ale zaraz podnosił broń do oka i strzelał, bo długie lata okrutnej musztry, pruskiego drylu i bicia, zrobiły swoje i żaden z nich nie ośmielił się odmówić wykonania rozkazu.
Z bocznych uliczek ciągle jeszcze napływały gromadki ludzi nieświadomych tragedii,
jaka się właśnie rozgrywała i wpadali w śmiertelną pułapkę. Zakonnik prowadzący procesję z krzyżem, szedł prosto na prażące ogniem plutony. Spod przykrótkiego habitu widoczne były jego chude nogi, bose, w rzemiennych sandałach. U jego boku, chroniąc się pod ramio-nami krzyża, dreptali modlący się głośno ludzie. Obok maszerował akademik Szkoły Sztuk Pięknych Karol Nowakowski, który miał odwagę pierwszy zaśpiewać głośno: „Boże, coś Polskę”. Uczestnik wszystkich pochodów, obdarzony pięknym głosem, śpiewał razem z in-nymi Suplikacje. Wtem, ciężki krzyż zakołysał się w rękach zakonnika, a on zachwiał się
i przez moment stał nieruchomo, patrząc przed siebie okropnie wytrzeszczonymi oczami. Potem rozłożył ramiona i wypuściwszy z rąk krucyfiks, runął twarzą na bruk. Nowakowski bez wahania podniósł krzyż i poniósł go dalej. Ale jego twarz była dobrze znana policji
i tajnym agentom. Na rozkaz Chrulewa pochwycono go i szarpiąc, bijąc po głowie, powleczono na Zamek Królewski.
Teraz na czele pochodu znalazł się młodziutki Żyd, uczeń gimnazjum realnego. Śmierć zakonnika i pojmanie Nowakowskiego napełniły go przerażeniem. Rozejrzał się dokoła, pragnąc znaleźć drogę ucieczki, wydostać się z tego potwornego miejsca. Z dala dostrzegł uchyloną bramę i czyjąś rękę dającą mu znaki. Rzucił się biegiem w tamtą stronę. Lecz potknął się o leżący, upuszczony przez Nowakowskiego krzyż. Przez krótką chwilę toczył
z sobą zaciętą walkę. Bał się bólu i nie chciał umierać mając dopiero siedemnaście lat. Przystanął, jakby zatrzymany w biegu niewidzialną siłą. Pochylił barki i mocując się ze sobą, powoli dźwignął z ziemi oblany krwią krzyż. Przycisnąwszy do piersi ten symbol obcej wiary, ruszył przed siebie na czele procesji, idąc ku swojemu przeznaczeniu.
Tymczasem żołnierze pośpiesznie nabijali karabiny, bez komendy, jak w czasie bitwy. Huk nowej salwy rozległ się echem na Placu. Chłopiec opadł na oba kolana, jakby
w uniesieniu, z odrzuconą w tył głową i rozwartymi w bezgłośnym krzyku ustami. Jego szkliste oczy, szeroko otwarte, ostatnim spojrzeniem wpatrywały się w otchłań nicości. Potem miękko osunął się na wznak i legł, przykrywając sobą niesiony krucyfiks. Po wyprężonym w męce konania Ciele Chrystusa, spłynęła ciepła, czerwona i świeża krew.
Widząc dokoła śmierć, ludzie oprzytomnieli i zaczęli się rozpaczliwie bronić. Kiedy jedni umierali, inni z gołymi rękami rzucali się na żołnierzy z niesłychanym męstwem i ginęli, rozniesieni na bagnetach. Studenci zaczęli wyrywać kamienie z bruku i ciskali tymi nędznymi pociskami w stronę wojska. Tłum poszedł w rozsypkę, a potem zaczęły się straszliwe łowy, gdy każdy strzelec wybierał sobie ofiarę. Stosy trupów leżały w kałużach krwi, jęki rannych i rzężenie konających ginęły w powszechnym chaosie walki.
Nie słychać było komend i pojedynczych głosów, tylko jeden straszliwy krzyk i strzały. Tłum falował, następując naprzód i cofając się, jak fale wzburzonego jeziora. Rozpędzani ludzie uparcie wracali, zbijając się w większe i mniejsze gromadki, próbując stawić opór napierającemu wojsku. Naraz strzały umilkły, a na Plac wpadli kozacy, z wyciem i gwiz-dami, dobijając rannych i mordując tych, którzy jeszcze żyli. Przebiegali Plac świszcząc, przy odgłosie trąbek i werbli. Skądś nadjechała dorożka, pusta i ciągnięta przez oszalałego ze strachu konia. Momentalnie pochwyciło ją kilkanaście rąk, wyprzęgło zwierzę i wlokąc powóz, zaciągnięto go na miejsce budowanej prowizorycznej barykady. Z okien kamienic mieszkańcy wyrzucali meble, wyjmowano bramy z zawiasów i ciskano na barykadę, żeby ukryć się za tą słabą zasłoną.
Stojące w oknie cztery kobiety, nieme z przerażenia, obserwowały okropne sceny masakry. Nina tak silnie przygryzła usta, że z kącika dolnej wargi spłynęła na podbródek niteczka krwi. Binia obiema rękami zasłoniła usta, tłumiąc wyrywający się z nich okrzyk zgrozy. Ciotka Maria z nieprzytomnym wyrazem twarzy, modliła się głośno, kompletnie nie rozumiejąc tego, co mówi. Pani Salomea wychyliła się z okna do połowy ciała i pilnie wypatrywała kogoś na Placu. Naraz wydała okrzyk i wyciągnęła rękę.
O Jezus Maria, patrzcie, tam jest Janek!
Wszystkie dostrzegły w tłumie wysoką postać i jasną czuprynę Jasia. Walczył w grupie studentów, zmagając się z kozakami. Uzbrojony w szczapę drewna, usiłował zwalić z konia rosłego kozaka. Doniec osłaniał się, waląc jak oszalały nahajką, gdyż nie miał czasu sięgnąć po szablę czy karabinek. Jaś chwyciwszy jego konia za uzdę, mocnymi szarpnięciami pró-bował rzucić go na kolana. Walka przeciągała się, a wtedy w pobliżu pojawił się drugi kozak. Widząc kolegę w opałach, skoczył mu na pomoc. Jaś błyskawicznie cięty w głowę i ramię, runął pod końskie kopyta.
Pani Salomea z przeraźliwym krzykiem porwała się od okna.
Janek! Tam jest mój synek. O Matko Boska, ratuj moje dziecko! – wołała coraz cich-szym głosem i postąpiwszy ku drzwiom, zemdlona osunęła się na podłogę.
Dziewczęta podbiegły do niej i razem podniosły nieprzytomną kobietę, z wysiłkiem dźwigając ją na kanapę.
Mamo, – odezwała się Binia rozkazująco – skończ ten pacierz i pomóż ocucić ciocię – uniosła głowę i wymieniła z Niną spojrzenia. Zawsze rozumiały się bez słów.
Ciotka Maria przestała bełkotać i oprzytomniała. Jej uwadze nie uszły spojrzenia dziew-cząt. Natychmiast domyśliła się, co planują.
Nie! – krzyknęła histerycznie, chwytając córkę za ramię. – Nigdzie nie pójdziesz, zabra-niam!
Binia wolno odwróciła głowę i popatrzyła jej w oczy ostrym, nieustępliwym wzrokiem. Matce zdawało się, że lodowate palce ścisnęły jej serce. „Boże – pomyślała wstrząśnięta – ta dziewczyna o takich zimnych, twardych oczach, to przecież nie moja łagodna, słodka córeczka”.
Proszę, niech mama mnie puści – powiedziała Binia cichym, jakby obcym głosem. Jej twarz była bez wyrazu, tylko w głębi niebieskich źrenic rozpalił się płomień srogiego gnie-wu. Z siłą zupełnie niespodziewaną u tak drobnej osóbki, wyrwała się z rąk matki. Palce pani Borutyńskiej rozdarły tylko cienką tkaninę sukni, a Binia już była za drzwiami. Zrozpaczona matka oparła głowę o ścianę i zaczęła szlochać jak na pogrzebie.
W sieni czekały już na Binię, służąca Rózia i Nina. Zbiegły prędko po schodach i przy-czaiły się w bramie, wypatrując dogodnego momentu, żeby dotrzeć do nieprzytomnego Jasia. Nie były pewne, czy jeszcze żyje. Po Placu uwijali się kozacy, zapędzając ucieka-jących ludzi w łapy żandarmerii. Kilku kozaków puściło się w pogoń za biegnącymi w po-płochu kobietami, niosącymi małe dzieci. W ostatniej chwili zdążyły dopaść prowizorycznej barykady, a ukryci tam mężczyźni wciągnęli je do środka, broniąc się kamieniami. Kozacy tak bardzo byli zajęci zdobywaniem barykady, że nie zważali na nic innego.
Ten moment wybrały dziewczęta, chyłkiem wybiegając z bramy. Jak okiem sięgnąć Plac pokryty był ciałami zabitych i rannych, leżących we krwi. Mdły odór wisiał nad Placem, powodując nudności. W dymie nie widać było prawie Zamku, a jedynie wyniosła kolumna Zygmunta pięła się wysoko w czysty błękit nieba. Czyjeś ręce pochwyciły skraj sukni Niny.

Pomocy! – jęknął ktoś boleśnie. – Mam w domu małe dzieci…
Nie zwalniając biegu, Nina brutalnie wyszarpnęła suknię, nawet nie spojrzawszy pod nogi. Zgięta w pół pędziła dalej, dusząc się z płaczu. Dopadły Jasia, który oprzytomnia-wszy, czołgał się w stronę domu. Bez namysłu pochwyciły go za ręce i nogi, nie zważając na zranione ramię. Nina dźwigała jego nogi, z przerażeniem wpatrując się w siną z bólu twarz rannego, wpół przysłoniętą zakrwawionymi włosami. Z głębokiej rany na czaszce kapała krew, znacząc ich ślady. Spieszyły się bardzo, żeby powracający kozacy nie odcięli im drogi do domu. Taszcząc z wysiłkiem rannego, nieustannie urażały jego ramię. Jaś jęczał i przekli-nał je po łacinie, życząc sobie śmierci. Wtem Binia zatrzymała się tak gwałtownie, że Nina potknęła się i o mało nie runęła na Jasia.
Boże, przecież on się całkiem wykrwawi – wysapała Binia, ocierając dłonią pot z czoła.
To może ja oderwę kawał koszuli i opatrzę panicza? – ofiarowała się Rózia i przykuc-nąwszy, zaczęła zębami odrywać brzeg płóciennej falbany.
Nie stójmy tutaj – Nina rozejrzała się ze strachem. – Zaraz będziemy w domu. Jasiu, – pochyliła się nad jęczącym głucho rannym. – Wytrzymaj jeszcze trochę, tylko błagam, nie stękaj tak głośno, do licha, bo nam ściągniesz na kark kozaków. – Jaś nie odpowiedział bo zemdlał.
Odsapnęły i powlekły go dalej. Nina plątała się w fałdach szerokiej spódnicy, potykając się co krok. Lepki swędzący pot spływał jej po twarzy, zalewając oczy. Czuła na ustach jego słony smak. Była śmiertelnie przerażona i marzyła o bezpiecznym schronieniu, z dala od strzałów, wrzasków i krzyków mordowanych. Czasami ogarniała ją taka panika, że miała ochotę porzucić Jasia i uciekać gdzie oczy poniosą. Wstydziła się swego tchórzostwa
i zazdrościła Bini i Rózi odwagi, widząc z jaką zimną krwią i poświęceniem niosły rannego. Przemagając strach szła przypadając do ziemi, kiedy słyszała gwizd kul. Pocieszała się tylko nadzieją, że zbawcza brama domu już blisko. Jeszcze tylko kilkanaście kroków i Jaś będzie uratowany, a one bezpieczne.
Potknęła się, a gdy podniosła głowę, zauważyła ze zdumieniem, że idące przodem dziew-częta przystanęły. Skamieniałe z przerażenia wpatrywały się w ogromnego kozaka, który niespodziewanie zajechał im drogę, wyrastając przed nimi jak spod ziemi. Już od pewnego czasu obserwował trzy młode kobiety, chyłkiem ciągnące rannego. Smagnął konia arkanem
i podjechał ku nim cwałem, zagradzając im drogę. Stanęły, odruchowo zasłaniając rannego własnymi ciałami.
Nina przełknęła ślinę i oblizała suche wargi. Niezdecydowanie zadreptała w miejscu. Serce waliło jej jak oszalałe, podchodząc do gardła, a wzdłuż kręgosłupa przebiegły lodo-wate ciarki. Boże, jakże się bała! Nie wątpiła, ze kozak zaraz zamorduje Jasia, a potem na nie przyjdzie kolej. A może zawoła kamratów, a ci zaciągną je do swoich koszar? Spojrzała na nieprzytomnego Jasia, tak bardzo drogiego jej sercu. Wyobraziła sobie straszliwą rozpacz cioci Salusi, opłakującej jedynego syna. Gdyby to ona zginęła zamiast Jasia, nikt prócz niani i Bini nie będzie po niej płakał. Wyobraziwszy sobie własną śmierć, zamiast lęku poczuła morderczą furię. Była wściekła na Jasia, że lekkomyślnie wziął udział w awanturze, nara-żając się na utratę życia. Przeklinała siebie, że z własnej, nieprzymuszonej woli, wpakowała się w kłopoty i prawdopodobnie nie wyjdzie z nich cała. Ale największą pasję budził w niej kozak, który zagrodził im drogę do domu, gdy tylko kilka kroków dzieliło ich od zbawczej bramy. Jaś jęknął, a ją ogarnął ogromny żal. Kochała go jak brata i za nic nie chciała żeby umierał tak młodo. Ostrożnie położyła jego nogi na ziemi i zdecydowanym ruchem wysunęła się do przodu, stając oko w oko z napastnikiem. Za plecami słyszała zadyszane oddechy obu dziewcząt i pojękiwanie rannego. Bała się, wewnątrz trzęsła się w niej każda żyłka, ale wyprostowana, nie okazując obawy, utkwiła oczy spokojne i skupione w skośnych źrenicach kozaka.
Idź precz. – odezwała się rozkazująco. – Won! – i tupnęła nóżką, jakby odpędzała wiej-skiego kundla. Nie była pewna, czy coś przez to zyska, ale nie mogła stać jak słup, czekając biernie na śmierć.
Kozak sięgający już po karabinek, dosłownie zbaraniał. Różnica pomiędzy potężnym mężczyzną uzbrojonym po zęby, a tą kruchą, delikatną panienką była wprost porażająca. Coś, jakby cień uśmiechu przemknął po wargach kozaka, gdy z wysokości siodła patrzył na tę kruszynę. Nie wiadomo, jakby się sprawy potoczyły, gdyby w tę dramatyczną scenę nie wmieszał się obdarty ulicznik. Zorientowawszy się w sytuacji, pochwycił spory kamień i grzmotnął nim kozaka. Potem włożył dwa palce w usta i gwizdnął tak przeraźliwie, że wierzchowiec kozaka zaczął się miotać i stawać dęba. Kozak zaklął głośno i wbiwszy ostrogi w boki konia, pogalopował za uciekającym zręcznie chłopakiem.
Boże, błogosław temu dzieciakowi – westchnęła Nina z najgłębszą wdzięcznością. Nie
marudząc, dziewczęta podniosły Jasia i prędko zaciągnęły go do bramy, gdzie już czekały na niego troskliwe ramiona matki. Słyszały, jak z góry ciotka Maria przywołuje Binię, ale postanowiły pozostać i razem z mieszkańcami domu znosiły do sieni rannych leżących w po-bliżu. Pracowały bez wytchnienia aż do chwili, gdy w najbliższym otoczeniu zabrakło ofiar potrzebujących pomocy.
Nad dachami Starego Miasta rozpaliły się wieczorne zorze. W purpurowych łunach zachodu, w cichym bezwietrznym powietrzu kołowały gołębie, wracające do swoich gniazd. Ale na Placu Zamkowym nie milkły strzały, dalej padali zabici i ranni. Zabijano bez miło-sierdzia, nie okazując nikomu łaski. Plac przypominał potworne jatki, rynsztokami płynęła krew zastygając w wielkie kałuże. Ani na moment nie przestały dzwonić kościelne dzwony.
Ogólnie szanowany doktor Chałubiński, osobiście pojechał do margrabiego Wielopol-skiego, prosząc go o interwencję u księcia namiestnika. Początkowo obrażony i zacięty dos-tojnik nawet nie chciał z nim mówić. Zdesperowany doktor stracił cierpliwość i chwyciwszy go za ramię, pociągnął do okna.
Czy pan nie rozumie, że kartaczują nam lud? – wrzasnął czerwony z oburzenia nieczu-łością magnata.
Wielopolski wsłuchał się w basowy pomruk armat, które włączyły się do akcji.
Jezus Maria! – jęknął blednąc i już bez protestów wsiadł do karety.
Chałubiński przewiózł margrabiego przez ulice wzburzonego miasta, pełne szalejących
z rozpaczy i gniewu ludzi, gotowych podejrzanego rozszarpać na sztuki. Rozmowa Wielo-polskiego z księciem trwała pół godziny, a w tym czasie na Placu Zamkowym ginęli ludzie. Po dramatycznej rozmowie w cztery oczy, z balkonu Zamku dano znak zaprzestania rzezi.
Nad miastem zapadł ciepły wiosenny zmierzch. Na ulicach zapalono lampy gazowe, a na przedmieściach ludzie zwoływali się, aby razem iść i zobaczyć, co się zdarzyło na Placu Zamkowym. Naraz z bastionów Cytadeli ryknęły działa, a z żelaznych bram twierdzy wysu-nęły się kolumny piechoty, szwadrony kawalerii i baterie armat, zajmując najważniejsze strategiczne punkty stolicy. Na placach i rogach głównych ulic wojsko formowało szańce, kierując paszcze dział na budynki mieszkalne.
Pragnąc ukryć rozmiary zbrodni, pośpiesznie uprzątnięto Plac z ciał zabitych i rannych. W mroku rozświetlonym tylko pochodniami, żołnierze ładowali ciała na wózki i grzbiety koni, zabierając je do Zamku. Świadkowie masakry i mieszkańcy pobliskich kamieniczek, postanowili im w tym przeszkodzić. W jednej chwili wywiązała się rozpaczliwa walka
o każde zwłoki i każdego rannego. Okropnym scenom przyglądał się srebrzysty księżyc płynący nad dachami miasta. Na korytarzach, w sieniach i na podwórzu Zamkowym leżeli zabici i ranni. Pod wyniosłymi kolumnami wspaniałych sal zamkowych, przez długie godzi-ny rozlegały się jęki. Lśniące posadzki zalane były krwią. Ranni, pozbawieni pomocy lekar-skiej, konali w męczarniach, a ich ciała jeszcze tej nocy żołnierze zakopywali w fosach Cytadeli, a nawet podobno wrzucali trupy do Wisły.
Śmiertelna cisza zaległa Warszawę. Na ulicach biwakowali żołnierze przy wielkich ogniskach, a po mieście krążyły baterie armat z zapalonymi lontami, gotowe rozpocząć bombardowanie, lub w razie zbiegowiska, plunąć w tłum kartaczami. Była to okropna noc, ponieważ nikt nie wiedział, co się jeszcze może wydarzyć. Pan hrabia Andrzej Zamoyski, napisał do księcia Gorczakowa: „Krew wzywa krew, krew utrwala nienawiść”. Były to
prorocze słowa i stały się złowieszczą przepowiednią na przyszłość.
Równie ponury jak noc, nastał kwietniowy poranek. Zrozpaczeni mieszkańcy stolicy biegali po szpitalach i kostnicach na próżno poszukując swoich bliskich. Służby porządkowe od świtu krzątały się na Placu, szorując szczotkami krew, spłukując bruk wodą i posypując go popiołem. Po mieście rozeszły się patrole w poszukiwaniu ukrywanych ciał zabitych
i rannych. Policja i żandarmeria wpadały do domów, kościołów i klasztorów, siłą zabierając trupy i poranionych. Kto stawiał opór, tego porywano i wieziono do Cytadeli. Nikt nie wie-dział, gdzie pochowano zwłoki pomordowanych. Sprawę tę władze carskie otaczały najgłęb-szą tajemnicą.
Na nieszczęsne miasto spadł istny gard zakazów i represji. Wprowadzono godzinę policyjną i po zmroku nie wolno było nikomu wychodzić z domu bez przepustki i zapalonej latarki ręcznej. Zamknięto teatry i resursy. Zakazano zebrań towarzyskich, a znalezionych rannych zamykano w więzieniach, zaś ukrywające ich rodziny były surowo karane wysokimi grzywnami lub aresztowane. Z ulic zniknęły stroje narodowe, zabronione przez carskie władze. Żałoba była również zabroniona i pod Zamkiem kozacy chwytali na arkany kobiety w żałobnych sukniach, uprowadzając je do swoich koszar. Opowiadano sobie szeptem
o zbiorowych mogiłach, gdzieś w pobliżu Cytadeli. lecz prawdy nikt nie znał.
Dla całego narodu zjednoczonego w bólu i gniewie, Warszawa stała się znowu krwawym symbolem bohaterstwa i męczeństwa. Ludzie byli przygnębieni i smutni, ale świadomi tego, że to jeszcze nie koniec, a dopiero początek nieustępliwej walki o wolność i wyzwolenie całości Rzeczypospolitej Trojga Narodów.
Młodzież stolicy zeszła do podziemia. Mieszkańcy ulic nadwiślańskich; tragarze, stróże, służący, rzemieślnicy oraz wspaniała, dumna i patriotyczna młodzież inteligencka, żywio-łowo i masowo wstępowali do tajnych organizacji, składając w kościołach przysięgę. Niemal cały niższy kler, a także wielu biskupów z arcypasterzem Fijałkowskim na czele, poparło dążenie społeczeństwa do walki zbrojnej – do wybuchu powstania.
Pamiętny i straszny dzień Zwiastowania, przeszedł do historii pod nazwą „Masakry na Placu Zamkowym w dniu 8 kwietnia 1861 roku”.