niedziela, 27 marca 2016

Kto napisał donos?


27 marca 2016 r.
Przyjazd Borutyńskich z Warszawy, sprawił Ninie wielką radość. Jasia uważała za brata, a pani Salomea, delikatnością i słodyczą, przypominała jej zmarłą hrabinę Teklę. Razem spędzali długie godziny na rozmowach, spacerach i muzyce. Jaś wymyślał dla niej zabawy, nie pozwalając się nudzić.
Nina wyzdrowiała prędzej, niż przewidywali to lekarze. Mogła już wolno przechadzać się po parku, odwiedzać Mignon, a nawet jechać powozem do kościoła w Sarnikach.
A maj był prześliczny, ciepły od nagrzanej słońcem ziemi, noce gwiaździste, pełne zapachu kwiatów i śpiewu słowików. W czasie jasnych księżycowych wieczorów, Nina lubiła spacerować po alejach, słuchając jak Jaś deklamuje wiersze młodych poetów. Wtedy upodobała sobie szczególnie poezje Mieczysława Romanowskiego i równie młodego Adama Asnyka, kolegi Jasia z konspiracji. Młody lekarz często wspominał swój pobyt w Czechach, podziwiając czeską pracowitość, gospodarność i zamiłowanie do porządku.
Naród czeski utracił niepodległość po straszliwej klęsce pod Białą Górą w 1621 roku. W bitwie legło tysiące czeskich rycerzy i przedstawicieli arystokracji. Państwo czeskie przestało istnieć, stając się częścią imperium Habsburgów. Austriacy przywłaszczyli sobie wspaniałe zabytki, świadczące o wielkiej przeszłości narodu, każąc Czechom zapomnieć, że niegdyś byli potężnym państwem, liczącym się w Europie. Polska rozdarta zaborami, raz po raz zrywała się do buntu, tracąc przy tym najwartościowszy rdzeń narodu. Czesi metodycznie wynaradawiani, pozornie pogodzili się z niewolą, rozwijając handel i przemysł. Pomimo wieków niewoli, Czesi potrafili jednak zachować ducha i słowiański charakter. W Pradzie często rozmawiano o wydarzeniach w Polsce, a przybyszów z Polski przyjmowano gościnnie i serdecznie. Na balach i wieczorkach byli wprost rozchwytywani. W pięknych salonach praskiego mieszczaństwa, rozbrzmiewała muzyka Chopina, zaś najmodniejszym tańcem był wtedy mazur. Wiek dziewiętnasty był dla Czechów przełomowy, pod względem narastania świadomości narodowej. Wielcy kompozytorzy zaczęli tworzyć patriotyczne dzieła muzyczne, rozsławiając czeską kulturę.
Strój stajennego (masztalerza) z XIX wieku.
  - Ja sam nauczyłem tańczyć mazura wiele czeskich dam. - pochwalił się Jaś.
- O! - Aleks znacząco uniósł brwi . - A czy uczennice były zdolne?
Jaś parsknął śmiechem i lekko się zarumienił.
- Owszem. Niektóre były nawet bardzo zdolne.
- W takim razie, - wtrąciła się do rozmowy Nina - Czesi więcej zyskali uległością, niż my, rzucając się z motyką na słońce!
Jaś przyjął jej komentarz bez zachwytu.
- Jesteś jedyną kobietą jaką znam, która nie zmienia zdania! - oznajmił chłodno.
- Mam rozumieć twoje słowa jako pochwałę, czy naganę? - spytała, patrząc na niego zaczepnie.
- Może jedno i drugie. - oświadczył z dwuznacznym uśmiechem.
- Nie jestem chorągiewką i mam stałe poglądy, co dobrze świadczy o moim charakterze.- powiedziała zarozumiale i zaraz uśmiechnęła się słodziutko. - No, nie krzyw się, misiu. Tęskniłam za tobą. Chodź, obejrzymy albumy.
Jaś przywiózł w prezencie dla Aleksa wspaniałe albumy miast i zamków czeskich. Nina otrzymała mnóstwo nut, z wyciągami fortepianowymi kompozytorów czeskich. Wraz z przybyciem Borutyńskich, ciężka, ponura atmosfera panująca w pałacu, nareszcie się odmieniła. Hrabina Tekla przez wzgląd na Ninę, zastrzegła w testamencie, aby nie przestrzegano po niej żałoby. Wprawdzie nie urządzano zabaw tanecznych, ale dom rozbrzmiewał dźwiękami fortepianu, serdecznym śmiechem Jasia i wesołym szczekaniem Grota. Po południu przed pałac zajeżdżały powozy, wioząc Siekielskich, Wąsockich, a nawet wujostwo z Sarnik. Razem z nimi przybywali Jabłoccy z Dorotą i Kaziem Bieckim. Świeżo upieczona narzeczona pilnowała biednego Kazia, jak diabeł grzesznej duszy, stając się celem żartów Stasi i Lasewicza.
Pływano łódkami po stawie lub urządzano pikniki w rosarium, grano w krokieta i w tenisa, który w tym czasie był już bardzo à la mode. Początkowo Paula nie przychodziła do salonu, tłumacząc się złym stanem zdrowia. Musiała naprawdę czuć się niedobrze, bo ruchy miała niespokojne, jak u dzikiego zwierzęcia zamkniętego w klatce. Jednakże obecność młodych, przystojnych mężczyzn oraz dźwięki muzyki, zwabiły ją do salonu.
Hrabia i Jaś bardzo się lubili, pomimo dzielącej ich różnicy wieku. Mieli podobne zainteresowania i zawsze znajdowali wspólny język. Niemal każdy wieczór spędzali na burzliwych dyskusjach, a rankiem jechali na konny spacer lub polowali w puszczy. Nina serdecznie im zazdrościła jazdy konnej, ale była jeszcze za słaba żeby dosiąść wierzchowca. Wszyscy domownicy uwielbiali młodego lekarza, a Walenty po prostu go rozpieszczał, wdzięczny za wyleczenie z dokuczliwej zadyszki i uporczywego bólu w kolanie.
Codziennie rano w sali myśliwskiej odbywały się ćwiczenia szermiercze. Jaś posiadający bardzo bystry wzrok, strzelał może lepiej od Aleksa, ale ustępował mu w fechtunku. Często rano przyjeżdżał Tadeusz i również brał udział w ćwiczeniach. Nina rozsiadała się wtedy na parapecie okiennym, aby uczestniczyć w walce i dopingować przeciwników głośnymi okrzykami. Szermierze w samych tylko spodniach i koszulach, starannie zakładali na ostrza szabel stalowe kulki, uniemożliwiające zranienie. Aleks pierwszy wychodził na środek sali i przyjmował postawę fechtmistrza.
- No, panowie, gotowi? - na jego policzkach pojawiał się rumieniec, zdradzający podniecenie, a bursztynowe oczy płonęły, gdy patrzył na swoich przeciwników z wyzwaniem. Wszyscy trzej mężczyźni traktowali te ćwiczenia bardzo poważnie. - Salut! - zakomenderował i natychmiast po tym, rozległ się wysoki, czysty dźwięk stali.
Jaś i Tadeusz z całą energią przystępowali do ataku, lecz Aleks na każde ich cięcie odpowiadał ciosem z taką szybkością, że uderzenie i odpowiedź następowały niemal równocześnie.
- Do licha, jakoś wam kiepsko idzie, panowie! - stwierdzał drwiąco. - Ruszacie się, jak stare ramole. No, więcej ognia, dama na was patrzy! Panie Jasiu, proszę uważać! Zaczynam tercją, paruj, prima i riposta! Wymiń i pchnij! O, bardzo dobrze. A teraz popatrzcie!
- O psia kostka! - wrzasnął Tadeusz uskakując. - To było groźne cięcie. Jak mamy odparować?
- Bardzo prosto. Tercja. Rimesa i dwa razy prima. Aretuj i to wszystko.
- Oj, przyda się! - mruczał Jaś, dokładnie naśladując jego ruchy.
- Może nawet niedługo! - dorzucił Tadeusz znacząco.
Nina reagowała entuzjastycznie podskakując na parapecie, krzycząc i oklaskując każdy celny cios. Mężczyźni rozmawiali, nie zaprzestając zaciętej walki. W sali dźwięczała ścierająca się z sobą stal i słychać było głośne oddechy zadyszanych szermierzy. Aleks, zwarłszy szablę z bronią przeciwników, z łatwością chwytał ich cięcia, zadając pchnięcia flankowe, a koniec jego szabli ze straszliwą szybkością krążył wokół ich głów i piersi. Obaj szermierze musieli się cofać, podziwiając świetną bojową postawę hrabiego. Głośne okrzyki zachwyconej walką Niny, mieszały się ze zgrzytem stali, kwartami, tercjami, połówkami i paradami, które tylko zwiększały szacunek obu przeciwników dla sztuki szermierczej hrabiego. Nie ulegało wątpliwości, że w prawdziwej walce, posiekałby ich na wióry. W końcu Jaś i Tadeusz, obaj zlani potem, poddawali się, uroczyście gratulując Aleksowi sprawności bojowej.
- Co, macie dosyć, koguciki? - śmiał się zadowolony z siebie, ocierając ręcznikiem spoconą twarz. - Zapamiętajcie sobie, że to gwardyjska szkoła walki. W pojedynku poodcinałbym wam kupry!
W jego głosie zabrzmiała wyraźna nuta dumy. Nigdy nie zapomniał, że przez lata był oficerem elitarnej gwardii cesarskiej, dumy Rosji. Szczycił się swoją przeszłością, a jego serce rozdarte było pomiędzy dwie ojczyzny: tę, w której się urodził i która obsypała go zaszczytami i tą drugą, biedną, podzieloną na trzy zabory i tak okrutnie skrzywdzoną.
Pewnego razu, Nina spostrzegła na jego policzku białawą bliznę. Zamarła dowiedziawszy się, że jest to pamiątka po jakimś dawnym pojedynku.
- Panowie oficerowie gwardyjscy, czasami się nudzą i muszą jakoś urozmaicić sobie życie koszarowe. - powiedział beztrosko.
- Ach tak? - wybuchnęła z pasją. - Dobrze wiedzieć. Jeśli tak lubisz urozmaicenie, ja również od czasu do czasu, mogę urządzić ci piekielną awanturę!
Zaśmiał się, cmoknął ją w koniec noska i wyszedł z pokoju. Wieczorami w szczelnie zamkniętym gabinecie, prowadzili z Jasiem rozmowy na tematy polityczne. Borutyński był gorącym zwolennikiem walki zbrojnej, lecz hrabia chłodno wysłuchiwał jego namiętnych wypowiedzi. Doznane zawody z czasem ostudziły w nim młodzieńcze zapały. Raz siedzieli przy butelce koniaku, a noc majowa była tak jasna od księżyca, że pogasili świece, pozostawiając tylko jedną na stoliku.
- Pan hrabia jest byłym oficerem. - rzekł Jaś. - Więc rozumie pan, że im szybciej wywołamy zbrojne powstanie, tym większe masy społeczeństwa poprą nas i wezmą udział w walce. Ludzie są rozgrzani do wrzenia, lecz z czasem ta euforia opadnie. Nie można w nieskończoność podgrzewać kotła, bo pęknie. - Jaś wysączył ostanie krople koniaku i wyczekująco spojrzał na Aleksa.
- Ale kraj nie jest przygotowany do walki. - zauważył Aleks i dolał mu koniaku, podsuwając papierośnicę. - Jeżeli wybuch zbrojny ma mieć jakieś szanse powodzenia, należy sprawić, aby powstanie zaistniało naraz w trzech zaborach. Inaczej zostaniemy osamotnieni, bo zaborcy zamkną granice. Lecz takie działanie wymaga czasu i ogromnych pieniędzy oraz aktywizacji całego społeczeństwa. Tymczasem wielu obywateli nigdy nie poprze powstania, bo wierzą święcie, że car jest prawdziwym, danym od Boga władcą Polski.
Przerwał, zapalił cienkiego papierosa ze złotym ustnikiem i podał ogień Jasiowi. Wracając do tematu, ciągnął równym, opanowanym głosem :
- Czy zastanawiał się pan czasem, jaki interes ma chłop polski, aby zaistnieć w powstaniu? Jak dotąd żaden. W jego pojęciu Polska, to dziedzic, pędzący go do odrabiania pańszczyzny. To Kościół, któremu od wieków musiał płacić daninę. To rozmaite rzesze carskich urzędników, oszustów, handlarzy, zdzierających z niego skórę i bezlitośnie go wyzyskujących. Polski chłop jest ciemnym, zacofanym analfabetą, często pijanym, niekiedy głodnym i bardzo pobożnym. Jedynie Kościół mógłby poderwać wieś do walki z caratem, głosząc hasła o zagrożeniu religii katolickiej. Lecz Kościół przenigdy tego nie uczyni, bo jest największym posiadaczem ziemskim i obawia się konfliktu z carem. Cóż więc może naszego chłopa obchodzić walka o niepodległość ojczyzny, która dotąd była mu macochą, nie matką? Powstanie to dla nich tylko"pańska wojna".
- Naturalnie, ma pan rację. - zgodził się Jaś, a na jego twarzy malowało się skupienie i powaga. - Toteż my pragniemy chłopa uświadomić, obdarować ziemią i zażądać, aby tej ziemi bronił. Proszę tylko wspomnieć udział chłopstwa w Insurekcji Kościuszkowskiej!
- To były inne czasy. Zresztą nikt nie dotrzymał obietnic składanych wtedy chłopom, nawet Kościuszko, nie odważył się głośno domagać wolności i zniesienia pańszczyzny dla polskiego chłopa. Chcecie dać chłopom ziemię. No dobrze, ale rozdział ziemi także nie obejdzie się bez czyjejś krzywdy. - Aleks strzepnął popiół do kryształowej popielnicy. - Władze podziemne nie posiadają pieniędzy na wykup dworskich gruntów. Chyba, że spróbują odebrać ją siłą, a to im nie przysporzy zwolenników.
- Może dojść i do tego! - bąknął Jaś i pośpiesznie zmienił temat. - Co pan hrabia sądzi o Wielopolskim? Podobno święci na carskim dworze tryumfy.
 
Aleksander Myszkowski margrabia Wielopolski. 
- Tak, miałem wiadomość, że pan margrabia jest u szczytu powodzenia. Najznakomitsze salony Petersburga stoją przed nim otworem. Car go podziwia, a carową zjednał, deklamując z pamięci poetów niemieckich.
- Ten człowiek ma zdolność kota, i spada na cztery łapy. - ponuro zauważył Jaś. - Z carskiej niełaski potrafił uczynić olśniewające zwycięstwo.
- Jednak przyzna pan, że to naprawdę zdolny polityk, zaś w Petersburgu jest wielu mądrych ludzi, widzących w nim godnego zainteresowania Polaka-kosmopolitę, a nie buntownika z tej beczki prochu, zwanej inaczej Królestwem Polskim. Ale Wielopolski ma potężnych wrogów, a jednym z najzacieklejszych jest ambasador pruski w Petersburgu, pan Otto von Bismarck. Niektórzy Rosjanie uważają margrabiego za Wallenroda, inni zaś twierdzą, że jest on wprawdzie Wielopolski, ale małoruski, czyli przebrany zdrajca. - Aleks westchnął i zaciągnął się dymem z papierosa. - Powiem panu w zaufaniu, iż odnoszę wrażenie, że władze carskie po cichu życzą sobie powstania, żeby raz na zawsze, w sposób radykalny, rozprawić się z nami, pozbawiając nas reszty swobody, która jest solą w oku Rosjan, zazdroszczących nam tej odrobiny wolności.
- O psiakrew! Tak pan uważa? - Jaś stropił się podejrzewając, że hrabia wie co mówi i nie rzuca słów na wiatr. Miał w Rosji wielu wpływowych przyjaciół w kręgach wojskowych i arystokratycznych i zawsze był doskonale poinformowany.
- Obawiam się, że to możliwe. - stwierdził chłodno Aleks. - A niech mi pan powie, jak radzicie sobie w mieście z wojskową musztrą?
Jaś poczochrał sobie i tak już nastroszoną czuprynę, krzywiąc się jak po occie.
- No cóż, doręczono nam regulamin wojskowy dla Szkoły Oficerskiej w Cuneo, więc co jakiś czas dziesiętnik zbiera swoich podkomendnych i odbywa z nimi musztrę, przeważnie w prywatnych mieszkaniach, żeby nie zwracać uwagi agentów policji. Ja ćwiczę w kilku pokoikach, a w zastępstwie broni posługujemy się kijami od szczotek, lub drążkami od firanek.
Aleks poczuł, że ogarnia go panika.
- Ludzie, zamierzacie wywalczyć niepodległość kijami od szczotek? - wykrzyknął wzburzony. Nie miał serca potępiać tych wspaniałych dzieciaków, wychowanych w niewoli na wizjonerskich strofach "Przedświtu" Krasińskiego, za ich namiętne umiłowanie ojczyzny i pragnienie wolności. Żywił jednak obawę, że ich szczery naiwny zapał, zostanie niewłaściwie wykorzystany i zmarnowany, a cenna krew przelana nadaremnie.
- Co nowego we władzach podziemnych? - zapytał bez szczególnego zainteresowania.
Ale Jaś momentalnie się ożywił i poweselał.
- Mamy nowe władze, panie hrabio! Nareszcie sformułowano jasno program walki. Pan z pewnością zna naszego naczelnika.
- Doprawdy? A kto nim został?
- Kapitan Jarosław Dąbrowski1, zwany przez nas "Łokietkiem".
- Ależ oczywiście, że znam pana Jarka! - zaśmiał się Aleks. - Mój przyjaciel, pułkownik Zygmunt Sierakowski twierdzi, że ten młody oficer ma przed sobą wspaniałą przyszłość.
- A wie pan hrabia, że niedawno pan Sierakowski był w Warszawie?
- Wiem. Miałem nawet okazję widzieć się z nim osobiście. To wspaniały człowiek o niezwykłych zdolnościach i Rosjanie poznali się na jego nadzwyczajnych talentach militarnych. Proszę sobie wyobrazić, że Zygmunt pracuje w ministerstwie wojny, nad projektem reorganizacji armii rosyjskiej i żąda w nim zniesienia kar cielesnych. On, Polak,zesłany do karnych oddziałów! - Aleks z podziwem potrząsnął głową.- Nie do wiary, prawda? Proszę pozdrowić ode mnie pana Jarka. Spotka się z silną opozycją we władzach podziemnych i trudno mu będzie walczyć na dwa fronty.
- To możliwe. - Jaś przytaknął i z roztargniona miną zgasił papierosa. - Nie umiemy zgodnie działać, tymczasem w kraju narasta terror. W Warszawie nawet majowe nabożeństwa wydają się carskim władzom podejrzane. Ludzie po wyjściu z kościołów zostają aresztowani. Niedawno uwięziono młodziutką szesnastoletnią dziewczynę, wychodzącą po nabożeństwie. Zabrano ją na posterunek policji i prawdopodobnie wielokrotnie zgwałcono, bo żywa stamtąd nie wyszła. - Jaś sapnął gniewnie.
Płk. Zygmunt Sierakowski
  W pokoju szaro było od dymu z papierosów, więc hrabia wstał, podszedł do okna i otworzył je szeroko. Na wschodzie gwiazdy bladły, a z mgieł z wolna wstawał pogodny świt majowy. Aleks odetchnął pełną piersią i rzekł do Jasia:
- Niech się pan przebierze i włoży wysokie buty. Pojedziemy zapolować na bekasy. Grot, do nogi! - przywołał psa, leżącego jak zwykle pod biurkiem, u nóg pana. - Grot świetnie aportuje. No to na razie...Służący zaraz przyniesie panu mocnej kawy i coś do zjedzenia.
Nazajutrz było tak upalnie, że podwieczorek podano na tarasie pod markizą. Jaś opowiadał jakąś zabawną historię, a Nina, pani Salomea i Aleks, słuchali jej rozbawieni. Tymczasem przed pałac zatoczyła się porządna bryczka i wysiadł z niej oficer policji z miasteczka. Dźwigając przed sobą okazały brzuch, wszedł na taras ocierając pot z zaczerwienionej z gorąca twarzy. Na widok munduru, Jaś nagle zamilkł. Nina obejrzała się i dreszcz przebiegł jej po plecach. Nadrabiając miną uśmiechnęła się do policjanta.
- O, pan sprawnik2! Proszę, niech pan usiądzie i odpocznie. - uprzejmie wskazała mu krzesło obok siebie.
Sprawnik Boruchin ciężko opadł na wskazane miejsce, posapując i skrzypiąc skórzanym pasem na którym wisiała szabla. Jego małe, bystre oczka prześliznęły się po twarzach siedzących swobodnie osób i zatrzymały się na Jasiu.
- Hospody, co za upał! - stęknął, posyłając pożądliwe spojrzenie ku kryształowym czarkom z lodami bakaliowymi. - W taki upał nie ma nic lepszego, jak siedzieć w cieniu i raczyć się czymś chłodnym. At, człowiek się napoci, namęczy, ale służba nie drużba. - oblizał suche wargi, tęsknie wpatrując się w dzban pełen soku owocowego z lodem.
Autentyczne zdjęcie carskiego policjanta
  Nina potrząsnęła srebrnym dzwoneczkiem wzywając lokaja. Kazała mu podać jeszcze jedno nakrycie. 
Służący z milczeniu wykonał polecenie, obrzucając policjanta wrogim spojrzeniem. Sprawnik, widząc przed sobą wysoką szklankę pełną zimnego napoju, cały się rozpromienił.
- Śliczne rączęta całuję, Nino Alfredowna. - powiedział zginając się w niezgrabnym ukłonie. - Och, jakbym się na nowo urodził! Widzę, że przeszkodziłem państwu w wypoczynku i rozmowie z gośćmi.
- Ciocia z kuzynem przyjechali na wilegiaturę, bo duszno w mieście! - zaszczebiotała Nina, przybierając naiwny wyraz twarzy. Nie wiedziała w jakim celu sprawnik przybył do Makowa i na wszelki wypadek pragnęła usposobić go życzliwie.
- Można wiedzieć, jaki jest cel pańskiej wizyty? - spytał od niechcenia hrabia, bawiąc się łyżeczką. Rondo białego kapelusza rzucało cień na jego oczy.
Oficer nie opowiedział, lecz zwrócił się wprost do Jasia :
- Pan z Warszawy?
- Owszem. - Jaś przypatrywał się mu obojętnie, nie przerywając jedzenia lodów.
- Akademik?
- Już nie. Skończyłem studia i zdałem egzamin państwowy, jestem lekarzem.
- No, no, lekarz! Nie zabraknie wam roboty po tym, co szykujecie dla tego kraju. - mruknął policjant zgryźliwie.
Jaś podniósł oczy i przez chwilę wpatrywał się w niego ze zdumieniem.
- Mówi pan tak zawile, że trudno mi zrozumieć.
- A szkoda! Państwo na długo w nasze strony? Przepraszam, że tak pytam bezceremonialnie, ale każdy policjant to zawodowy ciekawski, he, he, he!
Jaś nie okazywał żadnego zainteresowania osobą Boruchina i miał minę tak znudzoną, jakby za moment zamierzał ziewnąć. Aleks spojrzał na policjanta jak na zdechłego szczura: z obrzydzeniem.
- Niepotrzebnie pan się dziś fatygował, bo moi goście zabawią tu kilka tygodni.
- Opiekuję się kuzynką, bo niedawno miała niebezpieczny wypadek spadając z konia. - uzupełnił Jaś, dolewając sobie soku.
- To przykre. - westchnął z nieszczerym współczuciem Boruchin. - Moja krewna spadła z konia i złamała sobie obojczyk. - jego małe oczka cały czas obserwowały uważnie Jasia. - Czy my się kiedyś już nie spotkaliśmy? - zagadnął. - Mam wrażenie, że skądś pana znam!
- To bardzo możliwe. Od dziecka, co roku przyjeżdżałem na wakacje do wuja Ksawerego Borutyńskiego z Sarnik. - wyjaśnił Jaś i sięgnął do kieszeni. Wydobył portfel, poszukał przepustki, dokumentów i podał je oficerowi. Dociekliwe pytania sprawnika wcale nie wyprowadziły go z równowagi. Nina nie posądzała go o tyle zimnej krwi.
Boruchin rzucił okiem na dokumenty i zwrócił je Jasiowi.
- Mnie papiery niepotrzebne. - zaśmiał się rubasznie. - I bez nich wiem, co w kim siedzi. Tak tylko, z ciekawości pytałem. Broń Boże, nic do państwa nie mam.
Hrabia miał już widocznie dosyć tych indagacji i uznał, że najwyższy czas, aby dać temu głupcowi nauczkę. Policjant czuł się stanowczo za pewny siebie i należało go nieco utemperować.
- Przypuszczam, że powód pańskiej wizyty jest na tyle ważny, aby zechciał pan nareszcie przejść do rzeczy! - odezwał się zimno. Kiedy chciał, potrafił mrozić ludzi wyniosłym, pogardliwym zachowaniem. - Wszyscy jesteśmy lojalnymi i praworządnymi poddanym Jego Cesarsko-Królewskiej Wysokości i nie obawiamy się policji. Niejednokrotnie słyszałem, jak Najjaśniejszy Pan Aleksander II, nawet w trakcie salonowej pogawędki, uskarżał się na nadgorliwość prowincjonalnych urzędników, którzy w zapale popełniają błędy, krzywdząc podejrzeniami uczciwych obywateli. Zdaniem Jego Cesarskiej Wysokości, nadgorliwość bywa często szkodliwsza od niedbalstwa i w rezultacie przynosi tępemu formaliście niełaskę przełożonych!
  Było to tak niedwuznaczne ostrzeżenie, że policjant pobladł, spocił się jeszcze bardziej i wtulił głowę w ramiona. Jego pewność siebie w mgnieniu oka zamieniła się w strach. Doskonale wiedział, co znaczą w Rosji dobre układy i jak łatwo znaleźć się u przełożonych na czarnej liście. A wtedy, żegnaj emeryturo!
- Szanowny pan hrabia miał szczęście osobiście widywać naszego ukochanego cara Ojczulka? - wyszeptał, skłaniając z szacunkiem głowę.
- O, widywałem Jego Cesarską Wysokość niemal codziennie po ukończeniu nauki w Korpusie Paziów. - Aleks zmierzył wystraszonego policjanta ironicznym wzrokiem. - Kiedy powróciłem z wojny kaukaskiej, sam cesarz raczył wręczyć mi order i kilkakrotnie bardzo łaskawie ze mną rozmawiał.
Oczka Boruchina zaokrągliły się z wrażenia.
- Hospody, można tylko pozazdrościć panu hrabiemu tego szczęścia. Podobno anielska małżonka pana hrabiego również pełniła na dworze obowiązki frejliny. - powiedział, dając do zrozumienia, że jest dobrze poinformowany.
- To prawda. Marnuje się pan na prowincji z takimi zdolnościami. - drwiąco zauważył Aleks, spoglądając pogardliwie na pocącego się obficie ze strachu policjanta. Jego wyniosłe zachowanie podziałało na Boruchina jak kubeł zimnej wody. Spokorniał i przybrał służalczą, przymilną postawę. Nie wątpił, że wystarczy jedno słowo hrabiego szepnięte do ucha jakiemuś dygnitarzowi, aby wyleciał z pracy i raz na zawsze pożegnał się z emeryturą na stare lata, a może nawet wylądował gdzieś na granicy Azji. Po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że hrabiego należy sobie zjednać i zagrać z nim w otwarte karty. Wypił sok do ostatniej kropelki, a kiedy Nina podsunęła mu czarkę pełną wyśmienitych lodów, przestał się wahać i miał nadzieję, że hrabia wynagrodzi go za oddaną sobie przysługę w rublach.
- Był donos! - oznajmił ściszonym głosem. - Zostałem powiadomiony anonimem, że w domu szanownego pana hrabiego, przebywa niebezpieczny spiskowiec. Komuś rozchodziło się chyba o pana. - ruchem głowy wskazał Jasia.
Pani Salomea i Nina wydały okrzyk przerażenia, ale obaj mężczyźni przyjęli tę wiadomość zupełnie spokojnie. Biedna matka zbladła i prędko schowała ręce pod stołem, żeby ukryć ich drżenie. Nina z obawą spojrzała na Jasia, ale on jadł spokojnie lody i z niewinną miną patrzył na Boruchina.
Aleks wziął ze stołu kasetę z hawańskimi cygarami i poczęstował oficera.
- Ktoś wyraźnie nas nie lubi. - wzruszył ramionami. - Nie domyśla się pan, komu pan Janek się nie podoba? - sięgnął po srebrną łopatkę i nałożył sobie na talerzyk kawałek kruchego placka z truskawkami i galaretką, przybraną bitą śmietaną..
- Nie, lecz wcześniej czy później dojdziemy, kto był autorem tego anonimu. - grzecznie zapewnił Boruchin. - Wtedy będę miał honor natychmiast powiadomić o tym pana hrabiego, choć to zabronione!... - zastrzegł się w nadziei na łapówkę.
- Oczywiście, rozumiem. Będę panu bardzo wdzięczny. - powiedział hrabia znacząco.
Boruchin sapnął z zadowolenia. Teraz był już pewien, że awans go nie minie, a chudy portfel spęcznieje od złotych imperiałów. Ale Ninę przysłuchującą się rozmowie przebiegł lodowaty dreszcz.
"Jezu,ktoś wydał Jasia!" - pomyślała, kuląc się i rozglądając podejrzliwie. Okropnie bała się tego tajemniczego donosu. Posądzenie o działalność anarchistyczną, jak władze carskie nazywały dążenia niepodległościowe, z reguły kończyły się aresztowaniem podejrzanego i sądem oraz wieloletnim zesłaniem. Kto zdobył się na tak okrutny postępek i dlaczego? Jaś był ogólnie lubiany i nie miał wrogów. Zepchnąwszy na samo dno duszy ogarniająca ją trwogę, postanowiła zbagatelizować treść donosu.
- Jaś spiskowcem? - zaszczebiotała dziecinnie. - To przecież nonsens! Podobno ci okropni ludzie wcale nie wierzą w Boga, nie czyszczą sobie paznokci i gardzą powszechnie uznawanymi zasadami. Phi, ja także mogłabym uchodzić za spiskowca, bo bardzo lubię bomby... z czekolady!
- Da, da, Nino Alfredowna. - Boruchin posłał jej pobłażliwy uśmiech. - Ja przecież wiem, że to pisał jakiś durak, ale moim obowiązkiem było ostrzec pana hrabiego. Ostatnio kręcą się po okolicy podejrzane figury i policja musi być szczególnie czujna.
Aleks nie miał wątpliwości, że sprawnik od śledztwa nie odstąpi i odtąd pałac będzie dyskretnie inwigilowany, do czasy wyjazdu Borutyńskich, a może i dłużej. Zaklął w duchu, bo to był prawdziwy pech!
Może tak wygladał Jaś?
  - Może komuś źle ropień przeciąłem? - zażartował Jaś, z prawdziwym talentem wchodząc w rolę lekkoducha. - Ale sumienie mam czyste i gdyby w policji służyły panie, chętnie zgodziłbym się na całodobowy nadzór! - z łobuzerską miną zmrużył oko. - Jedyne, co mnie interesuje, to moja praca, miłe towarzystwo, dobre wino i ładne buziaki. Pardon, panie stawiam na pierwszym miejscu!
- Jasiu! - łagodnie upomniała go matka, zaś Nina skromnie opuściła oczy i zarumieniła się, co zwykle łatwo jej przychodziło.
- A kogo one, gołąbki, nie interesują, chyba nieboszczyka. - westchnął sentymentalnie Boruchin i ociężale podniósł się z miejsca. Obciągnął na sobie mundur i stuknął obcasami. - Żal się żegnać, ale służba goni. Rad się starać i służyć! - zasalutował i odmaszerował z tarasu. Za nim pofrunęła Nina.
- Proszę się jeszcze chwilkę zatrzymać. - zawołała. - Każę dla pana małżonki przygotować trochę wiejskich przysmaków.
Podziękował wylewnie i zaczął wolno spacerować po sieni, brzęcząc szablą i z zawiścią przypatrując się przepysznym gobelinom, portretom, ogromnym rogom łosi. Przystanął przed lustrem, przypatrując się z upodobaniem swojej przysadzistej figurze. Zobaczył powracająca Ninę, za którą lokaj dźwigał wypchany kosz. Boruchin zajrzał do środka i cmoknął z zachwytem.
- Rączki całuję Nino Alfredowna. - raczej zapiał niż powiedział. - Jaka szkoda, że nie miałem okazji złożyć uszanowania szanownej pani hrabinie. Anioł nie kobieta, napatrzyć się nie można. - stwierdził z rozmarzeniem.
" Co do pioruna, ci mężczyźni widzą w tej podłej babie? Ciągle wyjeżdżają z tym aniołem! Phi, anioł z biustem jak dwa balony! Podła ropucha, nie żaden anioł!" - z oburzeniem pomyślała Nina.
- Hrabina wyjechała do miasta. - wyjaśniła uprzejmie. - Kazałam włożyć do kosza kilka butelek węgierskiego wina.
- Ścielę się do nóżek, Nino Alfredowna! Sługa uniżony! - uradowany, kilka razy ucałował jej rękę. Kiedy wsiadł do bryczki, Nina starannie wytarła dłoń o suknię i powróciła na taras.
- O czym z nim rozmawiałaś? - zagadnął Aleks. - To niebezpieczny człowiek i należy uważać przy nim na każde słowo. Nie pytał ciebie o nic?
- Nie. Kazałam mu dać trochę wędlin, wino i owoce.
- Dobrze. Ten donos był niezręcznie pisany i nie przekonał Boruchina. Ale następny może trafić do żandarmerii w Radomiu, a im już nie zdołam zaimponować moimi koneksjami na carskim dworze.
- Matko Boska, więc sądzi pan, że ktoś może ponownie wysłać anonim? - pani Salomea załamała ręce.
Nie odpowiedział tylko skinął głową.
Biedna kobieta nieustannie drżała o życie jedynego syna. Kiedy wychodził na konspiracyjne zebrania, modliła się żarliwie, błagając Boga, aby pozwolił mu wrócić bezpiecznie do domu. Nigdy jednak nie pozwoliła sobie na próbę zatrzymania go w domu, nigdy też nie poprosiła, żeby zaprzestał działalności spiskowej. Wierzyła, że syn postępuje właściwie, robiąc to, co należało. Wychowała go na dobrego Polaka i Jaś nie miał przed matką tajemnic, zwierzając się jej ze wszystkich przygód w konspiracji i podziwiając jej życiową mądrość.
- Obawiam się, że możecie mieć państwo przez nas niezawinione kłopoty. - odezwała się pani Salomea, głaszcząc rękę syna. - Może będzie lepiej jak wyjedziemy z Makowa, prawda Janeczku? - spojrzała na syna błagalnie.
- Proszę nawet o tym nie myśleć! - rzekł Aleks stanowczo. - Dopiero wówczas policja potraktowałaby donos na serio. Ogromnie mi przykro, że spotkało to państwa pod moich dachem.
- Nie warto się tym przejmować. - roześmiał się Jaś. - Jestem przyzwyczajony do podobnych sytuacji. Niezliczoną ilość razy ratowałem się ucieczką przed pościgiem agentów policji. Tylko moje kochane matczysko, wiecznie na nowo przeżywa moje przygody. - pochylił się, objął matkę i ucałował.
- Byle tylko tobie, synku, nie stała się krzywda, to o mnie mniejsza. - szepnęła, ogarniając go spojrzeniem pełnym nieopisanej matczynej miłości.
Nina patrzyła na nich ze smutkiem. Ona prawie nie pamiętała pocałunków matki. Kiedy zastanawiała się, kto mógł być autorem donosu, naraz przyszła jej na myśl Paula. Natychmiast odsunęła od siebie to straszne podejrzenie. Dlaczego Paula miałaby szkodzić Jasiowi? Nie miała najmniejszego powodu, aby żywić do niego nienawiść czy niechęć. Jaś zawsze był dla niej bardzo uprzejmy i pełen galanterii. Prawił jej wyszukane komplementy na które była łasa, radził jak się pozbyć uporczywego bólu głowy, nawet tańczył z nią w salonie walca. Paula coraz chętniej schodziła do salonu i posyłała mu powłóczyste spojrzenia i niby to przypadkowe dotknięcia. Nie ukrywała, że jej się podoba. Jaś był przystojnym młodym mężczyzną, wesołym i dowcipnym. Hrabina nie miałaby nic przeciwko temu, aby pewnej nocy wylądował w jej łóżku. Nina miała nadzieję, że Jaś nie ulegnie wdziękom Pauli, ale na wszelki wypadek postanowiła go przestrzec.
1 Generał Jarosław Dąbrowski (1836-1871) - Znakomity dowódca. Działacz w konspiracji wojskowej, od 1862 r. członek Komitetu Centralnego Narodowego. Aresztowany, uciekł z zesłania. Od 1871 r. przejściowo wódz naczelny wojsk Komuny Paryskiej. Poległ 23 maja 1871 r. prowadząc swój oddział do ataku.
2 Sprawnik – w carskiej Rosji naczelnik policji.