poniedziałek, 15 czerwca 2015

Prolog mojej powieści " KOCHANKOWIE BURZY"

15.06.2015 r.

Pewnej nocy powróciła we śnie do Makowa.
Szła od strony puszczy, mając za sobą masyw Sieradowskiej pokrytej gęstym borem. Ukochana góra, cała w leciutkiej, niebieskawej mgiełce, pławiła się w promieniach zachodzącego słońca. Z jej szczytu wzbił się orzeł i szybował bezgłośnie na szeroko rozpostartych skrzydłach, wypatrując żeru.
Nawet we śnie czuła podniecenie, zdana na łaskę tej ogromnej fali uczuć, jakie nią owej nocy owładnęły, nasilały się i rosły. Powracała do domu i pragnęła jak najprędzej dojść do celu swej wędrówki. Po chwili zobaczyła przed sobą wysoki mur, porośnięty zielonym bluszczem, odgradzający park od wiejskiej drogi i stanęła przed bramą wjazdową. Na jej szczy-cie brakowało tarczy herbowej z orłem i złocistą gwiazdą.
Z wysiłkiem uchyliła połowę ciężkich, żelaznych wrót i weszła. Natychmiast otoczył ją ciemnozielony półmrok lipowej alei. Ogromne drzewa splotły w górze konary, tworząc tunel, a gęste listowie nie przepuszczało słonecznego światła.


To była jej ukochana aleja, sekretne wspomnienie domu, które skrzętnie skrywała w sercu i tajemna pociecha. Przywrócenie na jedno mgnienie oka w ulotnej pamięci takich dni jak ten i piękna ogromnego parku. Słyszała trzask gałązek pod stopami i prawie omdlewała, obezwładniona narastającą falą szczęścia. Tutaj świeciło słońce, jakże inne od ostrego, palącego słońca południa. Tęskniła za jego dobroczynnymi promieniami dającymi życie. Znowu słyszała śpiew swojskich ptaków, a po pniach wyniosłych drzew goniły się rude, zwinne wiewiórki.
Na poboczach alei kwitły różowe, żółte i białe azalie, liliowe heliotropy, błękitne hortensje oraz pachnące aksamitne bratki. Przyśpieszyła kroku, mając dziwne wrażenie, że naraz wiatr zatrzymał się w locie, a ciszy nie mąci nawet chrzęst żwiru pod jej stopami. Zawędrowała do włoskiego ogrodu i szła wzdłuż szpaleru z ligustru, pomiędzy wysokimi cyprysami. Rozglądnęła się, szukając wzrokiem różanej altany, lecz jej nie dostrzegła. Jedynie szkarłatne róże pachniały jak dawniej, słodko i upajająco, pnąc się po wyniosłym dębowym krzyżu. Stojący na cokole marmurowy Amorek położył na ustach paluszek, gestem nakazując milczenie.
Przyszło jej na myśl, że być może, pomiędzy płytami pozostałymi z dawnej posadzki altany, zachowały się jeszcze ślady krwi. Przeszłość wracała do niej szeregiem obrazów wyrytych w pamięci. Wiedziała, że miejsca zbrodni, czy to we wnętrzach, czy w sielankowym otoczeniu parku, mają jedną wspólną cechę – otacza je aura śmierci, a ona nauczyła się ją bezbłędnie rozpoznawać.
Przez chwilę stała w miejscu, nadsłuchując. Dokoła niej snuły się cienie, z zarośli dochodziły do jej uszu stłumione szepty duchów. Zdawało się jej, że widzi smukłego mężczyznę, tulącego kobietę w białej sukni pokrytej plamami krwi. Jej rozpuszczone włosy wiły się po ramionach jak czarne węże. Szepty stawały się głośniejsze, niemal słyszała poszczególne słowa... Nagle rozległ się tętent galopującego konia, a potem przeraźliwy krzyk i dwa strzały!
Nie, oczywiście to było tylko złudzenie, gra świateł i cieni, szum poruszanych powiewem wiatru liści. Strzały imitowało stukanie dzięcioła. O kobiecie i mężczyźnie z tamtych czasów dawno zapomniano. Ich groby porosły mchem, a napisy na nich są nie do odczytania. Alarmująco gwizdnął kos, nisko w krzakach, po drugiej stronie ogrodu. Ogarnął ją lęk, serce biło coraz szybciej, a jego uderzenia zdawały się tak głośne jak dzwon.
To było miejsce przeklęte i powinna stamtąd natychmiast odejść.
Oburącz uniosła krynolinę i pobiegła przed siebie tak prędko, jak tylko mogły unieść ją nóżki w safianowych pantofelkach. Czas nagle się cofnął. Znowu miała siedemnaście lat i głowę pełną marzeń. Jeszcze tylko kilka kroków i otworzy się przed nią wolny przestwór błękitnego nieba, a potem ujrzy przed sobą najukochańsze miejsce na ziemi, do którego uparcie dążyła nawet we śnie.
Nareszcie! Spomiędzy zieleni drzew wyłoniły się kremowe ściany pałacu, wysokie okna płonęły w blaskach zachodu, podobne do wielkich rubinów. Idąc po miękkim jak dywan trawniku, upajała się cudownym widokiem. Krajobraz był tak piękny i pełen spokoju, że patrzyła jak zaczarowana, myśląc z radością, że oto spełniły się jej marzenia i powróciła do domu. Z granitowej fontanny przed pałacem tryskały strumienie wody z paszcz dwóch splecionych ze sobą smoków. Słyszała spadające krople i czuła na twarzy wilgotny powiew. Powietrze, woda, gęstwina drzew, woń kwiatów to były wspomnienia domu, powrót do lat młodości.
Była już bezpieczna i wkrótce spocznie pośród znajomych kształtów prześlicznych mebli, w ciszy stylowych komnat. Wszystko tam zapewne pozostało bez zmian. Uchylone drzwi do wykwintnego buduarku pozwalają dostrzec głęboki fotel odstawiony od stoliczka, na nim otwartą książkę i batystową chusteczkę mokrą od łez.W kominku buzuje ogień, a na rzeźbionych rokokowych gerydonach stoją bukiety cieplarnianych kwiatów w alabastrowych wazonach.
W malinowym salonie, na wieku fortepianu Pleyela, leżą rozrzucone w nieładzie nuty. Wieczorami grała na nim burzliwe etiudy i smutne nokturny Chopina. Na papierze nutowym krótki szkic własnej kompozycji, poświęconej ukochanemu. Idąc przez park, ani razu nie obejrzała się za siebie w obawie, że pomiędzy drzewami może dojrzeć złocisty krzyż na wieżyczce kaplicy grobowej. A wtedy przypomni sobie wszystko, o czym nie odważyła się myśleć i pęknie jej serce.
W pobliżu zaszczekał pies. Boże, to przecież Grot! Usłyszała za sobą szybkie, energiczne kroki i głos, najdroższy, jedyny na całym świecie głos zawołał ją po imieniu:
Nino!
Odwróciła się, wyciągnęła przed siebie ramiona i łkając ze szczęścia, pobiegła mu na spotkanie. Ale nogi jej zaczęły grzęznąć w czymś lekkim, miękkim i sypkim, w czym z trudnością mogła się poruszać. Wydała okrzyk i padła na kolana. Jej palce zagłębiły się w szarym, ulotnym pyle. Chwytała go pełnymi garściami i podnosiła do oczu.
Był to popiół, zimny szary popiół.
Obudziła się wilgotna od potu, wstrząsana rozpaczliwym płaczem.

W mgnieniu oka opanowała ją nieopisana tęsknota. Odżyło tłumione latami cierpienie i narastający ból. Szczęście przeminęło, jak przemija krótki słoneczny dzień. Uleciała młodość, odeszli bliscy. Pozostała jedynie okrutna nostalgia, nie dająca się nigdy ukoić. Od miejsc ukochanych dzieliła ją przepaść czasu, nieuchronność śmierci, granice obcych państw i ten zimny szary popiół ze zgliszcz, który dawno już rozwiały wiatry i spłukały jesienne szarugi.