sobota, 21 listopada 2015

Niespodziewane spotkanie w Teatrze Wielkim.


21 listopada 2015 r.

W niedzielę, włoscy śpiewacy, będący w drodze do Petersburga, dawali w warszawskim Teatrze Wielkim tylko jedno przedstawienie: „Rigoletta” Verdiego. Nina bardzo chciała operę zobaczyć, więc chociaż w kasie zabrakło biletów, Aleks wiadomym tylko sobie sposobem, zdobył dwuosobową lożę na piętrze.
Całe przedpołudnie Nina spędziła przed lustrem, cierpliwie znosząc męki, zadawane jej przez fryzjera. Odpłynęła sprzed lustra najmodniej uczesana. Włosy przybrane stroikiem imitującym wodorosty i podpięte srebrnymi grzebieniami wysadzanymi brylancikami, spływały w długich lokach na jej nagie ramiona i plecy. Nowa toaleta w kolorze vert de mer, znakomicie podkreślała alabastrową białość skóry, gładkiej i delikatnej. Jaga sama zapięła jej na szyi naszyjnik ze szmaragdów i wpięła w uszy szmaragdowe kolczyki. Na obu przedramionach nosiła jednakowe złote bransolety, jak nakazywała moda. Gdy u drzwi rozległ się dzwonek i do pokoju wszedł Aleks, nie musiała pytać, czy pięknie wygląda, bo jego oczy wymownie wyrażały to, co chciała usłyszeć. Obejrzawszy jej toaletę poradził, aby na ramiona narzuciła gronostajową pelerynę. Nina, nie oswojona jeszcze ze statusem wielkiej damy, nie ośmieliłaby się ubrać jej, bez jego zachęty.
W karecie pozwoliła ukraść sobie kilka pocałunków i weszła do teatru zarumieniona, uśmiechnięta i prześliczna, aż ludzie oglądali się za nią. Widocznie rola narzeczonego sprawiła hrabiemu przyjemność, bo troskliwie wprowadził ją na piętro, pomógł zająć miejsce, zdjął z jej ramion pelerynę i podał program oraz lornetkę. Obserwował z zadowoleniem, z jaką swobodą Nina zasiadła w fotelu, chłodząc się wachlarzem z pawich piór. Prostując się wyniośle, odpowiadała śmiałym spojrzeniem na ukłony posyłane im z innych lóż. Nie była już skromną, samotną panną, zatroskaną o swoją przyszłość. Za dwa dni miała poślubić hrabiego Klonowieckiego i stać się panią wielkiego majątku, wchodząc do hermetycznie zamkniętego świata arystokracji rodowej. Odwróciła głowę i spojrzała na Aleksa.
A.Renoir. Loża teatralna.
 - Pani Fortuna szykuje mi oszałamiającą karierę. – odezwała się szeptem.- Ale starożytni Grecy powiadali, że bogowie są zazdrośni o ludzkie szczęście. Czasami aż boję się myśleć, co jeszcze los mi zgotuje.
- Jesteś okropnie przesądna. – roześmiał się i złożył dyskretny pocałunek na jej smukłej szyi, pachnącej perfumami o zapachu lilii.
Kurtyna poszła w górę i rozległy się pierwsze takty uwertury. Muzyka Verdiego oczarowała Ninę, a treść opery była tak interesująca, że całkowicie oddała się urokowi przedstawienia. Ale jej uwagę przykuwała także obecność Aleksa. Siedział tak blisko niej, że czuła na obnażonych ramionach jego gorący oddech, a myśl o czekającej ich wkrótce nocy poślubnej, była bardzo podniecająca. Na scenie, książę Mantui w przebraniu ubogiego studenta, wyznawał miłość pięknej Gildzie, zaś Nina zasłoniwszy się wielkim wachlarzem pozwoliła, by usta narzeczonego całowały jej kark i ramiona. Krew biła jej do głowy, a serce tłukło się w piersi jak oszalałe.
W antrakcie, Aleks przeprosił ją i wyszedł z loży, aby kupić dla niej kwiaty i słodycze. Została sama i zaczęła uważnie rozglądać się po sali, mając świadomość, że znajduje się w jednym z najpiękniejszych teatrów Europy, sama stanowiąc jego ozdobę. W głębi lóż, jak w konchach wysłanych aksamitem, kryjących drogocenne perły, siedziały damy, prezentując przepyszne kreacje i skrząc się od blasku rodowej biżuterii. Woń paryskich perfum, mieszała się z zapachem butwiejących dekoracji i zakurzonych kurtyn. W świetle kryształowych żyrandoli, połyskiwały złocone rzeźby i barwiły się freski malowane rękami mistrzów.
Obserwując loże, Nina z zadowoleniem stwierdziła, że nawet tutaj, gdzie było bez liku bogatych toalet i wspaniałych klejnotów, jej suknia i dobrane do niej wielkie szmaragdy robiły wrażenie. Obcisły stanik z crépe de Chine1, z dużym dekoltem, uwydatniał linię jej ciała, śnieżne ramiona i śliczne piersi. Kolor vert de mer, znakomicie podkreślał przeźroczystą karnację, bogactwo włosów i zmienny kolor źrenic. Było á la mode, aby wydekoltowane do granic przyzwoitości damy siedzące na niskich fotelach, opuszczały ramiączka sukien, przez co wydawały się z dołu i innych lóż niemal nagie.
 W pobliżu proscenium, dużą lożę zajmowało kilku młodych oficerów, zajętych wesołą rozmową. Ich mundury obszyte złotymi galonami były eleganckie, a maniery wytworne. Prowadząc francuską konwersację, zaśmiewali się z dowcipu opowiadanego przez młodziutkiego i pięknego jak panna lejtnanta. Oficer siedzący na przodzie loży, przez lornetkę robił przegląd obecnych na sali dam i przez ramię rzucał kolegom żartobliwe komentarze, przyjmowane przez nich serdecznym śmiechem.
Nina przypatrująca się sali, wychyliła się z loży, zwracając głowę w ich stronę. W tym samym momencie, oficer podniósł lornetkę i spojrzał wprost na nią. Osłupiał, a lornetka wypadła mu z ręki. Kątem oka, Nina dostrzegła piorunujące wrażenie, jakie wywarła i nie przyjrzawszy się mu, od niechcenia zatrzepotała wachlarzem i odwróciła się, patrząc w inną stronę. Nie byłaby jednak kobietą, żeby wiedziona ciekawością, jeszcze raz nie zerknąć na zuchwalca. Oficer siedział jak skamieniały, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami. Kiedy spojrzała ku niemu, natychmiast wstał i złożył jej głęboki ukłon.
Teraz z kolei Nina zmartwiała i pobladła. „Wielki Boże!” – pomyślała z przerażeniem. – Wielenin jest w Warszawie!”. Z drżeniem wyobraziła sobie, że gdyby hrabia przyjechał do Warszawy nieco później, a ona przedtem spotkała majora, prawdopodobnie przyjęłaby jego oświadczyny. Męska uroda młodego oficera tak mocno na nią oddziaływała, że być może z czasem, obraz Aleksa zatarłby się w jej pamięci. Nie mogła zapomnieć słodyczy pieszczot Wielenina i smaku jego ust. Przejęta i wstrząśnięta niespodziewanym spotkaniem, siedziała wciśnięta w głąb fotela, nie wiedząc, co ma robić. Instynkt podpowiadał jej, że powinna pod byle pozorem wyjść z Teatru. Ale nie miała siły podnieść się z miejsca. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w szafirowe źrenice Rosjanina. Przez jedną krótką chwilę, jeden ułamek sekundy, patrzyli sobie w oczy, a świat przestał dla nich istnieć. - - Nino. – posłyszała za sobą cichy głos i w jednej chwili oprzytomniała, zastanawiając się z lękiem, od jak dawna Aleks stoi za jej plecami. Nie słyszała, kiedy wszedł do loży. Popatrzyła na niego niespokojnie, lecz z jego twarzy nie mogła nic wyczytać.
- Wygląda na to, że stałaś się sensacją. – stwierdził z cierpką ironią. – Wszyscy na ciebie patrzą.
- Jak mam to rozumieć? Czy to, że ktoś na mnie patrzy, budzi twoje niezadowolenie?
- Zapewniam cię, że nic nie sprawia mi większej przyjemności. – odrzekł uprzejmie. – Ale jesteś roztargniona. Nie odkłoniłaś się komuś, kto kłaniał ci się z parteru. To niegrzecznie.
- Rzeczywiście? Nie zauważyłam.– powiedziała odruchowo i momentalnie zrozumiała, że przyjęła niewłaściwą metodę obrony.
- Musiałaś to widzieć, bo właśnie patrzyłaś na tego mężczyznę. Kto to był? – Aleks usiadł przy niej, a jego chłodny, opanowany ton wydał jej się groźniejszy od krzyku.
Nie wiedziała, czy poznał Wielenina i zdawała sobie sprawę, że zachowuje się idiotycznie. Lecz mimo to, postanowiła dalej udawać, że nie wie o kogo chodzi. „Co za licho przyniosło tutaj dziś Wielenina!” – myślała z rozpaczą, posyłając ku parterowej loży szybkie spojrzenie. Zrobiło się jej słabo gdy spostrzegła, że majora już w niej nie ma. Była pewna, iż postanowił złożyć im wizytę i błagała Boga, żeby coś mu przeszkodziło w tym zamiarze. Nie miała cienia wątpliwości, że Aleks zareaguje wybuchem gniewu, a może zerwie zaręczyny. Pamiętała, że nie znosił Rosjanina i potrafił mu tę antypatię okazać w niedwuznaczny sposób. Mimo wszystko, robiła dobrą minę do złej zabawy i udawała, że nic się nie zdarzyło.
- Czy to dla mnie te prześliczne kwiaty? – zaszczebiotała radośnie, wskazując ogromny bukiet purpurowych, wpół rozkwitłych róż. – A większej bombonierki zapewne już w mieście nie było. Moje ulubione czekoladki grylażowe! Jak to miło, że pamiętasz, co ja lubię.
W jej głosie Aleks natychmiast dosłyszał fałszywy ton, bo Nina nigdy nie potrafiła dobrze kłamać.
- Nie powiesz mi, kim był ten pan?
- Nie wiem. Tylu panów mi się kłania. Zapewne przeoczyłam ten moment. Och, jak ślicznie te kwiaty pachną…
- Nino, zachowujesz się jak tchórz, a twoje wykręty są żałosne. – oświadczył z pogardą.– Już zapomniałaś, że mam powód, by nie wierzyć kobietom? Zamierzasz naśladować zły przykład?
Spojrzała w jego zimne oczy i naraz poczuła lęk. Przeklęła swoją głupotę, która wpędziła ją w zaułek bez wyjścia. Dlaczego nie powiedziała mu prawdy? Przecież nie uczyniła nic niewłaściwego. Nawet nie odkłoniła się Wieleniowi. Kogo w ten sposób zamierzała chronić, siebie, czy majora? Światła żyrandoli przygasły i rozpoczął się drugi akt opery. Nina dziękowała Bogu, że w półmroku nie widać jej bladej, napiętej twarzy. „Postąpiłam bezmyślnie. – wymyślała sobie w duchu. – Czemu, do diabła, skłamałam i wyszłam na tchórza?”.
- Dlaczego nie chcesz odpowiedzieć na moje pytania? – usłyszała szept Aleksa i jego mocne palce poszukały jej dłoni, zaciskając się na nadgarstku z taką siłą, że cienka złota bransoleta wysadzana szmaragdami, wpiła się w jej ciało. Musiała zagryźć usta, aby nie krzyknąć z bólu. Ból i nazwa tchórza, podziałały na nią jak bat, budząc bunt i gniew. Jak śmiał zachowywać się wobec niej tak brutalnie!
- Alek, proszę cię, puść moją rękę, bo sprawiasz mi ból! – syknęła przez zęby. – Nie ufasz mi? Więc tak wygląda twoja miłość?
- A powinienem ci ufać? Przecież zadałem proste pytanie, a ty zbywasz mnie frazesami. Kłamiesz, kochanie! – powiedział z miażdżącą uprzejmością.
Odwróciła się gwałtownie i spojrzała w jego twarde, przenikliwe oczy.
- No i po co ta cała komedia? – wzruszyła ramionami. – Wiesz równie dobrze jak ja, że kłaniał mi się pan major Wielenin. Musiałeś widzieć, że nie odpowiedziałam na jego ukłon, bo wiem, iż nie cieszył się twoimi względami. Sam rozdmuchałeś ten drobny epizod do rangi dramatu, karząc mnie, jak nieposłuszne dziecko. Nie rozumiem, co w tym złego, kiedy kłania mi się znajomy mężczyzna? Nie darzyłeś go sympatią, bo byłeś zazdrosny, że flirtował z Paulą! – nie mogła się powstrzymać, żeby mu nie dokuczyć.
Roześmiał się cicho i jeszcze mocniej ścisnął jej rękę. Pomyślała, że za moment pęknie jej kość.
- Mój ty słodki, kłamliwy promyczku. Prawda jest taka, że pan Wielenin kochał się w tobie, nie w Pauli, a ja o ciebie byłem zazdrosny!
Osłupiała i otworzyła ze zdumienia buzię skonstatowawszy, że o swoim przyszłym mężu wie bardzo niewiele. Aleks nigdy, ani jednym słowem, nie dał jej do zrozumienia, iż domyśla się, kto naprawdę przyciągał majora do Makowa. Pozwalał jej naiwnie wierzyć, że jest zazdrosny o Paulę. Z pokorą spuściła głowę.
- Często się spotykaliście? – zadał kolejne pytanie.
- Alek! – o mało nie spadła z fotela. – Na miłość boską, posądzasz mnie o romans? Przecież to absurd!
- Nino, nie byłaś ze mną szczera. – przerwał jej, a ostry dźwięk jego głosu dosłownie ją zmroził. – Nie próbuj zaprzeczać, bo ja wiem!
Nerwowo poruszyła wachlarzem, przysłaniając nim twarz. Miała oczy pełne łez, lecz jednocześnie jej rogata dusza zaczęła się buntować przeciwko niemu i gniew brał górę nad miłością i skruchą. A kiedy była zła, jak zwykle przestawała liczyć się ze słowami.
- Aha, ty wiesz! – syknęła, purpurowa z oburzenia. – Więc dobrze, jestem nieszczera, kłamliwa i nie zasługuję na twoją miłość, którą mi tak czule okazujesz, raniąc mi rękę. Ale zechciej przyjąć do wiadomości, że nie wiedziałam, iż pan Wielenin jest w Warszawie. Gdybym o tym wiedziała przed twoim przyjazdem, być może miałbyś wtedy powód do zazdrości. Jestem na tyle dyskretna, że nie wypominam ci kobiet, darzonych przez ciebie względami, a było ich niemało w twoim życiu! Nie zamierzam dłużej wysłuchiwać obraźliwych insynuacji, i w zaistniałej sytuacji, nie widzę szans na trwałość naszego związku. Alek, proszę, puść moją rękę, bo zacznę krzyczeć! – szarpnęła się, nie zważając, że bransoleta skaleczyła jej skórę do krwi.
- Nino, wyjdźmy stąd. – szepnął.
- Ani myślę! Mnie się opera podoba, sam możesz wyjść.
- Nino, jeżeli naprawdę mnie kochasz, to wstaniesz i wyjdziesz razem ze mną. – powiedział to takim tonem, że poczuła dreszcz strachu. – W przeciwnym razie, zejdę na dół i rzucę Wieleniowi rękawiczkę w twarz, a wtedy jeden z nas zginie.
Bez słowa podniosła się i pozwoliła, by okrył jej ramiona peleryną. Nie oglądając się, pierwsza wyszła z loży. Kiedy rozbłysły światła, do drzwi zapukał major Wielenin, niosąc bukiet rzadkich orchidei. Rozglądnął się po pustej loży, niemile zaskoczony. Na aksamitnej poręczy leżał zapomniany bukiet róż, bombonierka i batystowa chusteczka Niny poszarpana zębami.
Wyszli z gmachu Teatru nie patrząc na siebie i w całkowitym milczeniu wsiedli do karety, a kiedy zatrzaśnięto drzwiczki, powóz ruszył ulicami, których mrok rzadko przecinał błysk mijanej latarni gazowej. Wtulona w kąt, Nina raz jeszcze przeżywała w myślach nieoczekiwaną klęskę. Za wcześnie cieszyła się przyszłym szczęściem, tymczasem los zadrwił z niej, podsuwając pod nos przynętę i raptownie ją cofając. Wyobraziwszy sobie, że prawdopodobnie jeszcze tego wieczora rozstaną się z Aleksem na zawsze, poczuła taki ból, jakby ktoś jej serce wyrywał z piersi. Bez niego, życie stałoby się dla niej jednym pasmem cierpienia. Próbując zachować resztki godności, postanowiła twardo, że tym razem nie będzie się mazać! Aż tak dalece się nie poniży! Zaledwie o tym pomyślała, łzy pociekły jej po policzkach. Nieznacznie ocierała je wierzchem dłoni, wstydząc się chlipać i pociągać nosem, ponieważ chusteczkę pozostawiła w operze. W ciemności posłyszała, że Aleks się poruszył. Jego ręce dotknęły jej ramion i przesunęły się wyżej, delikatnie obejmując szyję. Nie uczyniła żadnego ruchu i nie próbowała się bronić. Owinął ją gorący oddech, a jego dłoń pieszczotliwie otarła jej mokre od łez policzki.
- Moje biedne kochanie. – posłyszała jego głos. – Przepraszam.
Niespodziewanie przyciągnął ją do siebie i obsypał namiętnymi pocałunkami. Narzucił się jej z taką siłą i zapamiętałością, że momentalnie zapomniała o urazie, oddając mu pocałunki z równym żarem. To było tak nieoczekiwane, cudowne i podniecające, że zapomniała o całym świecie. Liczyła się tylko ich wzajemna bliskość. Czuła przepływające przez całe ciało fale gorącej krwi. Było jej zarazem słabo i rozkosznie. Jego dłonie były wszędzie, wprawnie i szybko rozpięły haftki stanika sukni, obnażając ramiona i piersi. Pod wpływem namiętnej pieszczoty jego ust, wiła się w jego ramionach i miała ochotę krzyczeć z miłości i szczęścia.
- Aleczku!...Jedyny! – przegięła się w tył i leciała mu przez ręce, nieprzytomna z rozkoszy i świadomego już pragnienia.
Po raz pierwszy pieścił ją tak śmiało. Zrozumiała, że jej pożąda i pragnęła, by posiadł ją teraz, w tej ciemnej karecie. Są przecież przed ślubem, a dzień czy dwa wcześniej, nie ma żadnego znaczenia. Zanim jednak do tego doszło, kareta zatrzymała się przed domem. Aleks spiesznie pomógł jej zapiąć suknię i uporządkować włosy. Otulił ją peleryną, pomógł wysiąść i odprowadził aż pod drzwi mieszkania. Zaprosiła go na herbatę, ale stanowczo odmówił. Tego wieczora nie planowali kolacji w domu, postanawiając po operze, zjeść coś w restauracji Hotelu Europejskiego. Nina ponowiła zaproszenie mając nadzieję, że może w zaciszu saloniku dojdzie między nimi do zbliżenia. Ale on podziękował i zaczął się żegnać, obiecując przyjść nazajutrz z rana.
- Okazałeś się niegodziwym zazdrośnikiem. – wykrztusiła ochryple, bo gardło miała zaschnięte z emocji. – Powinnam cię ukarać. Spójrz, skaleczyłeś mi rękę.
Delikatnie uniósł zraniony nadgarstek, obejrzał rankę i kilka razy ją ucałował.
- Bardzo tego żałuję. – wyszeptał, przyciągając ją do siebie. – Wybacz, dałbym wiele, żeby nie doszło pomiędzy nami do takiej przykrej sceny. A uprzedzałem ciebie, że mam niełatwy charakter. Ja ciebie kocham i boję się, że mogę cię utracić. Czasami zastanawiam się, jaka ty naprawdę jesteś? Niekiedy zachowujesz się dziecinnie, a innym razem sprawiasz wrażenie dojrzałej kobiety. Przejrzysta jak woda, albo niepokojąca niby nocny mrok. Czy dowiem się kiedyś, co w tobie jest prawdą?
Uniosła się na palcach i ujęła jego twarz w obie dłonie.
- Moja miłość jest prawdą i nigdy w nią nie wątp. Alku, dlaczego chcesz już odejść? Z pewnością jesteś głodny.
- Nie martw się o mnie, zjem kolację w hotelu. Widzisz, tak bardzo ciebie kocham, że mógłbym dziś zrobić coś, czego jutro bardzo bym się wstydził.
„Ja bym się wcale nie wstydziła!"- pomyślała zawiedziona.
- Z pewnością nie uczynisz nic, co mogłoby mnie obrazić. – szepnęła prowokująco.
- Bo jeszcze niewiele wiesz o mężczyznach, słonko. – objął ją i przytulił,całując jej oczy i usta. - O, serce bije ci tak mocno, że prawie je słyszę. W Makowie tęskniłem za tobą jak szaleniec. Pamiętaj, nigdy dobrowolnie nie oddam cię innemu mężczyźnie.
Słuchała go zdziwiona, bo on pozbawiony zwykłej powściągliwości, to było naprawdę coś niezwykłego. Domyśliła się, że myśli o Wieleninie.
- Nino, zagroziłaś, że ze mną zerwiesz. – zajrzał jej w oczy. – Mogłabyś to zrobić?
- Oho, na to pytanie nie odpowiem. Dobranoc. – wykręciła się ze śmiechem i podeszła do drzwi podejrzewając, że niania podsłuchuje. Już zamierzała zadzwonić, lecz obejrzała się, zawróciła i, prędko podbiegła do niego. Wspięła się na palce, z całej siły całując go w usta.
- Nie potrafiłabym już bez ciebie żyć! – wyznała i uciekła.
Zaledwie dotknęła klamki, drzwi otworzyły się gwałtownie, ukazując stojącą za nimi Jagę, w nocnym czepku i otuloną fałdami wielkiej, mięciutkiej chusty. Niania badawczym spojrzeniem obrzuciła zarumienioną twarz Niny, jej potargane włosy i niedbale zapiętą suknię.
- Dlaczego tak wcześnie wróciliście? – zapytała podejrzliwie. – Opera jeszcze się chyba nie skończyła. A gdzie pan hrabia?
- Wrócił do hotelu. W teatrze zrobiło mi się słabo, więc odwiózł mnie do domu. Za bardzo ścisnęłaś mnie gorsetem. Było mi duszno. – Nina wyminęła Jagę, spokojnie idąc do swego pokoju. – Powiedz Walerce, żeby zaparzyła mi melisy.
Niania podreptała za nią, nie spuszczając z niej wzroku.
- Patrzcie, patrzcie! – parsknęła drwiąco. – Duszno ci było? A pan hrabia pewnie pomagał ci rozpiąć stanik, co? Pokaż się bliżej, moja panno! Nie odwracaj się do mnie plecami. Jesteś czerwona jak burak, suknie zmięta, włosy jak u stracha na wróble i połowa haftek nie zapięta. Mów mi zaraz, coś ty zrobiła?
- Nianiusiu, nie krzycz. – powiedziała Nina przymilnie. – Jakbym zgrzeszyła, to wróciłabym o wiele później. Wiem, jestem trochę potargana, ale… - na wspomnienie niedawnych pieszczot, uśmiechnęła się słodko. - No… całowaliśmy się i to wszystko. Widzisz, nianiu, Alek jest taki honorowy, że czasami bierze mnie na niego złość! – powiedziała z rozbrajającą szczerością. - W teatrze trochę się pokłóciliśmy i musieliśmy się potem wzajemnie przepraszać. Szkoda, że on jest taki zasadniczy!...- westchnęła z żalem..
Jaga nie umiała zachować powagi i roześmiała się serdecznie.
- Wiesz, odetchnę, jak wydam cię za mąż, bo widzę, że na gwałt pragniesz pozbyć się wianka. No, idź się położyć, sama zaparzę ci melisy, bo Walerka śpi. Musisz się wyspać, żeby do ślubu wyglądać ślicznie. – Jaga wyszła z pokoju, zasłaniając usta dłonią i chichocząc.

Nina stanęła przed lustrem i powoli zaczęła zdejmować klejnoty. Oblizała nabrzmiałe od pocałunków wargi. Jeszcze nigdy nie wydała się sobie tak piękna.
- Mój Boże. – powiedziała głośno. – Już za dwa dni będę mężatką! – przyjrzała się swemu odbiciu i dumnie podniosła głowę. – Zostanę jaśnie oświeconą panią hrabiną, żoną pana hrabiego Aleksandra Klonowieckiego z Makowa!
Naraz wzdrygnęła się, przypominając sobie z niepokojem, że jeszcze tak niedawno w ten sam sposób tytułowano Paulę. Za oknem, jakiś nocny ptak zwabiony światłem, zatrzepotał skrzydłami i zakwilił, a jej się zdawało, że słyszy jakby echo kobiecego śmiechu, dobiegającego do niej z niezmierzonej dali.

---------------------
1Crépe de Chine - jedwab chiński.

poniedziałek, 16 listopada 2015

CZY TO JUŻ APOKALIPSA?


14 listopada 2015 r.


Niegdyś, będąc małą dziewczynką, uczyłam się historii Francji na „Trzech muszkieterach” Aleksandra Dumasa ojca, a potem na powieściach Wiktora Hugo, Zoli, Flauberta, Gautiera, Stendhala i Balzaca. Zachwycałam się eposem rycerskim „Pieśni o Rolandzie”, opowieścią o tragicznej miłości „Tristana i Izoldy”, śmiałam się z pieprznych opowieści Rabelaisa i Brantome'a. Chodziłam do teatru na dramaty Corneille'a i Racine'a oraz komedie Moliera. Delektowałam się żałobną poezją Lamartine'a, nowelami Maupassanta i wielu innych pisarzy, czy też poetów. Bywałam często na francuskich filmach i miałam ulubionych aktorów francuskich.
Kiedy po raz pierwszy przybyłam do Paryża, zachwycił mnie wdzięk i uroda paryżanek, ich naturalna elegancja i swoboda zachowania Francuzów. Wtedy Francja nie była jeszcze zalana przez dawnych mieszkańców kolonii, którzy dziś stanowią jej zagrożenie. Zwiedzałam wspaniałe zabytki w samej stolicy i nad brzegami Loary, świadczące o nieprzemijającej wielkiej kulturze europejskiej, wpisanej na wieki w dzieje naszego kontynentu. Miałam szczęście zwiedzić cudowne katedry w Chartres i Reims, w Amiens i w samym Paryżu, będące świadectwem przywiązania do wiary katolickiej „:wiernej córy Kościoła”, jak niegdyś papieże nazywali Francję.
Sam Paryż miał dla mnie urok stolicy niefrasobliwej rozrywki, świetnych kabaretów, wspaniałych rewii. Ale też Sorbony, Collěge de France, Bibliotheque Nationale, ośrodków naukowych i muzeów, z Luwrem na czele. Paryż, milionowe „city lumiere”, miasto światła, wielonarodowe, kipiące życiem. Gdy stałam w Pałacu Inwalidów przed grobem Napoleona I, widziałam przed sobą wielkość Francji, mającą także swój epizod w historii Polski, gdyż dzieje Francji splatały się często z losem mojej ojczyzny. Bo i Polska przynosiła sławę „siostrzycy Francji” w osobach Fryderyka Chopina i Marii Skłodowskiej Curie, jak również tragicznego dowódcy Komuny Paryskiej Jarosława Dąbrowskiego.
Jedząc lekkie posiłki w paryskich bistrach, wracałam myślą do czasów upadku Napoleona I i wkroczenia Rosjan do Paryża. Kozacy pokrzykiwali na przerażonych mieszczan ”Bystro! Bystro! - Szybko! – stąd pomysł na bary szybkiej obsługi. Tak to historia mieszała się z codziennością. Byłam urzeczona Francją i jej kulturą, a sam Paryż uważałam za drugą po Warszawie stolicę Polski. Tyle tam śladów polskości po Wielkiej Emigracji, w Hŏtel Lambert, na cmentarzach paryskich, w Bibliotece Polskiej i w Muzeum Mickiewiczowskim. W czasie ostatniej wojny Paryż był siedzibą rządu emigracyjnego w Hŏtel Regina. Miałam okazję napić się oryginalnego szampana z prowincji Szampanii (stąd nazwa) a nawet jeść ślimaki!!

Starsi ludzie zapewniają, że piątek 13-go, to murowany pechowy dzień. Nie wierzę w zabobony, ale okazało się, że tym razem 13 listopada w piątek, okazał się dniem feralnym dla wielu Francuzów. Nie mogłam wprost uwierzyć w to, co usłyszałam, kiedy wiadomości telewizyjne podały straszną informację o masakrze, jaka miała miejsce w Paryżu. Już na wiosnę światem wstrząsnęła wiadomość o zamordowaniu przez terrorystów dziennikarzy paryskich, za kpiny z Mahometa. Za żart zapłacili najwyższą cenę – życiem. Ale oni musieli wiedzieć na co się narażają, żartując sobie z proroka Islamu.
Tymczasem ci ludzie w piątek 13-go, wieczorem w Paryżu, śledzący z napięciem mecz Francja - Niemcy, bawiący się beztrosko w lokalu rozrywkowym i siedzący spokojnie w restauracjach i kawiarnianych ogródkach, nie byli niczemu winni i nic nie przeczuwali. Wyszli z domu na mecz, posłuchać zagranicznego zespołu i pogadać z przyjaciółmi w kawiarni. To wszystko. Nie wiedzieli, że nigdy więcej nie powrócą do domu, bo zostaną bestialsko zamordowani w terrorystycznym zamachu. 
 Prezydent Francji powiedział: - Wypowiedziano nam wojnę!
Mylił się – wypowiedziano wojnę całej cywilizacji europejskiej, naszej kulturze, naszym zwyczajom i religii chrześcijańskiej. Obojętnie, czy jest ona rzymsko - katolicka, ewangelicka, protestancka. To zupełnie nie ma znaczenia. Ważne, że jest wiarą w Chrystusa. Państwo Islamskie nie toleruje europejskiej cywilizacji i religii chrześcijańskiej. Będzie je zwalczać w każdym miejscu kuli ziemskiej, mordując niewinnych ludzi w krwawych zamachach. I nikt nie jest bezpieczny, bo jak się okazało, francuskie służby specjalne nie wykryły obecności kilku młodych ludzi uzbrojonych po zęby w samym centrum Paryża, samym środku stolicy Francji! Nieśli karabiny maszynowe i mieli na sobie pasy z ładunkami wybuchowymi. A przecież musieli iść ulicami miasta, widziani przez mijających ich przechodniów. To był piątek, rozpoczynał się weekend, na ulicach miasta były tłumy ludzi. Nikt nie widział zamachowców i ich broni? To wprost nie do wiary, a jednak tak być musiało, bo nie wyobrażam sobie, żeby jakiś przechodzień, widząc mężczyzn uzbrojonych w karabiny maszynowe, nie zadzwonił z komórki po policję.
Niemal dwustu ludzi zapłaciło życiem za nieudolność i ślepotę służb specjalnych i nie sądzę, żeby to było wydarzenie absolutnie wyjątkowe, gdyż Państwo Islamskie grozi dalszymi zamachami, a bywa słowne, czego dowodzą zamachy w Tunezji i w Egipcie na niewinnych turystów. Niewiele się już dziś mówi o katastrofie rosyjskiego samolotu turystycznego na Półwyspie Synaj, w której zginęło ponad dwieście osób, w tym małe dzieci. A przecież wywiad brytyjski i amerykański wykrył, że w samolocie była bomba.
Dożyliśmy strasznych czasów. Na naszych oczach powstało Państwo Islamskie, mające wielką armię fanatycznie oddanych sobie wojowników-zabójców, dla których śmierć za Allaha jest aktem heroizmu i zapewnia im niebiańskie rozkosze. Państwo Islamskie zwalcza nie tylko kulturę europejską, ale w ogóle zabytki starożytności, na przykład w Palmirze i w Iraku, dawnej Persji. Nic, co nie ma związku z islamem, nie powinno istnieć. Oto hasło Państwa Islamskiego. Grozę zwiększa coraz liczniejsza rzesza rzekomych uciekinierów z Syrii i z Afryki. Ruszyli na Europę, jakby na czyjś rozkaz, masowo wdzierając się do Grecji, Turcji, Włoch. Przyjmowani byli niemal entuzjastycznie przez Niemców, o krok od polskiej granicy.
Ten ogromny exodus stanowi dla mnie zagadkę, bo przecież wojna w Syrii trwa już od lat i jakoś nikt stamtąd do Europy nie uciekał, podobnie z Afryki. Dopiero teraz runęły te tłumy, zalewając nasz kontynent. Jakby na czyjś rozkaz…. I jednocześnie spotęgowały się ataki terrorystyczne Państwa Islamskiego. Często zastanawiam się, czy jedno z drugim naprawdę nie ma związku? Wątpię. Przy jednym z zabitych w Paryżu terrorystów znaleziono paszport syryjski! Dziś nasz wywiad aresztował Polaka który służył w ISIS! Państwo Islamskie jest najbogatszym państwem terrorystycznym świata, mając ogromne zasoby zdobytej w Iraku ropy naftowej i skradzione dzieła sztuki, które z zyskiem sprzedaje. Nie pojmuję, jak można kupować ropę naftową, choćby tańszą od zbrodniarzy, dostarczając im pieniądze, za które się zbroją.
Znając potęgę militarną państw zachodnich, nie rozumiem też dlaczego nie starały się zgnieść w zarodku rodzące się Państwo Islamskie i dopuściły do jego rozkwitu. Stany Zjednoczone wkraczając bezprawnie do Iraku, a potem do Libanu, przyczyniły się do rozpadu tych państw, a na ich gruzach wyrosło Państwo Islamskie. Był jeszcze czas, by wspólnymi siłami USA, Anglii i Francji, zdusić tlące się tam zagrożenie. Lecz trzy mocarstwa nie uczyniły absolutnie nic, by zapobiec rodzącemu się fanatycznemu islamowi. Przeciwnie, Ameryka wspiera rebeliantów walczących przeciwko Asadowi, prezydentowi Syrii, który zwalcza ISIS! Mało tego, dostarcza broń bojówkom ISIS, walczącym przeciwko Asadowi. Czyli wspiera zbrojnie Państwo Islamskie. Państwa zachodnie nie czynią żadnych kroków w celu zniszczenia terrorystów. Jedynie Rosja ostrzegała przed rosnącym na wschodzie niebezpieczeństwem, lecz nikt jej nie słuchał. Teraz bombarduje ośrodki rebelianckie, wiedząc, że to one wspierają terrorystów. Ale Ameryka jest temu przeciwna, bo sama zbroi rebeliantów, walczących z wojskami Asada. Błędne koło.

Niektórzy muzułmanie w obawie o swoją skórę, zapewniają wszystkich, że te zbrodnie nie mają związku z prawdziwym islamem. Nieprawda. Rzeczpospolita przez wieki zmagała się w najazdami wyznawców islamu, Turków i Tatarów, na ziemie polskie i wiemy z historycznych przekazów, jakie najazdy te były zabójcze dla naszej państwowości. W tej chwili groźba wojującego islamu zawisła nad światem. Zamach może nadejść w każdej chwili i w każdym miejscu na kuli ziemskiej. Polskie władze zapewniają, że możemy czuć się bezpieczni.
A ja się pytam, kto zdoła przewidzieć, kiedy i gdzie nastąpi terrorystyczny atak? Każdy zamach jest precyzyjne opracowany w szczegółach, i tylko terroryści wiedzą, w którym miejscu znowu poleje się krew. Więc raczej zamiast zapewniać nas o bezpieczeństwie, należy ludzi pouczać, by zważali na każde niepokojące wydarzenie, czy jakiś przedmiot, w którym może być ukryta bomba. Bo nikt nam nie zagwarantuje, że następny zamach nie zabije ludzi modlących się w kościele, na jakimś festynie, czy po prostu na stadionie?
Kiedyś interesowałam się objawieniami św. Jana ( nie tego Murzyna z głupiego serialu „Anno Domini”) lecz prawdziwego, ulubionego ucznia Jezusa, wielkiego wizjonera, któremu Bóg pozwolił ujrzeć koniec świata w Apokalipsie. Jedna z jego wizji dotyczy powstania Bestii na Bliskim Wschodzie, która pożre cywilizowany świat. Kto wie, może święty miał na myśli Państwo Islamskie?

wtorek, 10 listopada 2015

Z A M A C H


 10 LISTOPADA 2015 R.
Pewnego letniego poranka, niespodziewanie przyszedł Jaś i po śniadaniu zabrał Ninę na spacer do Ogrodu Saskiego. Szli długą śliczną aleją, pomiędzy kwitnącymi krzewami azalii, szukając cienia pod wielkimi drzewami. Dzień był pogodny i tak ciepły, że Nina zasłoniła się parasolką, chroniąc delikatną cerę. Minęli duży afisz, zapowiadający nowe przedstawienie w Teatrze Letnim i postanowili się na nie wybrać. Nad stawem znaleźli ławeczkę ukrytą w cieniu i usiedli, karmiąc bułkami podpływające do brzegu łabędzie.
Nina strzepnęła okruszki ze spódnicy i spojrzała badawczo na Jasia. Wydał się jej mizerny i chyba znowu nie sypiał po nocach, bo jego oczy otaczały sine obwódki. W milczeniu, ze ściągniętymi brwiami, przypatrywał się białym ptakom.
- Misiu, co ci jest? – spytała nieśmiało. – Źle się czujesz?
Poderwał nerwowo głowę i uśmiechnął się krzywo, próbując przybrać dawną, beztroską minę.
- Nie. Wszystko w porządku.
- Nieprawda! Nie próbuj mnie okłamywać. Przy śniadaniu zaledwie tknąłeś jedzenie, a normalnie apetytu można ci pozazdrościć. Powiedz mi, co cię gryzie?
- Pchła! – parsknął śmiechem, lecz ona dosłyszała w jego głosie nieszczerą nutę. – O, znalazł się detektyw, od siedmiu boleści. Spójrz tylko do lustra, na swoją smętną minę i przestań mnie wypytywać. A na wypadek, gdybyś miała ochotę się wypłakać, służę chusteczką!
- Dziękuję, ale nie skorzystam z propozycji, bo nie mam akurat nastroju do płaczu. Po południu wybieramy się z nianią i Walerką na Dworzec Petersburski, bo chcemy obejrzeć powitanie wielkiego księcia Konstantego i jego żony. Miasto jest tak wspaniale przybrane, aż miło popatrzeć. Podobno na Dworcu nie zabraknie nikogo z oficjeli.

Wielki książśę Konstanty Mikołajewicz Romanow.

Jaś poderwał się, jak ukąszony przez żmiję i po prostu struchlał.
- Oszalałaś? Ja… Chcesz w tłumie ciemnych, ograniczonych gapiów, witać tego Moskala? Zabraniam ci! – krzyknął, tracąc zwykłe opanowanie.
Nina przechyliła głowę na ramię i jednym okiem przypatrywała się mu ze zdumieniem. Jaś nigdy nie należał do szowinistów i nie oceniał ludzi wedle ich narodowości. Nigdy też niczego jej nie zabraniał. Jej zdaniem zachowywał się dziwacznie.
- Nie mam tam iść? Dlaczego?
- Powiedziałem, nie! Nie życzę sobie, żebyś chodziła na ten przeklęty Dworzec Petersburski. – rzekł podnosząc głos, coraz bardziej zdenerwowany.
- Nie krzycz na mnie, dobrze? – Nina także podniosła głos i najeżyła się. – Nie masz prawa niczego mi zabraniać!
Przez chwilę spoglądali na siebie, oboje nastroszeni i gotowi do kłótni. Jaś pierwszy zdołał się opanować i zamiast wybuchnąć gniewem, pochwycił obie jej rączki, całując je kolejno.
- Kotuniu, siostrzyczko, ja wiem, że jesteś młodą, upartą oślicą i lubisz stawiać na swoim. Ale tym razem mnie posłuchaj i nie upieraj się, dobrze? Przecież wiesz, że kocham ciebie i pragnę twego dobra. Proszę, błagam, nie chodźcie tam dzisiaj. Nie, nie! – pokręcił głową widząc, że ona już otwiera usta, aby zadać mu pytanie. – Nic ci nie powiem. Nie tym razem.
Gdyby krzyczał na nią, lub mówił podniesionym głosem, Nina nie ustąpiłaby ani o krok. Ale on tak serdecznie prosił i patrzył na nią błagalnie. Zrozumiała, że nie był to jakiś kaprys, lecz Jaś pragnął ją przed czymś uchronić. Nie pytała więc o nic wiedząc, że tym razem nie otrzyma odpowiedzi.
- Wstrętny despota. – mruknęła, udając, że jest obrażona. – No zgoda. Nie pójdę na ten Dworzec. Ale odmawiając mi przyjemności, winien mi jesteś duże lody śmietankowe od pana Loursa.
- Dobrze.
- To nie wszystko! Zaprosisz mnie do Semadeniego na tort czekoladowy i poncz. Kupisz mi bombonierkę czekoladek grylażowych i bilety na koncert braci Ładowskich! – ciągnęła, bezczelnie korzystając z okazji. - Aha, pójdziesz ze mną do pana Fukiera na wino!
- Niech będzie. – westchnął z rezygnacją. – Chociaż moim zdaniem, młoda panna nie powinna chodzić do winiarni i pić wina.
- Cicho! To jeszcze nie koniec. Domyślam się, że coś knujecie. Obiecaj, że po fakcie opowiesz mi o wszystkim.
- Jeeezu, ale ty jesteś nieznośna! – jęknął i nieznacznie otarł pot a czoła. – Przez ciebie pójdę na żebry, bo mnie zrujnujesz, o ile przedtem nie zwariuję. Na przyszłość proszę, żebyś mnie zawsze uprzedzała, kiedy zamierzasz wybrać się na jakąś imprezę.
- Bo co, misiu? – zaczepnie zajrzała mu w oczy.
- Bo ja tak chcę! – odparł tym samym tonem.
- Dobrze, panie doktorze, jak pan sobie życzy. – powiedziała tak słodko i pokornie, że każdy mężczyzna byłby święcie przekonany, iż ma przed sobą anioła. Wyglądała na osóbkę czarującą i naiwną, ale na szczęście Jaś nie miał co do niej złudzeń, znając ją od dziecka. Na pożegnanie ucałowali się, zupełnie z sobą pogodzeni.
Tego dnia, we środę 2 lipca, o godzinie siedemnastej, na dworzec Petersburski na Pradze, wjechał pociąg specjalny. Na powitanie dostojnych oczekiwanych gości, przybyli dygnitarze, generalicja i ojcowie miasta. Tłumy gapiów zalegały perony i otaczały budynek Dworca zwartym kręgiem, pragnąc choć z daleka zobaczyć nowego namiestnika oraz jego małżonkę.
W tłum wmieszali się obaj zamachowcy, Rodowicz i Jaroszyński, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Byli tak samo skromnie ubrani jak inni mieszkańcy przedmieść warszawskich, tylko w kieszeniach mieli ciążące im rewolwery, a za pasem zatrute sztylety. W największym napięciu oczekiwali na dogodny moment, żeby zaatakować księcia. Salonka z wymalowanym na niej dwugłowym orłem cesarskim, zatrzymała się w oznaczonym miejscu. W nagle zapadłej ciszy, rozległy się ostre głosy komendy, wojsko sprezentowało broń. Ozwał się warkot werbli i orkiestra zagrała majestatyczny hymn:„Boże, caria chrani”.Przy dźwiękach muzyki, w otwartych drzwiach wagonu stanął wysoki przystojny blondyn, o zimnych niebieskich oczach. Miał na sobie granatowy mundur, przypominający nieco uniformy polskich ułanów. Lśnił cały od brylantowych gwiazd orderowych i złota epoletów. Za mężem postępowała wielka księżna Aleksandra Osipowna, ładna młoda kobieta, w zaawansowanej ciąży z szóstym dzieckiem. Miała na sobie strojną żółto-granatową toaletę, o bardzo szerokiej spódnicy, nieco maskującej jej stan. Książę podał jej ramię i razem zeszli po schodkach na peron, zasłany purpurowym chodnikiem.

Wielka książna Aleksandra, żona Konstantego.
Wtedy to wydarzył się incydent po prostu bez precedensu, jakże charakterystyczny dla mentalności patriotów- idealistów. Obaj młodzi zamachowcy, ryzykując zdemaskowanie i niepowodzenie całej akcji, zdecydowali się zrezygnować z ataku na Konstantego, nie chcąc narazić jego ciężarnej żony na okropny wstrząs!
Nowy książę namiestnik, uroczyście witany przez notabli, wsiadł z żoną do otwartego powozu i eskortowany przez oddział kawalerii, udał się wspaniale przystrojonymi ulicami miasta do Belwederu. Tym razem mieszkańcy stolicy nie podporządkowali się rozkazom władz podziemnych, zalecających bojkot uroczystości powitalnych. Ludzie łudzili się nadzieją, że rodzony brat cara, zaprowadzi wreszcie w państwie porządek i zapewni bezpieczeństwo jego obywatelom. Wierzono, że gwałty i bezprawie już się nie powtórzą. Oczekiwano niecierpliwie zniesienia surowych rygorów stanu wojennego.
Ignacy Chmieleński, dowiedziawszy się o samowolnym odwołaniu zamachu, oszalał z gniewu! Na naprawienie błędu jeszcze tego samego dnia, było już za późno. Lecz nazajutrz ponownie uzbroił chłopców i rozkazał im zabić księcia. Biedacy, przez cały dzień wędrowali niestrudzenie, szukając okazji do zamachu.
Wieczorem w Teatrze Wielkim, odbywało się galowe przedstawienie opery „Aleksander Stradella” Flotowa, z panią Rivoli-Leśniewską w roli bohaterki. Zamachowcy postanowili, że zaatakują księcia namiestnika w momencie, gdy ten wyjdzie z gmachu Teatru.
Strzał padł w chwili, kiedy książę wsiadał do powozu. Niestety, Chmieleński nie przewidział, że Konstanty przezornie nosi pod atłasową kamizelką, koszulkę kuloodporną. Rana okazała się całkiem niegroźna, a skamieniałego z przerażenia zamachowca natychmiast zatrzymano. Jeszcze trzymał w dłoni wystrzelony rewolwer!
„Niemoralny czyn” i „szaleńczy atak”, surowo potępił papież, mając na względzie uzyskanie u cara większych przywilejów dla Kościoła. Depesze gratulacyjne nadesłali cesarz Napoleon III, król Prus, cesarz Austrii i rządy innych państw. Cała Europa płaszczyła się, zgodnie potępiając młodocianych zamachowców, nie próbując nawet dochodzić motywów ich czynu. Arcybiskup Feliński nie szczędził z ambony słów potępienia, a Biali głośno wyrażali ubolewanie oświadczając, iż cały naród jednoczy się z księciem, dystansując się od skrytobójców i ich karygodnego czynu. Prasa podziemna z furią zareagowała na te ataki. Gromy oburzenia posypały się na głowę Felińskiego i Dyrekcji Białych, zarzucając im tchórzostwo i zdradę narodową.
Na drugi dzień po zamachu, Jaś Borutyński odwiedził Ninę. Przyszedł wynędzniały, z zaczerwienionymi oczami i rzuciwszy się na fotel, spojrzał na nią z ponurą miną.
- Teraz już wiesz, dlaczego nie pozwoliłem ci pójść na Dworzec. – odezwał się zachrypniętym głosem. Nina pogładziła jego jasną czuprynę i nie pytając o nic zadzwoniła, każąc podać mocną kawę i ciasto czekoladowe.
- Zostaniesz na kolacji. – powiedziała, siadając koło niego i ujmując go za rękę. – Będą zrazy z grzybami. Planowaliście zamach we środę, prawda? – spytała, gdy nie odpowiedział na zaproszenie, lecz tylko skinął głową.
- Uhm. – przymknął oczy, wspierając głowę o poduszkę fotela.
- A co stanęło na przeszkodzie?
Jaś otworzył oczy i ściągnął z sofy jeszcze jedną poduszkę, wciskając ją sobie pod plecy.
- Co? Cały splot niepomyślnych okoliczności. Chmieleński wybrał chłopców po prostu za młodych i to zadanie ich przerosło. Nie nadawali się na zamachowców. Byli głęboko religijni i kazali Chmieleńskiemu przysięgać, że zamach konieczny jest dla dobra ojczyzny i zgodny z zasadami wiary katolickiej.
Nina spojrzała na niego z niedowierzaniem i potrząsnęła głową.
- I dlatego uciekli z Dworca?
- Oni nie uciekli. Postanowili nie strzelać do księcia, prowadzącego żonę przy nadziei. Wydaje mi się, że był to z ich strony naprawdę rycerski gest. – Jaś pociągnął nosem, bo w powietrzu rozszedł się smakowity zapach upieczonego ciasta i świeżo zaparzonej kawy.
Walerka nakryła serwetą stolik, ustawiła klosz z ciastami, filiżanki, dzbanek z kawą i dzbanuszek ze śmietanką. Jaś ożywił się, wsypał do filiżanki trzy łyżeczki cukru i skosztował ciasta. Na jego twarzy pojawił się wyraz błogości.
- Niebo w gębie! Bóg zapłać, kotku, bo już ledwie trzymałem się na nogach. Przed zamachem, nikt z nas przez kilka dni nie zmrużył oka. Jestem wykończony. Dlaczego nic nie mówisz?
- Bo mam dylemat: śmiać się, czy płakać. Czytałam wiele książek o Wielkiej Rewolucji Francuskiej i życiorysy słynnych wodzów, ale czegoś podobnego nie było chyba w dziejach świata. Na miłość boską, kto daje rewolwery do rąk dewotom? Ich czyn, moim zdaniem, nie miał nic wspólnego z rycerskością, a jedynie z głupotą i nieodpowiedzialnością. Swoim bezmyślnym uczynkiem, przyczynili się do pogorszenia sytuacji politycznej w kraju. Z pewnością, władze carskie zastosują wobec nas jeszcze ostrzejsze sankcje.
Jaś przestał poruszać szczękami i słuchał uważnie jej ostrej krytyki.
- Ho, ho! To ty jesteś zdania, że powinni wykonać wyrok w obecności brzemiennej kobiety?
Nina wpatrywała się w czubki swoich pantofelków, nie podnosząc oczu.
- Wiedzieliście od dawna, że księżna jest przy nadziei. Należało więc wyznaczyć inny dzień do zamachu.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. – przerwał Jaś. – Mieli strzelać?
Podniosła na niego oczy jasne i chłodne, jak górskie jezioro.
- Odpowiem ci inaczej. Jestem stanowczo przeciwna bezmyślnym prowokacjom i zamachom, bo niczego nie zmieniają na lepsze. Ale kiedy już się na to zdecydowaliście, Chmieleński powinien rewolwer wręczyć kobiecie, której syna, męża, brata, powieszono na stokach Cytadeli, zamęczono w kazamatach, lub zesłano na na Sybir. Tym nieudanym zamachem wyrządziliście społeczeństwu wielką krzywdę! – ciągnęła, coraz bardziej podniesionym tonem. – Wszyscy mieliśmy nadzieję, że wraz z przybyciem wielkiego księcia, unormuje się życie w kraju. Ja również liczyłam, że w końcu wrzucę do kubła te okropne czarne suknie, w jakich każecie nam chodzić, i wstawię do komórki latarkę, bez której nie wolno nam wieczorami poruszać się po mieście. Tymczasem, dzięki panu Chmieleńskiemu, możemy spodziewać się nowych represji. A po tym nieudanym zamachu, należałoby zmienić nazwę Komitetu Centralnego, na Stowarzyszenie Obrońców Dam w Stanie Błogosławionym!

Krwawa niedziela w Warszawie.
 Jaś przestał jeść i łypnął na nią złym okiem. Zlękła się, że przedobrzyła i umilkła. Ale gdy poprosiła go na kolację, w milczeniu przyjął zaproszenie. Jadł z apetytem, a nawet poprosił o dokładkę. Jego nadąsana mina przy szalonym apetycie, tak rozczuliła Ninę, że postanowiła już więcej mu nie dogryzać. Zmieniła więc temat, opowiadając o ciekawych imprezach, mających odbyć się w mieście, na cześć nowego namiestnika. Gdy wstali od stołu, pieszczotliwie pogłaskała go po policzku.
- Uważaj na siebie, misiuniu. Źle wyglądasz.
- Dzięki, że troszczysz się o mnie, ale nic mi nie dolega. Ach, prawda! Spotkałem dziś twoją dawną przełożoną z pensji, pannę Emilię Gousselin. Prosiła, żebyś ją odwiedziła. – oznajmił, jeszcze odrobinę naburmuszony.
Nina spojrzała na niego z pokorą.
- Przepraszam, braciszku, nie gniewaj się na mnie. Może nie miałam racji.
Roześmiał się, chwycił ją na ręce i i zakręcił się z nią, jak niegdyś w dzieciństwie, a potem ostrożnie postawił na podłodze.
- Jakie to szczęście, że ja się z tobą nie ożenię! Wyrosłaś na strasznie przemądrzałą pannicę, której przewróciło się w łepetynie.
- Ktoś w tym domu musi mieć głowę na karku. – oświadczyła i ze śmiechem wypchnęła go za drzwi.