sobota, 31 października 2015

PIERWSZA OFIARA.


Umęczona bezsennością Nina wstała i wyszła w koszuli na balkon. Letnia noc była bardzo krótka, na niebie lśniły gwiazdy, a ogród różany słał ku niej zapachy rozkwitłych kwiatów."Taką noc powinno się spędzać we dwoje."- pomyślała z żalem, rozważając kapryśne koleje swego życia. Kochało ją wielu mężczyzn, ale bezmyślne zrządzenie losu, skazało ją na samotność, każąc zakochać się z człowieku żonatym. Miała już siedemnaście lat, dziewczyna w tym wieku powinna mieć męża lub oficjalnego narzeczonego. Jeszcze rok, dwa i zasłuży na miano starej panny. Westchnęła i miała ochotę jednocześnie płakać i kląć.
Pod balkonem zaskrzypiał na ścieżce żwir. Przechyliła się przez poręcz, spoglądając w dół. Aleją szło dwóch mężczyzn, szczelnie owiniętych długimi pelerynami. W ruchach tych wysokich smukłych postaci, było coś niezmiernie znajomego. Naraz weszli w krąg księżycowego światła i wtedy ze zdumieniem rozpoznała Jasia, idącego gdzieś z Aleksem. Szli, kierując się w stronę stajni. Po pewnym czasie usłyszała tętent trzech koni biegnących cwałem. Widocznie jeszcze kogoś z sobą wzięli.
Pomimo szalonego bólu głowy, już się nie położyła. Niczym dusza pokutująca, błąkała się pomiędzy sypialnią i sienią, raz po raz wychodząc z malinowego salonu na taras i nadsłuchując. Przybiegły do niej zziajane brytany i łasiły się liżąc ją po rękach. Wróciła do salonu i spojrzała na tarczę zegara. Było już po drugiej. O tej porze roku wkrótce zacznie świtać, rozśpiewają się ptaki i wstanie słońce. Prychnęła gniewnie i znowu wyszła na taras, nadsłuchując w nadziei, że usłyszy jakieś głosy. Ale cierpliwość jej wystawiona została na ciężką próbę. Niebo wolno zaczęło blednąć, w gęstwinie liści odezwały się nieśmiało pierwsze ptaki. Świt był duszny i pochmurny, bo ze wschodu napływały deszczowe chmury.
Ubiory  kobiet w 1863 r.
Nareszcie usłyszała dalekie rżenie konia. Weszła do domu i szybko pobiegła po schodach, zatrzymując się na galerii. Z biciem serca oczekiwała aż mężczyźni wejdą do sieni. Jakoż po chwili usłyszała kroki i delikatny brzęk ostróg. Ukryta za pilastrem ostrożnie zerknęła w dół do sieni.
- Czy mogę prosić pana hrabiego o karetę? Powiedzmy o jedenastej. - usłyszała głos Jasia. Mówił niemal szeptem, ale w wysoko sklepionej sieni głos rozlegał się echem, jak w kościele. - Muszę być jak najprędzej w Warszawie!
- Każę rozstawić konie aż do Suchedniowa, a tam weźmie pan na mój koszt karetkę ekstrapoczty. - odrzekł Aleks również ściszony głosem.
Jaś powiedział coś tak cicho, że Nina nic nie zdołała usłyszeć.
- Tak, nie ma już wątpliwości. Ogromnie mi przykro. - głos hrabiego był gniewny. Musiał być bardzo zdenerwowany. Więcej nie udało się jej podsłuchać, bo obaj mężczyźni się rozeszli.
Nawet nie przyszło jej do głowy, żeby pójść do Aleksa i spytać, co się dzieje. Był w okropnym humorze i mógł ją ostro ofuknąć, nawet obrazić. Z doświadczenia wiedziała, że nie powiedziałby jej prawdy. Kiedy w sieni ich kroki ucichły, wróciła do swojej sypialni. Prędko splotła włosy w jeden ogromny warkocz, otuliła się szlafroczkiem, mocniej zawiązując w talii szarfę i zdecydowanym krokiem, nie zważając na konwenanse, pomaszerowała do pokoju Jasia.
Borutyńscy mieszkali w dawnych apartamentach hrabiny Tekli. Stanęła przed drzwiami, lekko nacisnęła klamkę i jak cień wsunęła się do pokoju. Jaś stał przy oknie odwrócony do niej tyłem, ciągle jeszcze w stroju do konnej jazdy, zakurzonym i zmiętym. Usłyszawszy skrzypnięcie drzwi, błyskawicznie się odwrócił i wtedy Nina z najwyższym zdumieniem i przerażeniem ujrzała, jak po jego brudnej, spoconej twarzy spływają łzy.
- Misiuniu! - błyskawicznie przebiegła dzielącą ich przestrzeń i mocno objęła go ramionami. - Braciszku, co tobie?
- Nina, co ty tu robisz? Przecież to nie wypada! - próbował ją od siebie odsunąć, ale spojrzawszy w jej wielkie oczy, pełne współczucia i niepokoju, rozmyślił się i przytulił ją do siebie. - Nie powinnaś była tu przychodzić.
- Jasiu, ja muszę wiedzieć, co się dzieje. Nie wyjdę stąd, dopóki wszystkiego od ciebie się nie dowiem.
- Władek Lasewicz nie żyje! - wyszeptał zaledwie dosłyszalnie.
Pod Niną zmiękły nogi i byłaby upadła, gdyby Jaś jej nie podtrzymał i nie posadził na krześle. Wpatrywała się w niego pocierając dłonią czoło, żeby zebrać nagle rozpierzchłe myśli.
- On... umarł?
Jaś potrząsnął głową, a jego rysy ściągnęły się wyrazem bólu i gniewu.
- W Porajach byli żandarmi i zastrzelili go przy próbie ucieczki!
Przez jedną krótką chwilę Nina miała wrażenie, że Jaś oszalał i plecie głupstwa.
- Jezu, dlaczego uciekał? - spytała, nie mogąc jeszcze zrozumieć strasznej prawdy.
Jaś westchnął i nie odpowiedział na to pytanie.
- Widzę, że nie masz do mnie zaufania. - stwierdziła z goryczą. - Przypomnij sobie, że dawniej nie mieliśmy przed sobą sekretów. Kochany, możesz mi zaufać jak rodzonej siostrze.
- Zapominasz, że ja składałem przysięgę.
- A więc to sprawa polityczna! - jęknęła przerażona.- Tym bardziej powinnam wiedzieć co się tu dzieje. Zrozum, że od tego może także zależeć i moje życie. - podniosła się i wyprostowana, posłała mu wyzywające spojrzenie. - Posłuchaj, doktorku, albo powiesz mi całą prawdę, albo osiodłam Mignon, pojadę do Porajów i na miejscu dowiem się wszystkiego.
- Chryste, co za uparciuch! - Jaś rzucił się na fotel i patrzył na nią lśniącymi gorączkowo oczami. - Dobrze, ale pamiętaj, tego co ci powiem, nie wolno powtórzyć nikomu!
- Nie powiem, jak pragnę Boga przy skonaniu! - zapewniła z powagą i przycupnęła koło fotela, opierając łokcie na jego kolanach i nie spuszczając z niego wzroku.
- W Porajach jest nasza tajna poczta. - zaczął mówić szeptem. - Kurierzy przybywający z Galicji, pozostawiają tam korespondencję. Władek przekazywał ją do Warszawy. Ja również nie siedziałem w Makowie dla przyjemności, ale czekałem na bardzo ważne dokumenty, mające lada dzień nadejść z Paryża, od naszego przedstawiciela przy generale Mierosławskim. Władek miał je przywieźć na bankiet i mi doręczyć. Tak się umówiliśmy poprzedniego dnia, kiedy nadeszła wiadomość, że dokumenty nadejdą nazajutrz. Czekałem, ale Władek nie przyjechał.
- Zapewne kurier się spóźnił i Lasewicz czekał na niego. - wtrąciła, słuchając z najwyższą uwagą.
- Zgadłaś! Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero po fakcie. Kurierzy przeważnie przyjeżdżają do Suchedniowa karetką pocztową o jedenastej rano. Koło kościoła zawsze czeka na nich bryczka i mocny koń. Gdyby kurier przybył punktualnie,Władek zdążyłby na bankiet z dokumentami. Ale kurier był spóźniony, bo został ranny podczas przechodzenia granicy, a potem w karecie pocztowej spadło koło i Władek musiał na niego czekać.
- Czy wuj Aleks o tym wiedział? - zagadnęła przewiercając go przenikliwym wzrokiem.
- Oczywiście. - niecierpliwie wzruszył ramionami.
- Poczekaj. - poczuła, że zaschło jej w gardle, a serce zaczyna bić szybciej w przeczuciu złej wiadomości. - A co hrabia ma z tym wspólnego?
- Och, daj spokój, potem ci powiem! - Jaś machnął ręką i mówił dalej: - Postanowiliśmy wobec tego, że zaraz po bankiecie, pojedziemy do Porajów i sprawdzimy, co zaszło. Za wszelką cenę musiałem dostać te dokumenty, bo w Warszawie już się niecierpliwiono.
- Ale słyszałam, że jechało trzech jeźdźców! - przerwała mu Nina.
- Masz dobre ucho. Hrabia wziął z sobą Maćka, bo to odważny i oddany nam chłopak. Nie wiedzieliśmy, co zastaniemy w Porajach. - Jaś sięgnął do kieszeni po chusteczkę i wytarł nią wilgotną od potu, pokrytą kurzem twarz. - Kiedy dojeżdżaliśmy do Porajów, płonęła już duża stodoła i jasno było jak w dzień. Z daleka słyszeliśmy krzyki ludzi, a na dziedzińcu roiło się od żandarmów. Zajechaliśmy od sadu, bo tam łatwiej ukryć się pomiędzy drzewami i dobrze widać dwór. Żandarmi pchali się przez drzwi i okna do domu, chociaż panna Kazimiera broniła im wstępu. Ale uderzona kolbą karabinu, zemdlała. Zaraz też wywlekli Władka i chcieli go wpakować do do karetki więziennej, ale on im się wyrwał i zaczął uciekać. Matko Boska, jak on biegł! Krzak nie krzak, płot nie płot, przeskakiwał jak ścigany jeleń. Już myśleliśmy, że uda mu się umknąć, bo niedaleko był las. Dopóki osłaniały go krzaki był bezpieczny. Ale dalej był kawał równego pola i niewielka górka. Władek zaczął się na nią wspinać i wtedy dostał kulę!
- Boże Wszechmogący! - Nina trzęsła się od bezgłośnego szlochu.
- Dostał prosto w serce, bo tylko rozłożył ramiona i upadł, więcej się nie poruszył.- głos Jasia zaczął się rwać, więc umilkł i zacisnąwszy zęby, zmagał się z sobą żeby nie okazać niemęskiego wzruszenia. Opanowawszy się, opowiadał dalej cichym jakby pozbawionym emocji głosem:
- Wzięli go za nogi i powlekli na dziedziniec, rzucając pod próg domu, jak zdechłego psa. Żartowali sobie z zabitego i z na pół oszalałej z rozpaczy panny Kazimiery. Odnieśliśmy wrażenie, że zamierzają podpalić dwór, ale chyba dowódca im nie pozwolił. Czekaliśmy aż sobie pojadą, ale bardzo długo to trwało, ponieważ robili w domu szczegółową rewizję i przesłuchiwali służbę. Wtem koń Maćka parsknął i żandarmi nas usłyszeli. Zaczęli strzelać, ale niecelnie. Tylko Maciek został ranny, na szczęście lekko i mógł dalej z nami jechać. Oddaliliśmy się stamtąd, a następnie powróciliśmy do Porajów.

Grottger.  LIST.
- Rany boskie, Jasiek! - Nina chwyciła się za serce. - Rozum wam odebrało?
- Musiałem dostać te dokumenty! A zresztą żandarmów już nie było. Biedna panna Kazimiera była niemal nieprzytomna, ale klucznica powiedziała nam, że kurier się spóźnił, lecz gdy wpadli żandarmi, panna Lasewiczówna miała na tyle zimnej krwi, że rozkazała ukryć papiery w ulu. Dzięki temu mogę rano wracać do Warszawy. - umilkł i siedział blady i ponury.
- Rano wyjeżdżasz? - zatrzęsła się cała i przytuliła się do jego kolan.
- Muszę!
Z porannych mgieł, wstawał parny, pochmurny dzień. Za oknami rozśpiewały się ptaki, a z pastwiska dochodziło rżenie koni i porykiwanie bydła pędzonego przez pastuchów na łąki. Pod Niną ugięły się nogi i siedziała na podłodze zupełnie zdruzgotana. Szumiało jej w uszach, miała zawroty głowy i mdłości. Doskonale rozumiała, jak strasznym przeżyciem musiała być dla Jasia śmierć przyjaciela, na którą musiał patrzeć z bezsilną rozpaczą.
- Boże, Boże!- zapłakała, wycierając policzki dłonią. - Biedna panna Kazimiera straciła jedynego brata i została sama na świecie. A tak bardzo się oboje kochali.... A Stasia? Chryste Panie, przecież wkrótce miał się odbyć ich ślub! Wolę nie wyobrażać sobie, co teraz przeżywa. A co z Maćkiem? Opatrzyłeś go? Gdzie został ranny ?
- Opatrzyłem go prowizorycznie, ale zaraz pójdę do niego i zrobię mu porządny opatrunek. Słuchaj, Nino, on tutaj nie może zostać, bo policja będzie poszukiwać rannego po dworach.
- Pojedzie na kilka dni do Orlewiczów! - odpowiedziała bez namysłu. Jaś posłał jej spojrzenie pełne uznania, podziwiając jej szybką decyzję.
- Idź spać, kotku. Tylko zmienię Maćkowi opatrunek i muszę się przespać przed podróżą. - powiedział cichym, zachrypniętym głosem. Za godziny dramatycznych wydarzeń płacił wysoką cenę. Widać było po nim, że ledwie trzyma się na nogach.
- Wybacz, misiu, ale nie powiedziałeś mi całej prawdy. Z tą rewizją w Porajach, to nie był przypadek?
- Nie. Fatalnie się złożyło, psiakrew! - przeszedł się po pokoju, dzwoniąc ostrogami.
- Chcę wiedzieć wszystko! - nalegała.
- Powiedziałem ci wszystko. - odburknął.
- Janeczku, zaklinam cię na naszą przyjaźń, nie próbuj niczego przede mną ukrywać. Zaczynam kojarzyć fakty, ale wprost lękam się wyciągać wnioski! To była denuncjacja, prawda?
- Tak. - Jaś zaciął wargi i przyśpieszył kroku.
- Jasiu, czy ta rozmowa, o której ci wspomniałam... - indagowała coraz cichszym głosem i urwała. Spojrzała mu w oczy i nagle doznała olśnienia. - Jezus Maria, to był Żabiec? To on! - krzyknęła, porywając się na równe nogi.
Jaś złapał ją za rękę i ścisnął tak mocno, że aż skrzywiła się z bólu.
- Nie krzycz! - rozkazał krótko. - Tak, to był Żabiec i obawiam się, że przedtem wydał kilku ludzi z kółka Władka, a teraz wsypał jego samego.
- Ale skąd o tym wiedział?
- Był spowiednikiem Władka i jego ludzi. Przy konfesjonale wiele się teraz mówi o sprawach politycznych. Drań chciał zarobić pieniądze dla swojej kochanki. To nie wszystko. Podejrzewam, że Władek mógł się przed nim wygadać o transporcie broni, mającym nadejść nocą na Łysą Polanę. Tę broń trzeba natychmiast przeładować i wysłać do Warszawy.
- Dlatego Władek został aresztowany? Przed nadejściem transportu? To byłby błąd żandarmerii, nie uważasz? ?
- Słusznie. - Jaś ponownie popatrzył na nią z uznaniem. - Ale to nie Władek miał przejąć tę broń.
- Nie? A kto? - oblizała językiem suche wargi i skuliła się, podświadomie przeczuwając, że zaraz spadnie cios. Serce biło jej niemal tak szybko, jak mknęły myśli.
- A jak myślisz? Oczywiście dowódca, pan Aleksander!
Nie uwierzyła. Hrabia był za mądry, żeby mieszać się do politycznych awantur tych dzieciaków. Wiele razy zapewniał ją, że po nieudanym spisku wojskowym zaprzestał działalności konspiracyjnej i stroni od polityki.
- Nie, nie, mylisz się. - powiedziała z przekonaniem. - Pan Alek nie należy...
- Ładne masz o nim wyobrażenie! - mruknął gniewnie Jaś. - Przecież to hrabia pomógł nam się tu zorganizować. Jest naczelnikiem zgrupowania i nawet sobie nie wyobrażasz, ilu ludzi potrafił wciągnąć do spisku. To wspaniały człowiek i świetny oficer. Powinnaś go za to podziwiać!
Nie zamierzała go podziwiać, natomiast miała ochotę rozryczeć się na cały głos. Ale oburzenie na Aleksa było silniejsze od przerażenia i rozpaczy. Kłamał ukrywając przed nią swoją działalność, a ona, jak ta idiotka, naiwnie wierzyła w każde jego słowo. Nie ufał jej... Mówił, że ją kocha, ale jej nie ufał. Już otwierała usta, żeby wykrzyczeć wściekłość, gdy naraz uświadomiła sobie, jak straszne niebezpieczeństwo zawisło nad jego głową i ukryła twarz w dłoniach.
- On wie, co mu grozi i mimo to?....
- Jest dowódcą. Poza tym, nie mamy możliwości zatrzymania transportu.
Podniosła głowę i wpatrzyła się w Jasia, przejęta ponurym błyskiem w jego łagodnych zwykle oczach. Poczuła ból ściśniętej reki.
- Puść! - syknęła z bólu, wydzierając ścierpniętą dłoń. - Lekarze stanowczo nie powinni mieć takiej krzepy! Więc ludziom którzy pojadą z panem Alkiem, grozi niebezpieczeństwo!
- No, mam nadzieję, że Władek nie wspomniał o transporcie. W każdym razie Rafał już niczego więcej się o nas nie dowie, bo ludzie są uprzedzeni i wiedzą, iż jest donosicielem.
- A jeżeli Żabiec jednak wie, to w nocy na Polanie, czekać będzie na nich żandarmeria lub wojsko! - wykrzyknęła zdesperowana, chwytając się za głowę i odchodząc od zmysłów.
- Żabiec nie wszystko o nas wiedział. - Jaś objął ją opiekuńczym gestem.
- Wystarczająco dużo, żeby zgubić Lasewicza!
- Nino, on o panu Aleksandrze na pewno nie wiedział. Tylko setnicy znają dowódcę, a setnikami są Siekielski, Lasewicz i koniuszy Kacper.
Nina przez moment wpatrywała się w niego porażona strachem.
- Tadek? - jęknęła. - Chyba na głowę upadł! Przecież jest żonaty, a Zosia spodziewa się dziecka!
- Jest w konspiracji za wiedzą żony! Nino, przypominam ci, że to nie zabawa w Indian, tylko walka o niepodległość ojczyzny!
- A więc trusia także o tym wiedziała, to tylko ja....- wyszeptała Nina, ubolewając nad własną głupotą. Szalenie bolała ją głowa i łupało w skroniach. - Tak, teraz wszystko zaczyna się logicznie układać. To wy zbieracie się nocami w kaplicy grobowej!
- Skąd wiesz? - Jaś palcem uniósł jej podbródek i zajrzał w oczy.
- Dwa razy widziałam w oknach kaplicy światło. Niedługo ludzie przestaną wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone. - powiedziała z ironią.
- Będziemy uważać. - ziewnął i przeciągnął ramiona. - Ja wyjeżdżam, ale ty możesz być spokojna. Są tu inni i będą mieć oko na tego przeklętego klechę i panią hrabinę.
- Co zamierzacie z nimi zrobić?
- Ciekawość jest grzechem i drogą do piekła, kiciu!
- Boję się! - pisnęła. Przeżyła szok i jeszcze nie doszła do siebie.
- At, opowiadasz! Ty nie wiesz, co to strach. - pocałował ją w policzek. - Jako dziecko łaziłaś po drzewach , strzelałaś z łuku i na oklep jeździłaś konno.
- A co będzie z panem Alkiem? - spytała bezradnie.
Przekornie zajrzał jej w oczy.
- Coś mi się zdaje, że pan hrabia jest dla ciebie czymś więcej, niż tylko opiekunem? Czyżby trafiła cię strzała Amora?
- Nie twój interes! - warknęła ostro, ale zaraz spokorniała i pożaliła się żałośnie: - Oj, misiu, czasem mam wrażenie, że bóg miłości użył na mnie drzewca łuku, a nie strzały!
- Nie chcę żebyś cierpiała, kiciu. A teraz wynoś się stąd, bo to nie wypada, żeby młoda panna odwiedzała nocą kawalera w jego pokoju.
- Phi! - parsknęła drwiąco. - Już zapomniałeś, ile to razy spaliśmy razem w stogu siana?
Zaśmiał się, dał jej braterskiego klapsa i łagodnie wypchnął za drzwi.
- Wezmę tylko pelerynę i pójdę z tobą do stajni. - oznajmiła, będąc już w sieni.
Westchnął głęboko ale nie protestował, bo wiedział, że to na nic się nie zda. Jak dwa duchy przemknęli przez ogrody i weszli do stajni. Idąc przez całą długość budynku, mijali boksy i stojące w nich konie. Mignon nie spała i powitała swą panią radosnym rżeniem. Po drewnianych schodach weszli na piętro, gdzie mieściły się mieszkania koniuszego i masztalerzy. Na końcu korytarza czekał na nich zatroskany Kacper i wprowadził do izby Maćka. Chłopak leżał na łóżku i głośno stękał, bo rana mu doskwierała. Na widok Jasia i Niny, podniósł się na łokciu, patrząc na nich z nadzieją.
- Witaj, zuchu! - rzekł swobodnie Jaś i usiadł obok niego na łóżku. - Rana bardzo boli?
- Oj boli. - stęknął Maciek boleśnie. - Paniczu, ja nie umrę?
- Z tego się nie umiera. To tylko ocierka nie rana, tyle ze głęboka i na barku. Zaraz będzie dobrze.
Nina podeszła do łóżka i ujęła ulubieńca za rękę.
- Pan doktor cię opatrzy i poczujesz się lepiej. - pocieszyła chłopaka. - Panie koniuszy, prosimy o ciepłą wodę, czyste ręczniki i trochę płótna na bandaże. Po opatrunku coś zjesz, a potem któryś z chłopców odwiezie ciebie bryczką do Gliszczysk. Dam ci kartkę do pana Orlewicza, bo musisz tam zostać przez kilka dni, aż się wszystko uspokoi i rana przyschnie.
Sama nalała wody do miednicy i w czasie opatrunku trzymała Maćka za rękę. Syknął tylko raz, kiedy Jaś odrywał od rany przyschnięty opatrunek. Potem mężnie zniósł oczyszczanie ranki, ściskając mocno jej rękę, gdy ból stawał się dotkliwy.
- Dobrze, że nie umrę, bo muszę psiawiarom Moskalom za swoją krzywdę zapłacić!- mruknął mściwie przez zaciśnięte zęby. - Ino nasi panowie wojnę z burkami zrobią, zara pójdę się bić!
- To wasza szkoła! - szepnęła ze złością Jasiowi do ucha. - Panie koniuszy. - odezwała się głośno - Proszę dopilnować, żeby Maciek wziął na drogę coś do jedzenia i jakieś czyste ubranie, bo to jest zakrwawione i trzeba je zaraz wyprać.
- Wedle rozkazu. - stary wachmistrz wyprostował się służbiście. - Niech jaśnie panienka będzie spokojna, moja żona o to zadba.
- Tomek Kochan mnie zawiezie do Gliszczysk. - wtrącił się Maciek. - To jeszcze dzieciuch, ale na koniach się rozumie, jak stary. Oj, szkoda pana dziedzica z Porajów. Dobry był pan, sprawiedliwy.
- Maciuś, - Nina położyła białą dłoń na spoconym czole chłopca. - nie rozpowiadaj o tym, co widziałeś. -Pewnie, że nie będę mełł ozorem. - zapewnił ją gorąco. - Niech Pan Jezus zapłaci za dobroć mojej najśliczniejszej panieneczce i paniczowi. - pocałował ją w rękę i uśmiechnął się szeroko, ukazując białe jak u młodego wilczka zęby.
Było już po szóstej, gdy powracali ze stajni. Po dziedzińcu folwarcznym krzątali się ludzie, zajęci codziennymi obowiązkami. Nie mówiąc nic do siebie, szli przez ogrody w stronę pałacu. Drzewa czereśniowe i grzędy truskawek pełne były dojrzałych owoców. Nina skubnęła z gałęzi kilka soczystych czereśni i podzieliła się nimi z Jasiem.
- Boję się, że Paula może się domyślać konspiracyjnej działalności wuja Aleksa. - pierwsza przerwała milczenie, przełykając czereśnie.
- Na twoim miejscu, nie przejmowałbym się tym.
- Dlaczego? - przystanęła, patrząc na niego z ciekawością.
- Ona jest chora, Nino. Podejrzewam, że od urodzenia cierpi na chorobę psychiczną.
- Zawsze twierdziłam, że to wariatka! - stwierdziła.
- Chora, kotku, nerwowo chora! - poprawił ją Jaś. - Specyfiki, jakimi raczy się od lat, działają na korę mózgową. To cud, że do tej pory uniknęła paraliżu. Nie pożyje długo.
- Bogu dzięki.- ucieszyła się Nina, zupełnie zapominając o miłości bliźniego.- To ona kierowała Żabcem, bo on nie nadaje się do prowadzenia samodzielnej gry. Jest słaby i bezwolny. Mam nadzieję, że ich zbrodnia nie pozostanie bezkarna. Jasiu, śmierć Władka musi być pomszczona!
 
Grottger  Lud na cmentarzu
Kiedy weszli do sieni, Jaś zatrzymał się, spojrzał jej w oczy i powiedział z wahaniem:
- Dowiedziałaś się dziś więcej, niż powinnaś wiedzieć. Jeżeli powtórzysz komuś choć słowo, zapomnę o naszej przyjaźni i osobiście sprawię ci takie lanie, że klapsy ciotki Marii wspominać będziesz jako pieszczotę! - zagroził surowo.
- Misiu, braciszku, jesteś taki słodki! - zarzuciła mu ramiona na szyję, ucałowała i pobiegła do siebie.
Cisnęła pelerynę na krzesło i nie zdejmując szlafroczka, rzuciła się na łóżko tak zmęczona, że zaraz lekki sen zamknął jej powieki. Nie przyniósł jednak odprężenia, bo przyśnił się jej Władek, ukazując krwawą ranę w sercu, a potem Paula. Zamieniona w wielkiego czarnego ptaka, wyleciała przez okno łopocząc skrzydłami.
-------------------------------------

niedziela, 18 października 2015

Krwawe nabożeństwo w Katedrze warszawskiej.


Pod wieczór, w saloniku pani Tekli, zebrali się sąsiedzi, nie zważając na drakońskie zakazy stanu wojennego, zabraniające spotkań towarzyskich. Przybyli witani przez Ninę bez entuzjazmu, państwo Jabłoccy z Dorotą, a zaraz po nich starszy pan Siekielski, lecz bez Tadeusza, tłumacząc, że syna zatrzymały domu jakieś pilne sprawy. Starszy pan był uśmiechnięty, więc Nina uznała, że nie ma powodu do obaw o przyjaciela. Za to Zosia znajdowała się w rozpaczliwym nastroju. Siedziała wtulona w kąt kanapki, rzewnie pociągała noskiem, a jej śliczna delikatna buzia, wyrażała cierpienie. Przyciągnąwszy do siebie Ninę, skarżyła się jej płaczliwie:
- Wiesz, musimy przełożyć nasz ślub! Och, Ninetko, taka jestem nieszczęśliwa!
- Trusieńko, przecież stan wojenny nie będzie trwał wiecznie. – wzruszona Nina ucałowała biedną płaczkę.
- Poprzednio stan wojenny trwał przeszło dwadzieścia lat! Mam iść do ołtarza jako zgrzybiała staruszka?
Nina natychmiast wyobraziła sobie sędziwą, pokrytą zmarszczkami Zosię, wspartą na lasce. Człapała do ołtarza, obok równie zgrzybiałego Tadeusza. Obraz ten tak ją rozbawił, że parsknęła serdecznym śmiechem.
- Aniołku, Tadek jest w tobie bardzo zakochany i zaręczam ci, że wkrótce staniesz na ślubnym kobiercu.
Obiecaną przez hrabiego niespodzianką okazał się Jaś Borutyński, przywieziony do pałacu przez Tadeusza. Nina wydała okrzyk radości i rzuciła się mu w ramiona. Zaledwie miły gość zdążył przywitać się z resztą towarzystwa, trzy panny opadły go, jak uprzykrzone muchy. Nina próbowała odpowiedzieć mu o liście Bini. Zosia skarżyła się, że stan wojenny zmusił ich do przełożenia daty ślubu, zaś Dorota Jabłocka zagadnęła go półgłosem, czy przypadkiem nie spotkał w Warszawie Kazia Bieckiego, który od dłuższego czasu nie pokazywał się w tych stronach. Tadeusz pośpieszył przyjacielowi z pomocą, niemal siłą wydzierając go pannom.
- A sio! – przerwał machnięciem ręki ich szczebiot. – Ogłuszycie chłopaka tym gdakaniem. Ależ uprzykrzone! Jasiu, siadaj przy mnie, bo te młode kwoczki zagdaczą cię na śmierć.
Jaś, usadowiwszy się wygodnie, zaraz przeszedł do rzeczy:
- Uprzedzam państwa, że mnie tu nie ma i nie było. Czy pani hrabina pozwoli, że opowiem o szczegółach oblężenia Katedry w Warszawie? - spojrzał pytająco na panią Teklę.
- Naturalnie. Najmocniej współczujemy mieszkańcom stolicy, a ja całym sercem jestem z nimi, bo to moje miasto rodzinne.
Ale zanim Jaś zaczął opowiadać, podano podwieczorek. Sam Walenty ustawił serwis do herbaty, ciasta i owoce, Paweł wniósł dymiący srebrny tulski samowar, a hrabina napełniła filigranowe filiżanki wonną cejlońską herbatą. Nina pokroiła tort czekoladowy, podsuwając Jasiowi największy kawałek. Spostrzegła, że od lata Jaś zmizerniał i sucho pokaszliwał. Tylko jego jasna czupryna po dawnemu opadała mu w lokach na czoło. Na skinienie pana służba opuściła pokój, a sam hrabia poczęstował gości mocnym węgierskim tokajem.
Borutyński w zamyśleniu sączył wino, wpatrując się w okno, za którym zapadł już wczesny jesienny zmierzch.
- Generał Suchozanet dał się u nas poznać z najgorszej strony. - przemówił półgłosem. – Kiedy mknął ulicami miasta w otwartym powozie, otoczony uzbrojonymi po zęby Kabardyńcami1, ludziom się zdawało, że to sam Lucyfer odbywa przejażdżkę w piekielnej asyście. Na rozkaz generała, kaukaskie diabły smagały przechodniów batami, tratowały końmi i strzelały w powietrze, a czasami i do ludzi. Namiestnik prędko dorobił się groźnej nazwy Sezostrysa i ogólnej nienawiści. Na szczęście car się opamiętał i na jego miejsce przysłał do warszawy hrabiego Lamberta. Nowym generał-gubernatorem został Gerstenzwieg.
- Niegodny wnuk dobrego Polaka. – wtrąciła pani Tekla. – Jego dziadkiem był generał Antoni Madaliński, bohater Insurekcji Kościuszkowskiej. – hrabina uśmiechem przeprosiła Jasia za tę dygresję.
- Władze miały nas, studentów, od dawna na oku. – Jaś wrócił do przerwanej relacji. – W czasie pogrzebu nieodżałowanego arcybiskupa Fijałkowskiego, nieśliśmy za trumną na poduszkach korony Królestwa i Litwy. Po ceremonii pogrzebowej, podejmowaliśmy poczęstunkiem delegacje chłopskie, przybyłe z całego kraju i było to godne uczczenie pamięci zmarłego. Ale to nie podobało się policji. – Jaś przerwał, napił się herbaty i skosztował tortu. Jednak widząc oczy słuchaczy wpatrzone w niego z uwagą, odstawił talerzyk z ciastem i opowiadał dalej: - Rozpoczęły się aresztowania i sekatura młodzieży. W październiku, Warszawa gotowała się do uroczystości w 44-tą rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki. Główne uroczystości miały się odbyć w Katedrze i u oo. Bernardynów w kościele św. Anny oraz w kościele Świętego Krzyża. Nikt nie spodziewał się, że władze zamierzają wprowadzić stan wojenny. O świcie 14 października, do drzwi wszystkich warszawskich domów zapukała policja, wręczając właścicielom za pokwitowaniem: „Ogłoszenie o zaprowadzeniu stanu wojennego”. Obwieszczenia o tym wydarzeniu rozwieszano w całym mieście. Wojsko ponownie wyszło z koszar, zajmując place Warszawy. Zaroiło się od pieszych i konnych patroli. Ale nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby odwoływać tak starannie przygotowane uroczystości. Nazajutrz, 15 października, warszawianie tłumnie stawili się w kościołach. – Jaś przerwał i chrząknął, bo ochrypnął.
Pani Tekla napełniła mu filiżankę herbatą. Podziękował i chciwie wypił aromatyczny napój.


- Słuchamy, słuchamy! – ponagliła go pani Jabłocka, dama w średnim wieku i w wielkich jeszcze pretensjach. Mąż całkowicie przez nią zawojowany, prawie wcale się nie odzywał, Dorota zaś chciwie pożerała swój kawałek tortu, zajęta wyłącznie jedzeniem.
- Pomimo stanu wojennego w kościołach zebrały się tłumy. – Jaś wrócił do przerwanej relacji.- Byłem z kolegami w Katedrze, imponująco na tę uroczystość udekorowanej. Msza była bardzo wzruszająca, a ludzie płakali śpiewając: „Boże, coś Polskę”. Byliśmy święcie przekonani, że kościoły są jedynym miejscem, gdzie nie sięga przemoc zaborcy. Myliliśmy się! - Jaś urwał i zagryzł usta. Opanowawszy wzruszenie, mówił dalej, coraz to bardziej podniesionym głosem: - Nikt nie wiedział, że policja i żandarmeria porywa ludzi wychodzących z kościołów i pędzi ich pod bagnetami prosto do Cytadeli! Zanim msza w Katedrze dobiegła końca wiedzieliśmy już, że kościół jest otoczony wojskiem czekającym na nasze wyjście. Wobec tego, postanowiliśmy nie ruszać się z Katedry!
- Nie uszanowano kościołów? – z oburzeniem wybuchnęła pani Tekla.
- Ciocia miała jeszcze jakieś złudzenia? – Aleks z ironią uniósł brwi.
Nina spojrzała na niego ze zdumieniem. Nigdy w ten sposób się nie odzywał. Z przerażeniem spostrzegła na twarzach mężczyzn wyraz strasznego gniewu. Wszyscy tchnęli nieubłaganą nienawiścią. Jedynie pani Jabłocka i Dorota siedziały obojętne. Matka była głupią kobietą, zajętą wyłącznie plotkami. Patriotyzm Doroty okazywał się tylko werbalny, a w tym momencie zajęta była pochłanianiem pysznego tortu, i nie zawracała sobie głowy polityką.
Opowieść Jasia przejęła Ninę zgrozą. Jak ognia bała się wybuchu zbrojnego, będąc absolutnie przekonana, że na razie nie ma takiej siły, która byłaby zdolna przywrócić Polsce niepodległość. Obawiała się coraz dramatyczniejszych haseł głoszonych w ulotkach: „Jeden wspólny grób, albo jedna wolna Rzeczpospolita!”, „Lepiej kraj utopić we krwi, niż ma tonąć w gnoju!”. Młodzi panowie wyrzekający się dla Sprawy eleganckiego cylindra i zastępując go konfederatką, budzili w niej politowanie, a żałoba narodowa rodziła jej cichy bunt i sprzeciw. Lecz milczała wiedząc, że u bliskich nie znajdzie zrozumienia. Gdyby przestała się maskować, zostałaby ostatecznie skazana na potępienie.
Jaś odsapnął i podjął opowiadanie.
  - Siedzieliśmy w Katedrze, przechodząc istne tortury, bo nawet szacunek dla Domu Bożego nie mógł powstrzymać naturalnych potrzeb fizjologicznych. Nadeszła noc, a my byliśmy tak zmęczeni, że usypialiśmy na stojąco, wsparci o ramiona sąsiada. Z kropielnic wypito wszystką wodę święconą, głód skręcał nam kiszki. A z zewnątrz dochodziły do naszych uszu śpiewy i wrzaski pijanych sołdatów. Siedzieli wokół Katedry, rozpaliwszy wielkie ogniska. Pili wódkę i smażyli sobie kiełbasy, a woń pieczystego wzmagała nasz głód. Tymczasem przeor Bernardynów udał się do generała Chrulewa, błagając go, by zezwolił wyjść ludziom bezpiecznie z kościołów. Ale ten krwawy siepacz z Placu Zamkowego, nawet nie chciał go słuchać. Gdy przeor nalegał, Chrulew wrzasnął: „Ciebie pierwszego powieszę. Oto masz odpowiedź!”. Do gubernatora Gerstenzwiega poszedł biskup Dekert, lecz nie został przyjęty. Wobec tego postanowiono, że nazajutrz całe duchowieństwo Warszawy, wyjdzie z kościołów i w pontyfikalnych szatach, w procesji, uda się na Zamek, upomnieć się u Lamberta o uwięzionych!

Ninie zrobiło się zimno, wstrząsnęły nią dreszcze.
- To było szaleństwo! – wyszeptała i umilkła, skarcona wzrokiem hrabiny.
- To była konieczność! – sucho poprawił ją Jaś. – Ale władze carskie nie zamierzały dopuścić do demonstracji. Namiestnik hrabia Lambert, rozkazał wtargnąć wojsku jeszcze tej nocy do kościołów. Dotyczyło to głównie Katedry i Świętej Anny, bo z kościoła Świętego Krzyża, ludziom udało się wydostać przez ogrody misjonarzy. – Jaś zerwał się i zaciśniętymi pięściami zaczął nerwowo krążyć po pokoju. Na prawym policzku drgał mu mięsień, w zmienionej rozpaczą i gniewem twarzy.
- Choćby mi przyszło żyć sto lat, nigdy nie zapomnę tej nocy! Pokładliśmy się, gdzie kto mógł. Kobiety w bocznych kaplicach, mężczyźni na środku kościoła. Na ołtarzach płonęło kilka świec, a przed tabernakulum migotała wieczna lampka. Reszta ogromnej świątyni tonęła w mroku. Jak okiem sięgnąć, na grobowcach, na posadzce i w ławkach spoczywali ludzie pogrążeni w głębokim śnie. Ja i moi koledzy leżeliśmy na stopniach głównego ołtarza, mając nad sobą olbrzymi katafalk, cały ze srebrnej lamy, udekorowany polskimi sztandarami i godłami. Zasnęliśmy z nadzieją, że rano będzie lepiej. Tymczasem, o czwartej w nocy rozległo się potężne uderzenie w bramę świątyni. Porwaliśmy się na nogi, a kobiety zaczęły szlochać. Z zakrystii wyszli księża, więc poklękaliśmy i zaczęliśmy się głośno modlić. Bramy trzęsły się od uderzeń taranów i nagle w tę zbitą ciżbę rozmodlonych ludzi, wpadli sołdaci, pijani i rozzuchwaleni bezkarnością. Rzucili się na nas z wściekłością, bijąc kolbami, siekając szablami i kłując bagnetami. Kobiety szarpano i okładano nahajkami, kopano księży klęczących przed ołtarzem i przemocą wyrzucano nas z kościoła. Powstał taki krzyk, taki jęk… - Jaś urwał, bo szalony gniew nie pozwolił mu wydobyć głosu z gardła i tylko zgrzytnął zębami.
W saloniku zapanowało grobowe milczenie. Słuchacze siedzieli jak skamieniali, porażeni niebywałym wydarzeniem. Nawet Dorota przestała się obżerać i z napiętą twarzą przysłuchiwała się, jak wicher huczy w parkowych alejach.
Jaś opanował miotającą nim furię i powrócił do przerwanego opowiadania.
- Sołdatom dano wolną rękę, więc używali sobie na nas. Zaraz polała się krew. Połamano ławki, szukając ukrywających się pod nimi ludzi. Szablami pocięto katafalk, depcząc po naszych sztandarach i Orłach. Ja złapałem jakiś żelazny lichtarz i grzmotnąłem w łeb sołdata, który próbował nadziać mnie na bagnet. Potem dałem nura pomiędzy połamane ławki i na czworakach, pod nogami miotającego się tłumu, wymknąłem się z Katedry. Kto wpadł w łapy żandarmerii i wojska, ten wędrował do Cytadeli. Aresztowano ponad trzy tysiące osób! Podobno rano, pod połamanymi ławkami znaleziono zwłoki czterech zamordowanych kobiet. Mieszkańcy sąsiednich domów chcieli pospieszyć nam z pomocą, lecz generał Chrulew zagroził, że osobiście przebije bagnetem śmiałka, który się na to odważy. Nazajutrz hrabia Lambert rozkazał uwolnić część uwięzionych. Generał-gubernator Gerstenzweig sprzeciwił się temu i ciężko obraził przełożonego. Doszło do amerykańskiego pojedynku, gubernator wyciągnął fatalny los i musiał się zastrzelić. Namiestnik Lambert rozchorował się i złożył dymisję. W Warszawie ponownie zjawił się Suchozanet i sfora jego psów gończych. W konsystorzu uchwalono zamknięcie sprofanowanych kościołów, a Żydzi solidarnie zamknęli synagogi. Aresztowano księdza Białobrzeskiego, sprawującego obowiązki zmarłego arcybiskupa i skazano go na karę śmierci, lecz ze względu na sędziwy wiek, zamieniono mu karę na zesłanie w głąb Rosji.
Jaś spuścił głowę i umilkł.
 
- Gerstenzweig i Lambert ponieśli zasłużoną karę. – odezwała się hrabina, otrząsnąwszy się z przygnębienia. – To jakby sam Pan Bóg pomścił się za znieważenie swego Domu!

-Lambert nie był złym człowiekiem. – wtrącił Aleks. – Próbował znaleźć grunt do porozumienia się z opozycją. Był również praktykującym katolikiem, a konieczność wydania rozkazu wtargnięcia wojska do kościołów, była dla niego osobistą tragedią. Podobno cierpi na suchoty. Nie miał pan potem kłopotów na uczelni? – zwrócił się do Jasia.
- To pan hrabia nic nie wie? – Borutyński podniósł głowę i utkwił w nim oczy płonące gniewem. – Akademia zamknięta! Wkrótce wyjeżdżam do Pragi i tam dokończę ostatni semestr studiów, bo do Kijowa jechać już nie mogę. Ale na wiosnę wszyscy wrócimy do kraju! – dodał z drapieżnym uśmiechem. Naraz wyrzucił w górę obie zaciśnięte pięści i zawołał z uniesieniem: - O, daj nam Boże nareszcie zmierzyć się z wrogiem z bronią w ręku!

1 Kabardyńcy – ludy Kaukazu. Czerkiesi, Czeczeni i inni. Tworzono z nich straże carskich dostojników. Słynęli z okrucieństwa.

środa, 14 października 2015

Broń dla walczących powstańców. Fragment ii tomu książki:"KOCHANKOWIE BURZY"

Powracali  z Krakowa tą samą trasą, przez Wolę Batorską i Uście, przystając tylko na rogatkach i w karczmach, by napoić i nakarmić konie. Drogi obeschły i pogoda uczyniła się cudna, prawdziwie wiosenna. Gdy zatrzymywali się na popas, gdzieś pośrodku zagajnika, pośród drzew, słychać było kukanie kukułek, stukanie dzięciołów i śpiew drozda, a spod błękitnej kopuły nieba dochodziło wesołe świergotanie skowronków.
        Na polach, aż po granice horyzontu szły pługi, chłopi siali zboża jare. Kobiety pochylone nad równymi grzędami, sadziły ziemniaki i wczesne warzywa. Wszyscy pracowali pilnie pod nadzorem karbowych i ekonomów, choć w Galicji już dawno pańszczyznę zniesiono. Jechali wolno, aby nie męczyć koni, mijając po drodze ludne wsie, dwory i wspaniałe wielkopańskie pałace  stojące pośród wielkich parków.  Pomimo wiosennej pory, ta część Małopolski sprawiała wrażenie ubogiej, zaniedbanej i jakby pogrążonej w letargu. Nigdzie nie było widać kominów fabrycznych, czy dużych warsztatów rzemieślniczych. Za to Żydów było zatrzęsienie, bo tu nie obowiązywały  ostre zarządzenia, jak w zaborze pruskim i rosyjskim.
       Na dłuższych postojach panie wychodziły z karety. Nina i panna Lutówna zbierały kwiaty polne, plotły z nich wianki i stroiły nimi przydrożne kapliczki. W drodze nie napotykano najmniejszych trudności. W Galicji tytuł hrabiowski budził szacunek. Konserwatywnym Austriakom przenigdy nie przyszłaby do głowy myśl, że młoda utytułowana dama ma coś wspólnego z powstaniem za Wisłą. W komorze celnej w Uściu, spotkali nawet tego samego oficera, który w marcu sprawdzał ich dokumenty. Węgier natychmiast poznał Ninę i powitał ją z wylewną uprzejmością.
    - Od rana miałem przeczucie, że dziś spotka mnie coś szczególnie miłego! - oznajmił radośnie, podsuwając jej krzesło. - Mam nadzieję, że wkrótce pani hrabina ponownie zawita do Galicji.
        Nina posłała mu uśmiech równie promienny, jak świecące za oknem słońce.
    - Pod warunkiem, że zawsze będę tak mile witana!- powiedziała, przeklinając w duszy jego gadulstwo.
   
Grottger. Powitanie powstańca.
Podróżni stojący przy komorze celnej zwrócili na nich uwagę. Pomiędzy nimi mógł być agent policji rosyjskiej. Oficer nie poprzestał na werbalnej uprzejmości, ale zawoławszy żołnierzy, rozkazał im pomóc w przeprawie przez Wisłę, rezerwując prom jedynie dla nich. Przedostawszy się przy pomocy Austriaków na drugi brzeg rzeki, Nina na wszelki wypadek poleciła Stachowi jechać kawałek drogi w stronę Wiślicy, aby sprawdzić, czy nikt ich nie śledzi. Dopiero upewniwszy się, że są bezpieczni, zawrócili i pojechali wzdłuż brzegu Wisły, ku ujściu rzeczki Czarnej, gdzie pan Piotrowski wyznaczył im spotkanie. Strzegli się, aby nie wpaść na patrol, którego należało starannie unikać. Nina wychylona z okna karety, rozglądnęła się uważnie po okolicy. W pobliżu dostrzegła niewielki lasek.
    - Stachu! - energicznie zapukała w przednie okienko. - Zatrzymamy się w tym lasku, aż do zmroku. Konie muszą dobrze wypocząć, bo potem pojedziemy przez całą noc.
    - Oj, będą miały co ciągnąć, biedoty. - obejrzał się na nią i westchnął. Dostrzegł wąską ścieżynę prowadzącą w głąb lasku i wjechał ostrożnie pomiędzy drzewa, zatrzymując się na niewielkiej polance.
      Chłopcy szybko wyprzęgli konie. Puszczone wolno, chodziły szczypiąc świeżą trawę lub z rozkoszą tarzając się po miękkiej murawie. Nina lekko wyskoczyła z karety i przeszła się, dokonując oględzin obu bryczek.
    -  Musimy opróżnić kufry. Część rzeczy tutaj  zakopiemy. Nie jestem pewna, czy amunicja zmieści się w skrytkach. - rozmyślała głośno.
    - Zmieści się. - zapewnił ją Maciek. - Niech jaśnie paniulka zobaczy, jak szelma stolarz sprytnie podwójny dach w karecie zrobił. Można go nawet od strony kozła podnosić do góry!
        Dopiero teraz Nina dostrzegła, że atłas, jakim były wybite ściany i sufit karety, marszczył się po bokach. Lecz tylko bardzo bystre oko dostrzegłoby ten defekt. Mira nieufnie obejrzała sufit i prędko wysiadła z karety.
    - Mam nadzieję, że ten daszek nie runie nam na głowy w czasie jazdy, wraz z całą zawartością. - wyraziła obawę. - Już odzwyczaiłam się od myśli, że coś może nam zagrażać. Chłopcy, wygrzebcie dołek i zapalcie ognisko. - przeciągnęła ramiona i zabrała się do parzenia herbaty.
    -  Mój Boże, żeby tak można przenieść cały Maków do Galicji! - rozmarzyła się Nina. - Lecz mimo wszystko, cieszę się, że wracamy do domu. Miruniu, przecież ty wcale nie znasz Makowa na wiosnę. To prawdziwy raj! Cały park zamienia się w jeden ogromny bukiet kwiatów.
        Nalała do miski trochę wody z termosu i zaczęła myć rzodkiewki kupione po drodze, nie mogąc się powstrzymać, by kilku nie schrupać. Były soczyste i pikantne.
    - Mam nadzieje,- rozmyślała się głośno- że powstanie wkrótce się zakończy, a amnestionowani powstańcy wrócą do domów.
         Ale taka ewentualność nie spodobała się Mirze.
    - Jestem przekonana, że powstanie zakończy się dopiero po interwencji wojsk francuskich! - oświadczyła autorytatywnym tonem.- Kiedy armia francuska przekroczy granice, okręty floty angielskiej,  zablokują porty rosyjskie i wtedy nareszcie będzie koniec
    - Nawet sam "Grybaldi" obiecał przyjść i bić Moskali. - dodał Maciek z przekonaniem, dmuchając na ledwie tlące się patyki. Drzewo było wilgotne i źle się paliło, dymiąc jak z komina.
        Nina tak gwałtownie obróciła się ku niemu, że woda chlusnęła z miski, a rzodkiewki rozsypały się po ziemi.
    - Prędzej uwierzę, że  sam Archanioł Michał mieczem ognistym przetrzepie carowi skórę, niż w interwencję mocarstw zachodnich! - wykrzyknęła, zirytowana naiwnymi poglądami przyjaciół.
        Panna Lutówna wyprostowała się,  przybierając zadziorną postawę.
    -  A skąd ta pewność, że interwencja nie nastąpi? - spytała zaczepnie, urażona sceptyczną wypowiedzią Niny.
    -  Miruniu, rodacy okrzykną cię geniuszem, jeżeli potrafisz wskazać na mapie choć jedno miejsce, w którym obca armia mogłaby przejść granicę, nie narażając się na zbrojny konflikt z Austrią, Prusami lub z Rosją!
       Maciek uznał, że w tym sporze racja jest po stronie Miry i nie zamierzał zgadzać się ze zdaniem swojej pani.
    -  W Krakowie ludzie powiadali, że tylko patrzeć, a sam cysorz Napolion przyjedzie do Polski bić burków!
    -  Naprawdę? - ironicznie skrzywiła się Nina, wycierając rzodkiewki w serwetkę. - Już to widzę! Przyjedzie na małpie, gdy piekło zamarznie! Jeszcze jeden polityk się znalazł. To twoja szkoła, Mireczko!
        Jaga nie wtrącała się do burzliwej dyskusji, układając na półmiskach wędliny i krojąc chleb na kanapki. Nagle przerwała pracę, usiadła na zwalonym pniu drzewa i zaczęła masować spuchnięte nogi, postękując z bólu.
      - Jeżeli natychmiast nie skończycie rozprawiać o tych głupotach, wskoczę do Wisły! - zagroziła. - W nocy nie wypoczęłam, bo w karecie twardo i mam dosyć rozważania, co by było gdyby .... Boże, taka jestem zmęczona i śpiąca! - ziewnęła, kreśląc na ustach znak krzyża.
      Nina spojrzała na jej mizerną bladą twarz, rzuciła kurze udko, które właśnie zaczęła ogryzać, zerwała się i pobiegła do karety. Wyciągnęła stos pledów, kołder i poduszek, układając na kanapce miękkie posłanie.
      -  Chodź, moja najmilsza, - powiedziała z czułością - i połóż się zaraz. - pomogła Jadze podnieść się z pnia i podprowadziła do karety. Ułożywszy ją wygodnie na przygotowanym posłaniu, okryła Jagę pledem i ucałowała. - Przepraszam, już dawno mogłam o tym pomyśleć.
    - Dziękuję. - Jaga wyciągnęła rękę i pogładziła ją po policzku. - Męczy mnie już ta podróż. Marzę, by znaleźć się w domu.  - powiedziała, przymykając sennie powieki.
    - To dla mnie się poświęciłaś, bo mogłaś pozostać w Makowie.- szepnęła Nina, patrząc na nią z troską.
        Jaga prędko usnęła, a Nina wyciągnąwszy pozostałe poduszki i pledy, położyła się obok Miry, pod rozkwitającym klonem. Do jej uszy docierały jeszcze przez chwilę rozmowy stangretów, prowadzone ściszonymi głosami, aż w końcu wszyscy zasnęli i spali długo, bo aż do zmierzchu. Nina otworzyła oczy, obudzona głośnym parskaniem koni, zaprzęganych do karety i bryczek. Był już wieczór, a na bezchmurne niebo wschodził księżyc, oświetlając ziemię zimnym, tajemniczym blaskiem. W jego srebrzystym świetle, drzewa i większe przedmioty były doskonale widoczne.
    - Oj, niedobrze! - Stach zmarszczył brwi i rozglądnął się po niebie. - Miesiąc jucha, świeci tak mocno, że i latarni nie potrzeba.
    - Za to przy załadunku nie będziemy musieli zapalić pochodni.- zauważyła Mira, pomagając Ninie składać prowizoryczne posłanie.
    - Stach ma rację! - Nina aż syknęła ze złości. - Będziemy z daleka widoczni, jak na dłoni. Trudno, ruszajmy,  pan Piotrowski nie powinien na nas czekać.
       Mlasnęły długie rzemienne baty i pojazdy ruszyły. Jechali wąską drożyną nad samym brzegiem Wisły. Koła raz po raz zapadały w niewidoczne dziury, a Nina modliła się, żeby przypadkiem nie odpadło koło lub nie pękł dyszel, byłoby to prawdziwe nieszczęście. Jednak na umówione miejsce dojechali bez żadnych niespodzianek.
Grottger. Kucie kos.
 Nina miała nadzieję, że kapitan już będzie na nich czekał, ale okazało się, że nie ma ani promu i pana Piotrowskiego, ani tym bardziej Aleksa. Zaczęła się niepokoić, obawiając się jakiejś złej przygody. Wiosenna noc była krótka, a praca przy przeładunku z pewnością przeciągnie się do północy. Nerwowo krążyła brzegiem rzeki, wpatrując się w stronę, skąd miał przypłynąć prom. W tym miejscu rosły gęste krzewy, wiklina i niewielkie drzewka, schodząc niemal do samej wody. Dawały znakomitą kryjówkę, zarazem jednak zasłaniały widok na drogę. Mogli nie zauważyć, jakby ktoś się zbliżył. Dokoła panowała niczym nie zmącona cisza. Tylko rzeka czasami plusnęła o brzeg, albo ryba rzuciła się w wodzie. Lekki wiatr poruszał gałęziami drzewek, chłodząc jej rozgrzane policzki. Majestatycznie rozlana wielka rzeka płynęła wolno, lśniąc i połyskując srebrzyście w blasku księżyca. Od wody szedł chłód i zapach rybiego tranu. Ciszy wiosennej nocy nie mąciły nawet hałaśliwe zwykle o tej porze żaby. Nina, patrząc w stronę galicyjskiego brzegu, niecierpliwie uderzała stopą o ziemię. Promu nie było widać. Czekali długo, coraz więcej zdenerwowani i zniecierpliwieni.
    - Jezu, co się stało? - zastanawiała się Nina. - Może kurier nie dotarł do leśnego obozu i Alek nic o nas nie wie? Ale gdzie w takim razie, podziewa się pan Piotrowski? Już dawno powinien być na miejscu. Boże, tyle starań i pieniędzy miałoby teraz pójść na marne?   
    - Poczekajmy, może jeszcze przypłyną.- pocieszała ją Mira, ale i ona nie umiała oprzeć się złym przeczuciom.
       Ninę ogarnęła po prostu rozpacz. Dopilnowała, żeby mąż otrzymał broń palną... bez amunicji!  Równie dobrze mogłaby mu przywieźć wiązkę kijów. "Trzeba mieć mojego pecha, by po tylu staraniach i przygodach, znaleźć się po drugiej stronie granicy z pustymi schowkami! - pieniła się z wściekłości. - Nic mi się nie udało. Straciłam masę pieniędzy, a powstańcy jak byli, tak są bezbronni. No nie, mają karabiny, ale Alkowi tak bardzo zależało na pistoletach. Chryste, jak ja spojrzę mu w oczy? Co powiem? Gdzie diabli ponieśli pana Piotrowskiego?" - zadawała sobie w myślach pytania, na które nie potrafiła odpowiedzieć.
        Podejrzewała, że kapitan musiał natknąć się w drodze na Moskali i cały transport amunicji wpadł w ręce nieprzyjaciela. Rozglądnęła się niespokojnie, bo lada chwila mogli zjawić się kozacy lub dragoni.
    - Jeżeli pan Piotrowski nie przypłynie, - odezwała się stanowczym tonem - to Stach odwiezie nianię i Mirę do Makowa, a ja z chłopcami wrócimy do Krakowa. Muszę mieć amunicję!
    - Ja ciebie nie puszczę! - zaprotestowała Jaga. - Życie ci niemiłe?
    - Pojadę! - upierała się Nina, wysuwając do przodu podbródek na znak, że dyskusja skończona.
         Lecz w tym momencie Maciek wyciągnął rękę i wskazał coś palcem.
    -  Płyną! - rzekł krótko.
    -  Gdzie, gdzie? - dopytywali się wszyscy, patrząc w kierunku, który wskazywał.
    -  A tam, za krzakami. Zmyślne juchy, nie wypłynęli na środek rzeki, ino trzymają się samego brzegu. -  rzekł  Maciek z uznaniem.
        Rzeczywiście, po chwili spod nawisłych nad wodą gałęzi wikliny, cicho wypłynął prom. Stojący na przodzie człowiek, bacznie się rozglądał. Naraz przyłożył dłonie do ust i zagwizdał pierwsze takty "Warszawianki". Powtórzył sygnał i czekał. Tomek zbiegł nad wodę i odpowiedział mu tym samym  sygnałem. Prom wolno przybił do brzegu.
    -  Na miłość boską! - zawołała roztrzęsiona Nina. - Gdzie się podziewaliście? Myślałam, że umrę ze zmartwienia. Amunicja jest?
        Starszy pan bez pośpiechu wyskoczył na brzeg i przywitał się z paniami.
    - Owszem, jest. Spóźniliśmy się, bo trzeba było długo czekać we dworze, aż pan dziedzic znajdzie klucze do piwnicy, bo mu się gdzieś zapodziały! Oj, to są spiskowcy, od siedmiu boleści! A potem, już na środku rzeki, pękł nam drąg i o mały figiel nie rozbiliśmy się o brzeg. Cały ładunek poszedłby na dno. Zanim Antek przysposobił drugi drąg, upłynęło trochę czasu. Pan naczelnik jeszcze nie przyjechał?
    - Nie, i bardzo się tym niepokoję.- westchnęła Nina, zaglądając na prom załadowany drewnem.
    - Nawet gdyby się spóźnili, to i tak spotkacie się po drodze, bo kurier dostarczył panu naczelnikowi dokładną trasę waszej podróży. No, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Bierzmy się do roboty, bo wkrótce zacznie świtać!
      Mężczyźni weszli na prom i zaczęli odrzucać stosy drewna, kryjące schowek z amunicją. Wyciągnęli skrzynki i przenieśli je na brzeg. Kobiety wysypały z nich naboje prosto do kufrów. Schowki były wszędzie, nawet na koźle pod siedzeniem stangreta. Pracowali bez wytchnienia, nie odzywając się do siebie. Pot spływał im po twarzach, mimo iż noc była chłodna. Nina osłabiona ciężką chorobą, poczuła się źle i obawiała się, że może zemdleć. Jednak nie przerywała pracy, choć plecy pękały jej z bólu od ciągłego schylania, a dłonie krwawiły od niezliczonych skaleczeń o drzazgi i gwoździe skrzynek. Ale rozsadzała ją radość na myśl, że nie powróci z pustymi rękami i będzie mogła śmiało spojrzeć mężowi w oczy. Swoje zadanie wykonała! Załadunek zakończono przed świtem. Opuszczono dach karety kryjąc schowek. Do kufrów  ułożono na wierzch odzież i naczynia kuchenne. Stach spostrzegł z pewnym niepokojem, że dach karety lekko się wygiął pod ciężarem amunicji, lecz nie było na to rady. Dach musiał wytrzymać do końca podróży.
    -  No i po kłopocie! - zawołał wesoło pan Piotrowski. - Nie było to jak dawniej. Każdy lał sobie kule i byle miał ołów i proch, nie musiał nikogo prosić o łaskę. Czas ruszać w drogę, bo niedługo wstanie dzień. Podróżujcie tylko nocami, a w dzień kryjcie się w lasach.
    - Może jednak warto poczekać na eskortę? - zastanawiała się Nina, rozczarowana, że mąż nie przybył na miejsce spotkania.
    -  Nie wolno pani tu czekać! - zawołał kapitan. - Jeżeli kuriera w drodze zabito, do pana naczelnika nie dotarła wiadomość o transporcie.
    -  Słusznie. W takim razie natychmiast ruszamy!
        Panie nie wsiadły zaraz do karety, bo należało najpierw wyciągnąć pojazdy na twardy grunt. Stach machnął batem, konie szarpnęły, naciągnęły szory, ale kareta nie ruszyła z miejsca, bo koła głęboko zapadły w piasek. Mężczyźni podparli ją ramionami, pchając ze wszystkich sił, ale ani drgnęła. Stach zeskoczył z kozła i obejrzał powóz ze wszystkich stron.
    - Trza będzie zaprząc do karety wszystkie konie, wyciągnąć ją, a potem kolejno obie bryki. - zawyrokował i nie czekając na pomoc, jął z pośpiechem wyprzęgać konie z bryczek.
        Osiem koni połączonych w jeden zaprzęg, potężnie szarpnęło i wyciągnęło karetę. Ruszyła wolno i wytoczyła się na polną drogę. W ten sam sposób wydostano dwie bryczki i najgorsze już mieli za sobą. Teraz należało jak najszybciej dojechać do najbliższego lasu i poszukać tam schronienia aż do zapadnięcia ciemności. Mniejsze patrole nieprzyjacielskie nie zapuszczały się w głąb lasów, obawiając się zasadzki. Na wschodzie niebo pojaśniało. Odezwały się ptaki - wstawał dzień.
    - Gotowe! - oznajmił Maciek, skończywszy zakładać konie do karety i bryczek. - Niech jaśnie panie wsiadają, jedziemy!
        Lecz zanim ruszyli,usłyszeli w dali tętent, zbliżający się z każdą chwilą.
    -  Alek! - wykrzyknęła Nina z wybuchem szalonej radości.
        Stojący na czatach Tomek, jednym skokiem przypadł do karety.
    -  Kozacy! - rzucił struchlałym głosem.
    - Chłopcy, pilnujcie, żeby konie nie zarżały. - rozkazał pan Piotrowski. - Może nas nie zauważą.
        Stangreci pochwycili konie przy pyskach, kładąc im dłonie na chrapach. Przytaili się w półmroku, zakryci gęstymi krzewami rosnącymi przy drodze. Kozacy nie podejrzewając niczego, jechali swobodnie, głośno rozmawiając. Do uszu czekających w napięciu ludzi, docierały ich śmiechy i przekleństwa. Czarne sylwetki jeźdźców przesuwały się na wzgórzu, na tle jaśniejącego nieba. Bokiem minęli pojazdy i jechali dalej przez łąki, tak zagadani, że na nic nie zwracali uwagi.
        Nina odetchnęła i przeżegnała się, dziękując Bogu za tę łaskę. Niespodziewanie jeden z kozackich koni, być może kobyła, wyczuła ogiera i rzuciwszy się pod jeźdźcem, zarżała potężnie. Ogier wyrwał się z rąk Tomka i odpowiedział równie donośnym rżeniem, aż głos odbity od wody poniósł się echem. Wszyscy zdrętwieli. Kozacy błyskawicznie zawrócili małe, zwinne koniki i przycwałowali na drogę, z palcami na cynglach karabinków. Ostry, rozkazujący głos, zapytał szorstko:       
  
Bitwa pod Żyrzynem.
 -  Wy kto?
    -  Niech się panie nie odzywają. - polecił szeptem pan Piotrowski, a głośno odezwał się po rosyjsku, władając tym językiem biegle i z doskonałym akcentem: - Czego od nas chcecie? Nie widzicie, że kareta ugrzęzła w piasku i nie możemy ruszyć?
      -  Ruki wirch! - warknął ten sam głos i z gęstwiny zarośli wynurzył się rosły kozak na kudłatym koniu. Za nim pokazało się kilku innych jeźdźców. Podjechali do karety, starając się przebić wzrokiem półmrok i zorientować się, z iloma ludźmi mają do czynienia.
    - Panowie, - perswadował pan Piotrowski - jesteśmy spokojnymi podróżnymi i chcemy dojechać bezpiecznie do domu.
        Nieznacznie odwrócił się do Maćka i szepnął:
    - Wpadliśmy, ładować broń!
    - Nie szeptać tam! Ilu was jest?  Wychodźcie na środek drogi z podniesionymi rękami!Dalej! - rozkazał dowódca patrolu i podjechawszy do karety, szarpnął i otworzył drzwiczki, zaglądając do środka. Jego bystre oczy dostrzegły w mroku przytulone do siebie kobiety. Roześmiał się z satysfakcją.
      -  Ot, braciszkowie, to my barysznie naszli!  No, zapłacicie nam za fatygę. Wychodzić!
        Nina zacisnęła dłoń na ramieniu Miry, przygniatając ją do siedzenia. Sama wolno mechanicznym ruchem, zebrała fałdy szerokiej krynoliny i ociągając się, wstała. Czuła rozchodzący się od serca lodowaty chłód. Zacisnęła mocno zęby i rozejrzała się, szukając wzrokiem oficera, by odwołać się do jego honoru. Lecz pośród kozaków oficera nie było. Zrozumiała co ich czeka, gdy kozacy odkryją prom i domyślą się wszystkiego. Mężczyźni dostaną kulę w łeb, bo będą bronić się do ostatniego naboju. W najgorszym razie, powędrują za końskim ogonem do najbliższego miasta i po przesłuchaniu, zawisną na szubienicy. Ale one tu zostaną, zdane na łaskę i niełaskę kozaków!
        Zagryzła wargę, żeby głośno nie szczękać zębami i odezwała się pewnym głosem :
    - Przecież dokumenty mamy w porządku. Możecie sprawdzić. Ja znam osobiście generała Uszakowa i pułkownika Czengierego. Poskarżę się im, jeśli nas skrzywdzicie.
        Próbowała zagadać kozaka, aby zyskać na czasie. Za ścianą karety usłyszała cichutki szczęk metalu. Chłopcy ładowali pistolety.
    - Nu, zobaczymy co z was za ptaszki! Pokażcie te dokumenty.- dowódca kozaków wyciągnął do niej rękę.
    - Kuźma, na rzece stoi prom! - wrzasnął podnieconym głosem jeden z kozaków, zjechawszy na brzeg Wisły.
    -  A, to wy tacy? Wychodzić, bo strzelamy! Wszyscy na drogę!
       Kozacy cofnęli się do tyłu, celując z karabinków w karetę. Ciągle jeszcze nie mogli się zorientować,  z iloma przeciwnikami mają do czynienia. Sam patrol liczył zaledwie kilkunastu ludzi.
    -  Niech pan nie strzela! Już wychodzimy. - zawołała Nina błagalnie i stanęła na stopniu karety.
        Na razie obie strony trzymały się w szachu i sytuacja była patowa. Kozacy czaili się w zaroślach, a półmrok nie pozwalał im rozeznać się dokładnie w sytuacji. Podejrzewali, że Polaków może być więcej i czekali aż się rozwidni, żeby zaatakować. Lecz dowódcę korciły kobiety i podjechał bliżej. Zapalił suche drewienko i podniósł je do góry, aby przypatrzyć się Ninie. Jego skośne czarne oczy, wpiły się w nią, pod długimi wąsami błysnęły białe zęby w okrutnym uśmiechu. Wpatrywał się w nią długą chwilę i gwizdnął przeciągle.
    - Prosto cud krasawica! - mruknął. Wyciągnął rękę i pieszczotliwie dotknął palcem jej policzka.
        Pod wpływem tego muśnięcia poczuła, że zamiast serca ma kamień w piersi. Silna męska ręka chwyciła ją za warkocz. Szarpnął tak gwałtownie, że zobaczyła wszystkie gwiazdy. Nieznacznie  sięgnęła do kieszeni sukni. Z marmurową twarzą, na której nie malowało się żadne wzruszenie, patrząc kozakowi prosto w oczy, szybko jak myśl, wyciągnęła pistolet i nacisnęła cyngiel. Kula trafiła tam, gdzie celowała - w sam środek czoła! Mogło się wydawać, że wszyscy czekali na ten znak. Stach odwrócił się płynnym ruchem i potężnym uderzeniem ołowianej rękojeści bata, zwalił z konia stojącego obok kozaka.
    - Hospody! - ryknął trzeci, trafiony przez pana Piotrowskiego kulą. Rozłożył ramiona i spadł martwy z konia.
        Maciek rzucił się jak tygrys na czwartego kozaka, wbijając mu w piersi sztylet aż po samą rękojeść. W tej samej chwili, Tomek zamachnął się długim biczem i ciął nim konia stojącego najbliżej kozaka. Oszalałe z bólu zwierzę, skoczyło czterema nogami w górę i wycięło tylnymi kopytami, wyrzucając jeźdźca z siodła.  Kozak nie zdążył wyjąć stopy ze strzemienia i rozbiegany koń pogalopował przed siebie, ciągnąc go za sobą po ziemi. Reszta kozaków, jak na komendę, dała ognia. Strzelali niecelnie i kule gwizdnęły tylko nad głowami Polaków, nie czyniąc nikomu krzywdy. Ale konie zaprzężone do karety i bryczek, przerażone strzałami, zaczęły się rzucać w uprzęży i rżeć. Tomek ryzykując życie, zaczął je pod gradem kul wyprzęgać. Tymczasem robiło się coraz jaśniej. Wstawał ciepły i pogodny kwietniowy poranek. Lada chwila mogły nadejść kozakom posiłki, zaalarmowane odgłosem strzałów.
    - Niech panie wsiadają na konie! - rozkazał pan Piotrowski, obejmując dowództwo. - Uciekajcie, my ich tu zatrzymamy.
    - Pli! - rozległa się rosyjska komenda i grad kul posypał się na karetę, dzwoniąc o stalowe podwozie i przeszywając pudło powozu na wylot.
    - Jezu! - stęknął przewoźnik, waląc się na ziemię.
    - Uciekajcie! - powtórzył rozkaz kapitan.
    - Ja nie potrafię jeździć konno! - zawołała Mira z płaczem. - Spadnę i zabiję się. Dajcie mi pistolet, będę strzelać!
    -  Ja także nie dam rady jechać konno. - powiedziała Jaga. Spojrzała na Ninę i zakreśliła jej na czole krzyżyk. - Uciekaj, ratuj się,  moje dziecko najdroższe. Dajcie mi wystrzeloną broń, to będę nabijać. Nina, rusz się!
        Przez jedną krótką chwilę, Nina toczyła z sobą straszną walkę. Tak bardzo chciała żyć, zobaczyć męża, powrócić do ukochanego Makowa. Wystarczyło wskoczyć na konia i zniknąć w ciemnych zaroślach. Kozacy z pewnością nie będą jej ścigać, może nawet nie zauważą jej ucieczki. Lecz zdawała sobie sprawę, że do końca życia prześladować ją będą twarze niani, Miry i tych cudownych chłopców,  którzy zapłacą życiem, osłaniając ogniem jej ucieczkę. Będzie ich widziała w snach i na jawie, w dzień i w nocy. Czy potem odważy się spojrzeć w twarz mężowi, matce Maćka, żonie i dzieciom Stacha? A po najdłuższym życiu, czy odważy się spojrzeć bez wstydu w   oblicze Boga?
    - Nie! - oświadczyła stanowczo. - Ja zostanę. Ale ty, Tomku, uciekaj z końmi i jedź w tę stronę, z której ma nadjechać pan naczelnik.
    - Ja nie pojadę! - krzyknął z rozpaczą chłopak i pobladł śmiertelnie, wpatrując się w nią rozbieganymi oczami. - Nie zostawię mojej pani. Lepiej tu zginąć, niż powiedzieć panu, że was pomordowano!
    - Tomku, rozkazuję ci w imieniu pana naczelnika, bierz konie i jedź, bo za chwilę zabiją nam zwierzęta! - powiedziała twardym tonem.- To nie jest ucieczka. Zrozum, nawet jak przeżyjemy, nie ruszymy się stąd, mając martwe konie. Amunicja musi dotrzeć do obozu. Postaraj się znaleźć pana naczelnika.
        Chłopak spojrzał na nią oczami pełnymi łez, potem jednym skokiem znalazł się na końskim grzbiecie i ciągnąc za sobą pozostałe konie, zniknął zakryty drzewami. Słońce wznosiło się coraz wyżej nad linią horyzontu, złocąc czuby drzew  Nina leżąc za kołem karety, podziwiała ten cud natury, na który zwykle nie zwracała uwagi. "Jaka szkoda, że nie zobaczę już zachodu słońca i nie dożyję poranka." - rozmyślała z najgłębszym żalem. Wtuliła twarz w gęstą zieloną trawę, lecz zaraz zmusiła się, by podnieść głowę i starannie wycelowała z pistoletu w lekko poruszającą się gałąź krzaka. Wymierzyła dokładnie i wolno nacisnęła cyngiel. Usłyszała wystrzał, okrzyk bólu i po jej wargach przemknął uśmiech ponurego zadowolenia.
       Sytuacja była raczej beznadziejna. Kozakom każdej chwili mogły nadciągnąć posiłki i zakończyć walkę. Zeskoczywszy z koni, pokryli się w zaroślach i strzelali gęsto, haniebnie pudłując. Jak dotąd, nikt poza nieszczęsnym przewoźnikiem, nie został nawet draśnięty. Zaszyci w krzakach kozacy byli niewidoczni, za to cel mieli jak na dłoni i uparcie dziurawili pudło karety i obie bryczki.
    "Za chwilę będzie po nas! - pomyślała Nina, z trudem zachowując spokój. - Jeżeli trafią w amunicję, wylecimy w powietrze. Może to i lepiej? Boże, po jakiego licha posłuchałam pani wojewodziny?". Modliła się, żeby ta męka nie trwała długo, gdyż miała wrażenie, że od początku potyczki minęły wieki. "Czy to nie idiotyczny żart losu, że wyszłam ze śmiertelnej choroby, tylko po to, żeby zginąć tutaj za sprawę, która jest mi obojętna?"
    - Na litość boską, niechże się panie ratują, dopóki ich jeszcze powstrzymujemy! - odezwał się ochrypłym głosem pan Piotrowski.
    - Nie uciekniemy daleko. Dogonią nas i.. Nie, lepiej już zginąć od kuli. - Nina przełknęła ślinę, zwilżając zaschnięte gardło. Podczołgała się nieco dalej i pociągnęła Maćka za nogawkę spodni. Obejrzał się na nią niecierpliwie. Twarz miał skurczoną dziką nienawiścią, a w kącikach ust pianę. W jego oczach płonęła wprost  zwierzęca wściekłość.
    - Maciuś... - szepnęła drżącym głosem. - Daj mi słowo honoru powstańca, że nie pozwolisz, aby mnie wzięli żywą!  No wiesz...zrobisz to?
    - Nikogo z nas żywcem nie dostaną.  Przysięgam na zbawienie duszy, że im mojej jaśnie paniulki nie oddam! - uniósł wargi w złym grymasie. Na tle ciemnej opalonej twarzy, zalśniły białe zęby, ostre i drapieżne, jak u dzikiego zwierzęcia. - Ot, tam nasze wybawienie! - ruchem głowy wskazał dach karety wyładowany amunicją. - Ja nie spudłuję!
      
Grottger. Schronisko.
Uścisnęła mu rękę, uspokojona i nawet pogodzona z losem. To będzie lekka śmierć, może nawet nic nie poczuje?  Pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, znad rzeki podniosła się mgła i zasnuła brzeg Wisły, przysłaniając drzewa i zarośla. Ranek był tak piękny, że Ninie zrobiło się żal, że musi umierać na wiosnę. Ponownie złożyła głowę na trawie i wdychała jej zapach i woń ziemi, którą ukochała całym sercem. Wtem pan Piotrowski poderwał się i wyciągnął szyję, pilnie nadsłuchując.
    - Chryste! - wrzasnął w ostatniej rozpaczy. - Kryjcie się, Moskale nadjeżdżają!
        Teraz już wyraźnie słychać było pędzące galopem konie i trzask łamanych gałęzi. Jakiś oddział nieprzyjacielski, zaalarmowany strzałami nadjeżdżał z pośpiechem, łamiąc ciężarem koni zarośla. Nina poczuła, że obejmuje ją mocne ramię Jagi. Odszukała rękę Miry i ścisnęła ją z całej siły, wpijając paznokcie w jej ciało. W nagle zapadłej ciszy usłyszała ufny szept modlitwy niani:   -     - Kto się w opiekę odda Panu swemu i całym sercem szczerze ufa Jemu, śmiele rzec może: Mam obrońcę Boga, nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga.
      Nina nie miała nawet siły, by przyłączyć się do modlitwy. Skuliła się, przymknęła powieki czekając, aż piki kozackie przygwożdżą ją do ziemi, albo usłyszy wystrzał i wyleci w powietrze w obłoku ognia i dymu. Kątem oka dostrzegła Maćka, jak wstaje się z ziemi i wolno podnosi rękę z rewolwerem, celując w dach karety. Czekał... Widocznie mściwie pragnął, aby razem z nimi zginęli także kozacy.
        W zaroślach rozległ się przeraźliwy, mrożący krew w żyłach krzyk i natychmiast rozległy się wściekłe wrzaski, kwik koni i huk strzałów. Z krzaków wypadł oszalały ze strachu koń kozacki, niosąc na grzbiecie zalaną krwią kulbakę.
    -  Nasi!! - ryknął pan Piotrowski z uniesieniem i wyrzucił w górę czapkę.
    - Maryjo, Józefie święty, to nasze chłopaki! - krzyczał wniebogłosy Maciek, strzelając na wiwat w powietrze. - A bywajcie,w samą porę!
        Stach upadł na kolana i żegnając się, odmawiał głośno pacierz, dziękując Bogu za ocalenie. Jaga i panna Lutówna płakały, nie wstydząc się łez. Nina tak osłabła ze wzruszenie, że nie miała siły podnieść się i leżała z czołem przyciśniętym do koła karety. Modliła się bez słów, samym tylko bezgranicznym porywem wdzięczności. Otwarła oczy i naraz wzrok jej padł na kozaka, którego sama zabiła. Kula z pistoletu zmasakrowała mu twarz. Z krwawej maski wyłaniały się tylko zęby, wyszczerzone w szyderczym grymasie śmierci. Poczuła zawrót głowy i zrobiło się jej niedobrze. Upadła twarzą na trawę, dławiąc się i charcząc. Pusty .żołądek kurczył się i podchodził pod gardło. Jak przez watę słyszała tubalne głosy mężczyzn, szloch Miry i radosny śmiech Jagi.
    Ktoś przyklęknął obok i czyjaś dłoń delikatnie uniosła jej głowę. Chłodna blacha manierki dotknęła ust. Ufnie pociągnęła długi łyk i krztusząc się, kaszląc i dysząc, ponownie opadła na trawę, oszołomiona ognistym smakiem wódki. Była tak wyczerpana nerwowo, że nie miała nawet ochoty otworzyć oczu i zobaczyć, kto przy niej klęczy.  Spirytus palił ją w gardle jak ogień. Czyjaś troskliwa ręka otarła jej twarz z potu, chusteczką zamoczoną w wodzie. Gorące usta dotknęły jej czoła, składając długi, mocny pocałunek. Drgnęła, bo było to bardzo znajome dotknięcie.
    - Zdążyliśmy w ostatniej chwili!- usłyszała głos i natychmiast podniosła powieki, otwierając szeroko oczy.
        Aleks był jeszcze bardzo blady, w jego źrenicach tliły się iskierki okropnego lęku. Pochylił się nad nią nisko, a jego mocne ramiona przygarnęły ją z całej siły do piersi.

Emisariusz i spotkanie z kozakami. Fragment II tomu mojej powieści:" KOCHANKOWIE BURZY"

Pewnej nocy obudziło mieszkańców pałacu mocne pukanie do drzwi.
    Pierwszy porwał się Walenty, śpiący jak zając, z otwartymi oczami. Nie śpiesząc się z otwieraniem, poszedł obudzić panią. Zanim oprzytomniała z twardego snu,  już zerwali się z łóżek lokaj Paweł i Jaga oraz pani ochmistrzyni. Razem poszli sprawdzić, kogo licho przyniosło. Przez uchylone drzwi, wcisnął się do sieni mężczyzna otulony w futrzaną szubę. Spod puszystej  czapki z lisa, widać mu było tylko oczy. Rozejrzał się i uspokojony widokiem rozespanych domowników, złożył niezgrabny ukłon.
    - To Maków, majątek pana hrabiego Klonowieckiego? - spytał cichym, opanowanym głosem.
    - Tak. - Nina zmierzyła przybysza podejrzliwym wzrokiem. W tych czasach nie wolno było ufać nikomu obcemu.
    - Przepraszam. Obudziłem państwa o bardzo niestosownej porze. -  usprawiedliwiał się nieznajomy, strącając z siebie krople deszczu. - Muszę koniecznie pomówić z panem hrabią!
    -  Niepotrzebnie się pan trudził. - burknęła Nina rozespana i zła.  -  Mąż wyjechał za granicę dla poratowania zdrowia. Przykro mi.
         Przybysz nie wyglądał na zawiedzionego tą wiadomością.
    - W takim razie chcę rozmawiać z panią hrabiną Klonowiecką! - oświadczył, nie zrażony   chłodnym przyjęciem. - To bardzo ważne!
    
A.Grottger. Pożegnanie powstańca
Nina gestem zaprosiła go do  buduaru. Walenty pośpiesznie zapalił lampy naftowe i świeczniki, kierując całe światło na nieproszonego gościa, aby Nina mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Ale spod podniesionego kołnierza i wciśniętej mocno na czoło czapki, niewiele było widać.  Nina skinęła i kamerdyner pozostawił ich samych. Była świadoma, że Walenty stoi razem z Pawłem za drzwiami i gotowy do interwencji, nadsłuchuje, czy nie dzieje się jej krzywda.
    -  Słucham pana.-  usiadła i wskazała nieznajomemu fotel.
    - O panu Klonowieckim słyszałem od doktora Borutyńskiego. - przemówił mężczyzna. Wstęp był niebezpieczny i Ninę ogarnęło złe przeczucie. Nie ufała ludziom kryjącym swoje twarze.
    -  Przepraszam. - odezwała się wyniośle.  -  Jak dotąd, nie wiem z kim rozmawiam.
    -  Pani  raczy mi wybaczyć. - gość zaczął manipulować przy dużym guziku futra. Z trudem odkręcił wierzch guzika i wydobył maleńką karteczkę, wręczając ją Ninie
       Ciągle spięta i nieufna, podeszła do lampy i obejrzała uważnie skrawek papieru. Dostrzegła pieczęć z Orłem, Pogonią i Archaniołem Michałem, a poniżej napis:"Polska z roku 1772, jedna, niepodzielna." Był to rozkaz Rządu, polecający okazicielowi  dokumentu, udzielenie wszelkiej pomocy i informacji. W razie odmowy groziła surowa kara. Dokument był z pewnością autentyczny,  bo zupełnie takie same pieczęcie widziała na rozkazach przywożonych przez Jasia1.
         Nieznajomy zdjął czapkę i złożył jej głęboki ukłon.
    -  Jestem członkiem Rządu Narodowego i nazywam się.... -  nie dokończył, bo przerwała mu stanowczym gestem.
    - Nie!  Proszę mi się nie przedstawiać. Mogę zostać aresztowana i gdyby pytano mnie, czy znam takiego a takiego pana, chcę z czystym sumieniem odpowiedzieć, że go nie znam!
    - Jak pani hrabina sobie życzy. - zgodził się mężczyzna i starannie ukrył karteczkę we wnętrzu guzika.
    - W czym mogę być panu pomocna? - spytała, chowając obie dłonie w szerokich rękawach peniuaru, obszytego białym futrem. Obcy nie powinien był się domyślić, że trzęsie się ze strachu. Obecność członka Rządu Narodowego pod dachem jej domu, niosła zapowiedź zemsty władz carskich, widmo więzienia i zesłania, a może nawet śmierci.
         Mężczyzna zdecydował się zdjąć futro. Usiadł swobodnie i patrzył na nią badawczo.
    -  Potrzebuję pomocy pani hrabiny. - rzekł, zniżając głos do szeptu. Twarz miał młodą, szczupłą i raczej pospolite rysy przeciętnego inteligenta. Zachowywał się  nieśmiało, widocznie nie oswojony jeszcze z piastowaną wysoką godnością. Nie nauczył się żądać i rozkazywać tylko prosił.
    - Ja wiem, że pan naczelnik "Czarny", znajduje się w polu wraz ze swoją partią. - ciągnął, używając pseudonimu Aleksa, znanego tylko wtajemniczonym. - Pan Janek wiele mi o nim opowiadał i polecił dom pana hrabiego, jako miejsce, gdzie w razie potrzeby można znaleźć gościnę i pomoc.
        " A to mi się braciszek przysłużył!" - pomyślała z gniewem, unosząc jednocześnie kąciki ust w uroczym uśmiechu.
    -  Czy wiadomo pani hrabinie, gdzie obecnie znajduje się pan generał Langiewicz?
    -  Prawdopodobnie jeszcze w Nowej Słupi.
    -  Daleko stąd ?
    -  Kilkanaście wiorst. To niewielkie miasteczko u stóp Góry Świętokrzyskiej.
    - Rozumiem. - bąknął przybysz, ściągając z namysłem brwi. -  Mimo wszystko, ja muszę     dotrzeć do pana generała! Miałem pecha, zgubiłem się. Nie znam terenu i nie posiadam żadnego środka lokomocji. Wynajęty chłop  podwiózł mnie  tylko do Makowa.
    -  Pan wie o spaleniu Wąchocka?
    -  Niestety wiem. Wszyscy o tym mówią i zapał zaczyna przygasać. Tym bardziej muszę widzieć się z generałem.
         Nina popatrzyła na niego z politowaniem.
    - Pan wcale nie orientuje się w sytuacji! - oznajmiła podniesionym tonem. - Od strony Radomia, generał Mark rozsyła kolumny wojska, pacyfikując okolicę. Palą i niszczą przed sobą wszystko .Z Kielc wyruszył pułkownik Czengiery i razem z Gołubowem pustoszą tereny Gór Świętokrzyskich. Wszędzie buszują kozacy. Pan mówi:"muszę się widzieć z Langiewiczem!" A jak do niego dotrzeć,  pytam? Na miotle?
        Zarys ust mężczyzny nagle stwardniał.
    - Nie wiem jak, ale mam nadzieję, że pani hrabina ułatwi mi to zadanie. Przedzieraliśmy się tutaj w większym gronie, lecz dla bezpieczeństwa rozdzieliliśmy się i teraz nie mam pojęcia gdzie obecnie są moi koledzy i czy jeszcze żyją. Rząd Narodowy musi nawiązać kontakt z panem generałem! -  jego głos nadal brzmiał uprzejmie, ale w ostatnich słowach dosłyszała nutkę rozkazu.
    - Zrobię, co w mojej mocy, lecz nie mogę zagwarantować panu, że ta impreza się powiedzie. Proponuję, żeby pan przenocował i wypoczął. Jutro zastanowimy się, co robić. - wstała i pociągnęła taśmę dzwonka.
        Walenty zjawił się w mgnieniu oka.
    -  Proszę wskazać panu pokój i podać posiłek. Walenty, nikogo tu nie było tej nocy!
    - Oczywiście! Wszyscy całą noc mocno spaliśmy! - odparł kamerdyner krótko i z ciekawością obejrzał gościa.
    -  Życzę panu spokojnej nocy. -  Nina skinęła  głową i poszła do sypialni
       Jaga czekała na nią, ogromnie zaintrygowana nocnym przybyszem, lecz rzuciwszy okiem na zatroskaną twarz wychowanki,  nawet nie spytała, kto przyjechał.
    - Coś mi się wydaje, że znowu masz nowe kłopoty, kotuniu. - zauważyła tylko, odruchowo strzepując i porządkując pomiętą pościel.
    -  Obawiam się, że tak, nianiu. Idź już spać, kochana. Połowę nocy mamy straconą.
       Ułożywszy się w wyziębionym łożu, Nina rozważała, w jaki sposób pomóc wysłannikowi Rządu. W normalnych warunkach, można było dojechać do Słupi w kilka godzin. Lecz trwało powstanie, każdego podróżnego obowiązywały dokumenty: przepustka lub paszport, wystawione przez carskie władze. Nie wątpiła, że delegat Rządu miał doskonale podrobione papiery, lecz to wcale nie było gwarancją bezpiecznej podróży. Rosyjscy sołdaci rozbestwieni bezkarnością, mordowali nawet niewinnych podróżnych, jadących w karetach pocztowych i strzelali do niech dla rozrywki. Poddających się powstańców, bezlitośnie wieszali, .a rannych po bitwie dobijali.  Swoim oficerom, próbującym powstrzymać ich od gwałtów, grozili buntem. Sam wielki książę Konstanty, był wstrząśnięty brutalnym zachowaniem swoich żołnierzy i pisał do cara:"Rozbestwienie ich jest okropne i zaczyna sięgać takich rozmiarów, że mnie przeraża!"
       W tej sytuacji, Nina miała o czym myśleć, jak przewieźć tego człowieka, który jej zaufał, przez obszary patrolowane przez kozaków i dragonów. Nic nie przychodziło jej do głowy, choć tak wysilała umysł, aż dostała migreny. Bardzo żałowała, że nie może się od tego przykrego obowiązku wykręcić, ale nie chciała zrazić do siebie członka Rządu, ze względu na męża, a trochę ze strachu przed surową karą, jaką pewnie wymierzyłaby jej policja narodowa, czyli sztyletnicy! Nie, lepiej nie ryzykować. Pech chciał, że pan Bochniak wyjechał do Kielc, w sobie tylko wiadomym celu i nie miała się kogo poradzić. Wolała nie wtajemniczać w sprawę nawet panny Lutówny, nie wiedząc, czy przedstawiciel Rządu wyraziłby na to zgodę.
        Dawniej, z każdym problemem zwracała się do męża. Westchnęła i stękając, wstała z łoża i pomaszerowała do jego pokoju, aby choć pożalić się przed jego portretem. "Najdroższy, poradź mi, co mam robić?" - wołała w duchu, wpatrując się w jego piękną twarz. Objęła się ramionami i stała, drżąc z zimna i nerwów. Odpowiedział jej poważnym spojrzeniem bursztynowych oczu.  O, jakże pragnęła gorącymi pocałunkami rozjaśnić uśmiechem mroczne głębie jego źrenic, tchnąć życie w nieruchomą twarz. Był taki piękny, daleki i nieosiągalny. Potrząsnęła ze smutkiem głową i powróciła do łóżka.  Aby oderwać myśli od trosk, wzięła powieść Jane Austin, lecz sentymentalne perypetie miłosne zimnokrwistych Anglosasów tylko śmieszyły ją  i denerwowały. Zazdrościła im spokojnego i bezpiecznego życia w tym mglistym i mokrym od deszczu kraju, którego od czasu najazdu Normanów nie tknęła noga najeźdźcy. Wzruszała ramionami, czytając opisy balów i uroczystych obiadów w pałacach arystokracji, gdzie na wspaniałych srebrach stołowych podawano gościom cynaderki w sosie własnym i tradycyjne kanapki z ogórkiem! Znudzona ziewnęła, odłożyła książkę i zgasiła świeczkę.     Jeżeli wysłannik Rządu pojedzie jedynie z furmanem, już przez to samo będzie podejrzany.  Może mniej rzucałby się w oczy, jakby towarzyszyła mu kobieta.  No dobrze, ale kto? Panna Lutówna? O, Mira była bardzo odważna i całym sercem oddana Sprawie, ale nie znała tutejszych ludzi i terenu.                           Niestety, wygląda na to, że będzie musiała sama się potrudzić. Było to jedyne rozsądne rozwiązanie tej kwestii. Nina sapnęła i przewróciła się na drugi bok. Do rana już nie zasnęła, obmyślając najkrótszą drogę do Słupi. Wstała o świcie i posłała Pawła do pokoju gościa, zapraszając na śniadanie.
    -  Czy mogę liczyć na pomoc pani hrabiny? - spytał delegat Rządu, kiedy usiedli do stołu w małej jadalni.
    -  Zdecydowanie tak!
    - Mam nadzieję, że dostanę za przewodnika człowieka pewnego i dobrze znającego okolice?
    - Naturalnie.- odparła spokojnie, napełniając mu filiżankę wonną mokką. - Pojedzie mój stangret, zaprzysiężony powstaniec i ja!
          Mężczyzna spojrzał na nią,  jak na osobę obraną z rozumu i aż podskoczył na krześle.
    - Pani hrabino,.wykluczone! Absolutnie nie wyrażam na to zgody! - oznajmił stanowczo. - Ostatecznie mogę ryzykować własne życie i z konieczności życie człowieka, który pojedzie ze  mną. Ale nigdy, przenigdy, nie narażę na niebezpieczeństwo damy w.... - przerwał i  spuścił oczy – Pani hrabina raczy mi wybaczyć, ale nie pozwoliłbym narażać się swojej żonie, więc i pani na to nie pozwolę.
    -  A ma pan inne wyjście? - popatrzyła na niego kpiąco.
    - Nie zgadzam się!
    - Hm! - Nina wysoko uniosła lewą brew. - Nie wątpię, że w Warszawie liczą się z pańskim zdaniem, ale w Makowie ja rządzę i odpowiadam teraz za pańskie bezpieczeństwo. Dwaj podróżujący mężczyźni natychmiast obudzą podejrzenia patrolu. Co innego, jeśli pojedzie z panem kobieta.
    - Powtarzam, ja się na zgadzam! Gdyby, co nie daj Boże, stała się pani krzywda, nigdy bym sobie tego nie wybaczył.
    - Pomówimy o tym, kiedy dojedziemy do celu podróży. Na razie proszę się ze mną nie sprzeczać, tylko spokojnie wykonywać moje polecenia. - oświadczyła władczym tonem.- Mam nadzieję, że włada pan językiem rosyjskim?
    - Studiowałem w Rosji. Pani hrabino, jest pani niezwykłą kobietą. - patrzył na nią z podziwem. - Jeżeli dożyję starości, opowiem moim wnukom, jak pewna prześliczna dama ratowała mnie w tarapatach.
    - Życzę tego panu i sobie, ale na wypadek gdyby zatrzymał nas patrol, niech pan głośno wrzeszczy, przeklina i wygraża im pięścią. Takie zachowanie zawsze robi na nich wrażenie. Ja jestem pańską siostrą i wiezie mnie pan do lekarza  w Słupi.
    -  A jest tam jakiś lekarz ?
    - Nie wiem. My mieszkamy w Świętomarzu. Musi pan zapamiętać  nazwy miejscowości. Proszę podać mi swoje fikcyjne imię
         W jego poważnych oczach błysnęła iskierka humoru.
    - Powiedzmy, Józef! Do usług pani hrabiny. - skłonił się uprzejmie. Próbował ją jeszcze przekonać, by pozostała w domu, ale nawet nie chciała go słuchać.
      Prychnęła, obróciła się na pięcie i wyszła z jadalni. Narzuciwszy na siebie futro, poszła do stajni. Mignon przywitała ją cichym rżeniem, wyciągając ku niej głowę. Poczęstowała ulubienicę jabłkiem i kostką cukru, i zaczęła się wolno przechadzać, uważnie obserwując konie stojące w boksach.
    -  Jaśnie paniuleczka chce gdzieś jechać? - usłyszała nad sobą głos Maćka. Stał na drabinie i widłami zrzucał ze stryszku siano dla koni. Był wprawdzie jej osobistym stangretem, ale często musiał sam obsługiwać i karmić zwierzęta, bo po wybuchu powstania pozostało tylko czterech stajennych.
    - No... jeszcze nie wiem. - urwała, zastanawiając się, czy ma prawo narażać życie chłopaka.- Mam taki zamiar, ale to niebezpieczna impreza. - powiedziała, patrząc na niego z wahaniem.
         Oczy Maćka zabłysły. Zeskoczył z drabiny, odłożył widły i podszedł do niej
    - Jakże to?  Przecie ja samej jaśnie paniulki nie puszczę! Gdzie moja pani, tam i ja! A gdzie pojedziemy?
    -  Musimy się dostać do Słupi i bezpiecznie zawieźć tam jednego pana. 
    -  Do partii Langiewicza? - Maciek aż poczerwieniał z emocji.
    - Aha! Posłuchaj, Maciuś, w drodze możemy natknąć się na kozacki patrol. Można także                  zawisnąć na przydrożnym drzewie, wiesz?
    - E.... do wszystkiego można się przyzwyczaić, jak powiadał jeden wisielec. - filozoficznie skomentował jej uwagę. - Kto by się bał? A kiedy pojedziemy?
    - Za godzinę. Pomyśl, jakie wziąć konie. Szkoda, że śnieg stopniał, bo sanie byłyby najlepsze.
        Uradowany nadzieją na obiecującą przygodę, Maciek dokładnie obejrzał wszystkie konie i zdecydował się na cztery wałachy
    -  To diabły nie koniska. - rzekł z przekonaniem. - Pan koniuszy Kacper powiadał, że można nimi do samego piekła dojechać. Nie ma lepszych do bryczki. Weźmiemy tę zieloną, bo ma daszek. Wytrzyma jazdę nawet po skałach. Koła się nie połamią, bo niedawno moczyłem je w stawie. Dyszel także mocny. Proszę jaśnie paniulki...
    -  Tak?
    -   Ja bym sobie wziął do pomocy Tomka Kochana.
    -   Nikt nie może wiedzieć, gdzie jedziemy i kogo wieziemy.- oświadczyła surowo.
            Maciek posłał jej wymowne spojrzenie i pocałował ją w rękę.
    -  No, czego jeszcze chcesz, ty uparciuchu ? - złagodniała Nina.
    - Przecie to dobry chłopak i dla naszego pana dałby się ze skóry obedrzeć. On  nawet wcale kozaków się nie boi, a gębę trzymać potrafi. - gorąco przekonywał ją Maciek. - Stary Gulak uczył go strzelać, ino chłopak nie ma z czego. A sprytna jucha...Cygana oszuka! Konie go lubią i przyda się nam po drodze, bo będziemy powozić na zmianę
    -  Dobrze, ale pamiętaj, że za niego zaręczyłeś!
        Uradowany chłopak obiecał, że za godzinę bryczka będzie gotowa do drogi .Wyciągnął ją z wozowni i z zapałem zaczął wpychać pod siedzenie worki z obrokiem dla koni i zapasowe części uprzęży,  tak na wszelki wypadek.
    -  Nie zajeżdżaj pod pałac, tylko stań przy bocznej furcie. - poleciła Nina odchodząc.
        W domu ubrała się ciepło i starannie, lecz bez przesadnej elegancji, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Dokumentów nie brała. Polakom nie musiała się legitymować, a Rosjanom nie mogła, ze względu na fałszywe papiery delegata. Zajrzała do pokoju niani i wyobraziwszy sobie piekielną awanturę, jaką urządzi jej Jaga po powrocie, skuliła ze strachu ramiona. Na paluszkach weszła do pokoju kredensowego i rozglądnęła się ostrożnie, szukając wzrokiem masywnej postaci niani. Ale w kredensie był tylko kamerdyner
    - Walenty, gdzie jest moja niania? - spytała szeptem.
    - Niedawno widziałem,  jak szła z panią ochmistrzynią do pulardarni2. - odparł równie cicho i spojrzał na nią z nagłym niepokojem.  - Przecież  jaśnie pani hrabina nie pojedzie...O Jezu, ja nie pozwolę! Położę się na progu i nie puszczę!
    - Ciii! - położyła palec na ustach. - To niedaleko, jutro będę w domu. Może po drodze dowiem się czegoś o panu. - przekonywała go chytrze, dobrze wiedząc, że tym argumentem trafi mu do przekonania.
    - Panno Najświętsza, w tym stanie? - jęknął, łapiąc gwałtownie oddech.- Nie daj Jezu Chryste nieszczęścia, to ja bym nie mógł panu w oczy spojrzeć. Tylko kamień przywiązać do szyi i do stawu!
    - Wszystko będzie dobrze. - zaśmiała się wzruszona i rozbawiona jego tragiczną miną. - Walenty dożyje późnej starości i nie będzie musiał skakać do zimnej wody. Jakby niania o mnie pytała, to pojechałam z Maćkiem do pani wojewodziny i przenocuję u niej, żeby nie wracać w nocy. Niech pan Szymon prędko przygotuje prowiant dla czterech osób na dwa dni.
    - Jezusie Nazareński, królu żydowski! - stękał przerażony staruszek. - Przecież to nawet nie wypada, żeby dama sama jedna jechała z mężczyznami. A dokąd się jaśnie pani hrabina wybiera?  -spytał konspiracyjnym tonem.
    -  Do Langiewicza! - szepnęła mu do ucha.- Proszę nikomu tego nie powtarzać.
         Biedak aż pobladł i oniemiał, lecz wiedział z doświadczenia, że młodej pani nie przekona i posłusznie podreptał do kuchni, mamrocząc po drodze pacierz.  Nina weszła do buduaru, gdzie siedział delegat Rządu.
    -  Proszę się ubierać, panie Józefie,jedziemy! - zawołała wesoło.
       Pośpiesznie narzucił na siebie płaszcz i wcisnął na głowę lisią czapę. Wzdychając, podążył za nią do bryczki. Walenty postanowił odprowadzić panią aż do bocznej furty. Za nim dreptał Paweł, obładowany paczkami z jedzeniem. W bryczce leżały już ciepłe pledy, poduszki i kilim, służący do okrycia siedzenia. Nina wsiadła do bryczki przy pomocy Maćka, wspominając z goryczą czasy, kiedy jeszcze niedawno, wskakiwała na nią jednym susem. Usadowiła się wygodnie, okrywając siebie i swego towarzysza pledami.  Maciek usiadł na koźle obok Tomka i cmoknął na konie. Koniuszy Stach, asystujący przy odjeździe  pani, obrzucił bryczkę i konie krytycznym spojrzeniem i z zadowoleniem skinął głową.
    -  Z Bogiem! - mruknął . - Będą z chłopców  ludzie.
     
J.Chełmoński. Epizod z powstania.
Konie ruszyły raźno, parskając i wyrzucając łbami. Walenty długo patrzył za nimi, odmawiając modlitwę do świętego Krzysztofa, patrona szczęśliwej podróży. W końcu zamknął za bryczką bramę i wolno powrócił do pałacu, ocierając wierzchem dłoni wilgotne oczy.
    Wypoczęte i spasione wałachy, tak lekko ciągnęły bryczkę, że Maciek musiał lejcami hamować ich zapał. Ale na wiejskiej drodze koła zaczęły grzęznąć  w rozmiękłej glinie i zapadać w dziury wymyte deszczami. Pogoda była paskudna. Po kilku dniach mroźnych przyszła odwilż, zamieniając śnieg w błoto, a drogi w bajora. Świat roztopiony w mętnych, szarych strugach zimnego deszczu, sprawiał przygnębiające wrażenie. Krople deszczu bębniły rytmiczne staccato na podniesionej budzie bryczki. Nina zniechęcona małomównością towarzysza podróży, próbowała drzemać, przymykając powieki i kołysząc się w przód i w tył. Lecz sen przerwał jej strumyczek wody, cieknącej nie wiadomo skąd, prosto na jej głowę. Przesunęła się w inne miejsce, ale woda złośliwie podążała za nią i  uparcie kapała jej na głowę. Naciągnęła kaptur i zaczęła obserwować mijaną okolicę, patrząc z obrzydzeniem na rozmiękłe pola. Mijane wsie, małe i brudne, tuliły się do niewielkich sadów. Z chat pokrytych gontem lub słomą, unosiły się smugi białawych dymów i ciągnęły nisko nad ziemią. Na bezlistnych drzewach siedziały wrony, skulone, mokre i zziębnięte.
      Maciek trzaskał z bata, poganiając konie. Przestraszone ptaki podrywały się ciężko i kracząc, odlatywały kawałek, opadając na najbliższe drzewo niczym zwiastuny nieszczęścia. Nad tą beznadziejnie smutną krainą, sprawowały patronat ubogie kapliczki, przybrane w przegniłe, zeszłoroczne wieńce. Delegat Rządu zdawał się drzemać, ale gdy bryczka podskoczyła, otworzył oczy i rozejrzał się czujnym wzrokiem.
    -  Ubogo to wszystko wygląda. - zauważył, spoglądając na mijaną wieś.
    -  Kiedy przejdą tędy Moskale, będzie wyglądało znacznie gorzej!- stwierdziła uszczypliwie. -  Tym bardziej, że gospodarze nie mogą już liczyć na pomoc ze strony dworu. Swoim Manifestem oddaliście sobie i im niedźwiedzią przysługę.
    - Nie zgadzam się z panią. Przez wieki szlachta bezlitośnie bogaciła się kosztem nędzy poddanych. Niechże teraz poniesie konsekwencje swoich czynów.
    -  Myli się pan, bo to wy poniesiecie skutki bezmyślnego entuzjazmu, ponieważ ogromna większość chłopów przenigdy nie poprze  powstania. Są mądrzy i bardziej wierzą w zaręczenia cara. Nie zyskując sobie sprzymierzeńca we wsi, zraziliście do siebie ziemiaństwo. Szlachta boi się gwałtownych przemian społecznych. To był poważny błąd.
        Delegat spojrzał na nią z ukosa i spostrzegł, że Nina mruży oczy  nagle pociemniałe i bardzo chłodne.
    -  Wydaje mi się, że nie należy pani do zwolenniczek walki zbrojnej? - zauważył, ściągając brwi.
    -  Podziwiam pańską intuicję. - odparła ironicznie. - Nie, nie należę!
    - A przecież mąż pani jest powstańcem.  Poprzednio działał w konspiracji, organizując partię w tej okolicy i świetnie ją uzbrajając. Zrobił również wiele dobrego dla swoich poddanych, znosząc pańszczyznę i rozdając ziemię.
    -  Zrobiłby znacznie więcej, gdyby nie wybuch walki zbrojnej. - oświadczyła, patrząc mu w oczy  twardo i odważnie. - Będę z panem zupełnie szczera. Gdyby to zależało ode mnie, oboje bylibyśmy już za granicą!  Sądzi pan zapewne, że jestem złą Polką? Otóż nie. Ja mam tylko bardzo tragiczne i ponure doświadczenia z lat dziecinnych. Mój ojciec ponosił dla kraju wielkie ofiary. Był nieszczęsnym uczestnikiem Powstania Wielkopolskiego, zakończonego klęską. A kiedy potem umierał samotnie w pruskiej twierdzy, miał czas zastanowić się, czy warto było poświęcić żonę, małą córkę i cały majątek, dla z góry przegranej sprawy. Powstanie dowodzone przez pana Mierosławskiego upadło, a tysiące mórg polskiej ziemi  - mojej ukochanej ziemi, dostało się w łapy Prusaków! Taki był efekt nieprzemyślanej ruchawki! - zawołała z gniewnym uniesieniem, jak zawsze, gdy wspominała mękę ojca i utratę domu. Żarliwość, jaka brzmiała w jej głosie, zrobiła na delegacie Rządu pozytywne wrażenie.
    - Ja panią rozumiem. - rzekł znacznie łagodniej. - Lecz w naszym szczególnym położeniu, jako naród  nie istniejący na mapach świata, podzielony na trzy części, musimy wszelkimi siłami starać się wybić na niepodległość. Tylko walka daje nam taką szansę.
    - Oczywiście! - parsknęła.-"Kijami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty!" - zacytowała drwiąco słynne powiedzenie Leona Frankowskiego.
    - Nie należy szydzić z zapału naszej młodzieży. - skarcił ją, boleśnie dotknięty. - Nie jesteśmy zresztą sami. Niedawno wielki Garibaldi powiedział: "Italia fata, Polonia fata sera!" To znaczy: "Włochy zrobione, następna będzie Polska."
    - Doprawdy? - syknęła – Te apele Garibaldiego i Mazziniego zraziły do nas cesarza Napoleona III,  który często bywał celem ataków anarchistycznych Włochów.
    -  O, widzę, że pani hrabina poważnie interesuje się polityką. Ale zapewniam panią, że słowa takich ludzi, jak Garibaldi czy Mazzini, są więcej warte niż armaty.
    - To spróbujcie strzelać nimi do Moskali! - wrzasnęła wyprowadzona z równowagi. - Wielka szkoda, że nie słyszał pan, co mówią o was ludzie, których domy spłonęły, a bliskich wymordowano. Nie wierzą we wzniosłe frazesy i  przeklinają sprawców swego nieszczęścia.
       Mężczyzna spuścił nisko głowę i umilkł. Nina ochłonęła ze złości i zrobiło się jej bardzo nieprzyjemnie. "Boże, ja zawsze muszę coś niepotrzebnie chlapnąć językiem. Przecież to przedstawiciel Rządu i może poważnie zaszkodzić Alkowi." - robiła sobie wyrzuty po fakcie.  Wyciągnęła rękę i lekko uścisnęła  dłoń mężczyzny.
    - Przepraszam. - powiedziała pokornie. - Pewnie nie mam racji i moja opinia jest zbyt subiektywna. Kocham moją ojczyznę i pragnę jej wolności, lecz niekiedy ogarniają mnie wątpliwości, w sens dalszej walki i lęk o życie bliskich mi osób.
    -  To ja najmocniej panią przepraszam. - podniósł jej rękę do ust  i ucałował.- Pozwoliłem sobie na demagogiczne argumenty zapominając, że pani ma powody do zniechęcenia. Ja również wolałbym budować niż burzyć, ale tą walką staraliśmy się uchronić tysiące młodych mężczyzn przed branką. Powstanie, to był ich wybór, nie nasz. Komitet do ostatniej chwili  próbował przesunąć  termin wybuchu zbrojnego. Zostaliśmy zmuszeni do podjęcia tej dramatycznej decyzji.
       "Uratowaliście tysiące chłopców przed branką, tylko po to, by posłać ich z gołymi rękami na armaty!" Nie powiedziała tego głośno, lecz on widocznie domyślił się tego, bo pokiwał głową. Potem długi czas jechali w milczeniu. Bryczka trzęsła, bo droga stawała się stroma i kamienista, wznosząc się i opadając w dół.. Koła przestały zapadać w błoto, ale za to podskakiwały mocno na wystających z ziemi skałkach. Nina otuliła się szczelnie pledem, bo wiał porywisty północny wiatr, a dzień był zimny i wilgotny. Była już głodna i spragniona. Miała ochotę napić się gorącej herbaty z winem i zjeść coś solidnego.
    Zostawiwszy za sobą równinę, jechali wzdłuż pasma górskiego porosłego ogromnymi jodłami. Szczyty Łysicy i Łysej Góry, Szczytnika i Góry Chełmowej, tonęły we mgle. Omijając Tarczek i Świętomarz, przemykali bocznymi drogami, podążając ku Nowej Słupi. Po kilku godzinach uciążliwej jazdy, Nina poczuła się tak zmęczona i zbolała, że kazała Maćkowi stanąć na krótki postój. Na rozdrożu stała stara, opuszczona karczma, której właściciele widocznie w popłochu uciekli. Dokoła nie było żywego ducha, jedynie z potężnych jodeł kapała woda na gontowy dach budynku.
    W dużej, zrujnowanej izbie, piec na szczęście był cały. Obaj chłopcy zaczęli zbierać kawałki drewna na podpałkę, ale były wilgotne i nie chciały się palić. Bez namysłu zdarli podłogę i po chwili w piecu huczał ogień, a w kociołku wrzała woda na herbatę. W wiklinowym koszu zapakowanym przez Kumosię, była duża szynka, bochny białego chleba, pieczeń cielęca, kiełbasa i pasztet z zająca. Prócz tego butelka francuskiego wina. W szczelnie zakrytym garnku był apetyczny bigos myśliwski, a przezorna klucznica nie zapomniała ani o sztućcach, ani o naczyniach. Gorąca herbata z winem w blaszanym kubku, smakowała Ninie jak nigdy dotąd. Siedząc przy stole zaimprowizowanym z dużego pnia, wygłodniali, pożerali wprost domowe przysmaki. Tylko Maciek niespokojny o konie, często zrywał się i wychodził przed karczmę, obserwując podejrzliwie okolicę. Lecz dokoła panowała cisza, tylko deszcz bębnił po dachu. Konie zanurzywszy głowy w workach,  chrupały smacznie obrok.
         W czasie posiłku, Nina miała okazję przyjrzeć się bliżej Tomkowi Kochanowi. Piętnastoletni chłopiec był już właściwie młodziutkim mężczyzną. Zachowywał się bardzo powściągliwie i nie pytany, nigdy nie zabierał głosu, przysłuchując się tylko rozmowie. Panna Lutówna wychwalała jego żądzę wiedzy i ogromną łatwość, z jaką ją sobie przyswajał. Niekiedy Nina spotykała go w pałacowej bibliotece, gdzie wybierał książki do czytania. Na widok młodej hrabiny, rumienił się, bąkał coś pod nosem i złożywszy  niezgrabny ukłon  znikał, unosząc wybraną lekturę. Nie wiadomo dlaczego, krępowała się przemówić do niego i okazać mu odrobinę serdeczności. Za to Aleks, często z nim rozmawiał i był przekonany, że chłopaka należy koniecznie kształcić, bo jest wybitnie inteligentny, uzdolniony i zapowiada się na pięknego mężczyznę.         Miał szczupłą pociągłą twarz, duże błękitne oczy, kształtny  prosty nos i ładnie zarysowane, trochę jeszcze dziecinne usta. Jasne włosy w gęstych lokach opadały mu na wysokie czoło, a smukła figura była sprężysta i silna. Na swoje lata był wysoki i dobrze zbudowany. Nina postanowiła, że po powrocie zajmie się chłopcem i zacznie go uczyć obcego języka, koniecznego w gimnazjum. Jego samotne  dzieciństwo, a przede wszystkim uwielbienie, jakim darzył Aleksa budziło jej sympatię i współczucie.
         Napojone i nakarmione konie odpoczęły i można było ruszyć w dalszą drogę. Za sobą pozostawili Łomno, majątek państwa Woyciechowskich, a przed sobą mieli masyw Góry Chełmowej, pokrytej gęstym borem. Po drugiej stronie znajdował się las, o dziwnej nazwie Serwis!
Omijali z daleka ludzkie osady, ponieważ w niektórych wsiach, Rosjanie pozostawili już stałe posterunki strzegące rogatek. Donosiły one dowódcom kolumn wojskowych o ruchach powstańców. Tutaj znać już było ślady wojny. Napotykali spalone domy, a w małej, całkowicie zniszczonej osadzie za Sosnówką, w sadzie na drzewach kołysały się wiotkie sylwetki wisielców. Przy budzie leżał zastrzelony pies, pewnie broniący do śmierci domu. Nina odwróciła oczy od ponurego widoku,  z wysiłkiem przełykając ślinę napływającą jej do ust. Westchnęła, pomyślawszy z żalem, że mogłaby teraz leżeć wygodnie na sofie, w swoim prześlicznym buduarze, czytając jakąś pogodną i sentymentalną powieść. Przebyli drewniany mostek na bystrej górskiej rzeczce i zagłębili się w głębokim wąwozie, często spotykanym w okolicach Gór Świętokrzyskich. Wyminęli połamany chłopski wóz i zabitego konia. Maciek z niepokojem popędzał wałachy. Przemknęli przez zakręt  i niespodziewanie ich  oczom ukazało się kilku jeźdźców. Maciek ściągnął lejce i obejrzał się do tyłu.
    -  Przed nami jacyś konni! - krzyknął wystraszony
        Nina spojrzała na delegata Rządu okrągłymi z przerażenia oczami. Mężczyzna nie okazywał niepokoju. Siedział spokojnie, choć musiał przecież zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa oraz z tego, co go czeka, gdy dostanie się w ręce nieprzyjaciela.
    -  Nie możemy zawrócić, już za późno. - rzekł opanowanym głosem. Wstał i wytężył wzrok, starając się przeliczyć konnych. Jeźdźcy siedząc na dobrych wierzchowcach szybko się zbliżali.
    - No cóż, pani hrabino, spróbujemy odegrać komedię, ale nigdy nie byłem utalentowanym aktorem. Tak mi przykro, że z mojej winy grozi pani poważne niebezpieczeństwo. - nieznacznie wsunął rękę do kieszeni płaszcza.  Nina dostrzegła w niej zarys rewolweru.
  
Giertymski. Patrol powstańczy.
 -  Proszę jaśnie pani! - wyrwał się naraz Tomek, z napięciem obserwujący konnych. - Kiedy to nie są kozacy ani dragoni .
    -  Jesteś tego pewien? - w sercu Niny zatliła się wątła iskierka nadziei.
    - Chyba tak. - Tomek obdarzony sokolim wzrokiem, zerwał się z kozła i zawołał z radością:-  To Polacy!  Mają na głowach konfederatki! Nina z westchnieniem ulgi opadła na ławkę, dziękując Bogu za ocalenie. Powstańcy podjechali do nich galopem i otoczyli bryczkę kołem. Był to niewielki oddziałek kawalerii, dowodzony przez postawnego blondyna. Chłopcy siedzący na koźle, pożerali wzrokiem ich porządne karabinki przewieszone przez ramię i powstańcze mundury.
    -  Kim jesteście, obywatele? - spytał dowódca, podejrzliwym okiem obrzucając elegancki, jasny strój Niny.  Dobre Polki nadal w tym czasie nosiły żałobę. Delegat Rządu skinął na dowódcę i rzekł cichym głosem:
    - Wolność!....
    - Równość! Niepodległość! -odrzekł tamten jak echo i przyjrzał się niepozornej postaci nieznajomego. - Obywatelu, czy wy jesteście....
       Delegat skinął głową i odwróciwszy się,  nieznacznie odkręcił  guzik. Powstaniec przeczytał dokument i zasalutował.
    -  Niezmiernie mi  miło powitać państwa. - złożył Ninie niski ukłon. - Boże, gdzie ja miałem oczy, że nie poznałem pani hrabiny? Przecież tak pięknej kobiety nie spotyka się dwa razy w życiu.
    -  Pan mnie zna? - zdumiona uniosła brwi.
    -  Ależ byłem gościem pani w Makowie!. Nocowałem w tym ślicznym saloniku od ogrodu -. zaśmiał się kawalerzysta. - Jestem porucznik Jan Chrzciciel Prendowski3, dowódca kawalerii pana generała Langiewicza, do usług pani hrabiny!
    -  Naturalnie, teraz sobie pana przypomniałam. - z uśmiechem podała mu rękę. - A my już powoli gotowaliśmy na śmierć  lub niewolę przekonani, że wpadliśmy na patrol kozacki.
    -  Wszystko jest możliwe, ponieważ kozacy są w tej okolicy. - odrzekł Prendowski.
    -  Dzięki niezwykłej odwadze pani hrabiny Klonowieckiej i tych dwóch zuchów, – delegat wskazał na stangretów - bez przeszkód dotrę do celu.
       Konie powstańców były zmęczone, więc kawalerzyści jęli je karmić i poić. W skalnym zagłębieniu rozpalono małe ognisko, na którym wkrótce zabulgotał w kociołku krupnik. Nina ofiarowała żołnierzom do zupy wędzony boczek i pęto kiełbasy bodzentyńskiej, słynącej z wybornego smaku. Delegat Rządu siedząc przy ognisku, wypytywał Prendowskiego o dotychczasowy przebieg działań wojennych Langiewicza.. Porucznik całym sercem oddany swemu dowódcy, ważył każde słowo. Jednakże nawet z tych skąpych wyjaśnień, można się było domyślić, że taktyka wojenna generała była nieskuteczna. Tylko kompletnemu zaskoczeniu Rosjan i ich wyjątkowej ślamazarności, powstańcy zawdzięczali, że nie zostali przez nich rozgromieni już pierwszego dnia, i nie utopiono ich we krwi, Po klęsce wąchockiej, generał przezornie wycofał  się w odwieczne bory świętokrzyskie, dokąd Moskale na razie się nie zapuszczali. Pierwsze dni lutego przyniosły powstańcom same niepowodzenia. W augustowskiem, rozbito pod Czystą Budą oddział Jastrzębskiego. Pod Słubczą poszła w rozsypkę partia Leona Frankowskiego, podążającego z pomocą Langiewiczowi, a sam Frankowski ciężko ranny, wpadł w ręce wroga. W lasach bolimowskich rozbito partię hrabiego Stroynowskiego. Mówiono nawet, że  sam hrabia poległ.     Generał Uszakow, naciskany przez wielkiego księcia Konstantego, był zdecydowany stłumić za wszelką cenę bunt, na terenie  guberni radomskiej i kieleckiej. Wojska rosyjskie rozwścieczone bezskuteczną pogonią za Langiewiczem, nie dawały pardonu nikomu, mordując rannych na polu walki, nie szczędząc dworów, ani magnackich pałaców należących nawet do przeciwników powstania. Między innymi, doszczętnie ograbiono piękny pałac hrabiego Poletyłły, senatora i członka Rady Stanu. W czasie napadu, dwie osoby zabito, a kilka poważnie poraniono. Namiestnik nie przyjmował żadnych skarg,  ponieważ cesarz sobie tego nie życzył. W ogarniętym powstaniem kraju, Góry Świętokrzyskie były zapewne jedynym miejscem, gdzie nieprzyjaciel czuł się niepewnie. Pomimo poniesionych strat, mała armia polska nieustannie powiększała swoje szeregi. Stojący w Słupi, Langiewicz gotował się do rozprawy ze zbliżającymi się kolumnami pułkownika Czengierego.
    -  Czy do obozu przybył już ktoś z Warszawy? - zagadnął Prendowskiego delegat Rządu, biorąc z jego rąk kubek z gorącą herbatą.
    -  Owszem, jest ksiądz Mikoszewski.
    -  A obywatela Awejdy jeszcze nie było?
    - Niestety nie. Ksiądz również pytał o niego generała i bardzo niepokoi się spóźnieniem  obu panów.
    - Panie poruczniku. -  Nina wtrąciła się do rozmowy. - Czy w Słupi słyszano  może o oddziale naczelnika "Czarnego"?
    - O ile mi wiadomo, po bitwie wąchockiej pan naczelnik poszedł ku Brodom. - odrzekł uprzejmie Prendowski.
    - Boże! - szepnęła blednąc. - Przecież Brody spalone! Nie wie  pan o jakiejś bitwie w tamtych stronach?
    - Przykro mi, lecz nie potrafię udzielić pani hrabinie bardziej szczegółowych informacji. - porucznik posłał jej  współczujące spojrzenie. - Ale proszę się  nie martwić. O takiej bitwie wiedzielibyśmy z pewnością, bo Moskale głośno by to wydarzenie  skomentowali.
    -  Zapewne. - przyznała, choć wyjaśnienia porucznika wcale jej nie uspokoiły.
        Krupnik ugotował się i dokoła rozeszła się  woń  wędzonki i kiełbasy.  Zgłodniali powstańcy obsiedli kociołek i jedli zupę chlipiąc i wzdychając z lubością. Nina nie mogła nic jeść, pomimo serdecznych zaproszeń Prendowskiego. Za to obaj chłopcy przysiedli się do ogniska i pałaszowali zupę pogryzając chlebem, bardzo dumni, że oto są pomiędzy powstańcami, jakby w samym ich obozie. Zaraz po posiłku Nina zaczęła się żegnać, rezygnując z wypoczynku.
    -  Nigdy nie zapomnę pani poświęcenia i odwagi. - powiedział delegat Rządu, całując obie jej ręce. - Moja żona żegnając mnie, płakała . Być może to pani hrabinie zawdzięczam, że nie musi mnie opłakiwać do końca życia.
    - Cieszę się, ze względu na bezpieczeństwo pana i nasze. A tak między nami: dlaczego Rząd upatrzył sobie nasze skromne górki na cel zbiorowych wycieczek? Podobno Tatry są bardziej malownicze.
    - Też tak słyszałem. Ale mieliśmy nadzieję, że generał Langiewicz utrzyma się w Wąchocku, a  my będziemy się mogli w końcu ujawnić na terenie opanowanym przez powstańców.
    - Rozumiem. - Nina zagryzła usta powstrzymując wybuch śmiechu. - W takim razie życzę panu i całemu Rządowi samych sukcesów.  Niech was Bóg ma w opiece. - a po cichu dodała:"Nas również!"
    -  Zdaję sobie sprawę, że sądzi nas pani surowo, lecz kiedyś Bóg i historia ocenią, czy słusznie zrobiliśmy wzniecając  powstanie. Nie jest pani ciekawa, dla kogo się pani narażała?
    -  Nie! Ale wiem dla kogo to zrobiłam! Dla mego męża walczącego w powstaniu. - odpowiedziała z powagą. - Adieu, panie Józefie.- wsiadła do bryczki i wypoczęte konie ruszyły miarowym kłusem.
    Nigdy potem nie próbowała się dowiedzieć, kogo wówczas przewoziła. Przypuszczała, że mógł to być Józef Kajetan Janowski4, sprawujący w Rządzie funkcję ministra, sekretarza stanu, bo przedstawił się swoim prawdziwym imieniem. Wracając do domu, Nina miała cichą nadzieję, iż czeka tam na nią wiadomość od męża. Śpieszyła się i kazała Maćkowi poganiać konie. Bryczka skakała po wyboistej drodze, a ona podskakując na twardym siedzeniu marzyła, by znaleźć się nareszcie w ciszy swej sypialni i zasnąć. Pozostawili za sobą Krajków i Łomno i jechali pustą drogą, omijając wsie. Deszcz nareszcie przestał padać i pomiędzy skłębionymi obłokami, wyglądała nieśmiało blada tarcza słońca. Obaj chłopcy szeptem dzielili się wrażeniami ze spotkania z kawalerią polską, utyskując po cichu, że nie mogli się do nich przyłączyć. Ich narzekania zirytowały Ninę.
    -  Maciek, nie buntuj Tomka! Jest za młody, aby ginąć. Patrzcie, bohaterowie się znaleźli!
       Skarceni chłopcy zamilkli obrażeni i aby zamanifestować chęć do walki, zaczęli śpiewać półgłosem starą pieśń.                                       
                Niech wzdyć wspomną sobie fryce
                Racławice, Kościelnice
                Końskie i Dubienkę!
                Chodźwa, bijwa, tnijwa
                Sieczwa nosy na bigosy
                Śpieszwa na wojenkę!5
    Dalej jechali w milczeniu, rozglądając się bacznie po okolicy. Lasy pozostały za nimi i teraz bryczka podążała po dosyć płaskim terenie, ze wszystkich stron widoczna. Właśnie mijali kępkę wysmukłych brzóz rosnących przy drodze, kiedy Tomek obejrzał się za siebie i pobladł.
Kozacy dońscy.
  -  Jezu, kozacy za nami!- zawołał struchlałym głosem.
      Nina i Maciek spojrzeli w tym kierunku i dostrzegli na końcu drogi mały oddziałek kozaków. Siedzieli na drobnych, zwinnych konikach, a ostrza wysokich pik lśniły w blasku zimowego słońca. "To już koniec!" - przemknęła Ninie przez głowę rozpaczliwa myśl. Maciek nie uległ panice. Podniósł się na koźle i stanąwszy w szerokim rozkroku, żeby nie stracić równowagi, zamachnął się potężnie batem.
    -   Trzymajta się! - ryknął  wniebogłosy.
       Smagane bez litości konie pomknęły galopem. Sadziły na przełaj przez pola, nie trzymając się drogi. W szalonym pędzie uciekały w tył drzewa, skałki i jakieś chłopskie chaty. Budynki zasłoniły ich na moment przed pościgiem, mimo to kozacy prędko się zbliżali. Nina skulona na siedzeniu, kurczowo trzymała się poręczy przekonana, że  za moment rozlegną się strzały i usłyszą gwizd kul. Ale kozacy nie strzelali, bo szkoda im było amunicji na tak marną zdobycz, która lada moment miała wpaść im w ręce. Co jakiś czas Maciek odwracał głowę i mierzył wzrokiem odległość dzielącą ich od pościgu. Czasami kozacy znikali zakryci drzewami, ale w miarę upływu czasu bryczka zwalniała, a ścigający byli coraz bliżej. Twarz Maćka wykrzywiona  grymasem strachu, wyglądała przerażająco, w jego oczach płonęła dzika, zajadła nienawiść.
        Nina obijana w tym szalonym pędzie, jęczała z bólu. Bryczka trzęsła i pochylała się na boki grożąc przewróceniem. Nina zdawała sobie sprawę, że długo nie wytrzyma takiej jazdy i zemdleje lub poroni. Bała się, że wypadnie i nic ją wtedy nie uratuje przed śmiercią. Chciała się pomodlić, ale słowa pacierza zamierały jej na wargach i tylko szeptała cicho: "Aleczku, ratuj!"... Przed nimi był ostry zakręt. W tym miejscu kończyły się płaskie pola, a zaczynał gęsty las. W pobliżu widać było kilka nędznych chłopskich chałup, na wpół skrytych w gęstych sadach. Tomek odwrócił się na koźle. Ujrzała jego szeroko rozwarte oczy błyszczące podnieceniem, i młodzieńczą twarz ściągniętą wyrazem stanowczej decyzji.
    - Jak tylko miniemy ten zakręt, skaczcie! - wrzasnął desperacko, wyrywając lejce z rąk Maćka. - Kozunie polecą za mną. Maciek, ratuj panią! Skaczcie, wrócę po was!
         W mgnieniu oka Maciek zrozumiał jego plan. Błyskawicznie przeniósł się z kozła do wnętrza bryczki. Kiedy tylko minęli zakręt i las zasłonił ich na moment przed wzrokiem pogoni, Tomek powstrzymał rozbiegane konie. Maciek pochwycił Ninę na ręce i wyskoczył z bryczki, która ruszyła i prędko zniknęła pomiędzy drzewami lasu. Pobiegli skuleni rowem, a potem skryły ich drzewa w sadzie. Maciek ciągnął ją za sobą, pędząc w stronę chałup, a strach jeszcze dodawał mu sił. Trafiwszy na otwartą przestrzeń czołgali się po błocie, tuląc do rozmiękłej ziemi. Nina biegła coraz wolniej i podnosiła się z trudem, ciężko dysząc. Z przerażeniem zrozumiała, że siły ją opuszczają. Brzuch ciążył jej nieznośnie, traciła równowagę, potykała się i pieniła  z wściekłości na myśl, iż przez to niechciane dziecko prawdopodobnie straci życie. "Och, jakbym tak teraz miała pod sobą moją konisię, mogłabym sobie kpić z kozaków!" - myślała z żalem. Potknęła się i upadła. Leżąc twarzą do ziemi wiedziała, że już się nie podniesie.                             
  - Maciek, zostaw mnie i uciekaj! - wycharczała z trudem przez zaschnięte gardło. - Ja już nie mogę ...
     Bez słowa pochylił się nad nią i stękając, zarzucił ją sobie na plecy, jak worek ziemniaków. Zgarbiony pod jej ciężarem, dźwigał ją cierpliwie aż do pierwszego z brzegu małego domku.     Ocierając kroplisty pot z czoła, ostrożnie postawił ją na nogach, sapiąc i z wysiłkiem łapiąc oddech rozchylonymi ustami. Weszli nieśmiało do ciemnej izby, brudnej, z glinianą polepą uginającą się pod stopami. W kącie, na barłogu zbitym z desek, na garści słomy, leżało chude jak szkielet, widocznie chore dziecko. Przy nim stała młoda jeszcze kobieta, strasznie zabiedzona, trzymając w ramionach sinawe niemowlę. Zatrzymali się na progu, obrzucając szybkim spojrzeniem wygasły komin i drewnianą konewkę, będącą oprócz barłogu,  jedynym sprzętem w tej izbie.
    - Ścigają nas kozacy! - wykrztusiła Nina, kaszląc i otrząsając się z błota. Nawet w ich rozpaczliwej sytuacji, widok tej okropnej nędzy był wstrząsający. Zgasła ostatnia nadzieja na ratunek, bo cóż ich los mógł obchodzić tę wynędzniałą kobietę. Wieśniaczka popatrzyła na nich obojętnie, bez zdziwienia.
    - Wejdźcie na stryszek. Tam dużo siana, nie znajdą was. - powiedziała, wpatrując się w nich apatycznym wzrokiem.
       Po wąskiej drabince wdrapali się na stryszek, aż po dach zawalony sianem. Ukryli się w najdalszym kącie, zakopując głęboko w sianie. Skuleni, drżący ze strachu, oczekiwali z bijącymi sercami na dalszy rozwój wypadków. Kozacy nie byli głupcami. Jeden oddziałek pomknął za bryczką, a drugi zatrzymał się przy osiedlu, metodycznie przeszukując dom po domu. Przez cienki gontowy dach, słychać było ich wrzaski, krzyki ludzi bitych nahajkami, gdakanie przerażonych kur, które mołojcy chwytali i troczyli sobie do siodeł.
       Głosy zbliżały się, ktoś otwarł z trzaskiem drzwi i do izby wpadło kilku kozaków.
    -  Widziała ty, Lachów?  A może ukryłaś gdzieś buntowników, co? - rozległ się rozkazujący męski głos i jednocześnie świsnął w powietrzu bat, spadając na barki kobiety.
       Chłopka zaczęła płakać, a niemowlę na jej rękach rozkrzyczało się przeraźliwie. Ninie włosy stanęły na głowie. Obiema rękami zakryła usta i przytuliła się do boku Maćka, jakby u niego szukała pomocy. Chłopak równie przerażony jak ona, przygniótł ją mocniej do desek podłogi, nakazując spokój.
    -  Panowie, nie bijta! - szlochała kobieta. - Przecie widzita, że tu ni ma nikogo.
    -  Co tam macie na strychu? - zagadnął inny po polsku.
    - Ino siano la krowy. Ale ktosik nam krowinę ukradł i tera ni mam mlika nawet dla dziecków.- tłumaczyła łkając.
    -  Sprawdzić strych! - rozkazał dowódca.
       Skrzypnęły szczeble drabiny, rozległy się ciężkie kroki dwóch mołojców i naraz ostrza pik jęły kłuć siano miejsce przy miejscu. Nina zwinęła się w kłębek przekonana, że lada moment stalowe ostrze przeszyje jej ciało na wylot. Słyszała, że kroki podążają  w ich stronę, szeleściło siano poruszane pikami, a obaj kozacy głośno sapali. Ciężki but ze stalową ostrogą minął o centymetry jej twarz. Była już cała mokra od potu oblewającego jej ciało i wpółżywa ze strachu. Nie tyle może lękała się  śmierci,  co bólu i hańby. Kozacy znani byli z dzikości i wyrafinowanego okrucieństwa. Ze szczególnym sadyzmem pastwili się nad polskimi kobietami, gwałcąc i okaleczając je okropnie przed śmiercią. Nina miała przy sobie pistolet ojca i postanowiła, że żywa nie dostanie się w ich łapy. Maciek także posiadał broń. Chłopak  silny i sprawny fizycznie, miał większe szanse przeżycia. Mógł wyjść przez gontowy dach i spróbować ucieczki. Ale ona, ociężała i zmęczona, w razie wykrycia, byłaby zgubiona bez ratunku.
      Mołojcy bardzo dokładnie spełnili rozkaz dowódcy i przeszukali strych, dziesiątki razy przeszywając siano pikami. Po jakimś czasie, który ukrywającym wydawał się wiekiem, drabina ponownie zatrzeszczała i ktoś zameldował po rosyjsku, że na strychu nie ma nikogo. Na pożegnanie, chłopka dostała pięścią w twarz i nareszcie kozacy się wynieśli. Jeszcze przez godzinę Nina i Maciek  leżeli jak nieżywi w obawie, iż kozacy mogą powrócić. Upewniwszy się, że jednak odjechali naprawdę, nie mogli wprost uwierzyć w swoje ocalenie. Wygrzebawszy się z siana, Nina rozpłakała się, będąc na skraju histerii. Maciek rzucił się na kolana i głośno, z uniesieniem odmawiał "Zdrowaś Maryjo", bijąc się w piersi i trzęsąc ze zdenerwowania.
         W porywie wdzięczności,  Nina objęła go za szyję i ucałowała jak brata.
    -  Maciuś, winna ci jestem życie! - wyszeptała mu do ucha  łzawym głosem.
        Dopiero po zmroku odważyli się zejść ze strychu. Kobieta miała rozbity i zakrwawiony nos, ale widząc ich zdrowych i całych, uśmiechnęła się uszczęśliwiona. Nina nie mogła zrozumieć, skąd w tej prostej ubogiej kobiecie, znalazło się tyle odwagi i patriotyzmu, jakich na próżno można by szukać pośród wielu ludzi, którym ojczyzna dała bogactwo i przywileje. Chłopka nie chciała wziąć żadnej zapłaty, ale Nina przemocą wcisnęła jej w rękę dwieście rubli. Kobieta w osłupieniu wpatrywała się  w pieniądze, nie umiejąc ich nawet policzyć. Usłyszawszy, że jest posiadaczką dwustu rubli w srebrze, rzuciła się na kolana i całowała Ninę po rękach i nogach, bełkocząc błogosławieństwa.
    - Nie dziękujcie nam. To my powinniśmy wam dziękować na klęczkach za ocalenie życia. - rzekła Nina, podnosząc ją i ściskając. - Przysięgam, że dopóki ja żyję, nigdy nie zaznacie biedy i głodu. A jakbyście potrzebowali pomocy, przyjdźcie do Makowa i spytajcie o dziedziczkę. Jak się nazywacie?
    - Na chrzcie świętym dali mi Katarzyna, a po moim chłopie to Owczarkowa. - wymamrotała kobieta oszołomiona ze szczęścia, nie odrywając oczu od pieniędzy. Mrugała powiekami, jakby nie wierzyła temu, co się działo.
      Nigdy o was nie zapomnę. -  powiedziała Nina z powagą.
       Prowadzeni przez wieśniaczkę, powędrowali polną ścieżyną do lasu. Upewniwszy się, że są bezpieczni, Owczarkowa pożegnała ich z wylewną serdecznością, polecając opiece boskiej i odeszła. Zdawało się Ninie, że wieki minęły od chwili wyjazdu z domu. Momenty grozy przeżytej w drodze i na strychu,  wpłynęły na zmianę żywionych dotąd przez nią przekonań i opinii. Z głębokim wzruszeniem i wdzięcznością, myślała o odwadze i poświęceniu obu chłopców, którym zawdzięczała życie. Była absolutnie pewna, że Maciek dałby się raczej porąbać na drobne kawałki, niż pozostawił ją na pastwę wroga. Zginąłby, broniąc jej do ostatniego tchu. Do tego dnia, jej stosunek do chłopów, był raczej niejednoznaczny, będąc odbiciem przesądów istniejących w sferach ziemiańskich. W domu wujostwa Borytyńskich, mieszkańców wsi traktowano pogardliwie, odmawiając im zdolności do uczuć wyższych, szlachetnych odruchów i honoru. Tę świadomość Nina wyniosła z ich domu. Ani mąż, ani Jaś,  nie potrafili przekonać jej, iż takie rozumowanie jest błędne i krzywdzące. Służbę pałacową traktowała serdecznie, mając w pamięci ponure wspomnienia z dzieciństwa. Ale  do wieśniaków odnosiła się z pewną wyniosłością, wynikająca raczej z nieśmiałości, niż niechęci. Dopiero tego dnia uzmysłowiła sobie, jak bardzo była niesprawiedliwa i korzyła się, pełna skruchy i pokory, przysięgając sobie, nigdy więcej nie osądzać ludzi wedle ich pochodzenia. Złożyła w myślach uroczyste ślubowanie przed Bogiem, że zrobi absolutnie wszystko, by zasłużyć na szacunek,  a może nawet miłość swoich poddanych.
         Wędrowali aż do świtu, zmarznięci, brudni i głodni, lecz zachwyceni tym, że jeszcze żyją i los dał im szansę oglądania nowego dnia. Wzeszło słońce i poranek uczynił się pogodny, choć bardzo zimny. Nina wlokła się krok za krokiem, tak ogromne zmęczona, że w końcu usiadła pod przydrożnym drzewem, oświadczając Maćkowi, iż raczej woli umrzeć niż iść dalej. Maciek przysiadł koło niej, otulając ją połową swego kożucha. Dzwoniąc zębami, przytuleni do siebie, czekali na powrót Tomka, albo na zmiłowanie boskie.
   
Poległy w Powstaniu Styczniowym.
-  A jeżeli Tomkowi nie udało się ujść pogoni?  - uniosła głowę, otrząsając się z ogarniającej ją senności.
    -  E, przecie bryczka była już letka. Uciekł im, psiawiarom, co daj dobry Panie Jezu, amen! - odparł chłopak, drżąc i kuląc się z zimna.
    - W takim razie powinien już tutaj być! - stwierdziła, wyobrażając sobie z narastającym niepokojem, że może Tomek miał mniej szczęścia od nich i teraz leży gdzieś martwy, lub siedzi w kozie, oczekując surowej kary.
    -  Posiedzimy, zobaczymy. - mruknął Maciek, z chłopską cierpliwością godząc się z losem.
          Nina ujęła jego rękę w obie dłonie i mocno ją uścisnęła.
    - Jeśli Bóg pozwoli, że powrócimy do Makowa, nie będziesz narzekał na moją niewdzięczność.- szepnęła, dzwoniąc zębami.
    -  Co też jaśnie paniuleczka wygaduje? - obruszył się urażony.-  To miałem uciec i zostawić moją panią na zatracenie? Przecie sam jaśnie pan naczelnik oddał mi jaśnie paniuleczkę pod opiekę. Jakbym swoją panią zostawił, to musiałbym chyba oczu od psa pożyczyć. No, chwała Bogu,  że kozunie nas nie znaleźli w tym sianie. A cały czas kręciło mnie w nosie na kichnięcie! Tera to bym się ino kropnął do wyrka i przespał cały dzień pod pierzyną. Matula mnie pewnie wygląda.
    -  A mnie niania. - wybełkotała Nina, trzęsąc się z zimna.
    -  Czy jaśnie pani nie chora  ? - Maciek popatrzył na nią z troską. - Oj, niedobrze tak na tym zimnie siedzieć.
    -  Jeszcze nie wiem. - uśmiechnęła się krzywo. -  Taka jestem zmęczona. - westchnęła sennie i wsparłszy głowę o ramię Maćka zdrzemnęła się, we śnie ponownie przeżywając dramatyczne przygody.
        Tomek zastał ich siedzących na ziemi i śpiących. Oboje byli u kresu sił. Okazało się, że kozacy zapędzili chłopca tak daleko, aż  konie padały ze zmęczenia i musiały długo wypoczywać przed powrotną drogą. Już bez przygód dotarli do Makowa. Na odgłos zajeżdżającej bryczki, wybiegła z domu Jaga, płacząc i krzycząc, za nią pędzili domownicy oderwani od zwykłych zajęć.
    -  O Jezus Maryjo święta! Wróciłaś! - niania rzuciła się na Ninę, tarmosząc ją i całując na przemian. - Wstrętne dziewczynisko, gdzie ty się podziewałaś? Sumienia nie masz, żeby mnie tak zmartwić. A ja umierałam ze strachu o ciebie. Ty się Boga nie boisz.  Wyjeżdżasz, ot tak sobie, nie zostawiając mi żadnej wiadomości? W błogosławionym stanie jeździsz bryczką!  Możesz poronić, a pan hrabia obwini mnie za to, że ciebie nie pilnowałam. Nie!  Przestań się do mnie czulić, bo tego ci nie wybaczę. Całą noc przepłakałam! Nie ruszaj się!  Nic cię nie boli? Nie całuj mnie, bo już ciebie nie kocham. Boże, jesteś taka blada, zmęczona, brudna, obdarta.... Płaszczyk i suknia całe w strzępach. O Matko cudowna, dzięki Ci, że moje dziecko wróciło żywe!
        Nina nie miała  nawet siły, aby się odezwać. Bezwolnie pozwoliła rozebrać się z mokrych i podartych resztek odzieży, umyć się i nakarmić. Całe ciało miała pokryte sińcami, na rękach i nogach naskórek pościerany był do krwi. Kumosia przygotowała kąpiel ziołową  i natarła ją jakąś maścią pachnącą rumiankiem i łagodzącą podrażnienia skóry. Po kąpieli została ułożona w rozkosznie miękkim łożu, w ciszy sypialni i natychmiast zapadła w sen.
        Obaj chłopcy  raczej pożarli niż zjedli miskę tłustej zupy, a potem, tak jak stali, rzucili się na posłania i chrapali do rana. Następnego dnia Stach wypytywał ich, gdzie byli i co robili, lecz oni wykręcali się  byle czym i koniuszy niczego się od nich nie dowiedział.