czwartek, 14 stycznia 2016

Zmieniają się nam obyczaje.


14 stycznia 2016 r.

Zima i wczesne wieczory, często skłaniają nas do sięgnięcia myślą wstecz, przywołując w wyobraźni dawne wydarzenia i osoby których już nie ma między nami. Z lat dziecinnych przypomniałam sobie wieczory zimowe w Gręboszowie. Przyjeżdżałyśmy tam z mamą na kilka miesięcy w roku, często na Boże Narodzenie. Do wsi jechałyśmy saniami, bo nie było tam wtedy innych środków lokomocji. Otulone w baranie kożuchy, siedziałyśmy z mamą w saniach, przytulone do siebie. Noc była mroźna, a dokoła ciągnęły się pola i lasy zasypane śniegiem. Konie biegły równym kłusem, dzwoniły dzwonki uprzęży. Nad naszymi głowami rozciągała się bezbrzeżna i ciemna kopuła niebios, usiana jasnymi gwiazdami. Wpatrywałam się w gwiazdy nie wiedząc, że po latach odtworzę tę jazdę saniami w powieści. Dziadkowie mieszkali wtedy w dużym drewnianym domu, zbudowanym na niewielkiej skarpie nad bystrym strumykiem, latem pływały w nim rybki. Za domem był wiejski staw, ogrodzony płotem plecionym z wikliny. Do dziś pamiętam jej gorzki zapach. W domu była wielka izba, z dużym paleniskiem podobnym do kominka, a po kilku schodkach wchodziło się do pokoju sypialnego.
W zimowe wieczory, cała nasza rodzina zbierała się w izbie przed paleniskiem, w którym płonęły wielkie szczapy drewna. Miałam wtedy chyba cztery latka i doskonale pamiętam purpurowe odblaski ognia na drewnianych ścianach izby. Nie było w domu elektryki, więc mama, babcia i ciocia, szyły, łatały bieliznę i odzież przy karbitowej lampie. Dawała dosyć jasne światło, ale okropnie cuchnęła. Dziadzio Miś, popijał z dużego kufla doskonałe piwo, które sam potrafił zrobić. Siedziałam u dziadka na kolanach i uważnie słuchałam, o czym mówi babcia. Opowiadała o różnych dawnych obyczajach świątecznych we dworach, o legendach i dziejach rodzinnych. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o losach młodziutkiej panienki, która po latach została bohaterką mojej książki. Ale nie o tym chcę pisać.
Pamiętam ówczesne święta, obchodzone bardzo skromnie, (okupacja) ale wielce uroczyście. Nikt nigdy nie śpiewał kolęd przed Pasterką, do wigilii nie pito alkoholu, co najwyżej domową nalewkę. W ten dzień nie wolno było przeklinać, złościć się, czy źle o kimś mówić. To był wielki grzech! Mimo trzaskającego mrozu cała rodzina wędrowała o północy do kościoła i dopiero tam, na Pasterce, ksiądz po raz pierwszy intonował kolędę „Bóg się rodzi”...
 Z dzieciństwa wyniosłam szacunek i kult do Bożego Narodzenia, mimo iż dzisiaj nie lubię tych świąt. W dzień wigilijny chodzę na cmentarz, aby położyć na grobie rodziców opłatek. Tego roku także tam poszłam. Właśnie kupowałam znicze, kiedy podeszło do nas dwóch mężczyzn, w stanie wskazującym… Przechodząc, mocno potrąciło jakiegoś pana. Ludzie dobrze wychowani przepraszają i idą dalej. Ale żyjemy w czasach, gdy święta stają się okazją do wyprzedaży w hipermarketach, nieustannych świątecznych reklam, od których robi się już niedobrze i ogólnego obżarstwa, nie mającego ze świętami nic wspólnego.
Toteż mijający nas mężczyźni, nie przeprosili potrąconego pana, lecz przeciwnie, stanęli i obrzucili go stekiem wyzwisk, z których najłagodniejszym była tradycyjna kurwa!! Obrażony pan ostro odpowiedział, a mężczyźni mieli widoczną ochotę do sprawienia mu łomotu. Ale widząc ludzi wychodzących z autobusu, zrezygnowali z tego „świątecznego” zamiaru i odeszli klnąc głośno i soczyście. To tylko jeden z obrazków, jak bardzo zmieniły się w Polsce obyczaje.
Sam wieczór wigilijny także traktowany jest raczej rozrywkowo. Przypominam sobie, że w pogardzanym i wyszydzanym PRL-u, w wieczór wigilijny rokrocznie nadawano transmisję koncertu chopinowskiego bezpośrednio z dworku w Żelazowej Woli, miejscu urodzin kompozytora.
Grali najwybitniejsi polscy pianiści i była to prawdziwa uczta duchowa, odpowiednia do uroczystości. Potem zwykle wielkie chóry i orkiestry grały kolędy w tradycyjnym stylu, a następnie emitowano jakiś piękny film. Obecnie w wieczór wigilijny robi się takl-show ze studia, z udziałem gwiazd, pełnym dosyć wulgarnych i kiepskich opowiadań o świętach i pierogach z kapustą i grzybami u mamy, zwykle kilka razy powtarzanych przy różnych okazjach. Następnie za śpiewanie kolęd biorą się popularne „kwiczoły” (powiedzonko ś.p. Jerzego Waldorffa) i robią z uroczystości wigilijnych pseudo kabaret, przeważnie we wspaniałej scenerii świątyń. Każdy sobie zmienia melodię kolędy i wychodzi z tego kociokwik nie śpiew. Nie należę do dewotów, ale nie podoba mi się ten rozrywkowy program wigilijny, w którym nie ma żadnego poważnego odniesienia do okazji, z jakiej obchodzimy te święta.
 Miałam także wątpliwą przyjemność oglądnąć szopkę z okazji uroczystości Trzech Króli na bolesławieckim Rynku. Szopkę na „wesoło”. Trudno winić młodocianych artystów, że mówili co im napisano. Ale tekst mieli, delikatnie mówiąc, nieodpowiedni, pełen dowcipów, niewiele mających wspólnego z uroczystością. Oczekiwałam, kiedy z ust pastuszków, lub któregoś z Mędrców, bowiem nie są to królowie, lecz Magowie ze Wschodu, usłyszę żartobliwe pytanie: - Czy to Dzieciątko nie jest czasem urodzone z in vitro? - Ha,ha, ha – ale śmieszne, co? No cóż, trudno wymagać, żeby wszystkie imprezy udawały się na medal, jednak do pisania tekstów należy wziąć profesjonalistów, a nie amatorów, z poczuciem humoru od siedmiu boleści. Przyrzekłam sobie, że więcej na podobne uroczystości w następnym roku nie pójdę.
 Z zasady nie oglądam także filmów, tak zwanych „religijnych”. Wielki pisarz francuski Flaubert, powiedział niegdyś: „Nie tykajcie bóstw. Pozłota zostaje na rękach”. Faktycznie, jeżeli widzę świętego Jana czarnego jak sadza i starego, mimo iż był to najmłodszy i ulubiony uczeń Jezusa, oraz wcale nie bielszą, brzydką św. Magdalenę, która w Ewangelii wcale nie była Magdaleną, tylko Marią z Magdali, (miasto Magdala) to zaczyna mnie zalewać zła krew. Filmy hollywoodzkie robią przeważnie Żydzi, do których w większości należą wytwórnie filmowe, a im nie zależy na tym żeby powstał obraz zgodny z przekazem. Nie rozumiem, po co kupować takie barachło, jak np. niedawno emitowany film: „Anmo Domini”, mający się tak do czasów ewangelicznych jak pięść do nosa. Jeszcze nie tak dawno, ten film i jemu podobne, nie zostałyby nigdy zakupione, ale ponieważ zmieniły się nam obyczaje, więc miał dużą oglądalność.
W komunistycznym PRL-u, rządzonym przez Moskwę, w Sylwestra o północy, tańczono wspaniałego moniuszkowskiego mazura ze „Strasznego dworu”, lub z „Halki”. Obecnie na pożegnanie starego roku, jakiś rodzimy „kwiczoł” wrzeszczy po angielsku rockową piosenkę, a tłum ryczy i podryguje. Starożytni Rzymianie niegdyś ubolewali: - O tempora, o mores!” - O czasy, o obyczaje! Czasy mamy jakie mamy, ale obyczaje to nam się diametralnie zmieniły. Obawiam się,  że bynajmniej nie na lepsze.