piątek, 14 sierpnia 2015

LARUM GRAJĄ! ROK 1920.


15 SIERPNIA 2015 r.
Kresy wschodnie, Małopolska i Mazowsze od wieków wiedziały, co znaczy burza idąca od wschodu. Ale Wielkopolska oddalona od kresów, nie zaznała straszliwego zagrożenia z tamtej strony. Toteż wiadomość, że od wschodu idzie na Polskę wielka armia bolszewickich barbarzyńców, wzbudziła w spokojnych i opanowanych zwykle mieszkańcach Poznania prawdziwą panikę. Istniały przecież telegrafy, telefony, a nawet radioodbiorniki i informacje przekazywano błyskawicznie. W salach kinowych wyświetlano kroniki filmowe, ukazujące zbrodnie popełniane przez bolszewicką Armię Czerwoną. Codzienna prasa podawała przerażające opisy o okrucieństwach, jakich dopuszczały się wojska bolszewickie na obywatelach Rzeczypospolitej, niedawno krwawym trudem odzyskanej. Jak przed wiekami, płonęły polskie miasta, wsie, dwory ziemiańskie i kościoły. Wielowiekowy dorobek całych pokoleń obracał się w popiół. Znowu popłynęły rzeki krwi i łez.
Księża w kościołach, jak przed wiekami, nawoływali wiernych do ratowania śmiertelnie zagrożonej ojczyzny. Do obrony chrześcijaństwa, do obrony naszych matek, żon i dzieci. Z kościelnych ambon, z wielkich afiszów, z radia i prasy, rozlegało się rozpaczliwe hasło: DO BRONI!

Moja Mama miała wtedy osiem lat, ale zapamiętała na całe życie gorączkowy zamęt tych dni w Poznaniu. Mobilizacja, zbieranie datków od społeczeństwa. Na ulicach i placach miasta, przedstawiciele organizacji społecznych, agitowali młodzież do wstępowania do wojska. Kobiety rzucały na tace kościelne złotą biżuterię, srebra stołowe, najcenniejsze skarby - wszystko na cele obronne. Strach przed nieznanym niebezpieczeństwem, zagrażającym już całej ojczyźnie, zmuszał ludzi do największych ofiar. Pułki poznańskie szykowały się do wymarszu na front. Babcia Jadwiga, choć była osobą oszczędną, złożyła na zakup broni tysiąc marek w złocie! To był prawdziwy majątek, bo za te pieniądze można było kupić dom!
Wuj Mieczysław, najstarszy brat Mamy, właśnie ukończył 17 lat. Pewnego dnia przyszedł z szkoły do domu i krótko oznajmił Babci:
- Mamo, wstąpiłem do wojska!
Babcia oniemiała i ciężko usiadła na najbliższym krześle. W głowie miała tylko jedną myśl: ”Nie, to niemożliwe. On jest za młody. Dopiero za rok zda maturę. Nie wolno mu iść na front, bo może zginąć. Jezu, zabiją moje dziecko. Nie!
- Nigdzie nie pójdziesz. Nie pozwalam! - odezwała się spokojnym lecz apodyktycznym tonem, który dzieci doskonale znały. - Masz siedzieć w domu i uczyć się do matury. Na wojaczkę masz jeszcze czas.
- Czy mama gazet nie czyta? Jeżeli każdy tak powie, to wkrótce możemy spodziewać się bolszewików na Placu Wolności! Ja już zgłosiłem się do pułku, a do domu przyszedłem, żeby wziąć swoje rzeczy. - oznajmił stanowczo wuj. - Niech się mamusia nie martwi. Zaraz na front nie pojedziemy, bo najpierw musimy przejść ćwiczenia wojskowe.
Babcia zamierzała dalej się sprzeciwiać, ale nadszedł Dziadek Michał, już w mundurze, prosto z Cytadeli, ze swojego batalionu łączności. Dziadek zawsze pragnął zostać architektem, gdyż był w tym kierunku wybitnie uzdolniony. Lecz po uczestnictwie w Powstaniu Wielkopolskim, zaproponowano mu pracę w policji i tam już pozostał. Od kilku tygodni był zmobilizowany, jak i inni oficerowie policji, i do domu przychodził jedynie okazjonalnie. Babcia rzuciła się do niego, opowiadając chaotycznie o decyzji najstarszego syna. Była przekonana, że Dziadek wybije mu z głowy ten szalony pomysł, ale spotkał ją zawód. Dziadek spojrzał na syna z dumą i powiedział:
- Wstydziłbym się za ciebie, jakbyś został w domu. - wyciągnął rękę i po męsku uścisnął synowi dłoń. - Gdzie się zaciągnąłeś?
- Na Cytadeli, do łączności.
- No to będę miał na ciebie oko. - zaśmiał się Dziadek i poklepał syna po łopatce. Babcia już nie protestowała, ale ukryła twarz w dłoniach i chlipnęła. Od tego dnia zaczęła się martwić nie tylko o męża, ale i o syna. Przez jakiś czas wuj rzeczywiście odbywał musztrę w swoim pułku, gdzie szkolono młodziutkich rekrutów. Babcia często go odwiedzała, przynosząc mu domowe smakołyki i czystą bieliznę. Pragnęła wierzyć, że niepotrzebnie się martwi, bo zanim pułk syna wyruszy na front, wojna się zakończy, a on powróci do szkoły i zda maturę. Zresztą nie tylko on wstąpił do wojska, bo poszli niemal wszyscy chłopcy z jego klasy, razem z profesorami! Minęły dwa tygodnie i powoli Babcia się uspokoiła, chociaż informacje o sytuacji na froncie, były coraz bardziej zatrważające. Bolszewicy zbliżali się do Warszawy. Lwów bronił się rozpaczliwie, a generał Rozwadowski odpierał krwawo ataki nieprzyjaciela. W ubiegłym roku nawet dzieci chwyciły tam za broń, stając do walki z doskonale uzbrojonymi oddziałami ukraińskimi, o wolność ukochanego miasta. Rodziła się już Legenda Orląt Lwowskich. Część Małopolski i Mazowsza była zalana przez armię bolszewicką. Do polskiego wojska wstępowali masowo Rosjanie, oficerowie z dawnej armii carskiej, którzy ratując życie, z rodzinami szukali w Polsce schronienia przed bolszewikami. Dziadek już wyruszył na front, ale wuj Mieczysław nadal przechodził szkolenie w pułku. Osoby dobrze poinformowane zapewniały Babcię, że na razie nie ma mowy o wysłaniu tych dzieciaków do walki

Poprzedniego dnia, Babcia zaniosła synowi domowy obiad i ulubione ciasto czekoladowe. Wuj Mieczysław uspokajał matkę,, że jeszcze długo będą ich szkolić, zanim wyruszą do boju. Umówili się, że w niedzielę odwiedzi go cała bliższa i dalsza rodzina, a wuj postara się u dowódcy o kilkugodzinną przepustkę. Babcia zajęła się obowiązkami domowymi, ostatnio nieco zaniedbanymi. Miała przecież na głowie dom i pięcioro młodszych dzieci, o które trzeba było zadbać. Po południu ze zmęczenia rozbolała ją głowa i Babcia położyła się na sofie z kompresem na czole, pragnąc chwilę podrzemać w spokoju. Naraz ktoś mocno zapukał do drzwi. Moja Mama odrabiała właśnie lekcje, ale odłożyła pióro i poszła otworzyć. Do przedpokoju wpadła blada jak kreda gosposia, wysłana przez babcią po jakieś zakupy.
- Gdzie pani? - spytała, widocznie bardzo zdenerwowana.
- Mamusię głowa boli i położyła się na godzinkę. - wyjaśniała Mama. - Proszę jej nie budzić.
- Obudź panią! - rozkazała gosposia. – Szybko!
Ale Babcia już nie spała. Słysząc podniesiony głos gosposi, wyszła do przedpokoju.
- Co się stało, Wojciechowa? - spytała zaniepokojona.
- Niech pani zaraz idzie do Cytadeli. Nasi chłopcy jadą na front! - wykrzyknęła gosposia, mająca również syna w wojsku
Babcia otworzyła szeroko oczy, a potem tak jak stała, w domowej sukni i w laczkach na stopach, popędziła na Winiary. Biegła jak szalona, dysząc ciężko i potykając się na nierównościach bruku. Kilka razy upadła. Po drodze gdzieś zgubiła jeden laczek i pół boso, a potem już całkiem boso, pędziła ulicami potrącając ludzi, niepomna na nic, opętana tylko jedną myślą. Musi pożegnać się z synem! Pobłogosławić go na drogę, nakreślić krzyż na czole dziecka. Ledwie żywa dobiegła pod górę do bramy Cytadeli. Stojący tam wartownik patrzył na nią zdumiony
- Czy chłopcy są tu jeszcze? - wykrztusiła, oddychając ciężko i ocierając pot z twarzy.
- Niech pani zejdzie na stację. Pewnie już ich ładują do pociągu.- poradził życzliwie wartownik.
Babcia podziękowała mu skinieniem głowy i zbiegła ze wzniesienia, idąc szybko w kierunku małej stacji kolejowej. Modliła się żarliwie, żeby jeszcze zdążyć i zobaczyć syna. Resztką sił dotarła na stację. Wpadła na peron i rozejrzała się nerwowo, ale pociągu już nie było. Na peronie leżała tylko rozrzucona słoma i jakieś połamane skrzynki. Babcia stała przez chwilę patrząc przed siebie nieprzytomnym wzrokiem, a potem upadła zemdlona.
Wuj Mieczysław i Dziadek, powrócili z frontu dopiero za rok.
Mniej więcej w tym samym czasie, w Rzeszowie oddalonym od Poznania o prawie 500 km, mój siedemnastoletni Ojciec, powiadomił Dziadka Tadeusza, że wstępuje do wojska. Dziadek nie należał do osób, które można było łatwo zaskoczyć, lecz tym razem zdębiał.
- Smarkaczy do wojska nie biorą! - oświadczył surowo.
- Tym razem biorą. Wszystkich mężczyzn od siedemnastu do sześćdziesięciu lat! - oznajmił Ojciec z tryumfem. - Jutro wyjeżdżam do Krakowa, do mego pułku.
- Nie pozwalam! - krzyknął zdenerwowany Dziadek. - Osobiście pójdę do dowódcy i powiem mu, żeby ciebie skreślił z listy!
- A dziadek Lašzlo (Władysław) walczył w Powstaniu Styczniowym! - przypomniał Ojciec swego dziadka, powstańca z roku 1863, z którego cała rodzina była niesłychanie dumna.
- On był dorosły, i świadomie podejmował decyzję. Ty jesteś smarkaczem i kierujesz się emocjami. Pamiętaj, ja się nie zgadzam. I nie próbuj mnie przekonywać, decyzji nie zmienię.
- Tatuś już zapomniał, że Nusiek wstąpił do Strzelców i wyszedł z Naczelnikiem z Oleandrów, będąc w tym samym wieku, co ja? - upierał się Ojciec, wspominając swego ulubionego brata ciotecznego, przyszłego generała, który był dla niego wzorem.
Babcia Pelagia nawet nie próbowała wtrącać się do sprzeczki, drżąc o jedynego syna. Ale w głębi serca pochwalała jego decyzję. Lecz Dziadek Tadeusz potrafił być apodyktyczny i synów trzymał krótko. Wyszedł z pokoju, raz jeszcze zakazując Ojcu myśleć o wojaczce. W przeciwnym razie, zagroził sprawieniem mu lania!
Nazajutrz rano Ojciec pożegnał się z Matką, z młodszym bratem, patrzącym na niego z podziwem i siostrami. Wszedł do pokoju Dziadka przekonany, że Ojciec się z nim nie pożegna. Dziadek Tadeusz spojrzał na niego przeciągle i przez chwilę milczał. Ojciec przestraszył się, wyobraziwszy sobie, że rozgniewany rodzic sprawi mu na ostatek lanie. Nagle Dziadek objął syna, uścisnął go mocno i szepnął mu do ucha:
- Jakbyś nie poszedł, miałbym cię za szubrawca!
Po Bitwie Warszawskiej, Ojciec stał w długim szeregu czekając, aż podejdzie do niego Naczelnik Piłsudski, witający się z żołnierzami. Kiedy Naczelnik stanął przed nim, Ojciec zameldował się służbiście.
- Synu, z jakiej ty familii, a? - zaciągnął z litewska Wódz.
- Jestem wnukiem powstańca styczniowego! - odparł Ojciec z dumą.
- Dobra krew! - pochwalił Piłsudski i poklepał Ojca po policzku.
Za walkę w Bitwie Warszawskiej, Ojciec został odznaczony brązowym medalem.