niedziela, 27 grudnia 2015

97 rocznica Powstania Wielkopolskiego. Pamięci Dziadzia Misia.


 
Do końca życia, moja Mama lubiła wspominać grudzień 1918 roku, kiedy razem z Babcią stały pod hotelem Bazar w Poznaniu, czekając na pojawienie się na balkonie pana Ignacego Paderewskiego. Na przyjazd wielkiego Polaka, światowej sławy pianisty, Poznań przystroił się, jak na powitanie króla. Ze wszystkich balkonów i okien domów poznańskich, zwisały dywany lub kilimy, a na nich portrety Kościuszki, księcia Poniatowskiego, królów polskich, czy Matki Boskiej Częstochowskiej. I choć była to zima, kwiaty. Tysiące kwiatów ciętych lub w doniczkach, stroiły okna i balkony poznańskich domów. Pod hotelem Bazar tłumy mieszkańców Poznania, oczekujących z nadzieją na wystąpienie Paderewskiego. Między nimi stała Babcia Jadwiga, trzymając za rączkę moją sześcioletnią Mamę. 
Paderewski w Poznaniu.
 Maestro był zaziębiony i chory, mimo to wyszedł na balkon i raczej chrypiąc niż mówiąc, wygłosił płomienne przemówienie do zasłuchanych poznaniaków. Potem odbyła się wielka polska manifestacja patriotyczna. Niemcy zorganizowali swój pochód, w czasie którego zrywali polskie sztandary. Było to jak iskra rzucona na prochy. 27 grudnia wybuchło w Poznaniu Powstanie Wielkopolskie. Jedyne powstanie, które zakończyło się pełnym sukcesem. Dzielni mieszkańcy Poznania, postanowili wypędzić Niemców ze swego miasta i uwolnić od nich Wielkopolskę oraz Pomorze. W całym mieście toczyły się ciężkie walki, w których brał udział mój Dziadek Michał i jego młodszy brat Marcin. Kiedy przed walką obaj żegnali się z rodzicami, pradziad Fryderyk ściskając synów, mówił:
- Pokażcie, że jesteście prawdziwymi Polakami i przetrzepcie skórę tym przeklętym Prusakom!
Obaj synowie wybuchnęli śmiechem, bowiem ojciec mówił to wszystko po niemiecku, z bawarskim akcentem, którego nigdy się nie wyzbył! Pradziad Fryderyk nienawidził Prusaków, za wcielenie królestwa Bawarii do cesarstwa niemieckiego. Obie siostry Dziadka Michała, Jadwiga i Teodora, pracowały w szpitalu jako sanitariuszki, pielęgnując rannych powstańców.
 Babcia Jadwiga nie wiedziała, że Dziadek Michał, razem ze swoim kolegą powstańcem, byli tymi śmiałkami, którzy wspięli się na wieżę Ratusza i zrzucili niemiecką glapę! Niemcy tego nie zapomnieli Dziadkowi, aż do 1939 roku. Był na ich czarnej liście. Pradziad Fryderyk zmarł wkrótce po wyzwoleniu Poznania, ale jeszcze przez śmiercią wykreślił ze swego nazwiska ów przyimek niemiecki von, świadczący o szlacheckim pochodzeniu. Jego synowie i córki także nigdy więcej go nie użyli.
Babcia Jadwiga miała twardy charakter, podobnie jak i jej babka z czasów Powstania Styczniowego. Wyszła za mąż za człowieka, którego sama sobie wybrała, nie zważając na sprzeciwy rodziny. Urodziła mężowi aż ośmioro dzieci, trzech synów i pięć córek. Była bardzo troskliwą matką, choć niezbyt czułą i dosyć nawet oschłą. Miała za to ogromny dar gawędziarski i potrafiła opowiadać godzinami ciekawe historie. Gdy wybuchła I - wsza wojna światowa, Dziadek Michał wyjechał ze swoim pułkiem na front do Francji. Ciekawe, że jego oddział wyruszył z Cytadeli, z której kilka lat później, jego najstarszy syn Mieczysław, szedł na wojnę w roku 1920. Zięć, a mój Ojciec, w 1939 roku, podobnie jak sam Dziadek i jego drugi zięć Władysław, którzy wyruszyli z Cytadeli, aby bronić Warszawy także w 1939 roku.
Śmierć Franciszka Raqtajczaka.
O wybuchu powstania w Poznaniu, Babcia dowiedziała się 27 grudnia 1918 roku, od swojej gosposi, która z wrzaskiem wpadła do pokoju.
- Paniusiu złocista, biją się!
- Kto się bije? - spytała zdumiona Babcia, podnosząc głowę znad misternej szydełkowej robótki.
- Ady nasze chłopaki biją Szwabów! Poletę na Rynek, może się czegoś dowiem. - gosposia zawinęła się i zniknęła, jakby ją wiatr zdmuchnął.
Paderewski na balkonie Hotelu Bazar. 
 Babcia siedziała blada, i prawdę mówiąc wściekła na męża, który nawet słówkiem nie wspomniał, że wybuchnie powstanie. Babcia nie miała wątpliwości, że to powstanie, a nie jakaś zwykła awantura z Niemcami. Na zebraniach Sokoła, ostatnio dużo się mówiło o odzyskaniu niepodległości, a przyjazd Paderewskiego i prowokacyjne zachowanie Niemców zrobiło swoje. Miasto wrzało! Zanim zdołała się opamiętać, do mieszkania wpadł Marcin, brat Dziadka Michała, który coś zostawił w biurku u Dziadka.
- Marcin, gdzie jest Miś? - Babcia zastawiła mu drogę, uniemożliwiając prędkie wymknięcie się z domu.
- On ci nie mówił? - szwagier artystycznie udał zdumienie.
- Dobrze wiesz, że on nigdy mi nic nie mówi na ten temat. - wybuchnęła Babcia. - Gdzie Michał? Albo mi powiesz, albo nie wypuszczę cię z domu!.

- Powiem, tylko mnie wypuść, bo się bardzo śpieszę. Michał jest w hotelu Royal, przy sztabie dowództwa naszych wojsk. Wiesz, składaliśmy przysięgę na placu Wilhelmowskim. (obecnie Plac Wolności) Już mamy pierwszych poległych, zginęli Franciszek Ratajczak i Antoni Andrzejewski. No, do widzenia, Jadziu, muszę lecieć na Winogrady. Do zobaczenia i nie martw się o nas. - wypadł z mieszkania, jakby go sam diabeł gonił.
 Babcia z rozmachem usiadła na krześle i załamała ręce. Ale nigdy długo  nie rozpaczała. Przyszło jej do głowy, że mąż nie wziął nic do jedzenia i musi być głodny. Poszła do kuchni i do blaszanej bańki nalała świeżo ugotowanego rosołu, dołożyła makaronu i prędko przyszykowała kanapki z wędliną. Pomyślała, że tego dnia gosposia z pewnością się już nie pokaże, wobec tego Babcia postanowiła sama zanieść obiad mężowi. Ubrała płaszcz, włożyła na głowę kapelusz z piórami, bo paniom nie wypadało chodzić po ulicy z gołą głową, i wciągnąwszy na ręce skórkowe rękawiczki, wyszła z domu. Przez kilka ulic szła szybko, wyprostowana i baczna na wszystko.
Nagle z okna dużego, secesyjnego, niemieckiego  urzędowego budynku, niespodziewanie, jazgotliwie i ostro zaterkotał karabin maszynowy, a kule gwizdnęły koło ucha Babci,  ścinając pióro na jej kapeluszu.
Babcia padła plackiem na ziemię i leżała bez ruchu,kryjąc się za podmurówką ogrodzenia.
Kiedy strzały zamilkły, Babcia zerwała się i popędziła przed siebie, byle dalej od niebezpiecznego strzelca. Naraz stwierdziła, że zewsząd strzelają, a koło niej przebiegli z pośpiechem mężczyźni, uzbrojeni w karabiny i rewolwery.
- Niech się pani tu nie pęta! - wrzasnął któryś, mijając Babcię. - Tutaj toczą się walki.
Babcia z właściwym sobie uporem, zlekceważyła ostrzeżenie i poszła dalej, niosąc ostrożnie bańkę z rosołem. Szła, biegła, padała, czołgała się na brzuchu, nieustępliwie zmierzając do celu. Dziadek był z pewnością głodny, a ona niosła mu obiad i musiała dojść! Do hotelu Royal doszła pod wieczór, po drodze mijając trupy poległych Niemców i Polaków.
Kiedy wkroczyła na wartownię, z ust siedzących tam powstańców wyrwał się okrzyk zdumienia. Biedna Babcia wyglądała jak nieboskie stworzenie, unurzana w błocie, w podartym płaszczu i w kapeluszu tak posiekanym odłamkami, że doprawdy nie wiadomo, jakim sposobem Babcia zachowała pod nim głowę. Zjawiła się jak brudne widmo, trzymając przed sobą bańkę z rosołem.
Na widok sponiewieranej żony, Dziadek wybuchnął gniewem, wymawiając Babci, że postąpiła jak szalona, idąc przez miasto ogarnięte walką. Babcia wysłuchała męża z kamienną twarzą, a gdy skończył, oznajmiła chłodno, że przyniosła mu rosół! Obecni na wartowni mężczyźni zaczęli się śmiać. Dziadek złagodniał i wziął od Babci bańkę. Wówczas okazało się, że bańka jest pusta! Była na wylot przebita kulą i rosół wyciekł po drodze. Wtedy Babci puściły nerwy i  rzewnie się rozpłakała.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Wigilia w pałacu.


Wigilia! Pierwsze święta obchodzone w Makowie.
Nina nie lubiła Bożego Narodzenia, tak bardzo radosnego i rodzinnego. Wtedy nachodziły ją wspomnienia cudownych świąt w rodzinnym Jaśminowie. Powracały wraz z zacierającymi się w pamięci, w miarę upływu czasu, twarzami rodziców. Pod choinką w Sarnikach nigdy nie było dla niej prezentu, chyba jakaś szmaciana lalka uszyta w sekrecie przez nianię i garść orzechów. Wieczorem, kiedy leżała już w łóżku, przychodziła do niej Binia i zalewając się łzami, dzieliła się z nią słodyczami, narzekając na egoizm rodziców. Sama wigilia kojarzyła się Ninie zawsze ze śmiercią matki, zmarłej 10 grudnia. Od tego dnia życzyła sobie, żeby tych świąt nigdy nie było.
Jednakże pani Tekla przestrzegała tradycyjnych, polskich zwyczajów. Pałac pedantycznie wysprzątany, pachniał woskiem, którym nacierano posadzki, froterując je potem do połysku. W oknach puszyły się sztywno krochmalone koronkowe firanki, a jadalnię i salony przybrano żywymi kwiatami. W samą wigilię, od wczesnego rana panował w domu ruch i gorączkowa krzątanina, aby ze wszystkim zdążyć do Wieczerzy. W wielkim salonie ustawiono ogromną choinkę, pachnącą lasem i żywicą. Nina z pomocą pokojówek i lokajów ubierała ją i ryzykując skręcenie karku, osobiście zawiesiła na jej szczycie srebrnego Orła. Zwyczaj ustawiania choinki przyszedł z Bawarii i prędko przyjął się w całej Polsce, wzbogacony rodzimymi obrzędami. Służba podniecona radosną atmosferą, cieszyła się z końca Adwentu, nadchodzących świąt i bliskim już czasem wesel i tańców w karczmie. Kiedy panie zajęte były przygotowaniami do Wieczerzy, panowie tradycyjnie zbierali się z sąsiednich dworów i jechali do lasu na polowanie. Aleks już od świtu przebywał z Siekielskimi i panem Wąsockim w puszczy.
 Pani Tekla wraz z Jagą i kuchmistrzem, od rana układali menu na obiad w pierwszy dzień świąt, na który przybyć mieli zaproszeni goście. Tego dnia lekcji nie było, więc Nina wybrała się z Grotem do parku. Był lekki mróz, a całe niebo przykrywały chmury, zapowiadające dalsze opady śniegu. Ubrana w ciepłą, podbitą futrem pelerynę z kapturem, Nina przechadzała się po alejach zasypanych śniegiem, pogwizdując na szalejącego w zaspach Grota. Zawędrowała nad staw i przystanęła, przypatrując się młodym parobkom, którzy wyrąbali w lodowej skorupie duży otwór i łowili siecią ryby. Rozgrzani wódką, dokazywali przy tym, obrzucając się śnieżkami i śmiali się tak głośno, aż cały park rozbrzmiewał wesołymi okrzykami. W drewnianych cebrzykach szamotały się bezsilne wielkie szczupaki, tłuste karpie, czerwone płocie i grube węgorze. Nina przepadała za rybami i oblizywała się, wyobrażając sobie chrupiącą skórkę karpia usmażonego na świeżym maśle.
Nad staw przybiegły kobiety i dzieci z czworaków, oczekując na swoją kolej. Wieczorem wszystkie dzieciaki będą strzelać z rybich pęcherzy! Przytupnęła czując, że marzną jej stopy pomimo futrzanych bucików. Miała nadzieję, że mróz dłużej potrzyma, bo hrabia uczył ją jeździć na łyżwach, żartując pobłażliwie z jej upadków i cierpliwie pokazując kroki. Nina bardzo prędko nauczyła się zachowywać równowagę, ale uparcie rozpłaszczała się na lodowej tafli oczekując, żeby Aleks podniósł ją i otrzepał, dopytując się troskliwie, czy nie zrobiła sobie nic złego.
  Zamyślona uniosła głowę, wpatrując się w szare niebo, z którego w bezwietrznym powietrzu wirowały płatki śniegu, osiadając na jej długich rzęsach. W końcu. gwizdnęła na psa i powróciła do domu. Już w sieni unosiły się tak apetyczne zapachy, że nie wytrzymała i zajrzała do kuchni. Stanęła w progu, przełykając ślinę. Była głodna, bo w wigilię wszyscy pościli. W ogromnej kuchni panował nadzwyczajny ruch. Dziewczęta sprawiały przyniesione ryby miotające się na deskach. Cudownie pachniały gotujące się potrawy. Kumosia tarła w makutrze mak, dodając mielone migdały i wanilię. Jaga energicznie ubijała pianę, pierwsza intonując adwentowe pieśni, a wszyscy przyłączali się do śpiewu. Przy rozpalonej do czerwoności płycie wielkiego pieca, stał sam pan Szymon w wysokiej białej czapie i kosztował gotujące się potrawy, smakując je z namaszczeniem. Powitał Ninę szerokim uśmiechem i poczęstował ją odrobiną farszu do wigilijnych uszek.
- Proszę, niech jaśnie panienka spróbuje. Same borowiki smażone na maśle.
Skosztowała i mlasnęła językiem.
- Farsz jest przewyborny. – pochwaliła. – Uszka będą pyszne. Zresztą, cokolwiek robi pan Szymon, zawsze jest znakomite.
Py      Pyzate oblicze kuchmistrza rozpromieniło się z radości.
- O, jaśnie panienka zbyt dla mnie łaskawa. – powiedział skromnie.
- Mówię tylko prawdę. Ale muszę stąd uciekać, bo zaraz zgrzeszę obżarstwem. – zawołała, czując ssanie w żołądku.
Kumosia przerwała ucieranie maku i podsunęła jej talerzyk z dzwonkiem fioletowego, tłustego śledzia ociekającego oliwą.
- Skosztuj, kwiatuszku. – kusiła. – Śledziki w ustach się rozpływają.
- Nina! – mruknęła ostrzegawczo Jaga, jeszcze szybciej ubijając sztywną już pianę.
- Dziękuję Kumosi. – dygnęła Nina, ponownie przełykając ślinę. – Ach Boże, – westchnęła – dziś w kuchni jest po prostu rozkosznie!
W jej zielonym pokoju pachniało lasem, bo w wysokich flakonach stały gałązki choinki i prześlicznie rozkwitłe gałęzie różowej wiśni. Tradycyjnie na świętą Łucję, panny wkładały gałązki do wody, a na samo Boże Narodzenie wiśnie okrywały się kwiatami, co wymownie świadczyło o niewinności panienki. Nina zrzuciła pelerynę i rozebrała się z porannej sukni, podchodząc w samej halce do okna. Za szybą padał gęsty śnieg, a ogród różany i stare mury obronne, po których latem pięły się róże, pokryte były białym puchem. Od okna ciągnęło chłodem, więc zasłoniła je aksamitnymi kotarami i zadzwoniła. Weszła Walerka w nowej czarnej sukni i białym fartuszku. Warkocze wsunęła pod wykrochmalony, biały płócienny czepeczek. Była bardzo czerwona i rozchichotana.
- Przyznaj się, co tam spsociłaś, figlarko? – na widok lubianej pokojówki Nina poweselała.
- Ja nic! – zaśmiała się Walerka. – Ale Paweł, ten niezdara, pośliznął się w salonie i jak nie gruchnie!... – dziewczyna parsknęła jeszcze głośniejszym śmiechem, zasłaniając dłonią usta. – Oj, cośmy się z niego naśmiały! Szczęściem, niczego nie rozbił. Pan Walenty powiedział, że takiego osła, to nawet w Ziemi Świętej nikt nie znajdzie! Jak to dobrze, że dziś już Gody, bo w drugi dzień świąt, idziemy z Ulisią i Kasią do karczmy. Córka pana wójta ma zrękowiny z synem pana pisarza z kancelarii.
- Same idziecie? – Nina domyślnie przymrużyła jedno oko.
- Same to n - Nie,proszę jaśnie panienki. Franuś obiecał iść z nami, jak go pan Walenty puści. Jaśnie panieneczka przemówi za nim do pana kamerdynera? - Walerka spojrzała przymilnie i pocałowała Ninę w rękę.
- Naturalnie. – obiecała, cicho wzdychając. Żeby nie choroba Bini i ta nieznośna żałoba narodowa, chętnie poszłaby do karczmy przyjrzeć się tańcom. Chłopi nie uznawali żałoby narodowej i wieczorami tańczono po chatach i w karczmie do upadłego. - Przydałoby ci się coś nowego na te tańce. – powiedziała Nina i podeszła do szafy, wyjmując z niej ładną brązową sukienkę, a ze szkatułki kilka sznurów korali. – To prezent świąteczny ode mnie. Weź jeszcze tę aksamitkę do włosów i rękawiczki.
Dziewczyna nie posiadała się z radości wyobrażając sobie, jak dziewczęta będą jej zazdrościły. Punktualnie o piątej, Nina weszła do wielkiej sali jadalnej, szeleszcząc nową suknią z połyskującej srebrzyście czarnej tafty, skrojoną na wzór kontusza. Spod szerokich, rozciętych u góry rękawów, widoczna była biała paryska bluzeczka, prezent od Bini. Ostatnim wyrazem á la mode, skopiowanym z paryskich żurnali, była biała, trójkątna koronkowa chusteczka, przymocowana w tyle głowy srebrnymi szpilkami. Wylansowała ją sama cesarzowa Eugenia, będąca wyrocznią mody nie tylko we Francji, lecz na całym świecie. Sala jadalna tonęła w zieleni i w kwiatach. Na pięknie udekorowanym stole płonęły wysokie świece w pozłacanych kandelabrach. Pod śnieżnym obrusem szeleściło siano, a w rogu sali stał duży snop zboża. Jemioła i jedlina zawieszone na żyrandolu miały strzec dom od nieszczęścia. Lśniły wspaniałe srebra stołowe wyciągnięte na tę okazję ze skarbca. W sali zgromadziła się cała służba, pod przewodnictwem kamerdynera, wszyscy bardzo przejęci ważnością chwili.

Hrabia wziąwszy ze srebrnej tacy opłatek, podchodził do każdego domownika, dzieląc się z nim opłatkiem i życząc wesołych świąt. Po złożeniu państwu życzeń, ludzie bardzo wzruszeni opuścili jadalnię. Aleks złożył życzenia ciotce i podszedł do Niny.
- A czego mam tobie życzyć, promyczku? – spytał. -. Bogatego męża?
- Nie. – rzekła poważnie, patrząc mu prosto w oczy. – Pragnę za rok siedzieć przy tym stole ze wszystkimi, których kocham.
- W takim razie życzę tego tobie i sobie. – odparł, całując ją w policzek i w rękę.
Nina bliska    Nie hamując już płaczu rzuciła się kolejno w ramiona pani Tekli, niani i Kumosi, bo obie jako szlachcianki siadały wraz z państwem do Wieczerzy. Walenty w galowej liberii stanął za krzesłem pana i z uroczystą miną dał znak, aby podano do stołu. Dwaj lokaje wnieśli wazy z zupą. Był barszcz czerwony z uszkami i zupa migdałowa, którą bardzo lubiła hrabina. Po zupach podano smażonego na maśle karpia, makaron z parmezanem, węgorza w galarecie, paszteciki z grzybów w kruchym cieście, a także najlepsze śledzie w nicejskiej oliwie oraz francuskie kluseczki z makiem, pierożki z kapustą i grzybami. Wszystkich potraw musiało być dwanaście, a toasty spełniano domową nalewką, gdyż w wigilię nie piło się szampana ani wódki. Na deser był tylko kompot z suszonych śliwek. Nina była tak przejęta, że zaledwie mogła cokolwiek przełknąć. Wypiła jeden kieliszek nalewki z wiśni - arcydzieła Kumosi.
Oczy wszys       Oczy wszystkich utkwione były w to miejsce przy stole, gdzie stało nie zajęte krzesło i nakrycie przygotowane dla tego wędrowca, który zapuka w ten wieczór do drzwi. Talerz i krzesło symbolizowały tych, co już odeszli, również jej zmarłych rodziców, przywołując w pamięci obraz tysięcy pustych miejsc, przy wigilijnych polskich stołach, będąc personifikacją uwięzionych, zamęczonych, a także brnących w ten święty wieczór, przez bezkresne stepy pokryte śniegiem, tysiące wiorst od rodzinnego domu i ojczyzny. Pani Tekla także wpatrywała się w to miejsce przez łzy, zapewne wspominając zmarłego męża. Tego dnia miała na sobie czarną aksamitną suknię, a na siwiejących włosach kosztowną wenecką koronkę. Jedynym jasnym akcentem tego żałobnego stroju, były ogromne diamenty w przepięknych kolczykach z ciężkiego złota. W blasku świec klejnoty mieniły się feerią barw.
Po wigilii      Po wigilii wszyscy przeszli do wielkiego salonu, gdzie od trzech dni bez przerwy palono, utrzymując wysoką temperaturę. Czas oczekiwania na Pasterkę uprzyjemniano sobie, pijąc mocną kawę. Na okrągłym stoliku z różanego drewna, stały patery z owocami i pokrojony makowiec, gdyż w wigilię nie jedzono wykwintniejszych ciast. Kumosia, niezrównana mistrzyni, na spirytusowej maszynce parzyła mokkę. Ażeby podnieść smak kawy i jej zapach, dolewała do każdej filiżanki po kilka kropel koniaku i dodawała odrobinę zapiekanej śmietanki.
Pod ogromną choinką leżały paczki z prezentami. Nikt nie został pominięty, nawet Grot wśród śmiechu, wywęszył elegancko zapakowaną smakowitą kość i zaraz zaczął ją ogryzać pod fotelem pana. Nina nie wierzyła własnym oczom, wyjmując z dużego pudła prześliczne puszyste futro z białych lisów polarnych. Futro stanowiło komplet z futrzanym toczkiem i dużą mufką. Był to prezent od wuja Aleksa. Od hrabiny Tekli, otrzymała w podarku delikatny naszyjnik, pierścień, kolczyki i bransoletkę z czystych jak woda szafirów. Po raz pierwszy w życiu obdarowana była tak kosztownymi upominkami. Pani Tekla znalazła pod choinką mięciutką kaszmirową chustę i tureckie meszty wykładane futrem. Aleksa ucieszyło wspaniałe wydanie poezji Trzech Wieszczów oraz album z widokami Pragi, wszystko nielegalnie przemycone przez granicę przez znajomego Jasia.
Kolędnicy pod dworem.
  Jaga i Kumosia z rozrzewnieniem oglądały koronki na czepeczki i materiały na suknie. Walenty został obdarowany przez hrabiego złotym zegarkiem, który raz po raz przykładał do ucha, nie mogąc się nim nacieszyć. Na choince zapalono świeczki i ciepły blask ozłocił salę. W wielkim marmurowym kominku buzował ogień, pochłaniając całe kłody bukowego drewna. Nina usadowiła się u boku Jagi i chrupiąc jak wiewiórka orzechy, dyskretnie obserwowała zachowanie wuja. Siedział w głębokim fotelu przy kominku i przymknąwszy powieki, zdawał się być myślami daleko. Ogień rzucał na jego twarz purpurowe refleksy, a jej się wydawało, że na jego czole i włosach widnieją ślady krwi. Przeszedł ją dreszcz i nieznacznie się przeżegnała. Mimo, iż nie szczędzono sobie uśmiechów i serdecznych słów, nastrój był smutny. Pani Tekla zapewne rozmyślała o swoim mężu pochowanym w śniegach Syberii, bo nieznacznie ocierała chusteczką oczy. Ale była to twarda kobieta, więc szybko otrząsnęła się z przygnębienia i rzekła:
- Najwyższy czas na kolędy. Walenty, trzeba zaprosić wszystkich domowników na wspólne kolędowanie.
To była nowość i służba poczuła się wyróżniona i uhonorowana takim zaszczytem. Nina zasiadła do fortepianu i akompaniując sobie, zaintonowała czystym, silnym głosem:
- Przybieżeli do Betlejem pasterze.
Natychmiast podniósł się chór głosów i salon zaczął rozbrzmiewać kolędami i pastorałkami, od tych najdawniejszych, z czasów Jagiellonów i Wazów, aż po najnowsze, nauczane przez księży po kościołach. Kobiety zawodziły cienko, mężczyźni huczeli z zapałem, lecz na wszystkich twarzach widać było uśmiechy, bo rano pracownicy otrzymali gratyfikacje pieniężne, a kobiety upominki od hrabiny i panienki. Po odśpiewaniu kolęd, Nina dała koncert chopinowski, grając ze znakomitym wyczuciem nastroju, słynne Scherzo b-mol, z motywem kolędy „Lulajże Jezuniu”. W półmroku ogromnej sali rozlegały się potężne dźwięki fortepianu, podkreślając atmosferę uroczystej powagi i melancholii.
Kiedy ucichła muzyka, do sali zajrzał Paweł i oznajmił, że przyszły dzieci z czworaków z szopką. Hrabia pozwolił je wprowadzić. Był tam Herod z brodą z konopi, diabeł wysmarowany sadzami, śmierć w prześcieradle z kosą oraz żołnierz rzymski i malutki aniołek w przykrótkiej koszulinie. Przedstawienie się rozpoczęło, a widzowie przygryzali wargi, powstrzymując wybuch śmiechu, aby nie peszyć „artystów”, i z należytą powagą wysłuchiwali częstochowskich rymów. Aniołek, śliczny kilkuletni chłopczyk, naraz zapomniał swojej roli. Zamiast machać rączkami jak skrzydełkami, otworzył buzię i okrągłymi ze zdumienia oczkami, rozglądał się po sali, przypatrując się marmurowym posągom, lustrom w złoconych ramach, błyszczącej choince i wielkim obrazom. Jego oczywiste gapiostwo rozgniewało diabła.
Machnął widłami i wymierzył małemu w bok bolesną stójkę.
- Ady co się gapisz? Machaj, gamoniu! – warknął.
Boleśnie skarcony aniołek, rozpłakał się żałośnie i rozejrzawszy się, podbiegł do fotela na którym siedział Aleks. Stanąwszy przed czarno ubranym panem, chłopczyk przechylił na bok głowę i włożywszy paluszek do buzi, zaczął mu się ciekawie przypatrywać. Widocznie nieznajomy pan wzbudził jego zaufanie, bo wyciągnął rączkę i dotknąwszy paluszkiem kolan hrabiego, zagadnął go szeptem:
- A ty kto?
Diabeł aż ścierpnął i zbladł pod warstwą sadzy ze strachu. Przerywając przedstawienie, chwycił aniołka za rękę.
- Kuba, ty głupolu! Przecie to sam jaśnie wielmożny pan dziedzic! Pocałuj pana w rączkę i przeproś. Oj, dostaniesz, ty w domu ode mnie, dostaniesz! – wysyczał mu do ucha.
Aleks nie zwrócił uwagi na wystraszonego diabła, ale z uśmiechem wziął chłopczyka w ramiona i ucałował. Mały, przyjrzawszy mu się z powagą, zarzucił obie rączki na jego szyję i ufnie przytulił się do niego całym drobnym ciałkiem. Ten gest bardzo wzruszył i rozczulił hrabiego, choć starał się pokryć wzruszenie śmiechem. Nasypał aniołkowi w koszulinę orzechów, cukierków, dał mu czekoladę, a Walentemu kazał zapakować dla „artystów” dużą torbę słodyczy i ciast. Starszych chłopców obdarował kilkoma rublami. Szczególnie spodobał mu się "rzymski żołnierz," naśladujący podczas przedstawienia dosyć udanie ciosy mieczem. Położył mu rękę na ramieniu i spytał:
- A czyj ty jesteś, bo nie przypominam sobie, żebym cię gdzieś widział.
Chłopiec podniósł na niego duże oczy o intensywnej barwie chabra i rezolutnie powiedział:
-Niczyj, proszę łaski jaśnie pana hrabiego. Rodzice pomarli i ciotka mnie przygarnęła. Ten mały, to mój pociotek, a ja jestem Tomek Kochan!
To mówiąc, nie spuszczał z twarzy hrabiego oczu pełnych uwielbienia. Nie wyglądał na chłopskie dziecko. Wysoki i dobrze zbudowany, miał wyjątkowo ładne rysy i inteligentny wyraz twarzy. Był najstarszym z kolędników i mógł mieć piętnaście lat. Aleks ujęty jego zachowaniem, spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- A chodzisz do szkoły?
- Aha! Tera przyuczam się u pana koniuszego przy koniach, a jak dorosnę, to chciałbym służyć w polskich ułanach, jak sam pan koniuszy!
Po twarzy Aleksa przemknął uśmiech.
- Kto wie, może zostaniesz ułanem. Nie zapomnę o tobie. – obiecał.
Uszczęśliwiony chłopak z namaszczeniem ucałował jego rękę.
Nina naraz przypomniała sobie, że widuje tego chłopca wszędzie tam, gdzie ma się pojawić hrabia. Jak cień snuł się za masztalerzem prowadzącym Rexa, czatował na paddocku w porze, kiedy przychodził tam dziedzic. Zrobiło jej się przykro i pożałowała samotnego, nieszczęsnego dzieciaka, nie mającego do kogo przytulić serca. Uradowani kolędnicy wyszli, szturchając się łokciami z radości i szeptem dzieląc się wrażeniem.
Aleks wstał w fotela, podszedł do okna, wpatrując się nieruchomym wzrokiem w ciemność. Pani Tekla śledziła go oczami pełnymi łez. Jego spojrzenie i postawa wyrażały niemy ból człowieka, zmuszonego godzić się w milczeniu z nieznośną, rozpaczliwą rzeczywistością. Starsza pani podeszła do niego i ujęła jego rękę.
- Jesteś dziś bardzo milczący, Olesiu. – powiedziała cicho. – Może ty źle się czujesz?
Drgnął, jak przebudzony ze snu i obejrzał się na nią niespokojnie.
- Nic mi nie jest, ciociu. Zamyśliłem się tylko. Prawda, jaki ten mały chłopczyk był ładny i miły? Walenty, u kogo mieszka Tomek Kochan?
- Tomek? U Biedronia, proszę jaśnie pana hrabiego. Szkoda dzieciaka dla nich, bo to dobre i zmyślne chłopaczysko. Dobrze się uczy, ale Biedroniowa zrobiła sobie z niego popychadło i nawet do szkoły nie pozwala mu chodzić.
- Doprawdy? – Aleks uniósł brew z niezadowoleniem, już całkowicie opanowany i chłodny. – Poleciłem, żeby każde dziecko ukończyło szkołę. Po to jest tu nauczyciel. Niech Biedroń przyjdzie do mnie jutro w południe. Chłopak powinien dalej się uczyć, bo jest w nim materiał na wartościowego człowieka.
Ten drobny na pozór incydent, Nina zapamiętała na całe życie. Po raz kolejny odkryła, że mężczyzna, którego kochała, jest nieszczęśliwy. Sama nie lubiła dzieci i dziwiła się, że jemu tak bardzo zależy na posiadaniu potomka. Dla niej bezdzietne małżeństwo nie stanowiło powodu do dramatu. Przed północą zaczęto zbierać się na Pasterkę. Nina ubrana w nowe futro, w toczku na głowie i z mufką, stanęła przed lustrem, podziwiając swoje odbicie. Wyglądała zachwycająco. Ażeby podnieść jeszcze efekt, wpięła w uszy kolczyki i wsunęła na palec pierścionek - pierwszy w życiu. W świetle świec szafiry trysnęły błękitnymi iskrami. Westchnęła zadowolona i okręciła się na pięcie. Wieczór wigilijny uważałaby za bardzo udany, gdyby nie zapamiętany obraz Aleksa, trzymającego w ramionach dziecko, w które wpatrywał się oczami pociemniałymi z cierpienia.
  Do kościoła pojechali karetą osadzoną na płozach. Konie biegły równym kłusem, parskając i wesoło potrząsając janczarami, aż za karetą niósł się dźwięk dzwoneczków. Za państwem podążały sanie dworskich oficjalistów i gospodarzy makowskich. W mroźnym powietrzu rozległo się strzelanie z batów, piski kobiet i wybuchy śmiechu, kiedy jakieś sanki przewracały się w pędzie, wyrzucając jadących w puszystą zaspę śniegu.
W sarnickim kościele hrabiowie Klonowieccy mieli osobną ławkę, tuż obok kolatorskiej1 ławki Borutyńskich. W pobliżu Nina dostrzegła słodką twarzyczkę Zosi, siedzącej obok Tadeusza, razem z ojcem i przyszłym teściem. Niedaleko mieli swoją ławkę Jabłoccy i Wąsoccy. Dorota zawistnym okiem obrzuciła bogate futro Niny. Lecz tym razem widoczna na jej nieładnej twarzy zazdrość, nie sprawiła Ninie satysfakcji i nawet nie zwróciła na to uwagi, pochłonięta obserwacją pochmurnej twarzy Aleksa.
Zadudniły organy, a ona oprzytomniawszy, posłała Dorocie słodziutki uśmiech. Udając, że chce przewrócić kartkę w modlitewniku, zdjęła rękawiczkę błyskając wielkim szafirem i leciutko potrząsnęła głową, żeby drogie kamienie zalśniły w kolczykach. Była uszczęśliwiona, że przynajmniej raz udało się jej zepsuć humor Dorocie na całe święta!
Lecz gdy spojrzała na zalaną łzami twarz ciotki Marii i przygarbionego ze zgryzoty wuja Ksawerego, płoche myśli wyleciały jej z głowy, bo przypomniała sobie z bólem o ciężkiej chorobie Bini. Przejęta żalem i pełna skruchy, upadła na kolana i wzniósłszy oczy ku obrazowi Matki Boskiej Częstochowskiej na wielkim ołtarzu, zaczęła się gorąco modlić, błagając Ją o zmiłowanie. Tak głęboko zatopiła się w żarliwej modlitwie, że nawet nie słyszała śpiewanych kolęd, ani kazania proboszcza. Pod koniec Pasterki, rozpoczęła się litania do Nowo Narodzonego za umęczoną ojczyznę, odmawiana głośno przez obu księży klęczących na stopniach ołtarza.
 - Jezu, zmiłuj się nad nami! Chryste zmiłuj się nad nami!
Rozpaczliwe błagania, jak grzmot rozległy się w całej świątyni, jakby ludzie tym krzykiem pragnęli przypomnieć Panu Bogu o swoim istnieniu. Modlono się za bohaterskich mieszkańców stolicy, bowiem w ten święty wieczór kościoły w Warszawie były zamknięte.
1Kolator – fundator lub opiekun kościoła.

piątek, 4 grudnia 2015

KTO NAM PLUJE NA GŁOWĘ?


4 grudnia 2015 r.


Nie tak dawno, w Wiadomościach TVP I, pojawiła się informacja, że norweska dziennikarka nazwała Auschwitz, „polskim obozem koncentracyjnym”. Oczywiście spotkało się to z oburzeniem środowisk polskich na szczycie. Żądaliśmy przeprosin, które raczej nie nadeszły w takiej formie, jakiej się spodziewaliśmy. Dziennikarka tłumaczyła, że chodziło jej o terytorium polskie, na którym znajdowały się obozy koncentracyjne. Dziwne tłumaczenie, bo nikt nigdy nie nazwał np. „austriackie obozy koncentracyjne”.
Ale to nie pierwszy raz padło takie określenie hitlerowskich obozów zagłady. Dał tego dowód prezydent Stanów Zjednoczonych Obama i szef CIA, nie wspominając nawet, ile razy taka nazwa padła w amerykańskiej i niemieckiej prasie. W wielu środowiskach, a szczególnie żydowskich i o dziwo! niemieckich, postrzegani jesteśmy jako współwinni Holocaustu, tak, jakby Polacy szli ręka w rękę z okupantem, w celu mordowania niewygodnych dla nas Żydów, po których otrzymywaliśmy w nagrodę domy i majątki.
Historia postawiona na głowie!
Ale nie dziwmy się zanadto, bo częściowo sami jesteśmy winni temu, jak nas widzą. Oto co roku, na naszym rynku wydawniczym, pojawiają się obficie publikacje, najczęściej amerykańskie pisane przez obywateli amerykańskich pochodzenia żydowskiego, niemieckie, lub brytyjskie, dotyczące zagłady Żydów. W tym roku również pojawiła się książka wydana przez „Znak” amerykańskiego historyka Timothy Snydera pt.”Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”. Ciekawe,, bo nawet Wikipedia nie wspomina ani słowem o jego pochodzeniu. Autor biorąc przykład z rzekomo polskiego pisarza J.T. Grossa, który winą za Holokaust obarcza Polaków na równi z Niemcami, stara się wykazać, iż nie tylko Niemcy byli sprawcami Holokaustu. Radykalne, nieludzkie rozwiązania kwestii żydowskiej obmyślali politycy z innych krajów, również z Polski, jeszcze przed przyjściem Hitlera do władzy. Za swoją książkę, oskarżającą nasz naród o zbrodnię ludobójstwa, Snyder otrzymał od prezydenta RP Komorowskiego wysokie odznaczenie Krzyżem Kawalerskim Zasługi dla RP. W ambasadzie polskiej w Waszyngtonie, udekorował go minister spraw zagranicznych Schetyna! Za co?
 A kim jest Jan Tomasz Gross, opluwający Polaków w swoich publikacjach? 

 J.T. Gross.
Otóż jest pochodzenia żydowskiego. Urodził się w Polsce, w środowisku lewicowym, studiował na Uniwersytecie Warszawskim. W 1968, po wypadkach marcowych, wyjechał z rodzicami do USA i tam dokończył studia. Jest profesorem i wykłada na renomowanym uniwersytecie amerykańskim. W swoich książkach nie szczędzi Polakom obelg i oskarżeń o współudział w zagładzie Żydów i antysemityzm, nie tylko w czasie wojny, ale i przed II wojną światową. Po publikacji jego oszczerczych książek, między innymi o zbrodni w Jedwabnem, do sądu krakowskiego wpłynęły oskarżenia o obrazę narodu polskiego. Sąd sprawę oddalił. Rząd polski kierujący się honorem narodu, powinien niezwłocznie odebrać Grossowi prawo do obywatelstwa polskiego, ale to nie miało miejsca. Przeciwnie, wojewoda mazowiecki Kozłowski potwierdził Grossowi obywatelstwo polskie, a prezydent RP Kwaśniewski odznaczył Grossa Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi dla Rzeczypospolitej. No bo rzeczywiście się zasłużył, tylko komu? Polsce z pewnością nie!
Jakby tego nie było dosyć, aktualnie reporter niemiecki ZDF w Warszawie, Armin Coerper, w swoim artykule na łamach „Die Welt”, zarzuca Polakom okrucieństwo i nieczułość, ponieważ wzbraniamy się przed przyjęciem tak zwanych uchodźców. Pisze:” Polacy zachowują się tak, jakby to oni wymyślili Solidarność! W strachu przed Rosją żądają baz amerykańskich, NATO, broni. Ale rząd polski wzbrania się przyjąć uchodźców, zapominając, że tysiące Polaków wyjeżdża co roku do Europy Zachodniej. I dalej sypie oskarżeniami, wychwalając pod niebiosa wielkoduszność niemieckiej kanclerz pani Merkel.”
Ale to jeszcze nic, wobec tego, co napisał odznaczony przez prezydenta Rzeczypospolitej J.T. Gross, wtrącając się do sprawy uchodźców. Również na łamach „Die Welt” pisze między innymi: „ Dziś ich bezlitosne zachowanie (rządu polskiego) i bezczelna polityka, są wodą na młyn populizmu. Jeszcze nie tak dawno, tuż po wojnie, Żydzi którzy przeżyli Holokaust, musieli uciekać przed morderczym antysemityzmem polskiego, węgierskiego i czeskiego sąsiada. Ohydne oblicze Polaków pochodzi jeszcze z czasów nazistowskich. Polacy (-) faktycznie w czasie wojny, zabili więcej Żydów niż Niemców!!!! Europa Wschodnia (czytaj Polska) musi dopiero dokonać rozprawy ze swoją zbrodniczą przeszłością.” To tylko wyjątki z tego błota, jakim ochlapuje się Polskę i Polaków.
 Ale sami tego chyba chcemy. Jakoś dziwnie nie dopisuje nam pamięć, że najgorszymi oprawcami w Urzędach Bezpieczeństwa byli właśnie Żydzi. To żydowski siepacz płk. Roman Romkowski vel Natan Grinszpan – Kikiel, lub Menasze, torturował osobiście rotmistrza Pileckiego. To Józef Światło vel Izaak Fleischfarb, był wiceszefem strasznego Departamentu X Ministerstwa Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego – MBP. A Józef Różański vel Józef Goldberg był oficerem NKWD i MBP. Wystarczy wymienić jeszcze Anatola Felgina, czy Mieczysława Mietkowskiego de facto Mojżesza Bobrowskiego. To tylko ci z górnej półki.
Oto inny przykład. Telewizja polska na I programie TVP emituje ukraiński serial „Gwardia”, o wojnie na Ukrainie, oczywiście gloryfikujący ich dzielnych żołnierzy. Przyznajemy bardzo wysoką nagrodę pieniężną ukraińskiej pisarce, podczas gdy polscy literaci często nie mają za co wydać swoich książek. Jednocześnie w TVP Historia, osobiście wysłuchałam programu, w którym Ukraińcy wypowiadają się o tym, jaką straszną krzywdę wyrządzili im Polacy, zabierając w 1918 roku Lwów, który przecież zawsze był uważany na stolicę Ukraińców, a nie miasto polskie!
Polacy rozkopują groby żydowskie z poszukiwaniu złota. Izrael
 O zbrodniach na Polakach raczej niewiele mówili, za to miałam przyjemność oglądać dzieci ukraińskie, jak powiewając chorągiewkami ze znakiem Tryzuba, śpiewają o bohaterskich żołnierzach UPA!
Rząd polski, obojętnie, PO czy PiS, stale oręduje w sprawie Ukrainy w Unii Europejskiej, narażając się tym Rosji. Politycy polscy nie biorą pod uwagę faktu, iż wrogość Ukrainy wobec Polski i Polaków, oraz ciągle nagłaśniany mit o bohaterstwie band UPA i ich wielkim przywódcy Stepanie Banderze, uznanych przez ukraiński parlament za bohaterów narodowych których nie wolno obrażać, jest złym prognostykiem dla naszego narodu. Prezydent Ukrainy daje nam często niedwuznacznie do zrozumienia, żebyśmy się nie mieszali do ich polityki zagranicznej. Oczywiście w ramach przyjaźni!
Bohaterscy żołnierze UPA Wołyń.

Kto wie, gdyby nie obecność Rosji na wschodniej granicy Ukrainy, być może nasze ziemie małopolskie wielce by się skurczyły, gdyż Przemyśl i ziemie polskie aż po Wisłę, powinny podobno należeć do Ukrainy. Ale nasze kolejne rządy są ślepe i głuche, kierując się przestarzałymi politycznymi teoriami wsparcia wschodniego sąsiada w obawie przed Rosją, które w dzisiejszych czasach już się zdeaktualizowały.
Przyjaźń polsko-ukraińska.

Tak więc jako naród, pozwalamy sobie ze wszystkich stron pluć na głowę udając, że to deszcz pada. Przypominam sobie dowcip jeszcze z czasów PRL-u. Agitator krzyczy do tłumu: „ Towarzysze, nie dajcie sobie srać na głowy. Otwórzcie gęby!”