niedziela, 18 października 2015

Krwawe nabożeństwo w Katedrze warszawskiej.


Pod wieczór, w saloniku pani Tekli, zebrali się sąsiedzi, nie zważając na drakońskie zakazy stanu wojennego, zabraniające spotkań towarzyskich. Przybyli witani przez Ninę bez entuzjazmu, państwo Jabłoccy z Dorotą, a zaraz po nich starszy pan Siekielski, lecz bez Tadeusza, tłumacząc, że syna zatrzymały domu jakieś pilne sprawy. Starszy pan był uśmiechnięty, więc Nina uznała, że nie ma powodu do obaw o przyjaciela. Za to Zosia znajdowała się w rozpaczliwym nastroju. Siedziała wtulona w kąt kanapki, rzewnie pociągała noskiem, a jej śliczna delikatna buzia, wyrażała cierpienie. Przyciągnąwszy do siebie Ninę, skarżyła się jej płaczliwie:
- Wiesz, musimy przełożyć nasz ślub! Och, Ninetko, taka jestem nieszczęśliwa!
- Trusieńko, przecież stan wojenny nie będzie trwał wiecznie. – wzruszona Nina ucałowała biedną płaczkę.
- Poprzednio stan wojenny trwał przeszło dwadzieścia lat! Mam iść do ołtarza jako zgrzybiała staruszka?
Nina natychmiast wyobraziła sobie sędziwą, pokrytą zmarszczkami Zosię, wspartą na lasce. Człapała do ołtarza, obok równie zgrzybiałego Tadeusza. Obraz ten tak ją rozbawił, że parsknęła serdecznym śmiechem.
- Aniołku, Tadek jest w tobie bardzo zakochany i zaręczam ci, że wkrótce staniesz na ślubnym kobiercu.
Obiecaną przez hrabiego niespodzianką okazał się Jaś Borutyński, przywieziony do pałacu przez Tadeusza. Nina wydała okrzyk radości i rzuciła się mu w ramiona. Zaledwie miły gość zdążył przywitać się z resztą towarzystwa, trzy panny opadły go, jak uprzykrzone muchy. Nina próbowała odpowiedzieć mu o liście Bini. Zosia skarżyła się, że stan wojenny zmusił ich do przełożenia daty ślubu, zaś Dorota Jabłocka zagadnęła go półgłosem, czy przypadkiem nie spotkał w Warszawie Kazia Bieckiego, który od dłuższego czasu nie pokazywał się w tych stronach. Tadeusz pośpieszył przyjacielowi z pomocą, niemal siłą wydzierając go pannom.
- A sio! – przerwał machnięciem ręki ich szczebiot. – Ogłuszycie chłopaka tym gdakaniem. Ależ uprzykrzone! Jasiu, siadaj przy mnie, bo te młode kwoczki zagdaczą cię na śmierć.
Jaś, usadowiwszy się wygodnie, zaraz przeszedł do rzeczy:
- Uprzedzam państwa, że mnie tu nie ma i nie było. Czy pani hrabina pozwoli, że opowiem o szczegółach oblężenia Katedry w Warszawie? - spojrzał pytająco na panią Teklę.
- Naturalnie. Najmocniej współczujemy mieszkańcom stolicy, a ja całym sercem jestem z nimi, bo to moje miasto rodzinne.
Ale zanim Jaś zaczął opowiadać, podano podwieczorek. Sam Walenty ustawił serwis do herbaty, ciasta i owoce, Paweł wniósł dymiący srebrny tulski samowar, a hrabina napełniła filigranowe filiżanki wonną cejlońską herbatą. Nina pokroiła tort czekoladowy, podsuwając Jasiowi największy kawałek. Spostrzegła, że od lata Jaś zmizerniał i sucho pokaszliwał. Tylko jego jasna czupryna po dawnemu opadała mu w lokach na czoło. Na skinienie pana służba opuściła pokój, a sam hrabia poczęstował gości mocnym węgierskim tokajem.
Borutyński w zamyśleniu sączył wino, wpatrując się w okno, za którym zapadł już wczesny jesienny zmierzch.
- Generał Suchozanet dał się u nas poznać z najgorszej strony. - przemówił półgłosem. – Kiedy mknął ulicami miasta w otwartym powozie, otoczony uzbrojonymi po zęby Kabardyńcami1, ludziom się zdawało, że to sam Lucyfer odbywa przejażdżkę w piekielnej asyście. Na rozkaz generała, kaukaskie diabły smagały przechodniów batami, tratowały końmi i strzelały w powietrze, a czasami i do ludzi. Namiestnik prędko dorobił się groźnej nazwy Sezostrysa i ogólnej nienawiści. Na szczęście car się opamiętał i na jego miejsce przysłał do warszawy hrabiego Lamberta. Nowym generał-gubernatorem został Gerstenzwieg.
- Niegodny wnuk dobrego Polaka. – wtrąciła pani Tekla. – Jego dziadkiem był generał Antoni Madaliński, bohater Insurekcji Kościuszkowskiej. – hrabina uśmiechem przeprosiła Jasia za tę dygresję.
- Władze miały nas, studentów, od dawna na oku. – Jaś wrócił do przerwanej relacji. – W czasie pogrzebu nieodżałowanego arcybiskupa Fijałkowskiego, nieśliśmy za trumną na poduszkach korony Królestwa i Litwy. Po ceremonii pogrzebowej, podejmowaliśmy poczęstunkiem delegacje chłopskie, przybyłe z całego kraju i było to godne uczczenie pamięci zmarłego. Ale to nie podobało się policji. – Jaś przerwał, napił się herbaty i skosztował tortu. Jednak widząc oczy słuchaczy wpatrzone w niego z uwagą, odstawił talerzyk z ciastem i opowiadał dalej: - Rozpoczęły się aresztowania i sekatura młodzieży. W październiku, Warszawa gotowała się do uroczystości w 44-tą rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki. Główne uroczystości miały się odbyć w Katedrze i u oo. Bernardynów w kościele św. Anny oraz w kościele Świętego Krzyża. Nikt nie spodziewał się, że władze zamierzają wprowadzić stan wojenny. O świcie 14 października, do drzwi wszystkich warszawskich domów zapukała policja, wręczając właścicielom za pokwitowaniem: „Ogłoszenie o zaprowadzeniu stanu wojennego”. Obwieszczenia o tym wydarzeniu rozwieszano w całym mieście. Wojsko ponownie wyszło z koszar, zajmując place Warszawy. Zaroiło się od pieszych i konnych patroli. Ale nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby odwoływać tak starannie przygotowane uroczystości. Nazajutrz, 15 października, warszawianie tłumnie stawili się w kościołach. – Jaś przerwał i chrząknął, bo ochrypnął.
Pani Tekla napełniła mu filiżankę herbatą. Podziękował i chciwie wypił aromatyczny napój.


- Słuchamy, słuchamy! – ponagliła go pani Jabłocka, dama w średnim wieku i w wielkich jeszcze pretensjach. Mąż całkowicie przez nią zawojowany, prawie wcale się nie odzywał, Dorota zaś chciwie pożerała swój kawałek tortu, zajęta wyłącznie jedzeniem.
- Pomimo stanu wojennego w kościołach zebrały się tłumy. – Jaś wrócił do przerwanej relacji.- Byłem z kolegami w Katedrze, imponująco na tę uroczystość udekorowanej. Msza była bardzo wzruszająca, a ludzie płakali śpiewając: „Boże, coś Polskę”. Byliśmy święcie przekonani, że kościoły są jedynym miejscem, gdzie nie sięga przemoc zaborcy. Myliliśmy się! - Jaś urwał i zagryzł usta. Opanowawszy wzruszenie, mówił dalej, coraz to bardziej podniesionym głosem: - Nikt nie wiedział, że policja i żandarmeria porywa ludzi wychodzących z kościołów i pędzi ich pod bagnetami prosto do Cytadeli! Zanim msza w Katedrze dobiegła końca wiedzieliśmy już, że kościół jest otoczony wojskiem czekającym na nasze wyjście. Wobec tego, postanowiliśmy nie ruszać się z Katedry!
- Nie uszanowano kościołów? – z oburzeniem wybuchnęła pani Tekla.
- Ciocia miała jeszcze jakieś złudzenia? – Aleks z ironią uniósł brwi.
Nina spojrzała na niego ze zdumieniem. Nigdy w ten sposób się nie odzywał. Z przerażeniem spostrzegła na twarzach mężczyzn wyraz strasznego gniewu. Wszyscy tchnęli nieubłaganą nienawiścią. Jedynie pani Jabłocka i Dorota siedziały obojętne. Matka była głupią kobietą, zajętą wyłącznie plotkami. Patriotyzm Doroty okazywał się tylko werbalny, a w tym momencie zajęta była pochłanianiem pysznego tortu, i nie zawracała sobie głowy polityką.
Opowieść Jasia przejęła Ninę zgrozą. Jak ognia bała się wybuchu zbrojnego, będąc absolutnie przekonana, że na razie nie ma takiej siły, która byłaby zdolna przywrócić Polsce niepodległość. Obawiała się coraz dramatyczniejszych haseł głoszonych w ulotkach: „Jeden wspólny grób, albo jedna wolna Rzeczpospolita!”, „Lepiej kraj utopić we krwi, niż ma tonąć w gnoju!”. Młodzi panowie wyrzekający się dla Sprawy eleganckiego cylindra i zastępując go konfederatką, budzili w niej politowanie, a żałoba narodowa rodziła jej cichy bunt i sprzeciw. Lecz milczała wiedząc, że u bliskich nie znajdzie zrozumienia. Gdyby przestała się maskować, zostałaby ostatecznie skazana na potępienie.
Jaś odsapnął i podjął opowiadanie.
  - Siedzieliśmy w Katedrze, przechodząc istne tortury, bo nawet szacunek dla Domu Bożego nie mógł powstrzymać naturalnych potrzeb fizjologicznych. Nadeszła noc, a my byliśmy tak zmęczeni, że usypialiśmy na stojąco, wsparci o ramiona sąsiada. Z kropielnic wypito wszystką wodę święconą, głód skręcał nam kiszki. A z zewnątrz dochodziły do naszych uszu śpiewy i wrzaski pijanych sołdatów. Siedzieli wokół Katedry, rozpaliwszy wielkie ogniska. Pili wódkę i smażyli sobie kiełbasy, a woń pieczystego wzmagała nasz głód. Tymczasem przeor Bernardynów udał się do generała Chrulewa, błagając go, by zezwolił wyjść ludziom bezpiecznie z kościołów. Ale ten krwawy siepacz z Placu Zamkowego, nawet nie chciał go słuchać. Gdy przeor nalegał, Chrulew wrzasnął: „Ciebie pierwszego powieszę. Oto masz odpowiedź!”. Do gubernatora Gerstenzwiega poszedł biskup Dekert, lecz nie został przyjęty. Wobec tego postanowiono, że nazajutrz całe duchowieństwo Warszawy, wyjdzie z kościołów i w pontyfikalnych szatach, w procesji, uda się na Zamek, upomnieć się u Lamberta o uwięzionych!

Ninie zrobiło się zimno, wstrząsnęły nią dreszcze.
- To było szaleństwo! – wyszeptała i umilkła, skarcona wzrokiem hrabiny.
- To była konieczność! – sucho poprawił ją Jaś. – Ale władze carskie nie zamierzały dopuścić do demonstracji. Namiestnik hrabia Lambert, rozkazał wtargnąć wojsku jeszcze tej nocy do kościołów. Dotyczyło to głównie Katedry i Świętej Anny, bo z kościoła Świętego Krzyża, ludziom udało się wydostać przez ogrody misjonarzy. – Jaś zerwał się i zaciśniętymi pięściami zaczął nerwowo krążyć po pokoju. Na prawym policzku drgał mu mięsień, w zmienionej rozpaczą i gniewem twarzy.
- Choćby mi przyszło żyć sto lat, nigdy nie zapomnę tej nocy! Pokładliśmy się, gdzie kto mógł. Kobiety w bocznych kaplicach, mężczyźni na środku kościoła. Na ołtarzach płonęło kilka świec, a przed tabernakulum migotała wieczna lampka. Reszta ogromnej świątyni tonęła w mroku. Jak okiem sięgnąć, na grobowcach, na posadzce i w ławkach spoczywali ludzie pogrążeni w głębokim śnie. Ja i moi koledzy leżeliśmy na stopniach głównego ołtarza, mając nad sobą olbrzymi katafalk, cały ze srebrnej lamy, udekorowany polskimi sztandarami i godłami. Zasnęliśmy z nadzieją, że rano będzie lepiej. Tymczasem, o czwartej w nocy rozległo się potężne uderzenie w bramę świątyni. Porwaliśmy się na nogi, a kobiety zaczęły szlochać. Z zakrystii wyszli księża, więc poklękaliśmy i zaczęliśmy się głośno modlić. Bramy trzęsły się od uderzeń taranów i nagle w tę zbitą ciżbę rozmodlonych ludzi, wpadli sołdaci, pijani i rozzuchwaleni bezkarnością. Rzucili się na nas z wściekłością, bijąc kolbami, siekając szablami i kłując bagnetami. Kobiety szarpano i okładano nahajkami, kopano księży klęczących przed ołtarzem i przemocą wyrzucano nas z kościoła. Powstał taki krzyk, taki jęk… - Jaś urwał, bo szalony gniew nie pozwolił mu wydobyć głosu z gardła i tylko zgrzytnął zębami.
W saloniku zapanowało grobowe milczenie. Słuchacze siedzieli jak skamieniali, porażeni niebywałym wydarzeniem. Nawet Dorota przestała się obżerać i z napiętą twarzą przysłuchiwała się, jak wicher huczy w parkowych alejach.
Jaś opanował miotającą nim furię i powrócił do przerwanego opowiadania.
- Sołdatom dano wolną rękę, więc używali sobie na nas. Zaraz polała się krew. Połamano ławki, szukając ukrywających się pod nimi ludzi. Szablami pocięto katafalk, depcząc po naszych sztandarach i Orłach. Ja złapałem jakiś żelazny lichtarz i grzmotnąłem w łeb sołdata, który próbował nadziać mnie na bagnet. Potem dałem nura pomiędzy połamane ławki i na czworakach, pod nogami miotającego się tłumu, wymknąłem się z Katedry. Kto wpadł w łapy żandarmerii i wojska, ten wędrował do Cytadeli. Aresztowano ponad trzy tysiące osób! Podobno rano, pod połamanymi ławkami znaleziono zwłoki czterech zamordowanych kobiet. Mieszkańcy sąsiednich domów chcieli pospieszyć nam z pomocą, lecz generał Chrulew zagroził, że osobiście przebije bagnetem śmiałka, który się na to odważy. Nazajutrz hrabia Lambert rozkazał uwolnić część uwięzionych. Generał-gubernator Gerstenzweig sprzeciwił się temu i ciężko obraził przełożonego. Doszło do amerykańskiego pojedynku, gubernator wyciągnął fatalny los i musiał się zastrzelić. Namiestnik Lambert rozchorował się i złożył dymisję. W Warszawie ponownie zjawił się Suchozanet i sfora jego psów gończych. W konsystorzu uchwalono zamknięcie sprofanowanych kościołów, a Żydzi solidarnie zamknęli synagogi. Aresztowano księdza Białobrzeskiego, sprawującego obowiązki zmarłego arcybiskupa i skazano go na karę śmierci, lecz ze względu na sędziwy wiek, zamieniono mu karę na zesłanie w głąb Rosji.
Jaś spuścił głowę i umilkł.
 
- Gerstenzweig i Lambert ponieśli zasłużoną karę. – odezwała się hrabina, otrząsnąwszy się z przygnębienia. – To jakby sam Pan Bóg pomścił się za znieważenie swego Domu!

-Lambert nie był złym człowiekiem. – wtrącił Aleks. – Próbował znaleźć grunt do porozumienia się z opozycją. Był również praktykującym katolikiem, a konieczność wydania rozkazu wtargnięcia wojska do kościołów, była dla niego osobistą tragedią. Podobno cierpi na suchoty. Nie miał pan potem kłopotów na uczelni? – zwrócił się do Jasia.
- To pan hrabia nic nie wie? – Borutyński podniósł głowę i utkwił w nim oczy płonące gniewem. – Akademia zamknięta! Wkrótce wyjeżdżam do Pragi i tam dokończę ostatni semestr studiów, bo do Kijowa jechać już nie mogę. Ale na wiosnę wszyscy wrócimy do kraju! – dodał z drapieżnym uśmiechem. Naraz wyrzucił w górę obie zaciśnięte pięści i zawołał z uniesieniem: - O, daj nam Boże nareszcie zmierzyć się z wrogiem z bronią w ręku!

1 Kabardyńcy – ludy Kaukazu. Czerkiesi, Czeczeni i inni. Tworzono z nich straże carskich dostojników. Słynęli z okrucieństwa.