środa, 14 października 2015

Broń dla walczących powstańców. Fragment ii tomu książki:"KOCHANKOWIE BURZY"

Powracali  z Krakowa tą samą trasą, przez Wolę Batorską i Uście, przystając tylko na rogatkach i w karczmach, by napoić i nakarmić konie. Drogi obeschły i pogoda uczyniła się cudna, prawdziwie wiosenna. Gdy zatrzymywali się na popas, gdzieś pośrodku zagajnika, pośród drzew, słychać było kukanie kukułek, stukanie dzięciołów i śpiew drozda, a spod błękitnej kopuły nieba dochodziło wesołe świergotanie skowronków.
        Na polach, aż po granice horyzontu szły pługi, chłopi siali zboża jare. Kobiety pochylone nad równymi grzędami, sadziły ziemniaki i wczesne warzywa. Wszyscy pracowali pilnie pod nadzorem karbowych i ekonomów, choć w Galicji już dawno pańszczyznę zniesiono. Jechali wolno, aby nie męczyć koni, mijając po drodze ludne wsie, dwory i wspaniałe wielkopańskie pałace  stojące pośród wielkich parków.  Pomimo wiosennej pory, ta część Małopolski sprawiała wrażenie ubogiej, zaniedbanej i jakby pogrążonej w letargu. Nigdzie nie było widać kominów fabrycznych, czy dużych warsztatów rzemieślniczych. Za to Żydów było zatrzęsienie, bo tu nie obowiązywały  ostre zarządzenia, jak w zaborze pruskim i rosyjskim.
       Na dłuższych postojach panie wychodziły z karety. Nina i panna Lutówna zbierały kwiaty polne, plotły z nich wianki i stroiły nimi przydrożne kapliczki. W drodze nie napotykano najmniejszych trudności. W Galicji tytuł hrabiowski budził szacunek. Konserwatywnym Austriakom przenigdy nie przyszłaby do głowy myśl, że młoda utytułowana dama ma coś wspólnego z powstaniem za Wisłą. W komorze celnej w Uściu, spotkali nawet tego samego oficera, który w marcu sprawdzał ich dokumenty. Węgier natychmiast poznał Ninę i powitał ją z wylewną uprzejmością.
    - Od rana miałem przeczucie, że dziś spotka mnie coś szczególnie miłego! - oznajmił radośnie, podsuwając jej krzesło. - Mam nadzieję, że wkrótce pani hrabina ponownie zawita do Galicji.
        Nina posłała mu uśmiech równie promienny, jak świecące za oknem słońce.
    - Pod warunkiem, że zawsze będę tak mile witana!- powiedziała, przeklinając w duszy jego gadulstwo.
   
Grottger. Powitanie powstańca.
Podróżni stojący przy komorze celnej zwrócili na nich uwagę. Pomiędzy nimi mógł być agent policji rosyjskiej. Oficer nie poprzestał na werbalnej uprzejmości, ale zawoławszy żołnierzy, rozkazał im pomóc w przeprawie przez Wisłę, rezerwując prom jedynie dla nich. Przedostawszy się przy pomocy Austriaków na drugi brzeg rzeki, Nina na wszelki wypadek poleciła Stachowi jechać kawałek drogi w stronę Wiślicy, aby sprawdzić, czy nikt ich nie śledzi. Dopiero upewniwszy się, że są bezpieczni, zawrócili i pojechali wzdłuż brzegu Wisły, ku ujściu rzeczki Czarnej, gdzie pan Piotrowski wyznaczył im spotkanie. Strzegli się, aby nie wpaść na patrol, którego należało starannie unikać. Nina wychylona z okna karety, rozglądnęła się uważnie po okolicy. W pobliżu dostrzegła niewielki lasek.
    - Stachu! - energicznie zapukała w przednie okienko. - Zatrzymamy się w tym lasku, aż do zmroku. Konie muszą dobrze wypocząć, bo potem pojedziemy przez całą noc.
    - Oj, będą miały co ciągnąć, biedoty. - obejrzał się na nią i westchnął. Dostrzegł wąską ścieżynę prowadzącą w głąb lasku i wjechał ostrożnie pomiędzy drzewa, zatrzymując się na niewielkiej polance.
      Chłopcy szybko wyprzęgli konie. Puszczone wolno, chodziły szczypiąc świeżą trawę lub z rozkoszą tarzając się po miękkiej murawie. Nina lekko wyskoczyła z karety i przeszła się, dokonując oględzin obu bryczek.
    -  Musimy opróżnić kufry. Część rzeczy tutaj  zakopiemy. Nie jestem pewna, czy amunicja zmieści się w skrytkach. - rozmyślała głośno.
    - Zmieści się. - zapewnił ją Maciek. - Niech jaśnie paniulka zobaczy, jak szelma stolarz sprytnie podwójny dach w karecie zrobił. Można go nawet od strony kozła podnosić do góry!
        Dopiero teraz Nina dostrzegła, że atłas, jakim były wybite ściany i sufit karety, marszczył się po bokach. Lecz tylko bardzo bystre oko dostrzegłoby ten defekt. Mira nieufnie obejrzała sufit i prędko wysiadła z karety.
    - Mam nadzieję, że ten daszek nie runie nam na głowy w czasie jazdy, wraz z całą zawartością. - wyraziła obawę. - Już odzwyczaiłam się od myśli, że coś może nam zagrażać. Chłopcy, wygrzebcie dołek i zapalcie ognisko. - przeciągnęła ramiona i zabrała się do parzenia herbaty.
    -  Mój Boże, żeby tak można przenieść cały Maków do Galicji! - rozmarzyła się Nina. - Lecz mimo wszystko, cieszę się, że wracamy do domu. Miruniu, przecież ty wcale nie znasz Makowa na wiosnę. To prawdziwy raj! Cały park zamienia się w jeden ogromny bukiet kwiatów.
        Nalała do miski trochę wody z termosu i zaczęła myć rzodkiewki kupione po drodze, nie mogąc się powstrzymać, by kilku nie schrupać. Były soczyste i pikantne.
    - Mam nadzieje,- rozmyślała się głośno- że powstanie wkrótce się zakończy, a amnestionowani powstańcy wrócą do domów.
         Ale taka ewentualność nie spodobała się Mirze.
    - Jestem przekonana, że powstanie zakończy się dopiero po interwencji wojsk francuskich! - oświadczyła autorytatywnym tonem.- Kiedy armia francuska przekroczy granice, okręty floty angielskiej,  zablokują porty rosyjskie i wtedy nareszcie będzie koniec
    - Nawet sam "Grybaldi" obiecał przyjść i bić Moskali. - dodał Maciek z przekonaniem, dmuchając na ledwie tlące się patyki. Drzewo było wilgotne i źle się paliło, dymiąc jak z komina.
        Nina tak gwałtownie obróciła się ku niemu, że woda chlusnęła z miski, a rzodkiewki rozsypały się po ziemi.
    - Prędzej uwierzę, że  sam Archanioł Michał mieczem ognistym przetrzepie carowi skórę, niż w interwencję mocarstw zachodnich! - wykrzyknęła, zirytowana naiwnymi poglądami przyjaciół.
        Panna Lutówna wyprostowała się,  przybierając zadziorną postawę.
    -  A skąd ta pewność, że interwencja nie nastąpi? - spytała zaczepnie, urażona sceptyczną wypowiedzią Niny.
    -  Miruniu, rodacy okrzykną cię geniuszem, jeżeli potrafisz wskazać na mapie choć jedno miejsce, w którym obca armia mogłaby przejść granicę, nie narażając się na zbrojny konflikt z Austrią, Prusami lub z Rosją!
       Maciek uznał, że w tym sporze racja jest po stronie Miry i nie zamierzał zgadzać się ze zdaniem swojej pani.
    -  W Krakowie ludzie powiadali, że tylko patrzeć, a sam cysorz Napolion przyjedzie do Polski bić burków!
    -  Naprawdę? - ironicznie skrzywiła się Nina, wycierając rzodkiewki w serwetkę. - Już to widzę! Przyjedzie na małpie, gdy piekło zamarznie! Jeszcze jeden polityk się znalazł. To twoja szkoła, Mireczko!
        Jaga nie wtrącała się do burzliwej dyskusji, układając na półmiskach wędliny i krojąc chleb na kanapki. Nagle przerwała pracę, usiadła na zwalonym pniu drzewa i zaczęła masować spuchnięte nogi, postękując z bólu.
      - Jeżeli natychmiast nie skończycie rozprawiać o tych głupotach, wskoczę do Wisły! - zagroziła. - W nocy nie wypoczęłam, bo w karecie twardo i mam dosyć rozważania, co by było gdyby .... Boże, taka jestem zmęczona i śpiąca! - ziewnęła, kreśląc na ustach znak krzyża.
      Nina spojrzała na jej mizerną bladą twarz, rzuciła kurze udko, które właśnie zaczęła ogryzać, zerwała się i pobiegła do karety. Wyciągnęła stos pledów, kołder i poduszek, układając na kanapce miękkie posłanie.
      -  Chodź, moja najmilsza, - powiedziała z czułością - i połóż się zaraz. - pomogła Jadze podnieść się z pnia i podprowadziła do karety. Ułożywszy ją wygodnie na przygotowanym posłaniu, okryła Jagę pledem i ucałowała. - Przepraszam, już dawno mogłam o tym pomyśleć.
    - Dziękuję. - Jaga wyciągnęła rękę i pogładziła ją po policzku. - Męczy mnie już ta podróż. Marzę, by znaleźć się w domu.  - powiedziała, przymykając sennie powieki.
    - To dla mnie się poświęciłaś, bo mogłaś pozostać w Makowie.- szepnęła Nina, patrząc na nią z troską.
        Jaga prędko usnęła, a Nina wyciągnąwszy pozostałe poduszki i pledy, położyła się obok Miry, pod rozkwitającym klonem. Do jej uszy docierały jeszcze przez chwilę rozmowy stangretów, prowadzone ściszonymi głosami, aż w końcu wszyscy zasnęli i spali długo, bo aż do zmierzchu. Nina otworzyła oczy, obudzona głośnym parskaniem koni, zaprzęganych do karety i bryczek. Był już wieczór, a na bezchmurne niebo wschodził księżyc, oświetlając ziemię zimnym, tajemniczym blaskiem. W jego srebrzystym świetle, drzewa i większe przedmioty były doskonale widoczne.
    - Oj, niedobrze! - Stach zmarszczył brwi i rozglądnął się po niebie. - Miesiąc jucha, świeci tak mocno, że i latarni nie potrzeba.
    - Za to przy załadunku nie będziemy musieli zapalić pochodni.- zauważyła Mira, pomagając Ninie składać prowizoryczne posłanie.
    - Stach ma rację! - Nina aż syknęła ze złości. - Będziemy z daleka widoczni, jak na dłoni. Trudno, ruszajmy,  pan Piotrowski nie powinien na nas czekać.
       Mlasnęły długie rzemienne baty i pojazdy ruszyły. Jechali wąską drożyną nad samym brzegiem Wisły. Koła raz po raz zapadały w niewidoczne dziury, a Nina modliła się, żeby przypadkiem nie odpadło koło lub nie pękł dyszel, byłoby to prawdziwe nieszczęście. Jednak na umówione miejsce dojechali bez żadnych niespodzianek.
Grottger. Kucie kos.
 Nina miała nadzieję, że kapitan już będzie na nich czekał, ale okazało się, że nie ma ani promu i pana Piotrowskiego, ani tym bardziej Aleksa. Zaczęła się niepokoić, obawiając się jakiejś złej przygody. Wiosenna noc była krótka, a praca przy przeładunku z pewnością przeciągnie się do północy. Nerwowo krążyła brzegiem rzeki, wpatrując się w stronę, skąd miał przypłynąć prom. W tym miejscu rosły gęste krzewy, wiklina i niewielkie drzewka, schodząc niemal do samej wody. Dawały znakomitą kryjówkę, zarazem jednak zasłaniały widok na drogę. Mogli nie zauważyć, jakby ktoś się zbliżył. Dokoła panowała niczym nie zmącona cisza. Tylko rzeka czasami plusnęła o brzeg, albo ryba rzuciła się w wodzie. Lekki wiatr poruszał gałęziami drzewek, chłodząc jej rozgrzane policzki. Majestatycznie rozlana wielka rzeka płynęła wolno, lśniąc i połyskując srebrzyście w blasku księżyca. Od wody szedł chłód i zapach rybiego tranu. Ciszy wiosennej nocy nie mąciły nawet hałaśliwe zwykle o tej porze żaby. Nina, patrząc w stronę galicyjskiego brzegu, niecierpliwie uderzała stopą o ziemię. Promu nie było widać. Czekali długo, coraz więcej zdenerwowani i zniecierpliwieni.
    - Jezu, co się stało? - zastanawiała się Nina. - Może kurier nie dotarł do leśnego obozu i Alek nic o nas nie wie? Ale gdzie w takim razie, podziewa się pan Piotrowski? Już dawno powinien być na miejscu. Boże, tyle starań i pieniędzy miałoby teraz pójść na marne?   
    - Poczekajmy, może jeszcze przypłyną.- pocieszała ją Mira, ale i ona nie umiała oprzeć się złym przeczuciom.
       Ninę ogarnęła po prostu rozpacz. Dopilnowała, żeby mąż otrzymał broń palną... bez amunicji!  Równie dobrze mogłaby mu przywieźć wiązkę kijów. "Trzeba mieć mojego pecha, by po tylu staraniach i przygodach, znaleźć się po drugiej stronie granicy z pustymi schowkami! - pieniła się z wściekłości. - Nic mi się nie udało. Straciłam masę pieniędzy, a powstańcy jak byli, tak są bezbronni. No nie, mają karabiny, ale Alkowi tak bardzo zależało na pistoletach. Chryste, jak ja spojrzę mu w oczy? Co powiem? Gdzie diabli ponieśli pana Piotrowskiego?" - zadawała sobie w myślach pytania, na które nie potrafiła odpowiedzieć.
        Podejrzewała, że kapitan musiał natknąć się w drodze na Moskali i cały transport amunicji wpadł w ręce nieprzyjaciela. Rozglądnęła się niespokojnie, bo lada chwila mogli zjawić się kozacy lub dragoni.
    - Jeżeli pan Piotrowski nie przypłynie, - odezwała się stanowczym tonem - to Stach odwiezie nianię i Mirę do Makowa, a ja z chłopcami wrócimy do Krakowa. Muszę mieć amunicję!
    - Ja ciebie nie puszczę! - zaprotestowała Jaga. - Życie ci niemiłe?
    - Pojadę! - upierała się Nina, wysuwając do przodu podbródek na znak, że dyskusja skończona.
         Lecz w tym momencie Maciek wyciągnął rękę i wskazał coś palcem.
    -  Płyną! - rzekł krótko.
    -  Gdzie, gdzie? - dopytywali się wszyscy, patrząc w kierunku, który wskazywał.
    -  A tam, za krzakami. Zmyślne juchy, nie wypłynęli na środek rzeki, ino trzymają się samego brzegu. -  rzekł  Maciek z uznaniem.
        Rzeczywiście, po chwili spod nawisłych nad wodą gałęzi wikliny, cicho wypłynął prom. Stojący na przodzie człowiek, bacznie się rozglądał. Naraz przyłożył dłonie do ust i zagwizdał pierwsze takty "Warszawianki". Powtórzył sygnał i czekał. Tomek zbiegł nad wodę i odpowiedział mu tym samym  sygnałem. Prom wolno przybił do brzegu.
    -  Na miłość boską! - zawołała roztrzęsiona Nina. - Gdzie się podziewaliście? Myślałam, że umrę ze zmartwienia. Amunicja jest?
        Starszy pan bez pośpiechu wyskoczył na brzeg i przywitał się z paniami.
    - Owszem, jest. Spóźniliśmy się, bo trzeba było długo czekać we dworze, aż pan dziedzic znajdzie klucze do piwnicy, bo mu się gdzieś zapodziały! Oj, to są spiskowcy, od siedmiu boleści! A potem, już na środku rzeki, pękł nam drąg i o mały figiel nie rozbiliśmy się o brzeg. Cały ładunek poszedłby na dno. Zanim Antek przysposobił drugi drąg, upłynęło trochę czasu. Pan naczelnik jeszcze nie przyjechał?
    - Nie, i bardzo się tym niepokoję.- westchnęła Nina, zaglądając na prom załadowany drewnem.
    - Nawet gdyby się spóźnili, to i tak spotkacie się po drodze, bo kurier dostarczył panu naczelnikowi dokładną trasę waszej podróży. No, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Bierzmy się do roboty, bo wkrótce zacznie świtać!
      Mężczyźni weszli na prom i zaczęli odrzucać stosy drewna, kryjące schowek z amunicją. Wyciągnęli skrzynki i przenieśli je na brzeg. Kobiety wysypały z nich naboje prosto do kufrów. Schowki były wszędzie, nawet na koźle pod siedzeniem stangreta. Pracowali bez wytchnienia, nie odzywając się do siebie. Pot spływał im po twarzach, mimo iż noc była chłodna. Nina osłabiona ciężką chorobą, poczuła się źle i obawiała się, że może zemdleć. Jednak nie przerywała pracy, choć plecy pękały jej z bólu od ciągłego schylania, a dłonie krwawiły od niezliczonych skaleczeń o drzazgi i gwoździe skrzynek. Ale rozsadzała ją radość na myśl, że nie powróci z pustymi rękami i będzie mogła śmiało spojrzeć mężowi w oczy. Swoje zadanie wykonała! Załadunek zakończono przed świtem. Opuszczono dach karety kryjąc schowek. Do kufrów  ułożono na wierzch odzież i naczynia kuchenne. Stach spostrzegł z pewnym niepokojem, że dach karety lekko się wygiął pod ciężarem amunicji, lecz nie było na to rady. Dach musiał wytrzymać do końca podróży.
    -  No i po kłopocie! - zawołał wesoło pan Piotrowski. - Nie było to jak dawniej. Każdy lał sobie kule i byle miał ołów i proch, nie musiał nikogo prosić o łaskę. Czas ruszać w drogę, bo niedługo wstanie dzień. Podróżujcie tylko nocami, a w dzień kryjcie się w lasach.
    - Może jednak warto poczekać na eskortę? - zastanawiała się Nina, rozczarowana, że mąż nie przybył na miejsce spotkania.
    -  Nie wolno pani tu czekać! - zawołał kapitan. - Jeżeli kuriera w drodze zabito, do pana naczelnika nie dotarła wiadomość o transporcie.
    -  Słusznie. W takim razie natychmiast ruszamy!
        Panie nie wsiadły zaraz do karety, bo należało najpierw wyciągnąć pojazdy na twardy grunt. Stach machnął batem, konie szarpnęły, naciągnęły szory, ale kareta nie ruszyła z miejsca, bo koła głęboko zapadły w piasek. Mężczyźni podparli ją ramionami, pchając ze wszystkich sił, ale ani drgnęła. Stach zeskoczył z kozła i obejrzał powóz ze wszystkich stron.
    - Trza będzie zaprząc do karety wszystkie konie, wyciągnąć ją, a potem kolejno obie bryki. - zawyrokował i nie czekając na pomoc, jął z pośpiechem wyprzęgać konie z bryczek.
        Osiem koni połączonych w jeden zaprzęg, potężnie szarpnęło i wyciągnęło karetę. Ruszyła wolno i wytoczyła się na polną drogę. W ten sam sposób wydostano dwie bryczki i najgorsze już mieli za sobą. Teraz należało jak najszybciej dojechać do najbliższego lasu i poszukać tam schronienia aż do zapadnięcia ciemności. Mniejsze patrole nieprzyjacielskie nie zapuszczały się w głąb lasów, obawiając się zasadzki. Na wschodzie niebo pojaśniało. Odezwały się ptaki - wstawał dzień.
    - Gotowe! - oznajmił Maciek, skończywszy zakładać konie do karety i bryczek. - Niech jaśnie panie wsiadają, jedziemy!
        Lecz zanim ruszyli,usłyszeli w dali tętent, zbliżający się z każdą chwilą.
    -  Alek! - wykrzyknęła Nina z wybuchem szalonej radości.
        Stojący na czatach Tomek, jednym skokiem przypadł do karety.
    -  Kozacy! - rzucił struchlałym głosem.
    - Chłopcy, pilnujcie, żeby konie nie zarżały. - rozkazał pan Piotrowski. - Może nas nie zauważą.
        Stangreci pochwycili konie przy pyskach, kładąc im dłonie na chrapach. Przytaili się w półmroku, zakryci gęstymi krzewami rosnącymi przy drodze. Kozacy nie podejrzewając niczego, jechali swobodnie, głośno rozmawiając. Do uszu czekających w napięciu ludzi, docierały ich śmiechy i przekleństwa. Czarne sylwetki jeźdźców przesuwały się na wzgórzu, na tle jaśniejącego nieba. Bokiem minęli pojazdy i jechali dalej przez łąki, tak zagadani, że na nic nie zwracali uwagi.
        Nina odetchnęła i przeżegnała się, dziękując Bogu za tę łaskę. Niespodziewanie jeden z kozackich koni, być może kobyła, wyczuła ogiera i rzuciwszy się pod jeźdźcem, zarżała potężnie. Ogier wyrwał się z rąk Tomka i odpowiedział równie donośnym rżeniem, aż głos odbity od wody poniósł się echem. Wszyscy zdrętwieli. Kozacy błyskawicznie zawrócili małe, zwinne koniki i przycwałowali na drogę, z palcami na cynglach karabinków. Ostry, rozkazujący głos, zapytał szorstko:       
  
Bitwa pod Żyrzynem.
 -  Wy kto?
    -  Niech się panie nie odzywają. - polecił szeptem pan Piotrowski, a głośno odezwał się po rosyjsku, władając tym językiem biegle i z doskonałym akcentem: - Czego od nas chcecie? Nie widzicie, że kareta ugrzęzła w piasku i nie możemy ruszyć?
      -  Ruki wirch! - warknął ten sam głos i z gęstwiny zarośli wynurzył się rosły kozak na kudłatym koniu. Za nim pokazało się kilku innych jeźdźców. Podjechali do karety, starając się przebić wzrokiem półmrok i zorientować się, z iloma ludźmi mają do czynienia.
    - Panowie, - perswadował pan Piotrowski - jesteśmy spokojnymi podróżnymi i chcemy dojechać bezpiecznie do domu.
        Nieznacznie odwrócił się do Maćka i szepnął:
    - Wpadliśmy, ładować broń!
    - Nie szeptać tam! Ilu was jest?  Wychodźcie na środek drogi z podniesionymi rękami!Dalej! - rozkazał dowódca patrolu i podjechawszy do karety, szarpnął i otworzył drzwiczki, zaglądając do środka. Jego bystre oczy dostrzegły w mroku przytulone do siebie kobiety. Roześmiał się z satysfakcją.
      -  Ot, braciszkowie, to my barysznie naszli!  No, zapłacicie nam za fatygę. Wychodzić!
        Nina zacisnęła dłoń na ramieniu Miry, przygniatając ją do siedzenia. Sama wolno mechanicznym ruchem, zebrała fałdy szerokiej krynoliny i ociągając się, wstała. Czuła rozchodzący się od serca lodowaty chłód. Zacisnęła mocno zęby i rozejrzała się, szukając wzrokiem oficera, by odwołać się do jego honoru. Lecz pośród kozaków oficera nie było. Zrozumiała co ich czeka, gdy kozacy odkryją prom i domyślą się wszystkiego. Mężczyźni dostaną kulę w łeb, bo będą bronić się do ostatniego naboju. W najgorszym razie, powędrują za końskim ogonem do najbliższego miasta i po przesłuchaniu, zawisną na szubienicy. Ale one tu zostaną, zdane na łaskę i niełaskę kozaków!
        Zagryzła wargę, żeby głośno nie szczękać zębami i odezwała się pewnym głosem :
    - Przecież dokumenty mamy w porządku. Możecie sprawdzić. Ja znam osobiście generała Uszakowa i pułkownika Czengierego. Poskarżę się im, jeśli nas skrzywdzicie.
        Próbowała zagadać kozaka, aby zyskać na czasie. Za ścianą karety usłyszała cichutki szczęk metalu. Chłopcy ładowali pistolety.
    - Nu, zobaczymy co z was za ptaszki! Pokażcie te dokumenty.- dowódca kozaków wyciągnął do niej rękę.
    - Kuźma, na rzece stoi prom! - wrzasnął podnieconym głosem jeden z kozaków, zjechawszy na brzeg Wisły.
    -  A, to wy tacy? Wychodzić, bo strzelamy! Wszyscy na drogę!
       Kozacy cofnęli się do tyłu, celując z karabinków w karetę. Ciągle jeszcze nie mogli się zorientować,  z iloma przeciwnikami mają do czynienia. Sam patrol liczył zaledwie kilkunastu ludzi.
    -  Niech pan nie strzela! Już wychodzimy. - zawołała Nina błagalnie i stanęła na stopniu karety.
        Na razie obie strony trzymały się w szachu i sytuacja była patowa. Kozacy czaili się w zaroślach, a półmrok nie pozwalał im rozeznać się dokładnie w sytuacji. Podejrzewali, że Polaków może być więcej i czekali aż się rozwidni, żeby zaatakować. Lecz dowódcę korciły kobiety i podjechał bliżej. Zapalił suche drewienko i podniósł je do góry, aby przypatrzyć się Ninie. Jego skośne czarne oczy, wpiły się w nią, pod długimi wąsami błysnęły białe zęby w okrutnym uśmiechu. Wpatrywał się w nią długą chwilę i gwizdnął przeciągle.
    - Prosto cud krasawica! - mruknął. Wyciągnął rękę i pieszczotliwie dotknął palcem jej policzka.
        Pod wpływem tego muśnięcia poczuła, że zamiast serca ma kamień w piersi. Silna męska ręka chwyciła ją za warkocz. Szarpnął tak gwałtownie, że zobaczyła wszystkie gwiazdy. Nieznacznie  sięgnęła do kieszeni sukni. Z marmurową twarzą, na której nie malowało się żadne wzruszenie, patrząc kozakowi prosto w oczy, szybko jak myśl, wyciągnęła pistolet i nacisnęła cyngiel. Kula trafiła tam, gdzie celowała - w sam środek czoła! Mogło się wydawać, że wszyscy czekali na ten znak. Stach odwrócił się płynnym ruchem i potężnym uderzeniem ołowianej rękojeści bata, zwalił z konia stojącego obok kozaka.
    - Hospody! - ryknął trzeci, trafiony przez pana Piotrowskiego kulą. Rozłożył ramiona i spadł martwy z konia.
        Maciek rzucił się jak tygrys na czwartego kozaka, wbijając mu w piersi sztylet aż po samą rękojeść. W tej samej chwili, Tomek zamachnął się długim biczem i ciął nim konia stojącego najbliżej kozaka. Oszalałe z bólu zwierzę, skoczyło czterema nogami w górę i wycięło tylnymi kopytami, wyrzucając jeźdźca z siodła.  Kozak nie zdążył wyjąć stopy ze strzemienia i rozbiegany koń pogalopował przed siebie, ciągnąc go za sobą po ziemi. Reszta kozaków, jak na komendę, dała ognia. Strzelali niecelnie i kule gwizdnęły tylko nad głowami Polaków, nie czyniąc nikomu krzywdy. Ale konie zaprzężone do karety i bryczek, przerażone strzałami, zaczęły się rzucać w uprzęży i rżeć. Tomek ryzykując życie, zaczął je pod gradem kul wyprzęgać. Tymczasem robiło się coraz jaśniej. Wstawał ciepły i pogodny kwietniowy poranek. Lada chwila mogły nadejść kozakom posiłki, zaalarmowane odgłosem strzałów.
    - Niech panie wsiadają na konie! - rozkazał pan Piotrowski, obejmując dowództwo. - Uciekajcie, my ich tu zatrzymamy.
    - Pli! - rozległa się rosyjska komenda i grad kul posypał się na karetę, dzwoniąc o stalowe podwozie i przeszywając pudło powozu na wylot.
    - Jezu! - stęknął przewoźnik, waląc się na ziemię.
    - Uciekajcie! - powtórzył rozkaz kapitan.
    - Ja nie potrafię jeździć konno! - zawołała Mira z płaczem. - Spadnę i zabiję się. Dajcie mi pistolet, będę strzelać!
    -  Ja także nie dam rady jechać konno. - powiedziała Jaga. Spojrzała na Ninę i zakreśliła jej na czole krzyżyk. - Uciekaj, ratuj się,  moje dziecko najdroższe. Dajcie mi wystrzeloną broń, to będę nabijać. Nina, rusz się!
        Przez jedną krótką chwilę, Nina toczyła z sobą straszną walkę. Tak bardzo chciała żyć, zobaczyć męża, powrócić do ukochanego Makowa. Wystarczyło wskoczyć na konia i zniknąć w ciemnych zaroślach. Kozacy z pewnością nie będą jej ścigać, może nawet nie zauważą jej ucieczki. Lecz zdawała sobie sprawę, że do końca życia prześladować ją będą twarze niani, Miry i tych cudownych chłopców,  którzy zapłacą życiem, osłaniając ogniem jej ucieczkę. Będzie ich widziała w snach i na jawie, w dzień i w nocy. Czy potem odważy się spojrzeć w twarz mężowi, matce Maćka, żonie i dzieciom Stacha? A po najdłuższym życiu, czy odważy się spojrzeć bez wstydu w   oblicze Boga?
    - Nie! - oświadczyła stanowczo. - Ja zostanę. Ale ty, Tomku, uciekaj z końmi i jedź w tę stronę, z której ma nadjechać pan naczelnik.
    - Ja nie pojadę! - krzyknął z rozpaczą chłopak i pobladł śmiertelnie, wpatrując się w nią rozbieganymi oczami. - Nie zostawię mojej pani. Lepiej tu zginąć, niż powiedzieć panu, że was pomordowano!
    - Tomku, rozkazuję ci w imieniu pana naczelnika, bierz konie i jedź, bo za chwilę zabiją nam zwierzęta! - powiedziała twardym tonem.- To nie jest ucieczka. Zrozum, nawet jak przeżyjemy, nie ruszymy się stąd, mając martwe konie. Amunicja musi dotrzeć do obozu. Postaraj się znaleźć pana naczelnika.
        Chłopak spojrzał na nią oczami pełnymi łez, potem jednym skokiem znalazł się na końskim grzbiecie i ciągnąc za sobą pozostałe konie, zniknął zakryty drzewami. Słońce wznosiło się coraz wyżej nad linią horyzontu, złocąc czuby drzew  Nina leżąc za kołem karety, podziwiała ten cud natury, na który zwykle nie zwracała uwagi. "Jaka szkoda, że nie zobaczę już zachodu słońca i nie dożyję poranka." - rozmyślała z najgłębszym żalem. Wtuliła twarz w gęstą zieloną trawę, lecz zaraz zmusiła się, by podnieść głowę i starannie wycelowała z pistoletu w lekko poruszającą się gałąź krzaka. Wymierzyła dokładnie i wolno nacisnęła cyngiel. Usłyszała wystrzał, okrzyk bólu i po jej wargach przemknął uśmiech ponurego zadowolenia.
       Sytuacja była raczej beznadziejna. Kozakom każdej chwili mogły nadciągnąć posiłki i zakończyć walkę. Zeskoczywszy z koni, pokryli się w zaroślach i strzelali gęsto, haniebnie pudłując. Jak dotąd, nikt poza nieszczęsnym przewoźnikiem, nie został nawet draśnięty. Zaszyci w krzakach kozacy byli niewidoczni, za to cel mieli jak na dłoni i uparcie dziurawili pudło karety i obie bryczki.
    "Za chwilę będzie po nas! - pomyślała Nina, z trudem zachowując spokój. - Jeżeli trafią w amunicję, wylecimy w powietrze. Może to i lepiej? Boże, po jakiego licha posłuchałam pani wojewodziny?". Modliła się, żeby ta męka nie trwała długo, gdyż miała wrażenie, że od początku potyczki minęły wieki. "Czy to nie idiotyczny żart losu, że wyszłam ze śmiertelnej choroby, tylko po to, żeby zginąć tutaj za sprawę, która jest mi obojętna?"
    - Na litość boską, niechże się panie ratują, dopóki ich jeszcze powstrzymujemy! - odezwał się ochrypłym głosem pan Piotrowski.
    - Nie uciekniemy daleko. Dogonią nas i.. Nie, lepiej już zginąć od kuli. - Nina przełknęła ślinę, zwilżając zaschnięte gardło. Podczołgała się nieco dalej i pociągnęła Maćka za nogawkę spodni. Obejrzał się na nią niecierpliwie. Twarz miał skurczoną dziką nienawiścią, a w kącikach ust pianę. W jego oczach płonęła wprost  zwierzęca wściekłość.
    - Maciuś... - szepnęła drżącym głosem. - Daj mi słowo honoru powstańca, że nie pozwolisz, aby mnie wzięli żywą!  No wiesz...zrobisz to?
    - Nikogo z nas żywcem nie dostaną.  Przysięgam na zbawienie duszy, że im mojej jaśnie paniulki nie oddam! - uniósł wargi w złym grymasie. Na tle ciemnej opalonej twarzy, zalśniły białe zęby, ostre i drapieżne, jak u dzikiego zwierzęcia. - Ot, tam nasze wybawienie! - ruchem głowy wskazał dach karety wyładowany amunicją. - Ja nie spudłuję!
      
Grottger. Schronisko.
Uścisnęła mu rękę, uspokojona i nawet pogodzona z losem. To będzie lekka śmierć, może nawet nic nie poczuje?  Pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, znad rzeki podniosła się mgła i zasnuła brzeg Wisły, przysłaniając drzewa i zarośla. Ranek był tak piękny, że Ninie zrobiło się żal, że musi umierać na wiosnę. Ponownie złożyła głowę na trawie i wdychała jej zapach i woń ziemi, którą ukochała całym sercem. Wtem pan Piotrowski poderwał się i wyciągnął szyję, pilnie nadsłuchując.
    - Chryste! - wrzasnął w ostatniej rozpaczy. - Kryjcie się, Moskale nadjeżdżają!
        Teraz już wyraźnie słychać było pędzące galopem konie i trzask łamanych gałęzi. Jakiś oddział nieprzyjacielski, zaalarmowany strzałami nadjeżdżał z pośpiechem, łamiąc ciężarem koni zarośla. Nina poczuła, że obejmuje ją mocne ramię Jagi. Odszukała rękę Miry i ścisnęła ją z całej siły, wpijając paznokcie w jej ciało. W nagle zapadłej ciszy usłyszała ufny szept modlitwy niani:   -     - Kto się w opiekę odda Panu swemu i całym sercem szczerze ufa Jemu, śmiele rzec może: Mam obrońcę Boga, nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga.
      Nina nie miała nawet siły, by przyłączyć się do modlitwy. Skuliła się, przymknęła powieki czekając, aż piki kozackie przygwożdżą ją do ziemi, albo usłyszy wystrzał i wyleci w powietrze w obłoku ognia i dymu. Kątem oka dostrzegła Maćka, jak wstaje się z ziemi i wolno podnosi rękę z rewolwerem, celując w dach karety. Czekał... Widocznie mściwie pragnął, aby razem z nimi zginęli także kozacy.
        W zaroślach rozległ się przeraźliwy, mrożący krew w żyłach krzyk i natychmiast rozległy się wściekłe wrzaski, kwik koni i huk strzałów. Z krzaków wypadł oszalały ze strachu koń kozacki, niosąc na grzbiecie zalaną krwią kulbakę.
    -  Nasi!! - ryknął pan Piotrowski z uniesieniem i wyrzucił w górę czapkę.
    - Maryjo, Józefie święty, to nasze chłopaki! - krzyczał wniebogłosy Maciek, strzelając na wiwat w powietrze. - A bywajcie,w samą porę!
        Stach upadł na kolana i żegnając się, odmawiał głośno pacierz, dziękując Bogu za ocalenie. Jaga i panna Lutówna płakały, nie wstydząc się łez. Nina tak osłabła ze wzruszenie, że nie miała siły podnieść się i leżała z czołem przyciśniętym do koła karety. Modliła się bez słów, samym tylko bezgranicznym porywem wdzięczności. Otwarła oczy i naraz wzrok jej padł na kozaka, którego sama zabiła. Kula z pistoletu zmasakrowała mu twarz. Z krwawej maski wyłaniały się tylko zęby, wyszczerzone w szyderczym grymasie śmierci. Poczuła zawrót głowy i zrobiło się jej niedobrze. Upadła twarzą na trawę, dławiąc się i charcząc. Pusty .żołądek kurczył się i podchodził pod gardło. Jak przez watę słyszała tubalne głosy mężczyzn, szloch Miry i radosny śmiech Jagi.
    Ktoś przyklęknął obok i czyjaś dłoń delikatnie uniosła jej głowę. Chłodna blacha manierki dotknęła ust. Ufnie pociągnęła długi łyk i krztusząc się, kaszląc i dysząc, ponownie opadła na trawę, oszołomiona ognistym smakiem wódki. Była tak wyczerpana nerwowo, że nie miała nawet ochoty otworzyć oczu i zobaczyć, kto przy niej klęczy.  Spirytus palił ją w gardle jak ogień. Czyjaś troskliwa ręka otarła jej twarz z potu, chusteczką zamoczoną w wodzie. Gorące usta dotknęły jej czoła, składając długi, mocny pocałunek. Drgnęła, bo było to bardzo znajome dotknięcie.
    - Zdążyliśmy w ostatniej chwili!- usłyszała głos i natychmiast podniosła powieki, otwierając szeroko oczy.
        Aleks był jeszcze bardzo blady, w jego źrenicach tliły się iskierki okropnego lęku. Pochylił się nad nią nisko, a jego mocne ramiona przygarnęły ją z całej siły do piersi.