wtorek, 29 marca 2016

Coraz więcej tajemnic.


30. marca 2016 r.
Tego wieczora hrabia nie zaprosił Borutyńskiego do gabinetu, tylko pożegnał się i odszedł do swoich pokoi. Nina położyła się dosyć wcześnie, źle spała i przebudziła się po północy, rozmyślając ciągle o wizycie sprawnika i donosie. Nie mogąc uleżeć w łóżku, wstała i zaczęła przechadzać się po sypialni i buduarze. Mijała właśnie drzwi od korytarza, kiedy jej uwagę zwrócił odgłos czyichś cichych kroków. Miała nadzwyczaj czuły słuch, rejestrujący najlżejszy szmer. Przystanęła zastanawiając się, kto o tej porze wędruje po domu? Z pewnością nie był to Żabiec, bo ten nie pokazywał się już w pałacu.
 Postanowiła sprawdzić, kim jest nocny intruz. Delikatnie przekręciła klucz w zamku i uchyliła drzwi, zerkając na korytarz i gotowa w razie potrzeby podnieść alarm. Ponaglana ciekawością, wysunęła się z sypialni i leciutko, na paluszkach, pomknęła ku pokojom hrabiny. Pomimo grubego dywanu tłumiącego kroki, słuch podpowiedział jej, że nocny przybysz wszedł do korytarzyka prowadzącego do "złotej komnaty". Spoza kotary zasłaniającej wejście zaraz posłyszała czyjś głos :
- Zgubisz mnie i siebie. Nie pozwolę ci na to i nie zniosę tego dłużej! - to był niewątpliwie głos Aleksa.
- Zapewniam cię, że o niczym nie wiem. Wyjdź stąd, chcę spać! - Paula dodała parę słów po rosyjsku, czego Nina nie zrozumiała, a następnie zawołała po francusku, ostrym, kłótliwym tonem:
- Sasza, potrzebuję pieniędzy!
- Dopóki się nie dowiem, kto to napisał, nie zobaczysz nawet kopiejki!
- Tak? W takim razie doniosę na ciebie! - w ciszy nocnej rozległ się jej śmiech, przypominający chichot nocnego ptaka.
Coś powiedział, ale takim ściszonym głosem, że Nina nie dosłyszała, co mówił. Zaraz po tym rozległ się przeraźliwy wrzask Pauli. Krzyczała tak głośno, że Nina zatkała sobie uszy. Rozpaczliwy krzyk powtórzył się raz jeszcze i raptownie umilkł. Nastała grobowa cisza.
Ze swego pokoju wyjrzała Jaga, trzymając zapaloną świecę. Na głowie miała przekrzywiony czepek, a w oczach zdumienie i przestrach.
- Matko Najświętsza, kto tak hałasuje? - odezwała się szeptem. - Nino, nie ubrałaś szlafroka, przeziębisz się. - wzięła ją za rękę i przyciągnęła do siebie.
- Cicho, nianiu. - Nina położyła palec na ustach,odwracając się do niej. - To Paula tak krzyczy.
Posłyszała szczęknięcie poruszonej klamki i prędko pociągnęła Jagę do swojego pokoju. Szybkie kroki minęły jej drzwi i już nic nie mąciło ciszy nocnej.
- Na miłość boską, co to było? - denerwowała się Jaga, otulając ramiona szalem, bo noc była chłodna.
- Przecież słyszałaś. Paula wrzeszczała.
- Coś podobnego! Żeby w nocy urządzać takie wrzaski? Nie wiesz, dlaczego ona się tak darła?
- Może zobaczyła mysz, albo znowu dostała ataku. - Nina odwróciła głowę, kryjąc mściwy uśmiech.
- To powinna wezwać służbę, a nie budzić ludzi takimi wrzaskami. Boże, co za dom! Musimy prędko stąd wyjechać. - gniewnie oznajmiła Jaga i pocałowawszy Ninę, poszła do siebie.
Resztę nocy Nina przeleżała bezsennie, a rano wstała z bólem głowy i klejącymi się z niewyspania powiekami. Ziewając, przyjmowała meldunki służby. Okazało się, że nad ranem śliczna klacz Fatima zaczęła się źrebić, ale trzeba było obudzić weterynarza, bo nie mogła urodzić. Zaintrygowana Nina ukończywszy toaletę poszła do stajni, bardzo ciekawa jak odbywa się źrebienie, ale we wrotach stał koniuszy i zastąpił jej drogę.
- Lepiej tam nie wchodzić, jaśnie panno. Pan hrabia nie życzyłby sobie tego. - ostrzegł półgłosem, nie ustępując z miejsca.
- Chciałam tylko odwiedzić moją Mignon. - skłamała zawstydzona, ale usłyszawszy bolesne stękanie i rżenie rodzącej klaczy, pośpiesznie wycofała się i powróciła do domu. W buduarku usiadła przy sekretarzyku przypomniawszy sobie, że nie odpisała jeszcze na list Bini. Wyjęła papier z szufladki, umoczyła pióro w kałamarzu i zabrała się do pisania. Była tym tak zajęta, że nie słyszała pukania i nie zauważyła, kiedy do pokoju wsunął się Walenty i chrząknął, pragnąc zwrócić na siebie uwagę. Zniecierpliwiona uniosła głowę i spojrzała na niego.
- Jaśnie panieneczka wybaczy śmiałość. - odezwał się tajemniczo. - Słyszałem od pokojówki, że pani hrabina znowu chora. Agata powiada, że pani ma na ciele takie pręgi, jakby ją ktoś sprał ekonomskim batem! Przez tydzień nie może pokazać się ludziom!
- Pewnie spadła z konia. - Nina nie okazała zdziwienia, podziwiając jednocześnie dokładność informacji. Staruszek zawsze pierwszy wiedział, co w pałacu się działo.
- Z konia? - prychnął drwiąco. - Chyba drewnianego! Przeszło sześćdziesiąt lat służę w tym domu, a przedtem pracowali tu mój ojciec i dziad, jak pamięć sięga. Nauczono mnie, że państwa się nie krytykuje. Ale tak sobie często myślę, że mojemu paniczowi.... chciałem rzec, jaśnie panu hrabiemu, zdałaby się inna żonka. Swoja, kochająca, ot taka właśnie! - podniósł na Ninę wyblakłe ze starości oczy. - Przecież ja widzę, co się dzieje. Ta kobieta zasłużyła na tęgie baty i nie tylko na baty.
Nina zdawała sobie sprawę, że jej obowiązkiem było surowo skarcić kamerdynera za "tę kobietę" i resztę wyrażonej opinii. Lecz nie potrafiła się na to zdobyć, ponieważ miała ochotę rzucić się Walentemu na szyję i mocno go ucałować.
- Dziękuję. - powiedziała chłodno. - Na przyszłość proszę, żeby służba nie komentowała tego rodzaju wydarzeń.
- Oczywiście! - obruszył się Walenty. - Dopilnuję tego. - przyjrzał się jej zatroskany. - A może jaśnie panieneczka zje coś słodkiego? Przyniosę.
Teraz już mogła posłać mu słodki, dziewczęcy uśmiech.
- Dziękuję, nie jestem głodna. Proszę posłać do stajni i niech za godzinę przygotują mi powozik. Chcę jechać do Sarnik.
Kamerdyner skłonił się i wyszedł. Służba, nawet chłopi, nie znosili Pauli. Pokojówki obawiały się jej zmiennego humoru i napadów szału, w czasie których rzucała w dziewczęta tym, co jej wpadło pod rękę. Kłaniano się jej, lecz za plecami nazywano ją cudzoziemską wywłoką wiedząc, że nie była dobrze urodzona. W milczącym porozumieniu ignorowano Paulę, a szczególnie celował w tym Walenty, okazując jej jawną antypatię. Paula domagała się usunięcia staruszka z pałacu, ale kamerdyner cieszył się specjalnymi względami hrabiów Klonowieckich. Jako zaufany majordomus, każdej chwili miał swobodny dostęp do prywatnych apartamentów państwa. Służąc od niepamiętnych lat w pałacu, poznał wiele sekretów rodzinnych, zaś sam dom nie miał dla niego tajemnic.
Nina przerwała pisanie listu i przy pomocy Walerki zmieniła domową suknię na spacerową. Jeszcze z rana postanowiła pojechać do kościoła i zamówić mszę za duszę świętej pamięci hrabiny Tekli. Ale proboszcza nie zastała, bo pojechał do Bodzentyna. Gospodyni powiedziała, że wkrótce powinien wrócić. Wobec tego Nina uznała, że warto poczekać i zaprosić proboszcza na niedzielny obiad i swoje imieniny, przypadające 26 czerwca. Poszła do kościoła i usiadła w kąciku za kolumną, w pobliżu konfesjonału. Przypatrywała się obrazom na ołtarzach, dostrzegając malarską nieudolność. Tłuste barokowe aniołki pokrywała gruba warstwa wiekowego kurzu. W kościele było ciemnawo, bo dzień był pochmurny. W przedniej ławce siedziało kilka starych gospodyń, kolejno przystępujących do spowiedzi. Młodsze kobiety pracowały o tej porze w polu, przy okopywaniu ziemniaków i buraków.
Stare kobiety, po spowiedzi, odmówiły przed wielkim ołtarzem pacierze i wyszły. W całym kościele nie było już nikogo, prócz Niny i Żabca, siedzącego w konfesjonale. Pokaszliwał i kręcił się niespokojnie, widocznie przeziębiony. Nina uniosła głowę i wpatrzyła się w ostre łuki podtrzymujące gotycki strop kościoła, wspominając czasy, gdy modliły się w tym miejscu z Binią
Wtem skrzypnęły drzwi i na posadzce zaszeleściła kobieca suknia. Do konfesjonału podeszła czarno ubrana dama, szczelnie zawoalowana, kryjąc twarz pod gęstą koronką woalki. Uklękła i rozejrzała się podejrzliwie. Nie zauważywszy nikogo w kościele, podniosła woalkę i zbliżyła twarz do krat konfesjonału.
-Potrzebuję pieniędzy! - powiedziała tak głośno, że Nina słyszała każde wypowiedziane słowo.
- Przecież nie dawno dałem ci pieniądze. - zauważył Rafał.
- Ile? Nie bądź śmieszny! Potrzebuję znacznie więcej, bo zabrakło mi lekarstw.
- Aniele, zrozum, że ksiądz proboszcz w końcu zorientuje się, że w kasie brakuje pieniędzy. Za tydzień odpust, okaż odrobinę cierpliwości. - głos Żabca brzmiał bardzo pokornie. - A on nie da ci pieniędzy?
- Nie! Czuję się coraz gorzej i muszę mieć leki. - powiedziała ponuro. - Mówiłam ci jak można zarobić wiele pieniędzy.
- Nie żądaj tego ode mnie. Ja jestem księdzem, nie mogę tego zrobić!
- Jesteś głupcem i nie zawsze pamiętasz, że jesteś księdzem. - warknęła. - Żałuję, że uzależniłam się od ciebie. Mam tego dosyć i wyjeżdżam do Rosji. Więcej mnie nie zobaczysz!
Nagłym ruchem podniosła się z klęczek, ale Rafał prędko wychylił się z konfesjonału, pochwycił ją za rękę i zatrzymał.
- Wyjeżdżasz? Przecież ja ciebie nie mogę stracić. Miej litość nade mną. - żebrał, pokrywając jej rękę namiętnymi pocałunkami. - Kocham ciebie i nie pozwolę ci odejść. Powiedz, że zostaniesz. Błagam!
- Potrzebuję pieniędzy! - powtórzyła raz jeszcze z naciskiem. - Jeżeli ty mi ich nie dasz... - zrobiła znaczącą pauzę.
- Dobrze! - wykrzyknął z rozpaczą. - Będziesz miała pieniądze!
- Pośpiesz się!
- Zostań jeszcze przez chwilę. - prosił. - Dawno mnie nie wzywałaś. - wyszedł z konfesjonału i objął ją, patrząc na kochankę z miłością i niemym błaganiem.
- O, musisz na to zasłużyć! - wyrwała się z jego ramion i opuściwszy na twarz koronkową woalkę, wyszła z kościoła.
Rafał stał w miejscu i patrzył za nią. Z jego piersi wyrwał się krótki zdławiony szloch i ciężkie westchnienie. Skryta za kolumną Nina, odczekała dłuższą chwilę i dopiero upewniwszy się, że Żabiec poszedł na plebanię, chyłkiem wymknęła się z kościoła, wsiadła do powoziku i powróciła do Makowa.
Miała dziwne, niejasne przeczucie, że stało się coś bardzo złego, czemu powinna zapobiec. Ale była już tak zaplątana w sieć kłamstw i tajemnic, że bała się z kimkolwiek o tym rozmawiać. Odepchnęła więc od siebie przykre myśli, postanawiając, że nie będzie się tym zadręczać.
Nie miała już głowy do zaległej korespondencji, poszła do malinowego salonu, usiadła przy fortepianie i zaczęła grać, wpatrując się w nuty niedawno przysłanego wyciągu fortepianowego partytury Wagnerowskiego "Tannhäusera", powtarzając kilkakrotnie ulubiony fragment opery, chór pielgrzymów " Beglück darf nun".Potem przypomniała sobie, że jutro przyjeżdża nauczyciel muzyki i wyjęła spomiędzy nut " Wohltemperiertes Klavier", zaczynając ćwiczyć fugi Bacha. Zwabiony muzyką do salonu zajrzał Aleks.
- Co nowego, promyczku ? - spytał z uśmiechem. Wydał się jej zupełnie spokojny i pogodny.
- Ćwiczę! - odparła, zastanawiając się, czy wypada spytać go o nocne zajście. Uznała jednak, że lepiej nie poruszać tego tematu.
Aleks przypatrywał się jej lekko zmrużonymi oczami, czytając z jej twarzy, jak z otwartej księgi. Po chwili przerwała grę i zdecydowała się jednak go zapytać.
- Alku, a u ciebie... E, dobrze spałeś? - zająknęła się w połowie zdania.
- Znakomicie. - podszedł, pocałował ją w czubek głowy i potargał za warkocz. - Idę z Grotem na spacer, spotkamy się na obiedzie.
  - Uhm! - odprowadziła go wzrokiem do drzwi i siedziała przy fortepianie ze ściągniętymi brwiami, nie mogąc pozbyć się uczucia, że coś ogromnie ważnego wymknęło się jej spod kontroli. Na ten moment przygnębienia trafił Jaś, wracający z Brzezińca. Nina wydała okrzyk radości i zerwawszy się podbiegła do niego.
- No, nareszcie jesteś, łaziku! - cmoknęła go w policzek i wzięła pod rękę. - Bardzo potrzebuję bratniej duszy.
- To chyba nie wypada, żeby młoda dziewoja rzucała się w ramiona niewątpliwie przystojnego mężczyzny. - zaśmiał się, oddając jej uścisk. - Masz jakiś kłopot?
- Ba, żebyś wiedział ile! - westchnęła. - Niech niewątpliwie przystojny mężczyzna nie kpi z przygnębionej dziewicy, bo nie dostanie deseru! Tak, Jasiu. - dodała już poważnie. - Obawiam się, że mam duży problem.
- W takim razie chodźmy nad staw. Proponuję przejażdżkę łódką. - wziął ją za rękę i poszli.
W sieni Nina włożyła na głowę kapelusz z szerokim rondem i niedbale zawiązała wstążki pod brodą. Przez ogród różany doszli nad wodę i wsiedli do białej łódki, wypływając na środek stawu. Jaś spytał czemu jest smutna, a ona bez wahania opowiedziała mu o swoich kłopotach, zatajając jedynie scenę w kościele, której była świadkiem. Spodziewała się od niego dobrej rady wiedząc, że Jaś gotów jest stanąć do walki z Goliatem w jej obronie. Wysłuchał jej z najwyższym zainteresowaniem, przygryzając z emocji dolną wargę i z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Kotuniu, czy ty przypadkiem nie zużyłaś wszystkiej czarnej farby, jaka miałaś w zapasie, malując obraz pani hrabiny? To oczywiste, że nie darzysz jej sympatią, masz powód, ale nie mieści mi się w głowie, żeby dama zdolna była podnieść rękę na umierającą kobietę i mieć romans z tym biednym wikarym.
- Misiu, ręczę ci, że o wielu sprawach nawet nie wspomniałam, bo po prostu się krępuję. To nie jest jej pierwszy romans i nie ostatni. Poza tym pamiętaj, że nie mówimy o damie, lecz o osobie pochodzącej z gminu, bez żadnych zasad moralnych.
- Rozumiem, ale rozpusta to nie to samo, co usiłowanie zabójstwa. Poza tym jeszcze ten donos. Nie, kiciu, donos pisał mężczyzna.
- Skąd wiesz ? - poruszyła się tak gwałtownie, że łódka się zakołysała.
- No bo ja również mam swoje źródła informacji. To było pismo mężczyzny. - wyjaśnił spokojnie.
- Kazała go napisać Żabcowi! - upierała się, będąc jeszcze pod wrażeniem sceny w kościele.
- To mało prawdopodobne.
- Misiu, on dla niej zrobi wszystko, uwierz mi. Jest zupełnie szalony. Może wysyłając donos na ciebie, Paula chciała w ten sposób skierować uwagę policji na męża, wciągając go w krąg podejrzeń? Wiesz, wszystko co ona robi, jest jakieś irracjonalne, bo przecież szkodząc mężowi, działa na własną szkodę.
Jaś spoważniał. Byli już na środku stawu, lecz on mimo woli ściszył głos do szeptu.
- Za denuncjację grozi sąd podziemny. Są już trybunały karzące zdrajców. Słyszałaś może o sztyletnikach? Czarnym arcybractwie? To tajna policja i żandarmeria narodowa, wykonująca wyroki na konfidentach i szczególnie okrutnych funkcjonariuszach władz carskich.
Nina otworzyła szeroko oczy, słysząc po raz pierwszy o słynnych i budzących postrach sztyletnikach.
- Ale oni pewnie działają w dużych miastach. Och, misiu, boję się! - szepnęła, czując w sercu lodowaty kolec. - Czegoś strasznie się boję!
- Proszę cię, kotku, nie rób nic, bez porozumienia ze mną. A od tej kobiety trzymaj się z daleka. Jest chora i może być niebezpieczna. Mówię ci to jako lekarz.
- Jest wariatką? - patrzyła na niego z napięciem.
- Być może jest chora. Nie jestem lekarzem psychiatrą. Są dwa rodzaje chorób psychicznych: schizofrenia i psychopatia. Psychopaci dobrze się przystosowują do życia wśród społeczeństwa. Wydaje się, że funkcjonują jak ludzie normalni. Mają rodziny i bywają nawet lubiani, lecz są zupełnie amoralni i pozbawieni emocji. Są źli! Mogą zamordować kogoś tylko dlatego, że nie spodobał się im jego kapelusz, albo nie smakowała im kawa na podwieczorek. I zrobią to bez wahania.
- Ona właśnie jest taka. - orzekła Nina z przekonaniem.- Kompletna wariatka!
Jaś patrzył na nią tak, jak naukowiec musi patrzeć na jakiś nowy, rzadki okaz dziwu natury, po czym zapytał uprzejmie :
- Kiedy szanowna koleżanka ukończyła medycynę?
- Nie rozumiem!
- Bo nie będąc lekarzem, stawiasz diagnozy. Posłuchaj kotku, pani hrabina z pewnością nie jest wzorem cnót, ale nie musi być zaraz psychicznie chora. Zresztą wspominałaś, że zażywa luminal i haszysz. To melanż, który może człowiekowi pomieszać zmysły
Zaczął wiosłować, kierując się w stronę brzegu. Łódka płynęła po gładkiej tafli stawu, przecinając dziobem ciemnozieloną toń. Z obu stron asystowały im łabędzie. Nina rzucała im przyniesione z domu kawałki ciasta. Małe łabędziątka pozwalały się głaskać, lecz starsze ptaki syczały groźnie, wyciągając giętkie długie szyje. Nina musiała cofnąć rękę przed ich mocnymi dziobami.
- Już wracamy? - spytała z żalem. - Tak tu pięknie. O, popatrz Jasiu, jaki śliczny szmaragdowy kaczor! Jedynie na stawie możemy rozmawiać swobodnie, bo Paula panicznie lęka się wody.
- Muszę się przejechać w jedno miejsce. - Jaś spojrzał na nią z roztargnieniem - Nie będzie mnie ani na obiedzie, ani na kolacji. Proszę, wytłumacz mnie przed panem hrabią.
- Sam jedziesz? - pisnęła żałośnie. - Misiu, uważaj na siebie.
- Bądź spokojna. - dobił do brzegu, pocałował ją w policzek i gwiżdżąc "Marsza Rakoczego" Berlioza, poszedł do stajni, osiodłał sobie konia i pojechał.