wtorek, 10 listopada 2015

Z A M A C H


 10 LISTOPADA 2015 R.
Pewnego letniego poranka, niespodziewanie przyszedł Jaś i po śniadaniu zabrał Ninę na spacer do Ogrodu Saskiego. Szli długą śliczną aleją, pomiędzy kwitnącymi krzewami azalii, szukając cienia pod wielkimi drzewami. Dzień był pogodny i tak ciepły, że Nina zasłoniła się parasolką, chroniąc delikatną cerę. Minęli duży afisz, zapowiadający nowe przedstawienie w Teatrze Letnim i postanowili się na nie wybrać. Nad stawem znaleźli ławeczkę ukrytą w cieniu i usiedli, karmiąc bułkami podpływające do brzegu łabędzie.
Nina strzepnęła okruszki ze spódnicy i spojrzała badawczo na Jasia. Wydał się jej mizerny i chyba znowu nie sypiał po nocach, bo jego oczy otaczały sine obwódki. W milczeniu, ze ściągniętymi brwiami, przypatrywał się białym ptakom.
- Misiu, co ci jest? – spytała nieśmiało. – Źle się czujesz?
Poderwał nerwowo głowę i uśmiechnął się krzywo, próbując przybrać dawną, beztroską minę.
- Nie. Wszystko w porządku.
- Nieprawda! Nie próbuj mnie okłamywać. Przy śniadaniu zaledwie tknąłeś jedzenie, a normalnie apetytu można ci pozazdrościć. Powiedz mi, co cię gryzie?
- Pchła! – parsknął śmiechem, lecz ona dosłyszała w jego głosie nieszczerą nutę. – O, znalazł się detektyw, od siedmiu boleści. Spójrz tylko do lustra, na swoją smętną minę i przestań mnie wypytywać. A na wypadek, gdybyś miała ochotę się wypłakać, służę chusteczką!
- Dziękuję, ale nie skorzystam z propozycji, bo nie mam akurat nastroju do płaczu. Po południu wybieramy się z nianią i Walerką na Dworzec Petersburski, bo chcemy obejrzeć powitanie wielkiego księcia Konstantego i jego żony. Miasto jest tak wspaniale przybrane, aż miło popatrzeć. Podobno na Dworcu nie zabraknie nikogo z oficjeli.

Wielki książśę Konstanty Mikołajewicz Romanow.

Jaś poderwał się, jak ukąszony przez żmiję i po prostu struchlał.
- Oszalałaś? Ja… Chcesz w tłumie ciemnych, ograniczonych gapiów, witać tego Moskala? Zabraniam ci! – krzyknął, tracąc zwykłe opanowanie.
Nina przechyliła głowę na ramię i jednym okiem przypatrywała się mu ze zdumieniem. Jaś nigdy nie należał do szowinistów i nie oceniał ludzi wedle ich narodowości. Nigdy też niczego jej nie zabraniał. Jej zdaniem zachowywał się dziwacznie.
- Nie mam tam iść? Dlaczego?
- Powiedziałem, nie! Nie życzę sobie, żebyś chodziła na ten przeklęty Dworzec Petersburski. – rzekł podnosząc głos, coraz bardziej zdenerwowany.
- Nie krzycz na mnie, dobrze? – Nina także podniosła głos i najeżyła się. – Nie masz prawa niczego mi zabraniać!
Przez chwilę spoglądali na siebie, oboje nastroszeni i gotowi do kłótni. Jaś pierwszy zdołał się opanować i zamiast wybuchnąć gniewem, pochwycił obie jej rączki, całując je kolejno.
- Kotuniu, siostrzyczko, ja wiem, że jesteś młodą, upartą oślicą i lubisz stawiać na swoim. Ale tym razem mnie posłuchaj i nie upieraj się, dobrze? Przecież wiesz, że kocham ciebie i pragnę twego dobra. Proszę, błagam, nie chodźcie tam dzisiaj. Nie, nie! – pokręcił głową widząc, że ona już otwiera usta, aby zadać mu pytanie. – Nic ci nie powiem. Nie tym razem.
Gdyby krzyczał na nią, lub mówił podniesionym głosem, Nina nie ustąpiłaby ani o krok. Ale on tak serdecznie prosił i patrzył na nią błagalnie. Zrozumiała, że nie był to jakiś kaprys, lecz Jaś pragnął ją przed czymś uchronić. Nie pytała więc o nic wiedząc, że tym razem nie otrzyma odpowiedzi.
- Wstrętny despota. – mruknęła, udając, że jest obrażona. – No zgoda. Nie pójdę na ten Dworzec. Ale odmawiając mi przyjemności, winien mi jesteś duże lody śmietankowe od pana Loursa.
- Dobrze.
- To nie wszystko! Zaprosisz mnie do Semadeniego na tort czekoladowy i poncz. Kupisz mi bombonierkę czekoladek grylażowych i bilety na koncert braci Ładowskich! – ciągnęła, bezczelnie korzystając z okazji. - Aha, pójdziesz ze mną do pana Fukiera na wino!
- Niech będzie. – westchnął z rezygnacją. – Chociaż moim zdaniem, młoda panna nie powinna chodzić do winiarni i pić wina.
- Cicho! To jeszcze nie koniec. Domyślam się, że coś knujecie. Obiecaj, że po fakcie opowiesz mi o wszystkim.
- Jeeezu, ale ty jesteś nieznośna! – jęknął i nieznacznie otarł pot a czoła. – Przez ciebie pójdę na żebry, bo mnie zrujnujesz, o ile przedtem nie zwariuję. Na przyszłość proszę, żebyś mnie zawsze uprzedzała, kiedy zamierzasz wybrać się na jakąś imprezę.
- Bo co, misiu? – zaczepnie zajrzała mu w oczy.
- Bo ja tak chcę! – odparł tym samym tonem.
- Dobrze, panie doktorze, jak pan sobie życzy. – powiedziała tak słodko i pokornie, że każdy mężczyzna byłby święcie przekonany, iż ma przed sobą anioła. Wyglądała na osóbkę czarującą i naiwną, ale na szczęście Jaś nie miał co do niej złudzeń, znając ją od dziecka. Na pożegnanie ucałowali się, zupełnie z sobą pogodzeni.
Tego dnia, we środę 2 lipca, o godzinie siedemnastej, na dworzec Petersburski na Pradze, wjechał pociąg specjalny. Na powitanie dostojnych oczekiwanych gości, przybyli dygnitarze, generalicja i ojcowie miasta. Tłumy gapiów zalegały perony i otaczały budynek Dworca zwartym kręgiem, pragnąc choć z daleka zobaczyć nowego namiestnika oraz jego małżonkę.
W tłum wmieszali się obaj zamachowcy, Rodowicz i Jaroszyński, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Byli tak samo skromnie ubrani jak inni mieszkańcy przedmieść warszawskich, tylko w kieszeniach mieli ciążące im rewolwery, a za pasem zatrute sztylety. W największym napięciu oczekiwali na dogodny moment, żeby zaatakować księcia. Salonka z wymalowanym na niej dwugłowym orłem cesarskim, zatrzymała się w oznaczonym miejscu. W nagle zapadłej ciszy, rozległy się ostre głosy komendy, wojsko sprezentowało broń. Ozwał się warkot werbli i orkiestra zagrała majestatyczny hymn:„Boże, caria chrani”.Przy dźwiękach muzyki, w otwartych drzwiach wagonu stanął wysoki przystojny blondyn, o zimnych niebieskich oczach. Miał na sobie granatowy mundur, przypominający nieco uniformy polskich ułanów. Lśnił cały od brylantowych gwiazd orderowych i złota epoletów. Za mężem postępowała wielka księżna Aleksandra Osipowna, ładna młoda kobieta, w zaawansowanej ciąży z szóstym dzieckiem. Miała na sobie strojną żółto-granatową toaletę, o bardzo szerokiej spódnicy, nieco maskującej jej stan. Książę podał jej ramię i razem zeszli po schodkach na peron, zasłany purpurowym chodnikiem.

Wielka książna Aleksandra, żona Konstantego.
Wtedy to wydarzył się incydent po prostu bez precedensu, jakże charakterystyczny dla mentalności patriotów- idealistów. Obaj młodzi zamachowcy, ryzykując zdemaskowanie i niepowodzenie całej akcji, zdecydowali się zrezygnować z ataku na Konstantego, nie chcąc narazić jego ciężarnej żony na okropny wstrząs!
Nowy książę namiestnik, uroczyście witany przez notabli, wsiadł z żoną do otwartego powozu i eskortowany przez oddział kawalerii, udał się wspaniale przystrojonymi ulicami miasta do Belwederu. Tym razem mieszkańcy stolicy nie podporządkowali się rozkazom władz podziemnych, zalecających bojkot uroczystości powitalnych. Ludzie łudzili się nadzieją, że rodzony brat cara, zaprowadzi wreszcie w państwie porządek i zapewni bezpieczeństwo jego obywatelom. Wierzono, że gwałty i bezprawie już się nie powtórzą. Oczekiwano niecierpliwie zniesienia surowych rygorów stanu wojennego.
Ignacy Chmieleński, dowiedziawszy się o samowolnym odwołaniu zamachu, oszalał z gniewu! Na naprawienie błędu jeszcze tego samego dnia, było już za późno. Lecz nazajutrz ponownie uzbroił chłopców i rozkazał im zabić księcia. Biedacy, przez cały dzień wędrowali niestrudzenie, szukając okazji do zamachu.
Wieczorem w Teatrze Wielkim, odbywało się galowe przedstawienie opery „Aleksander Stradella” Flotowa, z panią Rivoli-Leśniewską w roli bohaterki. Zamachowcy postanowili, że zaatakują księcia namiestnika w momencie, gdy ten wyjdzie z gmachu Teatru.
Strzał padł w chwili, kiedy książę wsiadał do powozu. Niestety, Chmieleński nie przewidział, że Konstanty przezornie nosi pod atłasową kamizelką, koszulkę kuloodporną. Rana okazała się całkiem niegroźna, a skamieniałego z przerażenia zamachowca natychmiast zatrzymano. Jeszcze trzymał w dłoni wystrzelony rewolwer!
„Niemoralny czyn” i „szaleńczy atak”, surowo potępił papież, mając na względzie uzyskanie u cara większych przywilejów dla Kościoła. Depesze gratulacyjne nadesłali cesarz Napoleon III, król Prus, cesarz Austrii i rządy innych państw. Cała Europa płaszczyła się, zgodnie potępiając młodocianych zamachowców, nie próbując nawet dochodzić motywów ich czynu. Arcybiskup Feliński nie szczędził z ambony słów potępienia, a Biali głośno wyrażali ubolewanie oświadczając, iż cały naród jednoczy się z księciem, dystansując się od skrytobójców i ich karygodnego czynu. Prasa podziemna z furią zareagowała na te ataki. Gromy oburzenia posypały się na głowę Felińskiego i Dyrekcji Białych, zarzucając im tchórzostwo i zdradę narodową.
Na drugi dzień po zamachu, Jaś Borutyński odwiedził Ninę. Przyszedł wynędzniały, z zaczerwienionymi oczami i rzuciwszy się na fotel, spojrzał na nią z ponurą miną.
- Teraz już wiesz, dlaczego nie pozwoliłem ci pójść na Dworzec. – odezwał się zachrypniętym głosem. Nina pogładziła jego jasną czuprynę i nie pytając o nic zadzwoniła, każąc podać mocną kawę i ciasto czekoladowe.
- Zostaniesz na kolacji. – powiedziała, siadając koło niego i ujmując go za rękę. – Będą zrazy z grzybami. Planowaliście zamach we środę, prawda? – spytała, gdy nie odpowiedział na zaproszenie, lecz tylko skinął głową.
- Uhm. – przymknął oczy, wspierając głowę o poduszkę fotela.
- A co stanęło na przeszkodzie?
Jaś otworzył oczy i ściągnął z sofy jeszcze jedną poduszkę, wciskając ją sobie pod plecy.
- Co? Cały splot niepomyślnych okoliczności. Chmieleński wybrał chłopców po prostu za młodych i to zadanie ich przerosło. Nie nadawali się na zamachowców. Byli głęboko religijni i kazali Chmieleńskiemu przysięgać, że zamach konieczny jest dla dobra ojczyzny i zgodny z zasadami wiary katolickiej.
Nina spojrzała na niego z niedowierzaniem i potrząsnęła głową.
- I dlatego uciekli z Dworca?
- Oni nie uciekli. Postanowili nie strzelać do księcia, prowadzącego żonę przy nadziei. Wydaje mi się, że był to z ich strony naprawdę rycerski gest. – Jaś pociągnął nosem, bo w powietrzu rozszedł się smakowity zapach upieczonego ciasta i świeżo zaparzonej kawy.
Walerka nakryła serwetą stolik, ustawiła klosz z ciastami, filiżanki, dzbanek z kawą i dzbanuszek ze śmietanką. Jaś ożywił się, wsypał do filiżanki trzy łyżeczki cukru i skosztował ciasta. Na jego twarzy pojawił się wyraz błogości.
- Niebo w gębie! Bóg zapłać, kotku, bo już ledwie trzymałem się na nogach. Przed zamachem, nikt z nas przez kilka dni nie zmrużył oka. Jestem wykończony. Dlaczego nic nie mówisz?
- Bo mam dylemat: śmiać się, czy płakać. Czytałam wiele książek o Wielkiej Rewolucji Francuskiej i życiorysy słynnych wodzów, ale czegoś podobnego nie było chyba w dziejach świata. Na miłość boską, kto daje rewolwery do rąk dewotom? Ich czyn, moim zdaniem, nie miał nic wspólnego z rycerskością, a jedynie z głupotą i nieodpowiedzialnością. Swoim bezmyślnym uczynkiem, przyczynili się do pogorszenia sytuacji politycznej w kraju. Z pewnością, władze carskie zastosują wobec nas jeszcze ostrzejsze sankcje.
Jaś przestał poruszać szczękami i słuchał uważnie jej ostrej krytyki.
- Ho, ho! To ty jesteś zdania, że powinni wykonać wyrok w obecności brzemiennej kobiety?
Nina wpatrywała się w czubki swoich pantofelków, nie podnosząc oczu.
- Wiedzieliście od dawna, że księżna jest przy nadziei. Należało więc wyznaczyć inny dzień do zamachu.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. – przerwał Jaś. – Mieli strzelać?
Podniosła na niego oczy jasne i chłodne, jak górskie jezioro.
- Odpowiem ci inaczej. Jestem stanowczo przeciwna bezmyślnym prowokacjom i zamachom, bo niczego nie zmieniają na lepsze. Ale kiedy już się na to zdecydowaliście, Chmieleński powinien rewolwer wręczyć kobiecie, której syna, męża, brata, powieszono na stokach Cytadeli, zamęczono w kazamatach, lub zesłano na na Sybir. Tym nieudanym zamachem wyrządziliście społeczeństwu wielką krzywdę! – ciągnęła, coraz bardziej podniesionym tonem. – Wszyscy mieliśmy nadzieję, że wraz z przybyciem wielkiego księcia, unormuje się życie w kraju. Ja również liczyłam, że w końcu wrzucę do kubła te okropne czarne suknie, w jakich każecie nam chodzić, i wstawię do komórki latarkę, bez której nie wolno nam wieczorami poruszać się po mieście. Tymczasem, dzięki panu Chmieleńskiemu, możemy spodziewać się nowych represji. A po tym nieudanym zamachu, należałoby zmienić nazwę Komitetu Centralnego, na Stowarzyszenie Obrońców Dam w Stanie Błogosławionym!

Krwawa niedziela w Warszawie.
 Jaś przestał jeść i łypnął na nią złym okiem. Zlękła się, że przedobrzyła i umilkła. Ale gdy poprosiła go na kolację, w milczeniu przyjął zaproszenie. Jadł z apetytem, a nawet poprosił o dokładkę. Jego nadąsana mina przy szalonym apetycie, tak rozczuliła Ninę, że postanowiła już więcej mu nie dogryzać. Zmieniła więc temat, opowiadając o ciekawych imprezach, mających odbyć się w mieście, na cześć nowego namiestnika. Gdy wstali od stołu, pieszczotliwie pogłaskała go po policzku.
- Uważaj na siebie, misiuniu. Źle wyglądasz.
- Dzięki, że troszczysz się o mnie, ale nic mi nie dolega. Ach, prawda! Spotkałem dziś twoją dawną przełożoną z pensji, pannę Emilię Gousselin. Prosiła, żebyś ją odwiedziła. – oznajmił, jeszcze odrobinę naburmuszony.
Nina spojrzała na niego z pokorą.
- Przepraszam, braciszku, nie gniewaj się na mnie. Może nie miałam racji.
Roześmiał się, chwycił ją na ręce i i zakręcił się z nią, jak niegdyś w dzieciństwie, a potem ostrożnie postawił na podłodze.
- Jakie to szczęście, że ja się z tobą nie ożenię! Wyrosłaś na strasznie przemądrzałą pannicę, której przewróciło się w łepetynie.
- Ktoś w tym domu musi mieć głowę na karku. – oświadczyła i ze śmiechem wypchnęła go za drzwi.