sobota, 30 kwietnia 2016

Ponury cień przeszłości


30 kwietnia 2016 r.
Niemal przez miesiąc Klonowiecki przebywał poza domem. Nina szalała, wyobrażając sobie, że został aresztowany, osądzony i zesłany, a może nawet stracony. Dopiero wizyta Tadeusza i list od męża, doręczony jej przez przyjaciela, nieco ją uspokoiły. Tadeusz powrócił z Warszawy zły i nie krył przed nią, że czuje się zawiedziony. Serdecznie dziękował jej za zajęcie się Zosią, dumny ze zdrowego syna. Ubolewał, że odbyty w Warszawie zjazd tak zwanej „młodej, postępowej szlachty”, zupełnie niepotrzebnie wyciągnął go z domu, w trudnym dla żony momencie.
 Ale Nina znała go zbyt dobrze, aby uwierzyć, że z tak błahego powodu Tadeusz pozostawił żonę samą, na kilkanaście dni przed rozwiązaniem. Próbowała wyciągnąć go na spytki, dopytując się, dlaczego tak długo siedzieli w stolicy. Lecz Siekielski, zwykle bardzo szczery i otwarty, tym razem nabrał wody w usta i nawet słowem nie wspomniał o prawdziwej przyczynie nagłego wyjazdu. Za to rozwodził się szeroko nad przebiegiem obrad zjazdu, który zakończył się burzliwie. Planowano, że pan hrabia Andrzej Zamoyski wręczy księciu namiestnikowi program szlachty Królestwa Polskiego, który po zatwierdzeniu przez Konstantego, zostanie przekazany carowi. Ale nic z tego nie wyszło, prócz niezgody.
 hrabia Andrzej Zamoyski.
- Rozumiem. – Nina uśmiechnęła się z ironią. – Z tego powodu wyjechaliście w tajemnicy z domów. Nie wiedziałam, że Biali również bawią się w konspirację. O ile mnie pamięć nie myli, sympatyzujecie raczej z innym ugrupowaniem.
Tadeusz nie umiał kłamać i niby żak przyłapany na łgarstwie, oblał się panieńskim rumieńcem.
- No, sama rozumiesz, to był zjazd szlachty i obowiązywała pewna, hm... dyskrecja.– bąkał, błądząc wzrokiem po suficie.
- Aha. – Nina z powagą skinęła głową. – Oczywiście, nikt o tym nie wiedział, za wyjątkiem policji, księcia namiestnika, cesarza i jeszcze kilku innych osób. A może zechcesz mi wyjaśnić, jaki był cel tego szacownego zebrania Białych spiskowców? – spytała, obserwując z rozbawieniem, jak Tadeusz kręci się niespokojnie, jakby siedział na szydle.
Ze srebrnego czajniczka napełniła jego filiżankę mocną herbatą, przysunęła plasterki cytryny oraz klosz z ulubionymi przez niego ciastkami. Nie traciła nadziei, że Tadeusz się rozkrochmali i wygada z czymś interesującym. Westchnął i rozgarnął palcami jasne włosy, burząc sobie staranną fryzurę. Z roztargnioną miną wsypał do herbaty trzy łyżeczki cukru, mieszając tak gwałtownie, aż płyn wylał się na spodeczek.
- Byłem tam, gdzie musiałem. Z tego co usłyszałem, zrozumiałem niewiele. Dopiero pan hrabia  Aleksander powiedział mi, że Biali w ostateczności zgodziliby się na wieczyste rządy Romanowów, żądając w zamian nadania konstytucji i przyłączenia do Królestwa ziem zagarniętych w czasie rozbiorów.
Nina spojrzała na niego ze zdumieniem i popukała się palcem w czoło.
- Tadek, przecież to absurd! Żeby spełnić żądanie szlachty, Rosja musiałaby wydać wojnę Prusom i Austrii! Poza tym car nigdy nie zgodzi się na danie nam konstytucji w obawie, że za przykładem Polski, także i Rosjanie zażądają praw obywatelskich i demokratycznych rządów. Pamiętasz, co powiedział Gogol? „Państwo bez nieograniczonego władcy, jest jak orkiestra bez dyrygenta!”.
- Dziewczyno, ty to masz olej w głowie! – Tadeusz pełen był podziwu dla jej przenikliwości. – Psiakrew, gdzie ja miałem oczy… - przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta.
- Tadek, bo dam po łapach i powiem Zosi! – Nina pogroziła mu palcem. – A co było dalej na tym „zakonspirowanym” zjeździe?
- W końcu rozjechano się z rzadkimi minami. Czasem myślę, że Wielopolski miał słuszność mówiąc, iż niekiedy można coś zrobić dla Polaków, lecz z Polakami niepodobna. Czerwoni mają przynajmniej odwagę głosić, że chcą własnymi rękami zdobyć niepodległość, nie oglądając się na niczyją łaskę.
- Przez walkę zbrojną? – Nina nerwowo przełknęła ślinę.
- Jasne! – Tadeusz ożywił się i sięgnął po kolejne ciastko. – Kiedy padnie hasło, cały naród chwyci za broń!
- Tere fere! - drwiąco prychnęła Nina. – Polacy jednomyślni? A może zechcesz mnie uświadomić, skąd weźmiecie tę broń?
- Zdobędziemy ją na wrogu. – oświadczył beztrosko Tadeusz.
Nie miała już wątpliwości, że w Warszawie rzeczywiście odbył się zjazd, lecz bynajmniej nie Białych i nie w celach pokojowych. Być może miało to coś wspólnego ze spotkaniem Aleksa z pułkownikiem Sierakowskim. Był on, jak podejrzewała, jednym z głównych przywódców Czerwonych. A więc ogromna pajęczyna spisku ogarnęła już cały kraj! Wyobraziła sobie, co z tego może wyniknąć i przeszedł ją mróz.
- Matko Boska! – jęknęła. – Chcecie wydać wojnę trzem zaborcom?
- Na razie tylko jednemu!
- Sądzicie, że Prusy i Austria będą się temu przypatrywać z założonymi rękami?
- Austria jest nam przychylna.
Podobizna Jakuba Szeli.
 - Doprawdy? Tadek, przypomnij sobie, że Jakub Szela jeszcze żyje! – powiedziała z naciskiem. Pamiętała, że w czasie strasznej galicyjskiej rzezi, Siekielscy stracili wielu krewnych.
Tadeusz spochmurniał, lecz nie był przekonany.
- Nino, to już inne czasy.
- Ale monarchia ta sama! Tadek, na miłość boską, nie pozwólcie mącić sobie w mózgownicach. Biali i Czerwoni walczą o wpływy i o władzę. Nie dajcie wciągnąć się w ich grę. Już zapomniałeś, że u nas każde powstanie kończyło się klęską i ogromnym rozlewem krwi? Masz żonę, syna i przestań zajmować się polityką. Ja nie puszczę męża na zatracenie. Nigdy!
Tadeusz skrzywił się sceptycznie i to wyprowadziło ją z równowagi.
- Myślisz, że nie wiem, co razem knujecie? – wybuchnęła wzburzona. – Ale ja nie pozwolę Alkowi mieszać się do żadnej awantury, choćbym go miała w domu sznurkiem uwiązać.
- O, chciałbym to widzieć! – mruknął i pokazał zęby w szerokim uśmiechu. – Co tam, niech inni głowią się za mnie. Ja pragnę się bić!
Nina westchnęła, mnąc w palcach list. Polityka przestała ją interesować, bo chciała dowiedzieć się, gdzie przebywa mąż. Wstydziła się zapytać o to Tadeusza.
Nepomucen Potocki. Rzeź Galicyjska.
 - Tak mówisz? Po przyjacielsku, mogę zaraz kazać sprawić ci lanie. Biecki wrócił z tobą? – zagadnęła okrężną drogą. – Dorota bardzo się o niego martwiła.
- Kotku, tam gdzie bywał Kazio, policja zazwyczaj nie zagląda w celach politycznych. Owszem, wrócił gagatek, spłukany do nitki.
- A mój mąż został jeszcze w Warszawie?
- Nie. Wspominał, że jedzie do waszych majątków nad Bugiem. Nic ci nie mówił?
- Być może. Nie pamiętam. – skłamała, spuszczając oczy.
- To przeczytaj list. – Tadeusz zjadł jeszcze jedno ciastko, wypił resztę herbaty i wstał z fotela. – Nie martw się, wróci, bo tęskni za tobą. Jezu, jakaś ty śliczna! – szepnął uwodzicielskim tonem. – No, daj mi całusa i pójdę sobie. Ciastka zjadłem, a ty chcesz przeczytać list od męża.
Chwycił ją mocno w tali i zacisnął dłonie.
- Jak ta osa! – rzekł z podziwem. – Ale hrabia ma szczęście.
- Tadek, wynoś się, bo napuszczę na ciebie Grota, a on jest o mnie zazdrosny jak stary małżonek.
- Już idę, ślicznotko. A pojedziesz jutro ze mną do Bielin?
- Pod warunkiem, że będziesz się zachowywał przyzwoicie. Ucałuj trusię. Au revoir1.
Tadeusz pocałował ją i śmiejąc się, wyszedł z buduarku.
Gorączkowo rozerwała kopertę. List męża był krótki i bardzo oziębły. Aleks zawiadamiał ją, że jedzie do Kaniówki, żeby wybrać do powozu kilka koni na miejsce zabitego i tych poranionych. Nie pisał kiedy wraca. Ale już sam wstęp był znaczący. Zamiast czułego słowa, napisał : "Nino”. Zrozumiała, że nadal żywi urazę i skończywszy czytać, upuściła list na dywan, kryjąc twarz w obu dłoniach. Żywiła obawę, że ich małżeństwo nie będzie tak cudowne i kochające, jak to sobie wymarzyła. Aleks miał naprawdę trudny charakter, zacięty i pamiętliwy. Prowadził życie, do którego ona nie miała prawie dostępu, zaś pamięć o zdradzie Pauli oraz wymogi konspiracji, nie skłaniały go do otwartości. Czasami wydawało jej się, że mąż traktuje ją jak uparte, nieznośne dziecko. Nie rozumiał, albo nie chciał rozumieć, że była bardzo młoda, a jej wybuchy złego humoru i upór były skutkiem ponurego dzieciństwa, kształtującego jej mentalność. Ale była wrażliwa i uczuciowa, bezgranicznie zakochana i z całego serca wdzięczna, że to właśnie ją – dziewczynę bez posagu i znaczenia, wyróżnił i wyniósł do godności pierwszej damy w całej okolicy, dał jej cudowny dom i otoczył przepychem o jakim nawet nigdy nie śniła. Mimo to, przyszłość nie rysowała się w różowych barwach. Jeżeli ich małżeństwo już na samym początku przeżywa podobne problemy, to co będzie dalej? Dokąd zawiedzie ich wzajemna zawziętość? Na pierwszy czulszy odruch ze strony męża, Nina gotowa była rzucić mu się w ramiona i błagać o przebaczenie. Ale czy on uczyni taki gest? Czy potrafi zdobyć się na wspaniałomyślność?
Przywołała w pamięci jego obraz. Bursztynowe oczy pod łukami ciemnych brwi, umiejące patrzeć tak czule. Ironiczne wygięcie ust i wielkopański spokój emanujący z każdego jego ruchu. Aż do bólu tęskniła za dotykiem jego ręki, muśnięciem warg. Drżała o jego bezpieczeństwo. Wiedziała, że na jego polecenie, młodzi stajenni, parobcy, lokaje, a nawet synowie gospodarzy makowskich, ćwiczą pod komendą starego Gulaka, sierżanta armii napoleońskiej i koniuszego Kacpra, byłego wachmistrza ułanów. W odludnym miejscu parku urządzono strzelnicę, ucząc młodych chłopców posługiwania się bronią palną, walki kosą i władania szablą. Udawała jednak, że nic o tym nie wie.
 W pierwszych dniach października zaczęły się jesienne słoty. Padał zimny deszcz, zasuwając krajobraz szarą, wilgotną zasłoną. Po porannych zajęciach, Nina przesiadywała zazwyczaj w bibliotece i czytała, albo w salonie ćwiczyła, grając rapsodie Liszta pod czujnym okiem nauczyciela. Czasami, znudzona samotnością, wędrowała po całym domu, zwiedzając pokoje w starej części pałacu i planując, co w przyszłości poleci zmienić lub przebudować. Kiedy dzień był słoneczny, ubierała fartuch, nie wstydząc się pracować fizycznie z ogrodnikami w parku, lub w zimowym ogrodzie. Pewnego razu zawędrowała na ogromny strych i obeszła go wszerz i wzdłuż, zaglądając do kufrów pełnych starej odzieży, wyliniałych futer i pożółkłych papierów. W odległym kacie natrafiła na jakieś stare graty: połamane krzesła, kredensy bez drzwiczek i stoły bez blatów. Rozejrzawszy się uznała, że strych powinien być wysprzątany na wypadek pożaru. Za tę graciarnią, dostrzegła duży przedmiot przykryty płótnem i wsparty o ścianę. Wiedziona ciekawością, podeszła i szarpnęła płótno, jednocześnie unosząc w górę świecę. Płótno opadło z cichym szelestem, a ona wydawszy zdławiony okrzyk, cofnęła się gwałtownie, o mało nie tracąc równowagi.
Ze złotych ram obrazu patrzyła na nią Paula. Pokryta werniksem powierzchnia portretu połyskiwała w blasku świecy, a jej się wydawało, że usta Pauli poruszają się bezgłośnie. Oczy jej wpatrywały się w Ninę drapieżnym spojrzeniem. Stojąc jak wryta, nie spuszczała z obrazu przerażonego wzroku. A więc to tutaj Aleks go ukrył! Może myślał, że ona nigdy na strych nie zaglądnie. Pytała służbę, co się stało z obrazem, lecz nikt nie potrafił wyjaśnić, gdzie się podział, a męża nie śmiała o to zagadnąć. I oto niespodziewanie ta straszna kobieta patrzy na nią jak na ofiarę. Jej czarne oczy płoną, a krucze włosy wiją się po nagich ramionach i szyi jak jadowite węże. Zimne poczucie klęski przygniotło Ninę jak kamień grobowy. Wprawdzie „złota komnata” przestała istnieć, ale Paula nadal była obecna w pałacu i nic tego faktu nie zmieni. Poczuła się nagle, jak nieproszony gość, przypadkiem znajdujący się w domu, bez wiedzy gospodyni. Nie odwracając się, krok za krokiem zaczęła się wycofywać w stronę wyjścia, nie spuszczając z portretu oczu. Bała się, że gdy się odwróci, na jej szyi zacisną się zimne palce upiora.
Jak szalona zbiegła ze schodów i zadyszana wpadła do pokoju kredensowego. Przy stole siedział Walenty i sam starannie czyścił kredą srebra stołowe przekonany, że nikt tego lepiej od niego nie zrobi.
- Wracam ze strychu! – powiedziała Nina, łapiąc oddech. – Pomiędzy gratami, trafiłam na portret nieboszczki Pauli. Dlaczego złożono go na strychu? Czy nie można było… - zająknęła się nie dopowiadając swojej myśli. – Należało umieścić go z dala od domu.
Nie śmiała powiedzieć wprost, że trzeba było obraz zniszczyć. Lecz kamerdyner doskonale zrozumiał, co miała na myśli. Upuścił z wrażenia srebrną tacę i zerwał się z krzesła.
- Maryjo święta! – jęknął kuląc ramiona. – Na śmierć zapomnieliśmy o tym obrazie. Jaśnie pan chciał go spalić, ale wyjechał do Warszawy i zapomniał. Wszyscy zapomnieliśmy.
- Rozumiem. – sama zdziwiła się, że jej głos brzmi tak obco, jakby to mówiła inna osoba. – W takim razie… - urwała i dokończyła gniewnie: - niech portret powieszą w saloniku kasztelana. Boże, dlaczego ja muszę o wszystkim decydować!
Chwyciła się kredensu, bo nagle poczuła silny zawrót głowy i nudności.
- Jaśnie pani hrabina niezdrowa, broń Boże? – przejął się Walenty, zauważywszy, że nagle pobladła.
- Nic mi nie jest. – prędko pobiegła do łazienki i zwymiotowała. Kompletnie wyczerpana położyła się na łóżku. Jaga, posiadająca niesamowity zmysł spostrzegawczy, wyrosła przy niej, jak spod ziemi.
- Jesteś zielona jak żaba! – stwierdziła. – Co to za historia z tym obrazem?
- Nianiu, dopóki Alek nie wróci, nocuj ze mną. – poprosiła Nina, ogarnięta strachem.
- Coś podobnego! – Jaga popatrzyła na nią podejrzliwie. – Czego ty się boisz? Przecież to kawał płótna z odrobiną farby. Nie rozumiem, po co chodziłaś po strychu? Trzeba było kazać obraz spalić i po kłopocie. A ty, sobie na złość, kazałaś powiesić go w saloniku i teraz się go boisz.
„O, zniszczyłabym go natychmiast z największą przyjemnością, gdybym tylko była pewna, że Alek nie weźmie mi tego za złe. Może pozostawił go tam celowo? – pomyślała Nina, lecz nie podzieliła się swymi wątpliwościami z nianią.
- Nie mogłam. – powiedziała cicho.
Jaga z politowaniem wzruszyła ramionami.
- Rób jak chcesz i tak mnie nie słuchasz! – rozgniewała się i wyszła, zamykając z trzaskiem drzwi.
„Może nie miał siły zniszczyć tego portretu. – rozmyślała Nina, ułożywszy się wygodnie. – A jeśli chodził tam, aby ukradkiem na nią patrzeć? Jezu, czułam się już taka bezpieczna i masz! A wszystkiemu winien jest Alek. Zapomniał! Akurat. Ukrył ten portret i taka jest prawda!”. Poczuła, że znowu robi się jej niedobrze. W wyobraźni natychmiast ujrzała błąkający się nocami wiotki biały cień. Wędrując długimi korytarzami, jak smuga księżycowego światła, przenikał przez ściany i pochyliwszy się nad jej łożem, nadsłuchiwał oddechu. Boże! 
 Tej nocy spała bardzo źle, ale że nic się nie wydarzyło, trochę się uspokoiła. Od dnia odkrycia portretu, Nina nie czuła się dobrze i miewała kłopoty ze zdrowiem. Czasami serce biło jej szybko i boleśnie, miała zawroty głowy i nudności. Stała się bardzo nerwowa i często wybuchała jak petarda. Po słotach przyszły piękne dni jesienne. Liście na drzewach przybrały barwy złota i czerwieni. Odlatywały ptaki, w powietrzu unosiły się srebrne nitki babiego lata
 W polu czuć było ostry, cierpki zapach palonych badyli i woń pieczonych w ogniskach ziemniaków. Wielki park tonął w złocie i purpurze więdnących liści, a na rabatach kwitły astry, georginie i ostatnie jesienne róże. Nie mogąc usiedzieć w domu, Nina siodłała Mignon i uganiała się po wzgórzach, robiąc dalekie spacery konne i zachwycając się pięknem jesiennego krajobrazu. Rok był urodzajny i zapowiadał obfitość chleba w czasie przednówku. W sadach drzewa uginały się pod ciężarem owoców, a dworski młyn turkotał niestrudzenie, mieląc zebrane tegoroczne zboże.
1 Au revoir - Do zobaczenia.

piątek, 29 kwietnia 2016

Znowu same zmartwienia.


29 kwietnia 2016 r.
Aleks wrócił do Makowa następnego dnia. Zaraz po przywitaniu, Nina opowiedziała mu o wizycie Prusaka.
- Sądzę, że Paula lekkomyślnie zobowiązała się, dostarczyć konsulowi jakieś informacje, dotyczące tajemnicy wojskowej. – mruknął.
- Nie rozumiem. – Nina potrząsnęła głową. – Przecież król Prus jest kuzynem cara. Nie mógł się go po prostu zapytać?
Aleks wybuchnął śmiechem i pocałował żonę, rozczulony jej naiwnością.
- Kochanie moje, królowie nie mają krewnych. Paula miała mnóstwo znajomości w sferach wyższych oficerów. Przy jej urodzie, zdobycie informacji było bagatelą . Konsul pożyczył jej pieniądze, a ona je wydała, nie dotrzymując umowy. Prusak stracił nerwy i przysłał tutaj tego bałwana.
- Całe szczęście, że od ciebie nie zażądali spłaty jej długów. – Nina parsknęła śmiechem. – Ale mylisz się, bo ona umowy dotrzymała. W jej skrytce znalazłam kopertę adresowaną do konsula, a w niej papier pełen cyfr i pieczęci wojskowych. To był z pewnością szyfr, prawda? Wspominałam ci o tym.
- Przypominam sobie. Szkoda, że to zniszczyłaś. Musiało to być coś ważnego, w przeciwnym razie, pan konsul nie byłby taki hojny. Trudno. – przygarnął ją do siebie. – Tęskniłaś za mną?
- Uhm! Powiesz mi, po co pojechałeś do Radomia?
- Miałem tam z kimś spotkanie.
- Alek, mam nadzieję, że to nie była kobieta! – nastroszyła się, wysuwając się z jego ramion.

Płk. Zygmunt Sierakowski.
- Nie. To był mężczyzna. Spotkałem się z moim przyjacielem, pułkownikiem Sierakowskim. Był przejazdem w Radomiu i nareszcie mogliśmy sobie pogadać.
- Powinieneś zaprosić go do Makowa, chciałabym go poznać.
- Śpieszył się, bo wracał do Rosji. On także ma młodą żonę. Wiesz, pokazałem mu twoją fotografię, nie mógł się napatrzeć. Powiedział, że gdyby nie był żonaty, zakochałby się w tobie na umór. No, powiedz sama, czy ja nie mam powodu, żeby być o ciebie zazdrosny? Pułkownik przesyła ci ukłony i ucałowania rączek. Jedna rączka, a teraz druga. Całusa dostanę?
Cmoknęła go od niechcenia, nie przestając wpatrywać się w niego podejrzliwie.
- To mówisz, że pan Sierakowski był w Radomiu przejazdem? A ty siedziałeś tam aż tydzień!
- Musiałem.
- Proszę, musiałeś! – prychnęła ze złością. – Tak się odpowiada żonie. Czasem mam wrażenie, że zachowujesz się wobec mnie, jakbym była szpiclem policyjnym. Uprzedzałam cię, że nie zamierzam być żoną, o której mąż przypomina sobie wieczorem, kładąc się do łóżka. Mam prawo wiedzieć o mężu wszystko. Tadek nie robi tajemnic przed Zosią. To od niej dowiaduję się, czym mój małżonek się zajmuje. Alek, błagam ciebie, żebyś przestał mieszać się do polityki!
W jednej chwili spoważniał i zmienił się na twarzy.
- Nie mogę rozmawiać z tobą o sprawach, nie będących moją tajemnicą.
- Jestem twoją żoną. Nie ufasz mi? Dlaczego Tadeusz nie ma podobnych obiekcji?
- Bo nie był oficerem. Może wydaje mu się, że rozkaz utrzymania tajemnicy nie dotyczy żony. Dobrze, że mi o tym powiedziałaś. Pomówię z nim na ten temat. Zresztą Siekielski nie był mężem Pauli i nie ma moich doświadczeń.
Zaciął usta i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju, celowo omijając ją wzrokiem. Był zły, a jego oczy rzucały gniewne błyski.
- Nino, lepiej dajmy temu spokój. – powiedział zauważywszy, że ona chce coś jeszcze dodać. Ale Nina także była już zdenerwowana, bo przyszło jej na myśl, że ponure wspomnienie Pauli prześladować go będzie do końca życia.
- O waszych tajemnicach wróble na dachach ćwierkają. – mruknęła, zaciskając zęby. – A twoje obiekcje nie wynikają z przykrych doświadczeń, lecz są jedynie kwestią zaufania do mnie. Nie ufasz mi, w takim razie nie zamierzam wymuszać zwierzeń, bo wiem, że nie powiesz mi prawdy. – wzruszyła ramionami. – Cóż, jakoś to przeżyję. – umilkła, szukając tematu, który nie zahaczałby o politykę.- Aha, przypominam ci, że moja niania do tej pory nie otrzymała należnego jej spadku po cioci Tekli. To nie wypada.
Zrozumiał, że żona jest obrażona i złagodniał. Próbował ją objąć, ale wykręciła się zręcznie.
- Kochanie, Jaga z pewnością dostanie te pieniądze ode mnie, ale może nieco później. Mam teraz pewne kłopoty w gotówką.
- Nieprawda! – krzyknęła uniesiona gniewem. – W tym roku były wspaniałe zbiory i mamy mnóstwo pieniędzy. Zapominasz, że ja też kontroluję księgi. Żałujesz mojej niani tysiąca rubli? Nie chcesz spełnić mojej prośby! Przecież ja nigdy o nic ciebie nie proszę. Zadowalam się tym, co sam mi ofiarujesz! – wołała coraz głośniej i zapalczywiej.
- Zrozum, że Jaga w tej chwili pieniędzy nie potrzebuje, a ja większą kwotę z funduszy uzyskanych za zbiory, już przekazałem do banku Francuskiego. Baron Kronenberg tym się zajął. – tłumaczył jej cierpliwie.
- To nie nasza rzecz, czy pieniądze są niani potrzebne i co z nimi zrobi. Ja chcę, żeby dostała te tysiąc rubli w złocie! – tupnęła nogą.
- Nino!
- Nie? W takim razie sprzedam jakiś klejnot!
- Rozumujesz jak dziecko. Nie masz racji. Oczekuję od żony rozsądku i cierpliwości. A ty, zachowujesz się jak kłótliwa przekupka.
Zwróciła ku niemu wykrzywioną z wściekłości twarz.
- Tak? Ja jestem kłótliwa, bo proszę cię o parę groszy? Paula nigdy nie musiała długo prosić cię o pieniądze. Dla niej byłeś o wiele hojniejszy!
Wspomnienie znienawidzonej rywalki doprowadziło ją do pasji. Nie oglądając się, wybiegła z pokoju trzaskając drzwiami i nie pokazała się na kolacji. Przez cały wieczór miotała się po sypialni, parskając jaki zła kotka. Kiedy Aleks przyszedł wieczorem i zapukał, drzwi do sypialni okazały się zamknięte na klucz.
- Nino. – usłyszała jego stłumiony głos. – Kochanie, opamiętaj się. Nie pozwól, żeby gniew ciebie zaślepił. – nadsłuchiwał, lecz w pokoju panowała cisza.
- Promyczku, nie rób mi tego. Proszę, porozmawiajmy, jak dwoje dorosłych ludzi. Chcę tylko z tobą pomówić, nic więcej.
Usiadła na łóżku, ale nie odpowiedziała.
- Nino, jeżeli teraz odejdę, nigdy ci tego nie wybaczę, słyszysz? Nigdy! Nino, proszę!
Wepchnęła sobie chusteczkę do ust, żeby głośno nie szlochać, ale nie zareagowała. Kiedy się oddalił, wtuliła twarz w poduszkę, w tym miejscu, gdzie zawsze spoczywała jego głowa i tuląc ją do ust, zapłakała gorzko. Rano miała nadzieję, że mąż ją przeprosi, jednak przy śniadaniu nie odezwał się się do niej nawet słowem. Obserwowała go ukradkiem, jak siedział, czytając przy stole gazetę. Poprzednio nigdy tego nie robił. Zwykle przy śniadaniu razem planowali, jak spędzą dzień. Parę razy prowokująco chrząknęła, by zwrócić na siebie jego uwagę. Na moment podniósł oczy i spojrzał na nią, jakby była zrobiona ze szkła. Po prostu jej nie zauważał. Uznała, że mąż zachowuje się skandalicznie, wstała i z wysoko zadartym nosem, wymaszerowała z jadalni.
Przebrała się w amazonkę i poszła do stajni. Gdy weszła do boksu, Mignon podeszła do niej i musnęła ją po twarzy chrapami. Nina pocałowała ją i prędko klacz osiodłała. Dosiadła Mignon i pojechała do Brzezińca, pożalić się Zosi. Jak zwykle, przyjęta została serdecznie i zatrzymana na obiedzie. Zasiedziała się u Siekielskich, z właściwą sobie lekkomyślnością zlekceważywszy bilecik męża, wzywający ją do powrotu. Wróciła do domu dopiero o zmierzchu, postanawiając tak zmiękczyć Aleksa, żeby sam poprosił ją o przebaczenie. Pewna była, że on uczyni to wieczorem, kiedy przyjdzie do sypialni. Naturalnie, wtedy pozwoli się przeprosić, bo nie potrafiła długo się gniewać i tęskniła za nim. Nie była wcale zdziwiona, widząc uśmiechniętą Jagę, trzymającą w ręce pokaźny worek, pełen złotych monet.
- Popatrz tylko, kotku, jaki ten pan hrabia dobry. – zawołała niania. – Nigdy w życiu nie miałam tyle pieniędzy! Same złote imperiały. Oj, dziecko, masz takiego kochającego męża i nie potrafisz go docenić. Dlatego nie wróciłaś na obiad? Przecież pan hrabia posłał po ciebie chłopca. Nie wiem, co między wami zaszło, ale dobra żona nie zamyka przed mężem drzwi sypialni. Przecież ślubowałaś mu posłuszeństwo!
Nina osłupiała, a ochłonąwszy z wrażenia, posłała niani karcące spojrzenie.
- Skarżył się do ciebie? – wzruszyła ramionami, udając obojętność.
- Nie, ale rano drzwi sypialni były zamknięte na klucz, stąd wiem. – Jaga uśmiechnęła się przebiegle, lecz zaraz spoważniała. – Nino, nie rób tego więcej, bo zrazisz męża i możesz stracić jego miłość.
- Zasłużył na nauczkę, ale przez wzgląd na ciebie, postaram się wybaczyć mu wyrządzoną mi przykrość. – oznajmiła Nina łaskawym tonem.
Ale Jaga nie podzielała jej optymizmu.
- No, nie wiem, kotku. – rzekła, pełna niedobrych przeczuć. – Pan bywa pamiętliwy, a dziś był w wyjątkowo złym humorze. Posłuchaj mojej rady i bądź dla niego słodziutka.
- Zobaczę. – bąknęła Nina czując w sercu cień niepokoju. – Nianiu, pomóż mi się przebrać do kolacji.
Stanęła w garderobie przed lustrem i z pomocą niani, włożyła nową śliczną suknię z kremowego kaszmiru, w delikatny kwietny wzór. Okręciła się na pięcie, stwierdzając z radością, że wygląda w niej prześlicznie. Poprawiła szeroki kołnierz z koronek i pomyślała, że Aleks musiałby być z kamienia, żeby nie zwrócił uwagi na jej błyszczące oczy, różowe usta, złożone jak do pocałunku i piersi widoczne w dużym dekolcie.
 Jaga spoglądała na nią z pobłażliwym uśmiechem, stwierdzając w myślach, że w gruncie rzeczy, Nina jest jeszcze bardzo dziecinna. Westchnęła, obawiając się, że hrabia może nie okazać się tolerancyjny dla młodziutkiej żony. Siedząc przy stole, Nina oczekiwała, że mąż pierwszy się do niej odezwie. Ale spotkał ją przykry zawód. Wszedł do jadalni, mówiąc tylko: „ dobry wieczór” i poprzestał na oficjalnym ukłonie. Jadł szybko i zaraz po kolacji udał się do gabinetu, pozostawiając ją przy stole samą.
Była jego zachowaniem bardzo rozczarowana, lecz nie tracąc nadziei, usiadła w sypialni na kanapce z książką w ręku, udając, że czyta. Nie rzuciwszy nawet okiem na otwartą powieść, nadsłuchiwała. Ale mąż pracował do późnej nocy. Znudzona siedzeniem, przebrała się w strojną nocną koszulę i w sposób widoczny pozostawiła uchylone drzwi do sypialni. Aleks wrócił do siebie dopiero po północy i ściszonym głosem rozmawiał ze służącym przygotowującym mu kąpiel. Słyszała z łazienki chlupot wody, a po jakimś czasie w jego pokoju zgasło światło i zapanowała cisza. Podniosła się z łóżka i boso, na palcach, pobiegła do drzwi. Przystanęła nadsłuchując. W ciszy nocnej usłyszała równy, głęboki oddech męża. Spał! Zrozumiała, że to już bardzo poważna sprawa. „O mój Boże, co ja narobiłam!”. – pomyślała z przerażeniem. Wróciła do łóżka i wtuliwszy twarz w poduszkę, zaczęła chlipać, pełna skruchy i żalu. Rano pokojówka przyniosła jej na tacy list od Jasia. Umówionym sposobem donosił, że powrócił do domu i na razie czuje się bezpieczny. Na szczęście wielka wsypa go ominęła. Dąbrowski dalej siedział w Cytadeli i jak dotąd, niczego nie zdołano mu udowodnić. Odwiedzała go panna Pelagia Zgliszczyńska, przekazując wiadomości i odbierając od niego rozkazy. Jaś pochwalił się, że rozpoczął praktykę lekarską i nie spodziewał się nawet, że od razu zyska tak wielu zamożnych pacjentów, co umożliwiło mu wynajęcie własnego gabinetu. Obiecywał, że w najbliższej przyszłości postara się znaleźć trochę wolnego czasu, aby wpaść do Makowa.
To była wspaniała wiadomość i Nina korzystając z okazji, jaką był list od Jasia, postanowiła pogodzić się z mężem. Ucieszona, zabrała list i poszła do gabinetu. Stanąwszy pod drzwiami, zapukała lekko i przybrawszy przymilną minkę weszła, zdecydowana przeprosić Aleksa za niemądre fochy. Jej czarujący uśmiech zamienił się w grymas zawodu, bo w gabinecie nie było nikogo. Zaczęła więc najpierw chodzić, a potem biegać po domu, szukając męża.
- Jezu, gdzie on się podziewa? – utyskiwała pod nosem, zatrzaskując z hukiem kolejne drzwi. – Przecież miał dziś pracować w domu.
Na korytarzu spostrzegła Walentego i odetchnęła, bo kamerdyner zawsze wiedział najlepiej gdzie pan przebywa.
- Czy pan hrabia pojechał dziś na jakiś folwark? – spytała, podchodząc.
Staruszek wysoko uniósł brwi ze zdziwioną miną, ale natychmiast przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Jaśnie pan hrabia raczył rano wyjechać. Sam pakowałem mu sakwojaż1 na drogę. – oznajmił z ukłonem.
Pod Niną ugięły się nogi i musiała oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Wyjechał? Dokąd? Wybrał się w podróż, nawet nie żegnając się z nią? Boże, jak mógł tak okrutnie się zachować? Z trudem powstrzymywała napływające do oczu łzy, szybko mrugając powiekami. Ale stary służący dostrzegł, jak pojedyncza łza połyskując niczym srebro, toczy się po jej policzku.
-Walenty nie wie, dokąd pan hrabia się udał? – spytała. – Spałam tak mocno, że zapewne nie chciał mnie budzić… - urwała rozumiejąc, że jej kłamstwo jest żałośnie naiwne i Walentego nie oszuka.
Stary kamerdyner był serdecznie przywiązany do młodziutkiej pani i współczuł jej z całego serca domyślając się, że małżonkowie musieli się poważnie poróżnić. Lecz nie wypadało mu okazać, iż domyśla się tego.
- Jaśnie pan hrabia nie powiedział dokąd się wybiera, ani kiedy wróci. Ale ja sądzę, że nie wyjechał na dłuższy czas, bo wziął z sobą tylko jeden sakwojaż, a nie kufer. – wyjaśnił i była to z jego strony próba pocieszenia młodej pani.
Nina była mu za to bardzo wdzięczna.
- Dziękuję Walentemu. – szepnęła i wolno odeszła.
W swojej sypialni nie musiała już hamować ogarniającej ją rozpaczy. Z głośnym szlochem rzuciła się na fotel i płakała, zasłoniwszy twarz dłońmi.
- Jezu Chryste, ale mnie przestraszyłaś! – wykrzyknęła Jaga, wychodząc z garderoby. – Nina, dlaczego ty znowu płaczesz? No, daję słowo, że nic nie rozumiem!
- Czy wiesz, że Alek wyjechał i wcale się ze mną nie pożegnał? – wybełkotała Nina, łkając i połykając wyrazy.
Jaga pokiwała głową i posłała jej wymowne spojrzenie.
- Aha, widzę już po twojej minie, że chcesz powiedzieć: „a nie mówiłam?” – chlipnęła Nina z goryczą.
- Nie powiem tego, bo nie chcę sprawiać ci bólu. Ale przypomnij sobie, że ostrzegałam ciebie, czym się twoje grymasy mogą skończyć. Przemyj twarz w chłodnej wodzie. Służba nie musi wiedzieć, że pani hrabina ma kłopoty. Płaczem niczego nie zmienisz. Jak to wygląda, żeby dama mazała się, jak dziecko i ryczała niby dziki osioł! Wysiąkaj nos! Ludzie słuchają. Wyglądasz, jak półtora nieszczęścia. Uzbrój się w cierpliwość i czekaj.
- Nawet ty mnie nie pożałujesz! – żałośnie zapłakała Nina. – Przecież ja nie zasłużyłam na takie traktowanie.
Kiedy siedziała taka zapłakana i nieszczęśliwa, nie można jej było nie kochać. Długie rzęsy ociekały łzami, a maleńki dołeczek tworzący się na wilgotnym policzku, był tego dostatecznym powodem. Jaga nie umiała obojętnie patrzeć na jej rozpacz. Podeszła i przytuliła głowę wychowanki do swej obfitej piersi.
- No, już cicho, mój słodki skarbie. Ludzie powiadają, że skłóconych małżonków najlepiej godzi róg pierzyny. – pocieszała Ninę, raczej bez większego przekonania. Mimo że hrabia zawsze zachowywał się wobec niej z nienaganną uprzejmością, jednak ona trochę się go bała i wątpiła, by pupilka znalazła u jego boku małżeńskie szczęście.
- To co ja mam teraz robić? – Nina patrzyła na nią bezradnie.
- Masz czekać aż pan przyjedzie. Potem pocałować go i przeprosić. Wyrządziłaś mu krzywdę. Nie wolno bezkarnie ranić człowieka i oczekiwać, że zaraz zapomni o urazie.
- Myślisz, że on mi wybaczy? – w głosie Niny zabrzmiał ton nieśmiałej nadziei.
- Kto wie? Jak go ładnie poprosisz? – zaśmiała się Jaga i pocałowała ją w czoło. Jednak w głębi duszy podejrzewała, że sprawa jest o wiele poważniejsza, niż się to Ninie wydaje. Lecz wolała milczeć, by zawczasu jej nie martwić.
Nina wzięła sobie do serca jej nauki i otarłszy oczy poweselała, wyobrażając sobie, że wszystko skończy się dobrze. Odpędziwszy od siebie ponure myśli, umyła twarz i wklepała w skórę krem liliowy. Za namową niani, postanowiła odwiedzić Zosię. Zmieniła poranną suknię na amazonkę i poszła do stajni. Nie wołając masztalerza, sama osiodłała Mignon przekonana, że Tadeusz najlepiej będzie wiedział, dokąd mąż się wybrał. Do boksu zaglądnął Maciek.
- A czegóż to jaśnie paniuleczka sama konia obrządza? Trza chłopaków wołać. Każdy chętnie usłuży. – rzekł widząc, że młoda pani osobiście siodła klacz. – Jaśnie pani na spacer jedzie? To może ja pojadę z jaśnie panią hrabiną? – dorzucił pamiętając, że z polecenia hrabiego miał zawsze towarzyszyć jej w konnych spacerach.
- Jadę tylko do Brzezińca i nie wiem kiedy wrócę. Jutro pojedziemy razem na spacer. – wyjaśniła i pozwoliła, by Maciek pomógł jej dosiąść wierzchówki.
Dzień był pochmurny, niskie ciemne obłoki wróżyły opady deszczu. Ale było bardzo ciepło, a na polach roiło się od ludzi, zbierających z pośpiechem plony przed nadejściem słoty. Polne drogi zatłoczone były chłopskimi wozami. Mignon udając strach boczyła się, uskakując w bok, kiedy jakiś parobek strzelił z bata lub pokrzykiwał na zmęczone, ledwie wlokące się konie. Nina przemówiła do klaczki, klepiąc ją po szyi. Lecz Mignon była rozbrykana i co jakiś czas sprawdzała czujność pani, drobiąc w miejscu, parskając i rzucając łbem. Raz nawet spróbowała wysadzić Ninę z siodła, dźwigając się w górę i stając dęba. Zrobiła to wyraźnie na pokaz, ale ten popis w niczym nie zagroził amazonce, mocno siedzącej w siodle. Jednak Nina cały czas musiała się pilnować uważając, by klacz nie poniosła. Przyjechała do Brzezińca z obolałymi mięśniami ramion.
Biały dwór w zieleni winorośli i bluszczu, oplatającego kolumny ganku, wyglądał sielankowo. Służąca zaprowadziła Ninę do sypialni. Zosia leżała, tonąc w puchach małżeńskiego łoża. Była sama i trzęsła się ze złości.
- Jak to dobrze, że przyjechałaś, Ninetko! – jęknęła, unosząc się na łokciu. – Nie patrz na mnie. Wyglądam jak potwór i muszę leżeć, bo zaledwie mogę się ruszać. Mam przeczucie, że dziś zacznę rodzić. Tymczasem Tadek, ten niewdzięcznik… - skrzywiła się płaczliwie, ale gniew szybko osuszył łzy i ciągnęła z narastającą pasją: - … ten wstrętny egoista, akurat dziś wybrał się w podróż! No, powiedz sama, kochanie, czy ja nie mam powodu do zdenerwowania?
- To Tadzia nie ma w domu? – zdziwiła się Nina, robiąc w duchu uwagę, że biedna Zosia naprawdę wygląda fatalnie. Miała spuchniętą twarz, a cała figura mocno poddana do przodu, z wielkim sterczącym brzuchem, budziła litość swą brzydotą. Ten widok obudził w sercu Niny kobiecą solidarność. Biedna Zosia, ofiara męskiej namiętności, z pokorą znosiła swoje cierpienie. Pochyliła się nad łóżkiem i ucałowała blady policzek trusi. :Jakże się ta biedaczka zmieniła” – pomyślała, przypominając sobie wiotką, śliczną pannę w błękitnej krynolinie, tańczącą walca na weselu Bini. Przysiadła na skraju łóżka i czule pogłaskała jasne, zlepione potem włosy przyjaciółki.
 - Nie denerwuj się, najmilsza, bo jeszcze sobie zaszkodzisz. – upomniała ją, poprawiając poduszkę, wygładzając kołdrę i pomagając Zosi podnieść się wyżej. – Nie uwierzysz, ale mój Alek także się gdzieś zapodział, nie powiedziawszy mi nawet adieu! Całe rano beczałam, jak rzewna koza, bo pokłóciliśmy się i przez dwa dni udawał, że mnie nie dostrzega. Taką miałam nadzieję, że Tadek powie mi, gdzie mój mąż się wybrał. Ale teraz podejrzewam, że razem się gdzieś wypuścili.
- Właśnie! – Zosia uderzyła z furią obiema pięściami w kołdrę. – Teraz wiem tyle samo co ty. Rano przyszedł mnie pocałować i oznajmił, że wyjeżdża, bo musi! Rozumiesz? Aha, jeszcze dodał, że nawet żona nie powinna dopytywać się o sprawy, które dotyczą tylko mężczyzn. Skandal! On musi wyjechać, a ja w tym czasie mogę sobie umrzeć w połogu, leżąc samotna jak palec!
Z tą samotnością Zosia odrobinę przesadziła, bo dwór pełen był służby, lecz tłumaczyło ją rozżalenie i choroba. Poniewczasie Nina pożałowała, że robiąc mężowi wymówki, stawiała mu za przykład Tadeusza. Widocznie Aleks zmył mu głowę za długi język. Było jej bardzo przykro, że niechcący skrzywdziła przyjaciela. Na szczęście Aleks bardzo Siekielskiego lubił i chyba na niego nie wrzeszczał.
Rozżaloną Zosię ogarnęła chęć do płaczu. Ukrywszy głowę w fałdach amazonki Niny zaczęła płakać, głośno pociągając nosem. Nina bez namysłu jej zawtórowała i przez chwilę obie zawodziły, jak na pogrzebie, trzymając się w objęciach.
- Doprawdy, dziwię się Tadziowi. – wymamrotała Nina, gdy żal spłynął im łzami. – Przecież wie, że masz rodzić.
- No wie, bo doktor powiedział, że poród nastąpi za dwa, trzy tygodnie. Tymczasem ja już dzisiaj czuję się źle, a moja gospodyni powiada, że wkrótce urodzę, bo dziecko przesunęło się ku dołowi. Nie szkodzi! – stęknęła z zawziętością. – Zdąży przyjechać na mój pogrzeb! Och, Nino, boli mnie! – poskarżyła się płaczliwie, chwytając się za brzuch.
- Trzeba koniecznie wezwać lekarza i akuszerkę. – powiedziała wystraszona Nina.
- Nie. – jęknęła Zosia, ocierając spocone czoło. – Pewnie mi coś zaszkodziło.
Nina podała jej herbatę i przez chwilę milczała zatopiona w myślach.
- A nie domyślasz się, dokąd oni mogli pojechać? Tadek nic nie mówił?
- Nie wspominaj mi o tym egoiście! – prychnęła Zosia. – Tak myślę, że wybrali się do Warszawy. Podobno tam odbywa się zjazd Białych.
- Nasi panowie do Białych nie należą. – zauważyła Nina.
- Oczywiście, ale nie zapominaj, że w Warszawie ma siedzibę Komitet Centralny Narodowy! Może zostali wezwani?
- To mi się wcale nie podoba. – Nina zmarszczyła brwi. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak zabawiają się w stolicy samotni mężczyźni.
Zosia zapomniała o bólu, uniosła się i zerknęła na przyjaciółkę z rozbudzoną ciekawością.
- Wiesz coś o tym? – szepnęła podekscytowana. – Opowiedz!
- Kiedy to bardzo wulgarne. – wahała się Nina, lecz Zosia nalegała, a i sama była pełna najgorszych obaw. Pochyliła się do ucha Zosi i wyszeptała: - Wiesz, oni chodzą do takich domów...- oblała się rumieńcem, nie wiedząc, jak się wyrazić. – No, do domów rozpusty. – dokończyła szybko.
 - Tadek tam nie pójdzie! – stwierdziła Zosia stanowczo.

Tancerka w XIX w. tańcząca kankana.
- Tam może nie pójdą, ale mogą odwiedzić kabaret. Alek chodził do kabaretu w Paryżu, choć się do tego nie przyznaje. Ale Paula raz się wygadała i stąd wiem. Och, taka byłam ciekawa, jak taki kabaret wygląda. Widziałam zajeżdżające wieczorem dorożki pełne oficerów i różnych panów. Raz próbowałam nawet zaglądnąć przez okno, ale źle na tym wyszłam. Przystanęłam udając, że przy buciku rozwiązała mi się sznurówka i widziałam jak portier otwierał drzwi, wchodzącym tam mężczyznom. Sala była wybita czerwoną tkaniną i wyglądała jak piekło Może zobaczyłabym coś więcej, ale nadeszła niania i o mało nie sprawiła mi na ulicy lania. Awanturowała się do samego domu. Chciałam tam iść z Alkiem, ale on obraził się na mnie, jakbym powiedziała coś nieprzyzwoitego. Świętoszek! Gniewaliśmy się przez tydzień! Potem wyjaśnił mi, że tam są osobne gabinety, w których panowie zamykają się z takimi… - no wiesz! Piją szampana i je obszczypują. A te kobiety tańczą na stołach kankana. Nago!!!
Zafascynowana jej słowami Zosia, słuchała z otwartymi ustami, a w jej oczach zapaliły się iskierki ciekawości.
- Ale kankana nie widziałaś?
- Nie, ale wiem jak się go tańczy.
- Och, kochanie, pokaż!
Ociągając się, Nina wstała i wyszła na środek pokoju. Uniosła wysoko tren amazonki i nucąc galopa, zaczęła tańczyć wcale nie gorzej od tancerki.
- Och! – sapnęła Zosia, nie spuszczając z niej oka. – To rzeczywiście jest odrobinę nieskromne.
- Ale panom taniec się podoba. To jeszcze nie wszystko! - Nina ściszyła głos do szeptu.- Wyobraź sobie, że w Paryżu tancerki nie mają na sobie dessous! Rozumiesz więc, co się dzieje, kiedy one tańczą, podnosząc szerokie spódnice i wypinając na gości gołe pupy?
Przez pełną napięcia chwilę patrzyły na siebie zarumienione, a potem prędko zaczęły rozmawiać o czymś innym. Zaledwie zdążyły wypić kawę ze śmietanką i nieco poplotkować, gdy rozległ się turkot zajeżdżającego przed ganek powozu. Wysiadła z niego Dorota Biecka.
- Oho! – wycedziła Nina przez zęby. – Podejrzewam, że Kazio wyciął żonce figla.
Rozległo się pukanie i do sypialni wtargnęła Dorota, w przekrzywionym kapeluszu, z wyrazem wściekłości w oczach.
- Sophie, nie było tu dziś mego nicponia? – spytała od progu. – Mówił, że wybiera się do Tadka. – była bardzo blada, a jadowicie zielony kolor sukni, podkreślał jeszcze jej ziemistą cerę.
- Nie, dziś go nie było. – powiedziała zdumiona Zosia, siadając na łóżku.
- Jezus Maria, ten łotr przepuści w karty cały mój posag! Ugania się za kokotami i kupuje aktorkom złote pierścionki za moje pieniądze. Tylko patrzeć, a będę musiała dać krowę jakiejś dziewusze ze wsi, której on zrobi dziecko. Rano wyjechał i tyle go widziałam. Chyba diabeł podkusił mnie, żebym poślubiła tego łajdaka.
Wyrzuciwszy z siebie jednym tchem te słowa, Dorota obróciła się i nagle zamilkła, ujrzawszy stojącą przy oknie Ninę. Otworzyła usta i oniemiała. Tym razem Nina nie zamierzała jej dogryzać. Stwierdziła, że najwidoczniej wszyscy panowie wynieśli się z domów, nie mówiąc żonom dokąd jadą. Biecki należał do oddziału Aleksa i ta myśl przyniosła jej pewna ulgę.
- Wejdź, Doroto i usiądź. – odezwała się szorstkim, lecz krzepiącym tonem.- Możesz podziękować Bogu, bo tym razem twój ananas zawieruszył się razem z moim mężem i Tadziem.
- O, to pan hrabia także wyjechał? – Dorota była tą wiadomością wyraźnie ucieszona. Uspokoiwszy się, usiadła przy łóżku. – Bogu dzięki. W takim razie to polityka, nie dziewki. Widziałam też rano Wacia Barycza, jak jechał bryczką w stronę Suchedniowa.
Zosia przypomniała sobie o bolącym brzuchu.
- Tadek urządza wojaże, a ja jeszcze dziś zacznę rodzić! – stęknęła, masując sobie żołądek.
- W Bodzentynie jest dobra akuszerka. – przypomniała sobie Dorota, tracąc zwykłą sztywność i zaczepność. – Bez położnej nie damy sobie rady. Ja raz chciałam popatrzeć, jak rodziła moja pokojówka, ale matka wygoniła mnie z pokoju.
- Dziewczęta! – zapłakała Zosia. – Nie zostawiajcie mnie samej. Czuję się taka opuszczona i samotna.
Dorota pytająco spojrzała na Ninę.
- Powinnyśmy zostać, prawda? Mama ostatnio zrobiła się taka marudna, że trudno z nią pięć minut wytrzymać. A papa, ciągle wypomina mi ten nieszczęsny mariaż z Kaziem. Tak, jakbym ja życzyła sobie, żeby mój mąż uganiał się za dziewkami i grał w karty!
- Poślę do Ciążyn po pana Syrwina. – zaproponowała Nina.
- Nie, nie, cóż mi tatuś pomoże? Będzie się tylko niepotrzebnie zamartwiał. – Zosia umęczona bólem przymknęła powieki.
- W takim razie trzeba wysłać bryczkę po akuszerkę. – ożywiła się Dorota - I zawiadomię mamę, żeby czasem nie wpadło jej do głowy złożyć ci wizytę.
Nina podniesiona na duchu myślą, że nie tylko ona ma kłopoty z mężem, wstała wolno z fotela.
- Napiszę liścik do niani, że nie wrócę na noc do domu.
Resztę dnia spędziły zgodnie, narzekając na politykę odciągającą mężów od rodziny i grożącą zesłaniem. Akuszerka przyjechała dopiero pod wieczór. Zbadawszy Zosię oświadczyła, że do porodu pozostało jeszcze wiele czasu. Lecz w samym środku nocy, obudziła Ninę wystraszona służąca, prosząc ją do swej pani. Narzuciwszy na siebie kaftanik Zosi, zarazem niespokojna i zaciekawiona Nina pobiegła do sypialni.
W pokoju jasno było jak w dzień, bo paliły się wszystkie świeczniki i lampy. Od zapachu świec było duszno, więc uchylono okna, a przy łóżku krzątała się zaaferowana akuszerka. Służące wbiegały i wybiegały, znosząc gorącą wodę, ręczniki i czyste prześcieradła. Zosia leżała na wznak, z kolanami podciągniętymi do brzucha, blada i mokra od potu. Jasne włosy lepiły się do jej czoła, a delikatna twarzyczka i wielkie niebieskie oczy, wyrażały cierpienie i lęk. Pojękiwała, gryząc dolną wargę do krwi. Na widok Niny, uśmiechnęła się boleśnie, a w jej oczach stanęły łzy. Wyglądała, jak niewinnie skrzywdzone dziecko.
- To boli. – poskarżyła się, usiłując przewrócić się na bok. – O Boże, jak to strasznie boli.
Nina delikatnie pomogła jej zmienić pozycję, omijając wzrokiem wykrzywioną bólem twarz położnicy.
- Powiedzieliście, że pani ma jeszcze dużo czasu do porodu. – zwróciła się do akuszerki oskarżycielskim tonem.
- A bo to, proszę jaśnie pani hrabiny, u każdej kobiety inaczej się zaczyna. – usprawiedliwiła się akuszerka, usiłując gorliwością nadrobić niedbalstwo.
- A może ja przeszkadzam? – Nina rozejrzała się niepewnie.
Ogromnie współczuła Zosi i z całego serca pragnęła jej pomóc, ale ten jasny pokój i głośne jęki położnicy przerażały ją i miała ochotę wynieść się stamtąd jak najszybciej.
- Nie. Niechże jaśnie pani zostanie i popatrzy. Przyda się to, kiedy jaśnie pani sama zacznie rodzić. – kobieta dygnęła, uśmiechając się poufale.
Nina nie lubiła dzieci i nigdy nie zamierzała ich mieć, mając w pamięci dramatyczny okrzyk Pauli: „Nigdy nie miej dzieci!”.
- Mnie to nie dotyczy. – oznajmiła wyniośle. – Nie zamierzam być matką.
- Ojej, proszę jaśnie pani, a czy to kobieta może nie chcieć? – roześmiała się akuszerka. – Musi rodzić, chyba, że chora i bezpłodna. Przecie to nic strasznego, a u pani dziedziczki wszystko dobrze idzie i do rana pani urodzi.
- Co? Dopiero rano? – przeraziła się Dorota, rozczochrana i ziewająca. Weszła do sypialni, obudzona hałasami w domu. – Bójcie się Boga, kobieto, pośpieszcie się, bo jaśnie pani się męczy!
Akuszerka pokazała w szerokim uśmiechu wszystkie zęby.
- Ja się nie mogę pośpieszyć. Pani dziedziczka musi to zrobić. – odrzekła z humorem.
Poród zaczął się na dobre, a Nina zatykała uszy dłońmi, żeby nie słyszeć przeraźliwych krzyków i wycia rodzącej. Obie z Dorotą trzymały ręce Zosi w swoich dłoniach, pocieszając ją, same do głębi serca przejęte jej męką. Ninie zrobiło się słabo i zapragnęła wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza. Ale Zosia zacisnęła palce i przytrzymała ją, wpatrując się w jej twarz przekrwionymi, zdziczałymi z bólu oczami.
- Nie odchodź! – wycharczała z trudem. – Dopóki tu jesteś, staram się to wytrzymać. Na Boga, nie odchodź!
Nina upadła przy łóżku na kolana i objąwszy mocno jej barki, wytrwała przy niej do końca. Biedna trusia wiła się z bólu, prężyła i płakała, a potem krzyczała wniebogłosy, wzywając męża. Dopiero o świcie wydała okropny krzyk, a na rękach akuszerki znalazła się czerwona drobna istotka, skrzecząca cieniutkim głosem, w którym nie było nic ludzkiego. Potworek miał wielką, łysą głowę oraz maleńkie rączki i nóżki. I darł się, co sił w płucach.
- Piękny chłopak! – zawołała ucieszona akuszerka, podnosząc wysoko noworodka. – Dziedzic jak malowane.
Zosia wyciągnęła ku niemu ramiona.
- Proszę mi go podać. – wyszeptała słabym głosem. – Chcę zobaczyć mego synka. – przytuliła noworodka do piersi, uśmiechając się z macierzyńską dumą. – Mój śliczny synuś! – ucałowała potworka w wypukłe czoło. – Nino, Dorotko, chodźcie tutaj, zobaczcie jaki on jest śliczny!
Ninie zbierało się na wymioty, a dziecko budziło w niej nieprzezwyciężony wstręt. Było takie brzydkie, że nie mogła zrozumieć, jakim cudem Zosia nie widzi jego brzydoty. Ale młoda matka była nim zachwycona i kazawszy zwołać wszystkich domowników, z dumą prezentowała im dziecko.
- Będzie miał na imię Stefan, na pamiątkę króla Batorego. No, powiedzcie dziewczęta, czy on nie jest rozkoszny? O, jakie śliczne ma usteczka…
- Rzeczywiście, wyjątkowo udane niemowlę. – pochwaliła Nina półgębkiem, a Dorota uśmiechnęła się z przymusem.
Zmęczona Zosia zasnęła, a obie panie postanowiły wracać do domów.
- Ciekawa jestem, – odezwała się Nina do pani Bieckiej, ubierającej się do wyjścia. – czy nadejdą takie czasy, kiedy to my, kobiety, będziemy zdecydować, czy chcemy mieć dzieci, czy nie.
- Dopóki mężczyźni nie zaczną rodzić, a będą nadal sprawować rządy, to raczej nie. – odpowiedziała Dorota z kwaśną miną i skinąwszy jej głową, odjechała.
W drodze powrotnej, Nina z przerażeniem rozpamiętywała okropne męki rodzenia, dochodząc do wniosku, że natura tylko dla mężczyzn okazała się łaskawa. Rozmyślając o poniżającej roli kobiety w procesie prokreacji, wróciła do domu rozgoryczona i zbuntowana. Rozbierała się w sypialni, nie wzywając pokojówki. Chodziła nerwowo z kąta w kąt, rzucając na dywan rękawiczki, kapelusz i żakiet, urywając przy nim dwa guziki. Jaga, przeważnie nie przejmująca się takimi drobnostkami, jak prawo do prywatności, nie pukając weszła do pokoju.
- Wyglądasz, jakbyś grabarzowi spod łopaty uciekła! – oznajmiła tonem, jakim zwracała się do Niny wówczas, gdy ta miała dziesięć lat. – Dlaczego nie wróciłaś na noc do domu? Ja czekam i czekam, a ciebie gdzieś nosi.
Nina wydęła wargi, omijając nianię w milczeniu. Jaga schyliła się i pozbierała porozrzucane części garderoby, obserwując kątem oka bladą, zaciętą twarz wychowanki.
- Niechże się niania nie schyla. – mruknęła Nina. – Ulisia to posprząta.
Była to jej nowa pokojówka, podobnie jak Walerka wybrana przez kamerdynera.
- Nie pozwolę, żeby służba widziała, jaka jesteś nieporządna. – oświadczyła Jaga kłótliwie. – Kiedy ty się nauczysz kłaść wszystko na swoim miejscu? Ale ja do ciebie mówię, jak do tej ściany!
- To niech niania nie mówi. – odburknęła Nina, dokładnie tak samo, jakby to zrobiła, mając dziesięć lat.
- Chcesz żebym sobie poszła? Przeszkadzam ci?
- Przepraszam nianiu, jestem tylko zmęczona. Wiesz, Zosia urodziła syna. Nie spałam całą noc, bo nie chciała mnie od siebie puścić. Widziałam poród.
Jaga zaniemówiła i z rozmachem przysiadła na krześle.
- Panno święta! Czyś ty, dziewczyno, rozum straciła? Przecież to nie wypada żeby niewinna panienka… Ojej, zapomniałam, że jesteś mężatką, ale i tak nie uchodzi. To sprawa akuszerki i lekarza. To dlatego jesteś taka blada. Czekaj kotku, pomogę ci rozsznurować gorset. Ulisi nie wołać?
- Nie wołaj nikogo. Dziś nie mogę swobodnie myśleć, kiedy kręci się koło mnie więcej osób.
Zręczne dłonie Jagi uwolniły ją od gorsetu. Odetchnęła i usiadła przy toaletce, zdejmując z trudem z nóg buty do konnej jazdy. W tafli lustra dostrzegła odbicie swojej zmęczonej twarzy i podkrążonych oczu.
- Kotuniu, powinnaś koniecznie coś zjeść. – rzekła niania, rozczulona jej mizernym wyglądem. – Przyniosę ci omlecik z grzybami i trochę bulionu.
- Nie chcę! – Nina wstrząsnęła się z obrzydzeniem. – Jest mi niedobrze.
- Ja myślę. – Jaga z irytacją potrząsnęła głową. – Umyj się i do łóżka.
Nina przemyła twarz chłodną wodą, narzuciła na siebie nocną koszulę podaną przez nianię i położyła się na łóżku na wznak, patrząc w sufit. Na kominku trzaskał żywy ogień i pachniała żywica topiąca się ze świerkowych drewien. Powoli uspokajała się szczęśliwa, że znajduje się już w swojej bajkowej sypialni, w ciszy i blisko niani.
-Nigdy nie chcę mieć dzieci! – oznajmiła stanowczo. – Widziałam jak kobieta w jednej chwili staje się udręczonym, wyjącym zwierzęciem. To jest i wstrętne i okropnie bolesne.
Jaga spojrzała na nią i przysiadła na skraju łóżka, ujmując jej zimną dłoń i gładząc długie, delikatne palce.
- Posłuchaj, kochanie, nie masz racji. – powiedziała, składając na czole Niny lekki pocałunek. – Ja nie umiem mówić uczenie, bo prosta ze mnie niewiasta, ale myślę, że to najpiękniejsza chwila w życiu kobiety. Ma prawie boską moc: bo czy jest dar większy od życia? Przyjdzie czas, że i ty zapragniesz dziecka. Przecież po to wyszłaś za mąż.
- Nic podobnego! – wykrzyknęła Nina, wpatrując się w nią płonącym wzrokiem. – Wyszłam za mąż, bo kocham Alka, chciałam być panią Makowa i do końca życia mieć dużo pieniędzy! Kobieta przy nadziei, wygląda jak beczka na dwóch nogach. Coś ohydnego! Nie zamierzam brzydnąć tylko dlatego, żeby mój małżonek doczekał się potomka. Pomijając już kwestię bólu, sam poród jest odrażający. A niemowlęta budzą we mnie obrzydzenie. Ślinią się, brudzą pieluchy i cuchną. Poza tym, karmienie piersią jest nieestetyczne i nie uchodzi damie, bo wtedy podobna jest do krowy! – Nina, nie zdając sobie z tego sprawy, powtarzała dokładnie słowa usłyszane od Pauli.
- Nie mam zamiaru wysłuchiwać takich głupstw! – rzekła Jaga, marszcząc brwi. – Pan hrabia nie byłby tym zachwycony, a ja najchętniej wlepiłabym ci klapsa!
- Mnie? – wrzasnęła rozzłoszczona Nina, siadając na łóżku tak gwałtownie, aż sprężyny jęknęły. – A co ty możesz o tym wiedzieć?
- Moje ty, głupie cielątko, przecież byłam przy twoim urodzeniu! – zaśmiała się Jaga. – Twoja matka miała ciężki poród. Nawet asystujący lekarz nie gwarantował, czy zdoła to wytrzymać. Była przecież taka delikatna i wątła. Twój ojciec i ksiądz pleban, modlili się w domowej kaplicy, błagając Boga o zmiłowanie. Urodziłaś się w samo południe, kiedy w kościele biły dzwony i nie żyłaś! Pani Helenka dowiedziawszy się, że urodziła martwe dziecko, zemdlała. Ale ja nie traciłam nadziei. Złapałam cię za nóżki, główką w dół i wlepiłam ci pierwszego w życiu klapsa! Dopiero wtedy otworzyłaś oczka i zaczęłaś krzyczeć. Boże, jaka to była radość ! Kiedy kładłam cię do kołyski, już umytą i przebraną, kichnęłaś i tak jakby uśmiechnęłaś się do mnie. Od tej chwili, byłaś już dla mnie najsłodszą kruszynką pod słońcem, chociaż darłaś się, jak opętana dzień i noc i ciągle moczyłaś pieluszki. Byłaś brzydka, czerwona i pomarszczona, ale rodzice niemożliwie cię rozpieszczali, a ja kochałam ciebie jak własne dziecko, choć byłaś nieznośna, uparta i wrzaskliwa.
Nina przysunęła się do niej i otoczyła ramionami jej szyję. Tak, niania to było poczucie bezpieczeństwa w ciemne noce, gdy prześladowały ją złe sny. To była ulga w cierpieniu i dwie dobre, czułe ręce, kładące kojące kompresy na jej rozpalone z gorączki czoło. Będąc małym dzieckiem, wyobrażała sobie, że jedno oko Jagi nigdy nie zasypia i zawsze nad nią czuwa. Niania, to była sama dobroć i macierzyńska miłość. Jej mocne ramiona chwytały jej pierwsze, niezdarne kroczki i były puklerzem przed strachem i bólem.
- Ukochana moja. – szepnęła z najgłębszą wdzięcznością. – Jakbym kiedykolwiek zapomniała, czym dla mnie byłaś i jesteś, niechaj i Bóg zapomni o mnie w godzinie śmierci i niech piekło mnie pochłonie. To dla mnie zrezygnowałaś z życia osobistego, a podobno miałaś narzeczonego.
- To było jeszcze przed twoim urodzeniem. – Jaga nie lubiła mówić o sobie i wspominać o latach młodości. - Wychowałam się na dworze pani marszałkowej i tam poznałam mego narzeczonego, dzierżawcę jednego z folwarków twej babki. Był przystojnym, porządnym człowiekiem i wcale nie biednym, bo jego rodzice posiadali mająteczek koło Kruszwicy. Pani marszałkowa dała mi ładną wyprawę i postanowiliśmy pobrać się na Wielkanoc. Marzyłam wtedy o własnym domu i dzieciach, oczekując z niecierpliwością wesela. - Jaga westchnęła ciężko i umilkła. Po raz pierwszy mówiła o swoim życiu. Zawsze była bardzo skryta, a Nina nie śmiała jej pytać o życie osobiste. - Zima była wtedy bardzo ostra i mroźna. Alojzy przeziębił się, ale nie przywiązywał do tego wagi, chcąc przechodzić chorobę. Dostał zapalenia płuc i po kilku dniach już go nie było.
Nina miała oczy pełne łez. Pochyliła się i z czcią ucałowała obie spracowane ręce Jagi.
- Moja ty, najmilsza, wyobrażam sobie co przeżyłaś. Kochałaś go, prawda?
- Pewnie tak, bo nigdy więcej nie myślałam o małżeństwie, choć miałam starających się o moją rękę. Potem wyjechałam z twoją matką do Jaśminowa, a kiedy ty się urodziłaś, byłam już szczęśliwa. Teraz czekam, aby wziąć w ramiona twoje dziecko. Pamiętaj o tym!
Wstała i szczelnie zasłoniła okna, aby światło dnia nie przeszkadzało Ninie. Lecz ona nie mogła zasnąć, bo ręce miała obolałe i ciągle słyszała przeraźliwy krzyk rodzącej, widziała krew buchającą z ciała Zosi. W atakach bólu, Zosia wbijała paznokcie w jej delikatną skórę, raniąc ją. Czując nerwowe dreszcze, Nina zwinęła się w kłębek i otuliła szczelnie puchową, krytą atłasem kołdrą. Zapadając w sen dziękowała Bogu za to, że nigdy nie będzie miała dzieci. Czekałyby ją wtedy długie miesiące ciąży i bolesny poród, może nawet śmierć. Wiedziała, że setki tysięcy kobiet umierało bez ratunku na gorączkę połogową. Wydanie na świat dziecka graniczyło z ryzykiem, poza tym Aleks nie zasługiwał na takie poświęcenie. - myślała, zbuntowana na męża i cały świat, jej zdaniem zupełnie źle urządzony.
1 Sakwojaż - torba podróżna.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Nieoczekiwany gość.


28 kwietnia 2016 r.
Tymczasem w Warszawie rozgrywały się wypadki, które przyśpieszyły katastrofę, cały kraj okrywając żałobą. 21 sierpnia 1862 roku, na stokach Cytadeli, stracono na szubienicy Ludwika Jaroszyńskiego. Mieszkańcy stolicy tłumnie towarzyszyli skazańcowi w tej ostatniej drodze. Jaroszyński nie był dla nich anarchistą, niedoszłym zabójcą carskiego brata, lecz nową ofiarą zaborców, bohaterem, nie wahającym się oddać młodego życia za umęczoną ojczyznę. Odbyły się też procesy pokazowe Rylla i Rzońcy, podobnie jak poprzedni, zakończone wyrokami śmierci przez powieszenie. W całym kraju powtarzano sobie rozpaczliwy okrzyk matki Rzońcy, skierowany do sędziów:
Ludwik Jaroszyński.
- O mój Boże, natchnij sędziów, żeby nam dzieci nie zabijali! Dzieci się rodzą, a oni je zabijają! - ten bolesny, rozdzierający okrzyk, trafił do serc wszystkich polskich matek, przejmując je grozą i nienawiścią do oprawców. Władze rosyjskie postanowiły, że dla przestrogi, egzekucja obu chłopców odbędzie się z całym ponurym ceremoniałem. 26 sierpnia, stoki Cytadeli zaroiły się od wojska stojącego pod bronią. Z murów twierdzy wyglądały paszcze armat skierowanych na miasto i zgromadzone pod Cytadelą tłumy. Tysiące warszawiaków przyszło pożegnać swoje dzieci, płacząc, modląc się, a kto nie stał pod szafotem, klęczał w kościele, odmawiając litanie za konających. Skazańcy, ubrani w białe koszule pokutne, przybyli na miejsce straceń wózkiem, którym wywożono z fortu nieczystości. Na szafot wszedł kat w czerwonym płaszczu i czarnym cylindrze. Był zamaskowany. W momencie, gdy skazańcy stanęli pod szubienicą, ludzie poklękali i zaczęli głośno odmawiać modlitwy za umierających. Wielu rozpaczliwie szlochało, niektóre kobiety mdlały. Ale byli i tacy, którzy bez jednej łzy wpatrywali się w szafot płomiennym wzrokiem, przysięgając w duszy rychłą zemstę. Ponury warkot werbli, brzmiał jak odległy, lecz nadciągający grzmot. Dwa lata później, 5 sierpnia, odbyła się publiczna egzekucja, obchodzona z o wiele większą pompą i okrucieństwem, lecz była to na razie odległa przyszłość, nikomu jeszcze nie znana.
Autentyczna carska szubienica na stokach Cytadeli.
                Trzy kaźnie         młodych zamachowców okryły kraj żałobą, a na długiej liście ofiar, przybyły dalsze nazwiska. Prasa podziemna, nazywała egzekucję nieletnich chłopców, zbrodnią i morderstwem. Margrabiego Wielopolskiego otaczała tak zajadła nienawiść, że ten żelazny człowiek zaczynał odczuwać strach. Otoczony wojskiem, strzeżony w swoim pałacu jak więzień, drżał przed niespodziewanym ciosem sztyletu,  kulą czy trucizną W mieście znów zapanował terror, a podziemna szydziła: „Ciesz się narodzie, masz łaski i reformy!”.
W tym czasie, władze podziemne postanowiły zapoznać społeczeństwo ze swoim programem. W tym celu konspiracyjne pisemko „Ruch”, opublikowało plany struktur przyszłego niepodległego państwa polskiego. Ten program zainteresował samego cara. Aleksander II, pragnąc zrazić Polaków do postanowień rządu podziemnego, rozkazał opublikować treść gazetki w prasie rządowej. „Dziennik powszechny” próbował zastraszyć społeczeństwo, widmem zbrodniczego spiskowca, czyhającego na mienie i życie spokojnych obywateli. Niefortunna decyzja cara, umożliwiła szerokim rzeszom Polaków, zapoznanie się z prasą podziemną, w sposób najzupełniej legalny. Cały nakład gazety w mgnieniu oka rozkupiono, a ludzie kpili sobie z naiwności zaborów. Rewanżując się za obraźliwe inwektywy w prasie rządowej, Komitet Centralny Narodowy opublikował oświadczenie, że od tej pory staje się jedynym rzeczywistym rządem, aż do chwili wolnych wyborów.
Posiedzenie Komitetu Centralnego Narodowego.
Wrzesień był w Makowie jednym pasmem wystawnych przyjęć i zabaw. Wielki raut zakończony balem, udał się nadspodziewanie. Tańczono we wspaniałej scenerii ogrodu różanego w pełnym rozkwicie, a nocą park i staw oświetlały kolorowe lampiony i pochodnie, a także beczki płonącego spirytusu. Ponad stu gości bawiło się i wiwatowało na cześć młodej pary. Równie hucznie obchodzono dożynki, z całym ceremoniałem, pochodem, śpiewami i wręczaniem dziedzicom wieńców uwitych z pszenicy i żyta. Z okazji wesela córki wójta, hrabia urządził w karczmie zabawę dla całej wsi.
Przez dwa dni, niestrudzenie dudniły basy i rzępoliły skrzypki, w takt bębenka. Muzykantom mdlały ręce i trzeba było na gwałt sprowadzić kapelę z sąsiedniej wioski. Gospodarze jedli, pili i hulali, jakby na drugi dzień miał nastąpić koniec świata. Nina w pięknym wełniaku wieśniaczki świętokrzyskiej w czarno- czerwone pasy, tańczyła z synami najpierwszych gospodarskich rodów, wywijając oberki, krakowiaki i mazurki. Aleks tańczył z gospodarskimi córkami, zerkającymi na niego przymilnie.
Młoda pani od pierwszego dnia, mocno ujęła w domu ster rządów. Interesowała się wszystkim, zasypując męża, pana Bochniaka i pracowników dworskich pytaniami. Za czasów Pauli pałac był zimny, bo brakowało mu rodzinnej atmosfery. Dopiero Nina sprawiła, że nareszcie stał się normalnym domem. W pokojach znalazły się kosze dla psów, a Kumosia mogła jawnie pokazywać się ze swoją pupilką, rudą pręgowaną kotką, pilnie ukrywaną przed okiem Pauli. Nina nie lubiła etykiety. Czytając angielskie powieści, gorszyła się, że w Anglii służba traktowana jest jak przedmioty. Pokojówki mijając pana lub panią, musiały przyklejać się do ściany, żeby broń Boże, nie musnąć ich suknią. Nawet nieletnie dzieci obarczane były fizyczną pracą ponad siły. Nianie, wychowawszy dzieci, były z reguły zwalniane. To wydawało się jej dziwaczne i wprost nieludzkie. Uważała, że domownicy muszą tworzyć jedną wielką rodzinę. Traktowała służbę uprzejmie i przyjaźnie, przez pamięć o upokorzeniach, jakie spotykały ją w domu wujostwa Borytyńskich. Pałac od rana rozbrzmiewał śmiechem i szczebiotaniem krzątających się pokojówek i szczekaniem psów.
Kiedy nie było gości, Nina jeździła z mężem konno, lub oboje spacerowali po cienistych alejach parkowych. Czasami on siadał na ławce, czytając książkę czy gazetę, a Nina urządzała sobie zabawę, biegając po zielonych trawnikach z szalejącymi ze szczęścia psami. Rzuciwszy im patyk, goniła za nimi, zadzierając wysoko krynolinę. Często potykała się i przewracała z rozpędu, ukazują spod nieskromnie podwiniętej spódnicy falbany halek, webowe pantalony i odsłonięte nogi! Jaga gorszyła się jej zachowaniem, nieustannie karcąc pupilkę i upominając, aby sprawowała się z godnością. Lecz Nina, z właściwą sobie beztroską, nie przejmowała się jej uwagami, ponieważ mąż cieszył się z jej żywiołowej wesołości i lekceważenia sztywnych form salonowych.
Pewnego dnia, korzystając ze wspaniałej pogody, oboje wybrali się na dalszą wycieczkę konną. Zaopatrzeni w prowiant, jechali mijając wioski tonące w zieleni sadów, a blade wrześniowe słońce złociło czuby ogromnych drzew na stokach gór. W Świętej Katarzynie, napili się wody z cudownego źródełka
Źródło i kapliczka św. Franciszka.
świętego Franciszka, mającej podobno uzdrawiające właściwości. Minąwszy osiedle, wjechali w puszczę. Droga stawała się coraz bardziej stroma, a dokoła pełno było porozrzucanych skałek i głębokich jam zalanych wodą po odwiecznych kopalniach. Czasami natrafiali na ślad prastarych kuźnic, wytapiających w dawnych czasach żelazo. Teren stał się tak kamienisty, że zsiedli z koni i szli dalej prowadząc je przy pyskach za uzdy. Słońce chowając się za wierzchołki jodeł, nasyciło powietrze purpurowym blaskiem i mogło się wydawać, że całe niebo płonie. Nina była już zmęczona, nadchodził wieczór, a oni od rana byli w drodze. Utrudzone konie sapały i nawet Mignon straciła chęć do figlów.
 - Dokąd idziemy, Alku? – odezwała się, zatrzymując klacz, by odetchnąć.
Święta Katarzyna - klasztor i kościół.
 - Przed siebie. Zmęczona?
- Aha! To nie wracamy do domu?
- Nie. Zanocujemy w lesie i już wkrótce odpoczniemy. Tylko jeszcze kawałek. – obiecał i szedł dalej równym, miarowym krokiem.
Byli już w głębi odwiecznej puszczy. Dokoła wznosiły się ogromne jodły tak stare, że ich gałęzie opuszczone do ziemi, wyglądały jak potworne łapy. Pośród ciemnej zieleni drzew iglastych, przeświecała szmaragdowa zieleń buków i modrzewi polskich, wygiętych we wdzięczne łuki. Mignon ostrożnie kroczyła za Rexem i dotykała pyskiem ramienia swej pani, dopraszając się obroku. W pewnej chwili, Nina zorientowała się, że zmierzają w najgłębsze ostępy puszczy, ku Łysej Polanie. Było to miejsce tajemnicze i odludne, otoczone nieprzebytymi
moczarami. To tutaj w czerwcu, spiskowcy przeładowywali transport broni z
Tak mogła wyglądać Łysa Polana.
 Galicji. Na dużej polanie, całkiem ukrytej w gęstym borze, Aleks rozsiodłał wierzchowce i zręcznie rozpalił ognisko. Potem naścinał jodłowych gałązek na posłanie. Po drodze udało mu się ustrzelić dwa bażanty, które po oskubaniu i umyciu, piekły się nad ogniskiem, nabierając złocistego koloru. Sam je oskubał, bo Ninie zrobiło się niedobrze na widok zabitych ptaków. Siedząc przy ognisku, obserwowała, jak jego silne, choć delikatne ręce, zręcznie obrabiają patyki na prowizoryczny rożen, oprawiają ptaki i starannie układają gałęzie na leśne łoże.
- Gdzie ty się tego wszystkiego nauczyłeś? – zagadnęła go zdziwiona.
- Wojna uczy żołnierza, kochanie. – odparł zdyszany, zabierając się do wbijania palików, aby do nich przywiązać konie. – Żołnierz czy oficer, sam musi sobie radzić, inaczej nie przeżyje. Wojna nie matka, zabija, nie żywi.
- Mój Boże! – szepnęła, patrząc na niego z podziwem. – I kto by to pomyślał, widząc cię we fraku tańczącego walca, lub grającego fugi Bacha na fortepianie.
Zaśmiał się, zadowolony z pochwały. Wygłodzeni, z apetytem zjedli upieczone bażanty. Nina nałożyła na kromki białego chleba różowe plastry szynki, a on otworzył nożem puszkę z sardynkami. W małym kociołku zakipiała woda i już po chwili mogli się napić gorącej herbaty. Po kolacji, spoczęli na przygotowanym łożu z jodłowych gałęzi, przykrytych derami końskimi i pledem. Oba konie przywiązane do palików długimi linkami, pasły się, chrupiąc soczystą nigdy nie ścinaną trawę i gasząc pragnienie w górskim strumyku.
Nina przytuliła się do męża, kładąc głowę na jego ramieniu, uszczęśliwiona, że żaden natręt nie przerywa ich intymnej samotności. Noc była bardzo ciepła i spokojna. Na ciemne niebo wypłynął czerwony księżyc, zalewając polanę srebrzystym światłem, w którym wszystko dokoła wydawało się nierealne, jak ze snu. Szemrał strumień skacząc po kamieniach, z głębi boru dochodziły dziwne głosy drapieżnych zwierząt i nocnych ptaków.
- Wygodnie ci, promyczku? – zatroszczył się, przytulając ją mocniej do siebie. – Jeszcze nigdy nie nocowałaś w lesie?
- Nie. Owszem, jest mi wygodnie, ale jakoś dziwnie. Ta Łysa Polana to trochę niesamowite miejsce.
Tajemnicza puszcza Świętokrzyska.
 Aleks uniósł się na łokciu i zaczął się uważnie rozglądać. Naraz wstał i przeszedł się kilka kroków, badając teren i zaglądając za leżące dokoła skałki. Stanął nad brzegiem moczarów porośniętych smukłymi olchami.
- Wiesz, kochanie, sądzę, że to miejsce znakomicie nadaje się na leśny obóz wojskowy. – rzekł ściszonym głosem. – Do wsi daleko, dostęp z trzech stron bardzo trudny, a z czwartej bagna bronią dostępu.
Nina zamarła, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Więc o tym myślał, leżąc przy niej?
- Bagna na zimę zamarzają! – oświadczyła obrażonym tonem.
- Ależ nic podobnego. Znam tę okolicę i nie przypominam sobie, żeby te moczary kiedykolwiek zamarzły. Ludzie boją się tu przychodzić, bo z wnętrza bagien wydobywają się gazy, a przesądni chłopi myślą, że to dusze pokutujące. Tym lepiej!
Nina spojrzała na niego z oburzeniem. Jego postać podświetlona od dołu dogasającymi płomykami ogniska, nagle wydała się jej jakby oblana strumieniami krwi. Ogarnął ją potworny strach, lodowata ręka ścisnęła jej serce. Niezdolna żeby przemówić, wpatrywała się w męża leżąc bez ruchu. Naraz zerwała się na równe nogi, podbiegła do niego i kurczowo, z całej siły objęła go ramionami.
- Nie! Alek, ja ciebie błagam, nawet o tym nie myśl! Nie chcę! Proszę, nie myśl o tym! Wracajmy do domu, nie chcę tu spać.
Popatrzył na nią zdumiony i zaczął się śmiać.
- Mój słodki promyczku, co ci się stało? Nie podoba ci się tutaj? Dlaczego?
- Nie wiem. – wyszeptała, drżąc na całym ciele. – To ponure, niedobre miejsce, więcej tu nie przyjadę.
- Oho, widzę, że nawet ty uległaś wiejskim przesądom. – przytulił ją i mocno pocałował. 
Otoczyła jego szyję ramionami, a jej wargi rozchyliły się i przywarły do jego ust całą mocą miłości. Miała usta gorące i miękkie, nieopisanie słodkie. Kiedy nareszcie udało się jej zasnąć na twardym posłaniu, dręczył ją zły sen, lecz przebudziwszy się niczego nie pamiętała. W domu czekał na Aleksa list. Przeczytał go i zaraz zaczął się zbierać do podróży. Obiecał, że niedługo wróci i wyjechał, rzekomo w interesach majątkowych. Czekała na niego niecierpliwie, ucząc się od Kumosi zastosowania różnych ziół. Bardzo lubiła przychodzić do pokoju klucznicy. Był duży, jasny, miał wysoki bielony sufit, z okna widoczne były sady. Unosiła się w nim woń ziół, owoców i krochmalonej bielizny. Wszędzie

Pokój kredensowy w pałacu.
stały kwiaty, we flakonach i w doniczkach. Wysokie łóżko zaścielone śnieżną pościelą, zakrywała barwna kapa. Na długim dębowym stole suszyły się zioła, a na drewnianych, pięknie rzeźbionych półkach, stały słoiki z konfiturami i pękate butelki ziołowych nalewek. Na frontowej ścianie wisiał ryngraf z Matką Boską, a nad łóżkiem krucyfiks. Nina spędzała tam przyjemne chwile, opychając się przysmakami podsuwanymi przez Kumosię. Najadłszy się orzechów smażonych w miodzie, serków jabłecznych i ciasteczek, przez resztę dnia nie czuła głodu.
- A może dać jeszcze tej galaretki owocowej? Pyszna! – kusiła ją Kumosia, sięgając do kredensu. – Chociaż odrobinkę. Nasz śliczny kwiatuszek tak mało jada. - Nic już nie zmieszczę.- zaśmiała się Nina. – Niania znowu urządzi mi awanturę, że nie jem obiadu. – poklepała się po żołądku i wyszła, odprowadzona głośnym mruczeniem rudej kotki.
Wiejskie dwory były prawdziwymi fabrykami produktów żywnościowych, a dworskie kuchnie laboratoriami i halami produkcyjnymi. Dobrze rządzone majątki ziemiańskie miewały własne piekarnie, wędzarnie, hodowle drobiu i stawy rybne. Posiadały mięso z własnych zwierząt rzeźnych, mąkę i przetwory mleczne oraz różnego rodzaju kasze. W izbie czeladnej, dziewczęta dworskie przędły len, tkały płótno i szyły. W niemal każdym większym dworze był stolarz, rymarz, kołodziej i kowal. Prowadzenie tak wielkiego domu, wymagało od dziedziczki wiedzy i umiejętności rządzenia ludźmi. Niezależnie od wieku, pani domu musiała umieć zarządzać wieloosobową służbą domową i folwarczną, a nawet znać się na udzielaniu pomocy medycznej. W Makowie była pani ochmistrzyni, pomagała jej Kumosia, nad całością czuwała Jaga, a mimo to Nina bywała zajęta aż do godzin popołudniowych.
 Pewnego pochmurnego dnia, siedziała w buduarze czytając nową powieść, nadesłaną przez księgarnię z Warszawy. Pogoda była prawdziwie jesienna, siąpił drobny deszcz, a w pokoju prędko uczyniło się ciemnawo. Odłożyła książkę i zamyśliła się, rozważając nagły wyjazd męża. Wprawdzie zapewniał ją, że na skutek donosów Żabca działalność konspiracyjna została zawieszona, ale ona w to wątpiła. Często do pałacu przyjeżdżali nieznani mężczyźni oraz Tadek Siekielski i starszy pan Syrwin. Zamykali się w gabinecie i całymi godzinami rozmawiali. Nawet nie pytała, po co ci obcy ludzie przyjeżdżają, bo wiedziała, że mąż jej tego nie powie, zbywając ją żartem lub całusem. Bywał nieznośnie skryty. Westchnęła i już sięgnęła po taśmę dzwonka, by wezwać lokaja i kazać mu zapalić lampy, ale wstrzymała się usłyszawszy pukanie. Do buduaru wszedł Walenty.
- Przyjechał jakiś pan i prosi o rozmowę z jaśnie panią hrabiną. – oznajmił wręczając jej bilet wizytowy i zapalając na stoliczku lampę naftową. – Czy jaśnie pani raczy go przyjąć?
Łagodne światło rozjaśniło pokój. Rzuciwszy okiem na bilet, Nina ze zdziwieniem uniosła brwi.
- Pan Dietrich von Stalhenberg? To nazwisko nic mi nie mówi. – mruknęła do siebie. – No dobrze. A gdzie Walenty poprosił tego pana?
- Do biblioteki, bo w malinowym salonie woskują posadzkę.
- Zaraz tam przyjdę. – wstała i podeszła do lustra, poprawiając fryzurę. Miała na sobie lekką domową suknię, niebieską w białe stokrotki i błękitną wstążkę we włosach.
Wchodząc do biblioteki, na moment zatrzymała się na progu, przyglądając się z zaciekawieniem nieznajomemu wysokiemu mężczyźnie, w eleganckim podróżnym stroju. Skinieniem głowy odpowiedziała na jego niski ukłon, czyniąc w duchu uwagę, że nieznajomy ma zimne oczy i doskonałe maniery. Gość również obrzucił ją badawczym spojrzeniem i skłonił się jeszcze niżej.
- Czemu zawdzięczam wizytę pana? – zagadnęła pierwsza po francusku, siadając i wskazując mu pobliski fotel.
- Czy mam zaszczyt rozmawiać z panią hrabiną Aleksandrową Klonowiecką? – upewnił się siadając i nie spuszczając z niej wzroku.
- Tak.
- Nazywam się Dietrich von Stalhenberg i jestem podsekretarzem w konsulacie Królestwa Prus. – przedstawił się gość. Uczynił krótką przerwę, jakby oczekując na jej odpowiedź. Nina ponownie skłoniła głowę i patrzyła na niego coraz bardziej zaintrygowana.
- Słucham pana? – powiedziała uprzejmie widząc, że Niemiec niepewnie rozgląda się po pięknym pokoju. – Mego męża wprawdzie pan nie zastał, lecz może ja potrafię być panu w czymś pomocna.
- Pan hrabia w podróży?
- Owszem. Wyjechał na kilka dni w sprawach majątkowych.
Gość posłał jej przenikliwe spojrzenie. Widać było, że jest czymś zakłopotany. Chrząknął i usiadł wygodniej, splatając palce obu dłoni. Dopiero po jakimś czasie, odezwał się ściszonym głosem.
- Pani hrabina zapewne spodziewała się mojego przyjazdu?
- Ja? – zdziwiła się serdecznie Nina. – Nie. Przepraszam, czy my się znamy? – zarumieniła się, usiłując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek tego mężczyznę widziała.
Gość potrząsnął głową.
- Ja znam panią hrabinę wyłącznie ze słyszenia. Jego ekscelencja pan konsul, często wspominał panią, sławiąc jej urodę. Nie wypada podwładnym weryfikować opinii przełożonego, śmiem jednak zauważyć, iż pan konsul był nadto oszczędny w pochwałach.
- Dziękuję. Nadal jednak nie pojmuję, jak mogę panu pomóc? – zagadnęła, zastanawiając się, gdzie mógł ją widzieć konsul pruski. Doszła do wniosku, że musiała go spotkać w Pałacu Brühlowskim, gdzie przedstawiono jej kilku dyplomatów obcych państw.
Gość opanował się i przybrał minę pewną siebie. W jego oczach taił się dziwny, nieodgadniony wyraz.
- Obawiam się, że pani hrabinie umknął tak drobny szczegół, iż uzgodniony termin minął już w sierpniu. – powiedział Niemiec, znacząco pochylając ku niej głowę.
- Jaki termin? – zagadnęła krótko, ściągając brwi. Zachowanie gościa było tak zagadkowe, że zaczęło ją to niepokoić.
- Proszę mi wybaczyć, że tak prozaiczną sprawą zakłócam spokój pani hrabiny, lecz umowa jest pani znana. – powtórzył przybysz z naciskiem. – W miarę możności staraliśmy się okazać cierpliwość.
- O czym pan mówi? Jaka umowa? Ogromnie mi przykro, ale nie rozumiem w jakim celu pan tu przybył. – zirytowała się Nina.
Niemiec spuścił oczy i z zainteresowaniem zaczął się przypatrywać własnym, wypielęgnowanym dłoniom.
- Pani hrabina jest lepiej ode mnie zorientowana w tej sprawie. Czyż nie tak?
- Chwileczkę! – przerwała mu niegrzecznie. – Może zaszła jakaś pomyłka. Pan na pewno chciał widzieć się ze mną?
- Pragnąłem mówić z panią Aleksandrową Klonowiecką z Makowa.
- Jestem nią, ale…
- A więc o żadnej pomyłce nie może być mowy! – oświadczył stanowczo. – Pan konsul uznał za stosowne porozumieć się z panią ustnie, nie korespondencyjnie. Ośmielam się zauważyć, iż jego ekscelencja wydawał się zawiedziony przykrym faktem, iż pani hrabina zapomniała o swych obietnicach.
Teraz już Nina naprawdę się przeraziła. Nie rozumiała aluzji Niemca i zaczęła podejrzewać jakąś prowokację. Przelękła się, że ktoś próbuje wplątać ją w aferę polityczną, a ta intryga może dotyczyć męża i zagrażać mu. Pobladła i raptownie wstała.
 - Pan daruje. – odezwała się ozięble. – Nie oczekiwałam wizyty pana i nie pojmuję, o co ma pan do mnie pretensje. Wobec powyższego, dalsza rozmowa nie ma sensu. Żegnam pana!
- O nie! – zawołał, zrywając się z fotela i zbliżył się do niej z groźną miną. – Takich spraw nie załatwia się w ten sposób, młoda damo! – oświadczył bez cienia poprzedniej uprzejmości. – Proszę zrozumieć, że udając niewiedzę, szkodzi pani sobie. Nie muszę wspominać, jak niebezpiecznie jest schodzić z raz obranej drogi. Winna jest nam pani ponad pięć tysięcy rubli srebrem. To pokaźna kwota. Proszę ją nam zwrócić, lub wywiązać się z umowy i dostarczyć mi przyrzeczone informacje. Z pustymi rękami stąd nie wyjadę!
- Ależ owszem, wyjedzie pan stąd i to zaraz! – wykrzyknęła Nina z oburzeniem. – W przeciwnym razie moja służba wskaże panu drogę!
Sięgnęła do taśmy dzwonka, lecz on okazał się szybszy. Pochwycił jej rękę i zacisnął na niej palce. Twarz miał czerwoną, a jego oczy spoglądały na nią twardym wzrokiem. Pod maską pozornej uprzejmości, emanował brutalną pogardą, okazując jej swoją wyższość i siłę.
- Proszę nie wzywać służby, bo w przeciwnym razie nie zawaham się powiadomić pana hrabiego o zaciągniętym przez panią długu. Myślę, że nie będzie tym faktem zachwycony.
- Jak pan śmie? Proszę mnie puścić! – wydarła mu rękę i ze wstrętem otarła ją o suknię. – Obraża mnie pan w moim własnym domu. Proszę natychmiast wyjść!
- Swoim zachowaniem sprawiła pani, że stałem się nieuprzejmy dla damy. – rzekł, cofając się o krok. – Proszę o zwrot pieniędzy lub o obiecane informacje, a obiecuję, że natychmiast stąd wyjadę i nigdy więcej nie będę pani niepokoić.
Zmierzyła go surowym wzrokiem, zastanawiając się, w jaki sposób dosięgnąć dzwonka. Obawiała się , że gdy spróbuje krzyknąć, ten okropny człowiek ośmieli się zatkać jej usta dłonią.
- Jeżeli pani nie posiada takiej kwoty, proszę oddać nam swoje diamenty. – zaproponował.
 W jednej chwili Nina doznała olśnienia i usiadła, nie okazując już gniewu. Niemiec przypatrywał się zaskoczony nagłą zmianą jej zachowania.
- Mam nadzieję, że jednak dojdziemy do porozumienia. – rzekł z cieniem uśmiechu.
- Wątpię! – ucięła Nina, ale zauważywszy, że brwi mężczyzny zbiegły się na czole tworząc ostrą zmarszczkę, dodała: - Jest pan pracownikiem konsulatu pruskiego i dyplomatą. Proszę mi więc powtórzyć, do kogo wysłał pana pan konsul?
- Powtarzam pani, że jego ekscelencja polecił mi rozmawiać z panią Klonowiecką, a więc z panią. Ostrzegam, że to się dla pani źle skończy! – wybuchnął, szarpiąc rękawiczki.
Roześmiała się, patrząc na niego z politowaniem.
- I pan uważa siebie za dyplomatę? – uniosła z ironią brwi. – Z przykrością zawiadamiam pana, że osoba, której pan tak usilnie poszukuje, znajduje się poza pana zasięgiem. Został pan posłany do hrabiny Pauli z Taszyńskich Klonowieckiej. A ja jestem hrabina Nina z Nałęczowskich Klonowiecka. Jak na pracownika konsulatu jest pan bardzo nieostrożny. Należało sprawdzić, czy naprawdę jestem osobą, do której został pan posłany. – wstała i dokończyła ze zjadliwym uśmiechem: - Wracając z Makowa, proszę wstąpić na cmentarz w Sarnikach. Znajdzie pan tam grób waszej dłużniczki.
Jakiś czas wpatrywał się w nią z osłupieniem, a potem zbladł i bezsilnie opadł na fotel. Wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł nią zroszone potem czoło.
- To niemożliwe! – jęknął, tracąc nagle całą poprzednią butę i arogancję
- Niestety, to możliwe. – Nina nie ukrywała satysfakcji. – Przyzna pan, że mam poważny powód do niezadowolenia. Zjawia się pan nieproszony, opowiada mi pan androny, żąda pieniędzy lub jakichś dokumentów i obraża mnie pan. A w końcu okazuje się, że wcale nie jestem tą osobą, do której został pan posłany. Á propos, jakich to informacji domagał się pan konsul od zmarłej pani Pauli? Jak sądzę, panu konsulowi nie chodziło o przepis na konfiturę z wiśni? A więc o co?
Pan von Stalhenberg był tak zdruzgotany, że nawet nie usiłował ukryć przerażenia.
- To nieporozumienie. – szepnął. Wstał, ukłonił się jej i usiadł ponownie. Lśniący cylinder i rękawiczki spadły na dywan, więc schylił się, by je pozbierać. Wydawał się zupełnie zdezorientowany, a Nina przypatrywała się tej metamorfozie z bezlitosnym uśmieszkiem.
- Jak pan myśli, co wypada mi zrobić? – zmrużywszy oczy, patrzyła jak mężczyzna miota się, wykonując mnóstwo bezcelowych ruchów. – Zmuszona będę złożyć na pana skargę do konsulatu pruskiego, o napaść oraz próbę wyłudzenia ode mnie pieniędzy. Obawiam się, że mój mąż, gdy poinformuję go o pańskich żądaniach, prawdopodobnie powiadomi żandarmerię. Zapewne władze zainteresują się, jakich to informacji domagał się pan konsul od poddanki cesarza Rosji i króla Polski. – urwała i z rozbawieniem śledziła wrażenie, jakie jej słowa wywarły na niefortunnym posłańcu.
- Przepraszam najmocniej. Łaskawa pani hrabina raczy mi wybaczyć to najście. – Niemiec plątał się, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. – Usprawiedliwia mnie jedynie wola dokładnego wykonania otrzymanego polecenia.
- Jest pan pewien, że zwierzchnik będzie z pana zadowolony?
- Madame, apeluję do szczególnej dobroci i wyrozumiałości pani hrabiny! Błagam o łaskę! Mam rodzinę, a kiedy pan konsul dowie się o mojej nieudanej misji, będę surowo ukarany. Czeka mnie dymisja, a może coś gorszego.
Nina obrzuciła go lodowatym spojrzeniem i wyszła bez słowa. Czekał, ale do pokoju wszedł lokaj i zaczął gasić światło. Stojący przy drzwiach kamerdyner patrzył na niego wyczekująco. Niemiec zrozumiał w końcu, że było to zimne, wyniosłe pożegnanie i wyszedł złamany, z nisko opuszczoną głową.