piątek, 31 lipca 2015

TE DNI KRWI I CHWAŁY....


1 sierpnia 2015 r.
Właśnie oglądnęłam w TVP I kroniki Powstania Warszawskiego i zdjęcia lotnicze ruin Warszawy, wyglądającej jak po wybuchu bomby atomowej. Szczerze powiem, że w filmie dokumentalnym o Powstaniu, drażniły mnie wstawione dialogi. Wolałabym oglądać ten film jedynie z dobrym podkładem muzycznym, na przykład z Mozartowskim „Requiem”. Ale mniejsza z tym. Aby ochłonąć po wstrząsających obrazach, wyszłam na balkon.
Wieczór jest chłodny, lecz bardzo pogodny, jutro będzie piękny dzień. Nade mną na niebie świeci Wielki Wóz. Patrzę w gwiazdy i nagle uświadamiam sobie, że dokładnie siedemdziesiąt jeden lat temu, 31 sierpnia, w to samo niebo patrzyli przyszli powstańcy. Być może nie wszyscy wiedzieli, że nazajutrz wybuchnie walka, a oni polegną. Myśleli, że powstanie potrwa trzy dni, bo tak im obiecywano! Mówiono, że nasi sojusznicy zachodni pomogą, że wojska radzieckie stojące za Wisłą pomogą, że Pan Bóg zlituje się nad umęczonym narodem i pomoże....

Marzyli, że wywalczą niepodległą Polskę, że nareszcie będą cieszyć się wolnością. Myśleli, że już nigdy żaden Niemiec nie uderzy w twarz polskiej kobiety, nie kopnie polskiego dziecka, nie zastrzeli mężczyzny, który mu się nie spodobał z twarzy. A kominy krematoriów w obozach koncentracyjnych, przestaną zasnuwać błękitne niebo smrodliwym dymem. Polska odzyska nareszcie wolność, bo Warszawa ją wywalczy.
Przymykam oczy i wracam do czasów mego dzieciństwa. Miałam wówczas pięć lat i doskonale zapamiętałam ten dzień. Było bardzo duszno, bo koniec lipca był upalny. Cały dom cudownie pachniał jabłkami-papierówkami, jakich już nigdzie potem nie jadłam. Biegałam po ogrodzie w samych szortach i koszulce, zrywając z krzewów przeźroczyste czerwone porzeczki i agrest pokryty drobniutkimi włoskami. Tak się objadłam owocami, że gdy mama zawołała mnie do domu na obiad, wcale nie chciało mi się jeść. Zresztą na obiad była znienawidzona przeze mnie zupa ziemniaczana. Tego dnia ojciec był w domu, bo chyba miał nocną zmianę na kolei, gdzie pracował w czasie okupacji. Pamiętam, że siedzieliśmy wszyscy przy stole w jadalni, dziadzio Tadeusz, babcia Pelagia, ojciec, mamusia, ciocia Marynia, moja siostra cioteczna Danuta i ja. Naraz otwarły się drzwi i do jadalni wbiegła ciocia Stasia, siostra ojca i łączniczka AK. Nie zwracając uwagi na nikogo, powiedziała do ojca: - Zbieraj się, idziemy! Ojciec natychmiast odstawił talerz i wstał od stołu. Ciotka była wyraźnie zdenerwowana i blada. Słyszałam jak szepnęła do ojca: - Ostre pogotowie! - i tyle. Nie odpowiadając na pytania domowników, prędko wyszła z pokoju, a ojciec wybiegł za nią. Nie było ich przez następne dwa dni.
 A nazajutrz 1 sierpnia, słuchając radia sprytnie ukrytego w piecu, dowiedzieliśmy się z polskojęzycznej audycji BBC, że w Warszawie wybuchło powstanie – i dźwięki „Warszawianki”! A potem te dni pełne nadziei i zapamiętana przeze mnie, nieustannie nadawana pieśń:” Z dymem pożarów”... doprowadzająca rodzinę do rozpaczy. Nikt przecież nie wiedział, że Chorał Ujejskiego był tajnym sygnałem dla walczącej Warszawy. Nie będę opisywać, co się z nami działo, kiedy stolica upadła po wielu dniach beznadziejnej walki. Stolica Polski zamieniła się w miasto umarłych. Z miliona trzystu tysięcy mieszkańców w 1939 r, po upadku powstania pozostało w ruinach zaledwie tysiąc osób. Przerażające!
Przez wiele lat czytałam mnóstwo dokumentalnych książek o powstaniu, pamiętników żyjących powstańców, opisów powstania przez historyków niemieckich i angielskich. Z tego co przeczytałam i z dziejów rodzinnych, wysnułam wniosek, że powstanie było straszliwą pomyłką, która nigdy więcej nie powinna się wydarzyć. Okazało się bowiem, że zdecydowanym przeciwnikiem powstania był sam wódz naczelny Armii Polskiej generał Sosnkowski, a także generał Anders, uważający wybuch powstania za zbrodnię. Aby zapobiec niepotrzebnemu przelewowi krwi i uchronieniu ludności cywilnej stolicy, generał Sosnkowski wysłał do Warszawy generała Okulickiego pseudo.”Kobra” lub „Niedźwiadek”. Okulicki został zrzucony nad Polską i przybył do Warszawy, wioząc rozkazy naczelnego wodza zabraniające powstania, gdyż nie byliśmy do tego przygotowani. Sosnkowski nie wierzył, że nasi sojusznicy przybędą nam z pomocą, ponieważ to nie leżało w ich interesie. W rozgrywce wojennej wielkich mocarstw, Polska znaczyła niewiele lub nic! W tym czasie dowódcą Armii Krajowej był generał Komorowski pseudo” Bór”. Kiedy Okulicki przybył do Warszawy, Komorowski był kompletnie załamany, znerwicowany i myślał o mającej rodzić żonie, a nie o sprawach wojskowych. Wówczas zaszedł dziwny fakt, do dnia dzisiejszego nie wyjaśniony. Zamiast przekazać Komorowskiemu rozkaz naczelnego wodza zabraniający rozpoczęcia powstania, Okulicki na naradzie sztabowej dowództwa AK, przekonał niezdecydowanych oficerów do wyrażenia zgody na wybuch powstania 1 sierpnia! Komorowski nie protestował i de facto dowództwo przeszło w ręce Okulickiego.
Wydano bitwę w milionowym mieście, stolicy Polski, pełnej bezcennych zabytków, skarbów kultury polskiej. Wydano bitwę nie mając dostatecznego uzbrojenia. Nie mieliśmy ani czołgów, ani ciężkiej artylerii, ani tym bardziej samolotów. Na przeciw „Tygrysom”, „Panterom” i uzbrojonym po zęby żołnierzom niemieckim, wysłano młodych chłopców z karabinami, jeżeli ktoś je miał, lub z butelkami benzyny. Można zrozumieć, że młodzież pragnęła walczyć, by pomścić klęskę wrześniową i koszmar okupacji hitlerowskiej, ale jak doświadczeni oficerowie mogli w sytuacji, kiedy niczego nie byli pewni, wydać rozkaz do powstania, tego już pojąć nie można.
Mieliśmy wspaniałą młodzież, patriotyczną i waleczną. Podobnej nigdy przedtem nie mieliśmy i już nigdy mieć nie będziemy. Mieliśmy piękną stolicę, wprawdzie nieco zniszczoną po klęsce 1939 roku, ale jeszcze pełną bezcennych zabytków. Mieliśmy Armię Krajową i podziemny rząd polski, kierujący walką na terenie całego kraju. Przecież Warszawa była głównym ośrodkiem oporu przeciwko hitlerowskiemu najeźdźcy i centrum, skąd rozchodziły się rozkazy do miast i wsi, gdzie działały zgrupowania AK i oddziały partyzanckie. Wybuch powstania sparaliżował działalność Armii Krajowej na terenie kraju, bo z walczącej stolicy rozkazy nie nadchodziły. Większość walczących w powstaniu żołnierzy AK poległa, tym samym straciliśmy szansę zbrojnego przeciwstawienia się władzom komunistycznym, już działającym w Lublinie. Warszawa zamieniła się w morze ruin. Wprawdzie dziś jest odbudowana i piękna, ale to już nie to samo miasto, co było. Wszystko tam jest kopią, bo oryginały przestały istnieć.
Lecz najokropniejszą tragedią jest utrata tych tysięcy, setek tysięcy wspaniałych ludzi, poległych i zamordowanych w powstaniu. To była elita narodu, a powstanie stało się tysiąckrotnym Katyniem. Rzezią na rozkaz podziemnego rządu. Dla zagranicznych sojuszników powstanie było całkowitym zaskoczeniem. Premier Wielkiej Brytanii Churchill znacząco pukał się w czoło, rozmawiając raczej nieuprzejmie z premierem Mikołajczykiem. Prezydent USA nie mógł zrozumieć, dlaczego podziemny rząd polski dopuścił do takiego szaleństwa. Wódz naczelny generał Sosnkowski podał się do dymisji, nie mogąc pogodzić się z faktem zlekceważenia jego rozkazów.
Po wojnie generał Komorowski przebywający w Londynie, żałował i przepraszał.... Nie wiem, jak mógł normalnie żyć, mając na sumieniu taką zbrodnię! Powinien leżeć tam, gdzie polegli jego żołnierze. Z dziejów mojej rodziny wiem, że polski wywiad w Wielkiej Brytanii podejrzewał, iż w gronie oficerów sztabu AK, krył się agent radziecki, bo Stalinowi bardzo zależało, by powstanie wybuchło. Był to prosty i niezawodny sposób na sparaliżowanie działalności podziemnego rządu polskiego oraz wymordowanie niemieckimi rękami Armii Krajowej. Wbrew rozsądkowi, powstanie wybuchło. Nigdy nie odkryto, kto był radzieckim agentem.
Bardzo się rozpisałam, ale to temat rzeka. Już późna noc, z pobliskiego parku dochodzą wrzaski pijanej i naćpanej młodzieży, jakże różniącej się od tych cudownych chłopców i ślicznych dziewcząt z tamtych dni krwi i chwały.
Pamięci moich kuzynów powstańców!