niedziela, 27 grudnia 2015

97 rocznica Powstania Wielkopolskiego. Pamięci Dziadzia Misia.


 
Do końca życia, moja Mama lubiła wspominać grudzień 1918 roku, kiedy razem z Babcią stały pod hotelem Bazar w Poznaniu, czekając na pojawienie się na balkonie pana Ignacego Paderewskiego. Na przyjazd wielkiego Polaka, światowej sławy pianisty, Poznań przystroił się, jak na powitanie króla. Ze wszystkich balkonów i okien domów poznańskich, zwisały dywany lub kilimy, a na nich portrety Kościuszki, księcia Poniatowskiego, królów polskich, czy Matki Boskiej Częstochowskiej. I choć była to zima, kwiaty. Tysiące kwiatów ciętych lub w doniczkach, stroiły okna i balkony poznańskich domów. Pod hotelem Bazar tłumy mieszkańców Poznania, oczekujących z nadzieją na wystąpienie Paderewskiego. Między nimi stała Babcia Jadwiga, trzymając za rączkę moją sześcioletnią Mamę. 
Paderewski w Poznaniu.
 Maestro był zaziębiony i chory, mimo to wyszedł na balkon i raczej chrypiąc niż mówiąc, wygłosił płomienne przemówienie do zasłuchanych poznaniaków. Potem odbyła się wielka polska manifestacja patriotyczna. Niemcy zorganizowali swój pochód, w czasie którego zrywali polskie sztandary. Było to jak iskra rzucona na prochy. 27 grudnia wybuchło w Poznaniu Powstanie Wielkopolskie. Jedyne powstanie, które zakończyło się pełnym sukcesem. Dzielni mieszkańcy Poznania, postanowili wypędzić Niemców ze swego miasta i uwolnić od nich Wielkopolskę oraz Pomorze. W całym mieście toczyły się ciężkie walki, w których brał udział mój Dziadek Michał i jego młodszy brat Marcin. Kiedy przed walką obaj żegnali się z rodzicami, pradziad Fryderyk ściskając synów, mówił:
- Pokażcie, że jesteście prawdziwymi Polakami i przetrzepcie skórę tym przeklętym Prusakom!
Obaj synowie wybuchnęli śmiechem, bowiem ojciec mówił to wszystko po niemiecku, z bawarskim akcentem, którego nigdy się nie wyzbył! Pradziad Fryderyk nienawidził Prusaków, za wcielenie królestwa Bawarii do cesarstwa niemieckiego. Obie siostry Dziadka Michała, Jadwiga i Teodora, pracowały w szpitalu jako sanitariuszki, pielęgnując rannych powstańców.
 Babcia Jadwiga nie wiedziała, że Dziadek Michał, razem ze swoim kolegą powstańcem, byli tymi śmiałkami, którzy wspięli się na wieżę Ratusza i zrzucili niemiecką glapę! Niemcy tego nie zapomnieli Dziadkowi, aż do 1939 roku. Był na ich czarnej liście. Pradziad Fryderyk zmarł wkrótce po wyzwoleniu Poznania, ale jeszcze przez śmiercią wykreślił ze swego nazwiska ów przyimek niemiecki von, świadczący o szlacheckim pochodzeniu. Jego synowie i córki także nigdy więcej go nie użyli.
Babcia Jadwiga miała twardy charakter, podobnie jak i jej babka z czasów Powstania Styczniowego. Wyszła za mąż za człowieka, którego sama sobie wybrała, nie zważając na sprzeciwy rodziny. Urodziła mężowi aż ośmioro dzieci, trzech synów i pięć córek. Była bardzo troskliwą matką, choć niezbyt czułą i dosyć nawet oschłą. Miała za to ogromny dar gawędziarski i potrafiła opowiadać godzinami ciekawe historie. Gdy wybuchła I - wsza wojna światowa, Dziadek Michał wyjechał ze swoim pułkiem na front do Francji. Ciekawe, że jego oddział wyruszył z Cytadeli, z której kilka lat później, jego najstarszy syn Mieczysław, szedł na wojnę w roku 1920. Zięć, a mój Ojciec, w 1939 roku, podobnie jak sam Dziadek i jego drugi zięć Władysław, którzy wyruszyli z Cytadeli, aby bronić Warszawy także w 1939 roku.
Śmierć Franciszka Raqtajczaka.
O wybuchu powstania w Poznaniu, Babcia dowiedziała się 27 grudnia 1918 roku, od swojej gosposi, która z wrzaskiem wpadła do pokoju.
- Paniusiu złocista, biją się!
- Kto się bije? - spytała zdumiona Babcia, podnosząc głowę znad misternej szydełkowej robótki.
- Ady nasze chłopaki biją Szwabów! Poletę na Rynek, może się czegoś dowiem. - gosposia zawinęła się i zniknęła, jakby ją wiatr zdmuchnął.
Paderewski na balkonie Hotelu Bazar. 
 Babcia siedziała blada, i prawdę mówiąc wściekła na męża, który nawet słówkiem nie wspomniał, że wybuchnie powstanie. Babcia nie miała wątpliwości, że to powstanie, a nie jakaś zwykła awantura z Niemcami. Na zebraniach Sokoła, ostatnio dużo się mówiło o odzyskaniu niepodległości, a przyjazd Paderewskiego i prowokacyjne zachowanie Niemców zrobiło swoje. Miasto wrzało! Zanim zdołała się opamiętać, do mieszkania wpadł Marcin, brat Dziadka Michała, który coś zostawił w biurku u Dziadka.
- Marcin, gdzie jest Miś? - Babcia zastawiła mu drogę, uniemożliwiając prędkie wymknięcie się z domu.
- On ci nie mówił? - szwagier artystycznie udał zdumienie.
- Dobrze wiesz, że on nigdy mi nic nie mówi na ten temat. - wybuchnęła Babcia. - Gdzie Michał? Albo mi powiesz, albo nie wypuszczę cię z domu!.

- Powiem, tylko mnie wypuść, bo się bardzo śpieszę. Michał jest w hotelu Royal, przy sztabie dowództwa naszych wojsk. Wiesz, składaliśmy przysięgę na placu Wilhelmowskim. (obecnie Plac Wolności) Już mamy pierwszych poległych, zginęli Franciszek Ratajczak i Antoni Andrzejewski. No, do widzenia, Jadziu, muszę lecieć na Winogrady. Do zobaczenia i nie martw się o nas. - wypadł z mieszkania, jakby go sam diabeł gonił.
 Babcia z rozmachem usiadła na krześle i załamała ręce. Ale nigdy długo  nie rozpaczała. Przyszło jej do głowy, że mąż nie wziął nic do jedzenia i musi być głodny. Poszła do kuchni i do blaszanej bańki nalała świeżo ugotowanego rosołu, dołożyła makaronu i prędko przyszykowała kanapki z wędliną. Pomyślała, że tego dnia gosposia z pewnością się już nie pokaże, wobec tego Babcia postanowiła sama zanieść obiad mężowi. Ubrała płaszcz, włożyła na głowę kapelusz z piórami, bo paniom nie wypadało chodzić po ulicy z gołą głową, i wciągnąwszy na ręce skórkowe rękawiczki, wyszła z domu. Przez kilka ulic szła szybko, wyprostowana i baczna na wszystko.
Nagle z okna dużego, secesyjnego, niemieckiego  urzędowego budynku, niespodziewanie, jazgotliwie i ostro zaterkotał karabin maszynowy, a kule gwizdnęły koło ucha Babci,  ścinając pióro na jej kapeluszu.
Babcia padła plackiem na ziemię i leżała bez ruchu,kryjąc się za podmurówką ogrodzenia.
Kiedy strzały zamilkły, Babcia zerwała się i popędziła przed siebie, byle dalej od niebezpiecznego strzelca. Naraz stwierdziła, że zewsząd strzelają, a koło niej przebiegli z pośpiechem mężczyźni, uzbrojeni w karabiny i rewolwery.
- Niech się pani tu nie pęta! - wrzasnął któryś, mijając Babcię. - Tutaj toczą się walki.
Babcia z właściwym sobie uporem, zlekceważyła ostrzeżenie i poszła dalej, niosąc ostrożnie bańkę z rosołem. Szła, biegła, padała, czołgała się na brzuchu, nieustępliwie zmierzając do celu. Dziadek był z pewnością głodny, a ona niosła mu obiad i musiała dojść! Do hotelu Royal doszła pod wieczór, po drodze mijając trupy poległych Niemców i Polaków.
Kiedy wkroczyła na wartownię, z ust siedzących tam powstańców wyrwał się okrzyk zdumienia. Biedna Babcia wyglądała jak nieboskie stworzenie, unurzana w błocie, w podartym płaszczu i w kapeluszu tak posiekanym odłamkami, że doprawdy nie wiadomo, jakim sposobem Babcia zachowała pod nim głowę. Zjawiła się jak brudne widmo, trzymając przed sobą bańkę z rosołem.
Na widok sponiewieranej żony, Dziadek wybuchnął gniewem, wymawiając Babci, że postąpiła jak szalona, idąc przez miasto ogarnięte walką. Babcia wysłuchała męża z kamienną twarzą, a gdy skończył, oznajmiła chłodno, że przyniosła mu rosół! Obecni na wartowni mężczyźni zaczęli się śmiać. Dziadek złagodniał i wziął od Babci bańkę. Wówczas okazało się, że bańka jest pusta! Była na wylot przebita kulą i rosół wyciekł po drodze. Wtedy Babci puściły nerwy i  rzewnie się rozpłakała.