sobota, 16 kwietnia 2016

Dni smutku i rozpaczy.


 16 kwietnia 2016 r.
W domu przypomniała sobie, że miała zamiar odwiedzić pannę Gousselin i postanowiła złożyć jej wizytę następnego dnia. Nazajutrz było nieco chłodniej, bo dzień był pochmurny. Dawna przełożona popłakała się z radości i ucałowawszy wychowankę, wprowadziła ją do małego saloniku, znanego Ninie z pensjonarskich czasów.
- Wyrosłaś na prześliczną pannę. – zauważyła panna Gousselin, stawiając na stole konfitury z morwy, cukier i kruche ciasteczka.
- Pani przełożona jeszcze pamięta, co lubiłam. – rzekła Nina ze wzruszeniem.
- Naturalnie. Mam dobra pamięć. Nie wyobrażaj sobie, że pozwolę ci leniuchować! Potrzeba nam rąk do pracy i pewnych, oddanych ojczyźnie ludzi. Zawiązałyśmy stowarzyszenie, mające na celu opiekę nad politycznymi więźniami i ich rodzinami. Organizujemy wieczorki w domach prywatnych i zbieramy pieniądze na pomoc dla uwięzionych. Robimy paczki i zanosimy je na Pawiak i do Cytadeli. Ty, Nino, zagrasz nam coś pięknego. Ach, taka jestem roztargniona, nawet nie spytałam o Binię. Była słodkim, dobrym dziewczątkiem.
- Dziewczątko dochowało się już syna. – zaśmiała się Nina. – Mieszka w majątku męża w Księstwie Poznańskim.
- O mon Dieu! – panna Gousselin otarła wilgotne oczy. - Naprawdę? Wiecznie zapominam, że z małych panienek wyrastają kobiety. Mam wrażenie, że tylko ja się starzeję.
- Pani przełożona nigdy nie będzie stara. – powiedziała Nina, składając na jej drobnej dłoni czuły pocałunek. Mówiła to zupełnie szczerze, bowiem panna Emilia, z pochodzenia Francuzka, a sercem gorąca Polka, zawsze była pełna radości życia, życzliwości i energii. Entuzjastka walki o wyzwolenie, brała czynny udział we wszystkich pochodach, z całego serca wspomagając władze podziemne. Nina wiedziała o tym od Jasia. Wspomniała o widzianych poprzedniego dnia katorżnikach, proponując pannie Gousselin swoją pomoc. Panna Emilia z zadowoleniem przyjęła jej propozycję.
- Pracy jest mnóstwo i twoja pomoc bardzo nam się przyda. Dobre z ciebie dziecko. Pamiętam, jak karmiłaś głodne wróble przylatujące na okno twego pokoju.
Nina zasiedziałą się u niej, wypytując o losy dawnych koleżanek. Pożegnała się dopiero wówczas, gdy przypomniała sobie, że jedzie tego dnia z wizytą do Wilanowa. W domu, niania wręczyła jej list od Zosi Siekielskiej. Nina usiadła w sypialni przy stoliczku i z pośpiechem rozerwała kopertę.
„Najmilsza moja Ninetko. – pisała Zosia. – Tak bardzo tęsknię za Tobą! Mój nieznośny małżonek nazywa mnie chodzącą fontanną, ponieważ wspominając Ciebie, wylewam strumienie łez. Martwimy się, że nic nie piszesz. Mam jednak nadzieję, iż w wirze miejskich rozrywek nie zapomniałaś o nas, bo nikt w tym wielkim mieście nie kocha Ciebie tak mocno, jak my! Czy nowe mieszkanie podoba Ci się? Jesteś zadowolona z pobytu w mieście? Tadek udaje zucha, ale tęskni za Tobą i zagląda mi przez ramię gdy piszę, prosząc o wiadomość. Miałam wielką ochotę odwiedzić Cię w Warszawie, jednak mój stan nie pozwala na dalsze podróże. Niegdyś widywałyśmy się niemal codziennie i obecnie czuję się bardzo samotna, tym bardziej, że wkrótce mąż i teść wyjeżdżają na kilka tygodni do Galicji, na chrzest pierworodnego dziecka jedynej siostry Tadzia, która niedawno urodziła syna. Ja niestety, nie mogę im towarzyszyć i przeniosę się z Brzezińca do Ciążyn, pod opiekę mego Ojczulka. W ubiegłym tygodniu miałam wątpliwą przyjemność być na ślubie Doroty z Kaziem Bieckim. Wesele trwało trzy dni, ale panna młoda nie wyglądała na okaz szczęścia. Wprawdzie Kazio jest dalekim krewnym Siekielskich, lecz mimo to uważam, iż ma lekkomyślny charakter, nałogi, mnóstwo długów i prawdopodobnie małżeństwo Dory nie będzie udane”. – Nina oderwała oczy od listu i mimo woli uśmiechnęła się, bo wyraz „lekkomyślny”, w ustach subtelnej i taktownej Zosi, równał się szubrawcowi! Spragniona nowin, prędko powróciła do listu.
Zosia wspomniała, że kilka dni po ślubie, Dorota nakryła młodego małżonka na czułym tâte-á-tâte z własną pokojówką. Co gorsza, na jaw wyszły długi Kazia, i państwo młodzi zamiast do Wenecji, udali się w podróż poślubną do Solca nad Wisłą. Niepoprawny Kazio, nawet w takiej prowincjonalnej mieścinie, znalazł okazję do zgrania się w karty. Stąd w rodzinie państwa Jabłockich ciągle wybuchają awantury, a pan Jabłocki na zięcia patrzeć nie może. „No, nareszcie nasza słodka Dorotka otrzyma od życia solidne cięgi!” – pomyślała Nina z satysfakcją, śpiesznie wracając do przerwanej lektury listu.
Zosia obszernie pisała o ciężkiej chorobie Stasi Wąsockiej. Biedna dziewczyna powróciła już wprawdzie do zdrowia, ale nie mogąc przeboleć tragicznej śmierci narzeczonego, postanowiła po Nowym Roku, zacząć nowicjat w klasztorze sióstr bernardynek w Świętej Katarzynie. Tymczasem Jadzia Wąsocka zakochała się w panu Starewiczu, przebywającym u babki w Lipieńcu. Co prawda, wojewodzina życzyłaby sobie dla wnuka posażnej żony, lecz z czasem może zmięknie, a wtedy ułoży się dla Jadwigi szczęśliwy mariaż. Państwa Borutyńskich spotkało nieszczęście, bo chłopi odmówili dziedzicowi wyjścia do pracy. Zdesperowany pan Ksawery, wezwał z Bodzentyna wojsko! Żołnierze zmusili poddanych do pracy chłostą, a rozwścieczeni chłopi, rewanżując się panu, podpalili łan dojrzewającego dworskiego zboża.
Nina skrzywiła się z niesmakiem, wyobrażając sobie, że pewnego dnia, wdzięczni poddani podpalą nocą dwór i wyprawią dziedziców na drugi świat.
 Przewróciła kartkę, niecierpliwie szukając nowin z Makowa.
… ”Nie wiem, czy Ci wiadomo, Nino, że pan hrabia Klonowiecki wyjechał, podobno do Krakowa, a do pałacu codziennie ciągną furmanki, wioząc cegłę i wapno. Przybyli murarze i malarze aż z Lublina, bo w pałacu trwają jakieś prace budowlane. Spotkałam w niedzielę na Mszy świętej panią wojewodzinę. Przebąkiwała, że zapewne po zakończeniu okresu żałoby, w pałacu pojawi się nowa, młoda pani hrabina. Ale Ty, kochanie, z pewnością najlepiej wiesz, co się tam dzieje. Błagam, zaspokój moją ciekawość i napisz, czy to prawda, że pan hrabia ma zamiar się ożenić i z kim? Tutaj ludzie już zapomnieli o tragedii w Makowie i teraz obmawiają Bieckich oraz interesują się romansem Jadwigi i Starewicza”.
 List Zosi był długi, bardzo serdeczny. Nina przeczytała go dokładnie aż dwa razy. Odłożywszy arkusiki na stolik, spuściła głowę i siedziała bez ruchu. Doszła do smutnego wniosku, że oprócz wspomnień, nie pozostało jej nic z tego, czym żyła przez ostatni rok. Aleks wyjechał, zapominając o jej istnieniu. Widocznie nie była mu już potrzebna. Mieszkając z nim pod jednym dachem, może stanowiła dla niego jakąś odmianę i romansem z nią próbował umilić sobie wiejską nudę. A ona naiwnie budowała swoją przyszłość na kilku zdawkowych frazesach, wypowiedzianych przez niego dla świętego spokoju. A przecież powinna zdawać sobie sprawę, że on przeżywszy zawód miłosny, nie umie już zdobyć się na gorętsze uczucie. Sam przyznał, jak bardzo Paulę kochał. Śmierć żony ogromnie nim wstrząsnęła, gdyż mimo wszystko, patrzył przez palce na jej rozwiązły tryb życia i rozrzutność, ratując ją przed wierzycielami i cierpliwie spłacając jej długi. Pamięć o Pauli będzie dla niego wiecznie żywa. W „złotej komnacie” wisi jej portret, a suknie wiszące w szafach, długo jeszcze zachowają zapach różanych perfum. Możliwe, że wkrótce pojawi się w pałacu nowa pani Klonowiecka, aby dać mężowi upragnione potomstwo, jednak on nigdy nie zapomni o swojej pierwszej namiętnej miłości. Jęknęła, opierając głowę na złożonych dłoniach. Ponownie dopadła ją zmora przeszłości. Najstraszniejsza była dla niej świadomość, że mężczyzna, którego pokochała pierwszą, głęboką miłością, był bez reszty oddany kobiecie, nie zasługującej nawet na pamięć. Rozpaczała nad swoim poniżeniem i głupotą, będąc zwyczajnie, po kobiecemu, zazdrosna o przyszłą żonę Aleksa.
Wijąc się z męki i palącego upokorzenia, czyniła sobie wyrzuty, że przez cały czas pobytu w Warszawie, żyła nadzieją i czekała na niego. Na dźwięk dzwonka, sama biegła do drzwi z bijącym sercem, łudząc się, że zobaczy go na progu, a jego ramiona obejmą ją i przytulą. Spodziewała się, że któregoś dnia nadejdzie z Makowa upragniony list z zapewnieniem miłości i wezwaniem do powrotu.. Teraz już wiedziała, że prawdopodobnie nigdy więcej hrabiego nie ujrzy. Jej marzenia o szczęściu, przeistoczyły się w gorzkie rozczarowanie i cierpienie. Na samą myśl o jego przyszłym ożenku, ogarnęła ją wściekłość. Porwała się z krzesła i zaczęła biegać po pokoju, walcząc z chęcią zniszczenia czegoś. Podarcia na strzępy nowej sukni, lub skrzywdzenia kogoś tak, jak ją skrzywdzono. Pragnęła, by ktoś przez nią płakał, jak ona przez kogoś płakała.
- Nienawidzę cię, nienawidzę! – wołała, zatykając sobie dłonią usta, żeby nikt nie słyszał jej łkania. Aby się nieco uspokoić, musiała zażyć brom.
Usłyszała pukanie i do pokoju weszła Jaga, stając w progu jak wryta, przerażona wyrazem twarzy Niny.
- Dziecinko, co się stało? – wykrzyknęła zaniepokojona. – Coś ci dolega?
Nina prędko się odwróciła, żeby Jaga nie dostrzegła śladów łez.
- Nic, tylko ten upał jest bardzo męczący. – odpowiedziała nieswoim głosem. – Wiesz, rozmyśliłam się i nie włożę tej nowej sukni. Pani hrabina Potocka nosi żałobę.
- Szkoda. Do tej zielonej pasowałyby szmaragdy. – Jaga sięgnęła do komody i wyjęła z niej szkatułkę z biżuterią.
- Ależ nianiu, przecież ja nie mam szmaragdów. To bardzo drogie kamienie. Lepiej podaj mi…- Nina nagle zamilkła, wpatrując się w trzymany przez Jagę naszyjnik. Szybkim ruchem wydarła szkatułkę z rąk osłupiałej niani i wysypała jej zawartość na stół.
Na samym wierzchu leżało etui, a w nim diamentowy naszyjnik Pauli. Wspaniałe klejnoty błysnęły łuną tęczowych ogni. Odruchowo wzięła naszyjnik i wpatrywała się z zachwytem w czyste, połyskujące olśniewająco kamienie. Odłożyła go i sięgnęła po kolię ze szmaragdów. Drogie kamienie tworzyły na nim zawiły wzór liści i kwiatów. Zawsze marzyła o szmaragdach. Aleks pokazał jej raz ukrytą w skarbcu biżuterię rodową i wspomniał, że kolię zakupiono w XVIII wieku w Paryżu. Prawdopodobnie była dziełem rąk panów Böhmera i Bassenge, nadwornych jubilerów króla Ludwika XVI i królowej Marii Antoniny. Jaga wzięła diamentowy naszyjnik i zapięła jej na szyi. Fala fosforyzujących ogni spłynęła na ramiona i piersi Niny. Jaga zmrużyła oczy i odstąpiwszy o krok, podziwiała ją w milczeniu.
- Spójrz tylko, Walerciu. – zwróciła się do pokojówki, która weszła do pokoju. – Nasza panienka wygląda jak królowa!
- O Jezu, przecie to skarby! – wymamrotała dziewczyna, wpijając wzrok w klejnoty. – Starczyłoby nawet na kupno miasteczka.
Nina drgnęła, posłała jej złowrogie spojrzenie i zgarnęła klejnoty, wrzucając je do szkatułki tak obojętnie, jak kupkę zwiędłych liści.
-Walerciu, przynieś mi coś do picia. – poleciła, a kiedy pokojówka wyszła, powiedziała do Jagi: - Widziałam, że zachwycałaś się tymi świecidełkami. Ja zresztą również. Ale na tym koniec! Zaraz napiszę depeszę do Makowa. Niech dziś jeszcze wyślą ją na poczthalterii, - usiadła i prędko skreśliła kilka słów na bileciku, zaadresowała i podała bilet Jadze. – Ktoś z Makowa przyjedzie i zabierze te klejnoty.
Jaga wzięła bilecik i wzruszywszy ramionami, wyszła nie odzywając się. Nina, czując drżenie w całym ciele usiadła i z nerwów zaczęła ogryzać paznokcie. Robiła to zawsze, kiedy się czegoś bała lub była zdenerwowana. Powróciła niania, niosąc na tacy szklankę z kompotem i zastała ją siedzącą na kanapce w samych tylko halkach.
- Wysłałam na pocztę Walerkę, bo Florek poszedł po karetę. Widziałam, że dostałaś list od pani Siekielskiej. Co pisze?
- Nic ciekawego. Dorota wyszła za pana Bieckiego i teraz się kłócą, a Tadek z ojcem wybierają się do Galicji.
- Tylko tyle? A o Makowie coś pisała? – niewinnie spytała Jaga, lecz Nina tylko potrząsnęła głową. – Widzę, że kłamiesz, ale nie chcę cię zmuszać do mówienia.. Jaką dać ci suknię?
- Czarną muślinową. – odparła Nina, patrząc przed siebie szklanym wzrokiem.
- Weź na szyję choć sznur pereł. Nie wypada jechać z wizytą do tak wielkiej damy, ubrana jak dziadówka. Dlaczego nie chcesz brylantowego łańcuszka?
- Nianiu, ty nic nie rozumiesz! – Nina zerwała się, podbiegła do niej i mocno nią potrząsnęła. – On mi zapłacił, jak kobiecie lekkich obyczajów! Ale ja za miłość nie biorę zapłaty w klejnotach.
- O Matko Boska! – Jaga ciężko przysiadła na krześle i załamała ręce. – Nie wierzę. Kotuniu, może pan hrabia dał ci te klejnoty z dobrego serca?
Nina parsknęła złym śmiechem.
- O tak, on ma bardzo dobre serce. – odetchnęła i powiedziała spokojniej: - Pomóż mi się ubrać, nianiu, bo już późno. – zamilkła, a na jej twarzy pojawił się zacięty wyraz. Zamknęła się w sobie, nie mając ochoty do zwierzeń. Jaga wolałaby głośną awanturę, niż to ponure zamykanie przed nią duszy, której otwartość i wybuchowość dobrze znała. Miała nadzieję, że Nina ochłonąwszy, sama zacznie mówić, musiała tylko uzbroić się w cierpliwość.
 W drodze do Wilanowa, pani Salomea uczyła Ninę, jak ma się zachować wobec osoby ogólnie szanowanej, dla wielkich zasług i niezłomnego charakteru. Pani hrabina Aleksandra Potocka, była w prostej linii wnuczką haniebnej pamięci Szczęsnego Potockiego, marszałka Konfederacji Targowickiej, zdrajcy i gorliwego sługusa carycy Katarzyny II. Ojciec panny Saszy, piastował na carskim dworze wysokie stanowisko. Zupełnie zruszczony, zamierzał wydać córkę za rosyjskiego arystokratę. Panna, całym sercem oddana nieszczęśliwej ojczyźnie, wpadła w rozpacz. Po ratunek zwróciła się do swego kuzyna, hrabiego Augusta Potockiego z Wilanowa. Ten powodowany współczuciem, poślubił ją.
hr.Aleksandra Augustowa Potocka.
 Pan August był pełnokrwistym mężczyzną. Kochał kobiety, wino, konie i swój Wilanów. Za jego życia, pałac zasłynął z wielkich balów, wystawnych rautów i maskarad, bo hrabia lubił żyć wesoło. Po jego zgonie, wdowa zamknęła się w małym kółku krewnych i przyjaciół, cały swój czas poświęcając upiększaniu Wilanowa. Postanowiła uczynić z pałacu muzeum pamiątek narodowych. Upadek Powstania Listopadowego, stał się dla niej dramatem. Nigdy więcej nie ubrała jasnej sukni. Żyjąc bardzo skromnie, szczodrą ręką wspomagała rozwój rzemiosła i rolnictwa krajowego, nie kupując nic, co miało obcą markę. Łożyła na budowę szpitali i przytułków, wspierała akcje dobroczynne. Będąc mecenasem sztuki, inspirowała polskich artystów do pracy. Galerie pałacowe i park udostępniła publiczności, czyniąc za granicą ogromne zakupy słynnych dzieł sztuki.
Kareta minęła bramę i zatrzymała się przed prawdziwie pańską rezydencją. Pod koniec XVII w. włoski architekt Augustyn Locci, wzniósł okazałą budowlę, dar króla Jana III Sobieskiego, dla pięknej i niezbyt wiernej żony, królowej Marii Kazimiery de la Grange d'Arquien. Tak z włoskiej Villa Nova powstał Wilanów.
Pani hrabina Potocka przyjęła obie panie nadzwyczaj uprzejmie, zatrzymując je na podwieczorku. Z panią Salomeą Borutyńską, znały się z czasów powstaniowych. Pani Potocka ze łzami wspominała zmarłą hrabinę Teklę, z którą się serdecznie przyjaźniła. Okazało się, że pani Augustowa wiedziała o wiele więcej o rodzinie Niny, niż ona sama. Ze zdumieniem dowiedziała się, jak znaną i popularną była w Warszawie jej piękna babka marszałkowa. Brylowała w kręgu najwyższej arystokracji, odznaczając się ciętym dowcipem i talentem do intryg. Była przyjaciółką i powierniczką pani hrabiny Anetki z Tyszkiewiczów Potockiej, której jadowitego języczka obawiali się nawet napoleońscy marszałkowie. Tymczasem dziadek Niny, pan Dobraniecki, ogólnie uważany za sknerę i człowieka obojętnego na losy ojczyzny, brał udział w Insurekcji Kościuszkowskiej i został odznaczony przez samego Naczelnika Kościuszkę orderem Virtuti Militarii za okazaną odwagę, oraz pierścieniem żelaznym z napisem: „Ojczyzna swemu Obrońcy”. W czasie trwania Insurekcji, dziadek wystawił za własne pieniądze szwadron kawalerii, stając sam na czele oddziału, a po wybuchu Powstania :Listopadowego, kupował broń dla walczących wojsk polskich, sprzedając na ten cel duży majątek ziemski. Na wieść, że Warszawa padła, zmarł nagle rażony apopleksją.
Pałac w Wilanowie.
 Nina wysłuchała tej historii z przyjemnością, po raz pierwszy myśląc o nieznanym dziadku z dumą i szacunkiem. Postanowiła wspominać go odtąd przy wieczornych pacierzach. Po podwieczorku odważyła się prosić panią Potocką o pozwolenie na zwiedzenie pałacu wilanowskiego.
- Ależ naturalnie, moje dziecko. – hrabina natychmiast wyraziła zgodę. – Będzie ci towarzyszyć panna Katarzyna, moja lektorka.
Prowadzona przez przewodniczkę, Nina wędrowała po salach i galeriach, podziwiając bezcenne dzieła sztuki sprowadzane z całego świata. Zachwyciła się pałacową kaplicą, wzniesioną przez trzech genialnych architektów włoskich: Marconiego, Carmaniego i Corazziego. Cała kaplica wyłożona była marmurem sprowadzonym aż z Carrary.
- W tym miejscu umarł król Jan III? – odezwała się szeptem Nina, onieśmielona przepychem wnętrza.
- Nic podobnego. To była kiedyś klatka schodowa. Król umarł zwyczajnie, na łożu w sypialni. Podobno w chwili zgonu, nie było przy nim nikogo, bo królowa Marysieńka darła koty z własnymi synami, o prawo do sukcesji. Nie zawracała sobie głowy chorym Jachniczkiem, a dworzanie byli kompletnie pijani!
W gabinecie Zwierciadlanym znajdował się wspaniały plafon pędzla mistrza Calotta1, przedstawiający Jutrzenkę. Panna Katarzyna, nie kryjąc oburzenia wyjaśniła, że rysów bogini użyczyła sama królowa Marysieńka.
- Królowa była rzeczywiście bardzo piękna. – stwierdziła Nina, przypatrując się wizerunkowi monarchini. – Podobno mąż kochał ją do samej śmierci. – spojrzała na pannę lektorkę zauważywszy, że królowa nie cieszy się jej łaską.
- Mężczyźni, moja droga, – odpaliła panna Katarzyna – kochają najmocniej kobiety, które na taką miłość wcale nie zasługują!
Nina drgnęła, zbladła i zamilkła.
Calott. Jutrzenka
 Wizyta w Wilanowie była ostatnią, jaką złożyła. Całą noc nie spała, przechadzając się po wielkich pokojach wiejących melancholią. To była bardzo przykra noc. Musiała odpowiedzieć sobie szczerze na kilka pytań. Sięgając do najgłębszych tajników serca, przestała się łudzić, że kiedykolwiek zostanie żoną hrabiego. On jej nie kochał. Nie wróci już do Makowa, skąd ją wyproszono. Nie wiedziała, co ma z sobą zrobić. Nie mogła przecież siedzieć latami sama w tym wielkim, pustym mieszkaniu, czekając aż w sakiewce ukaże się dno. Małżeństwa z innym mężczyzną nie brała pod uwagę, zresztą nie miała nawet konkurentów. Powinna była już teraz zadecydować o swej przyszłości. Kiedy Jaga rano zajrzała do sypialni, przeraziła się jej mizernym wyglądem.
- Usiądź przy mnie, nianiu. – Nina wyciągnęła do niej rękę. – Musimy poważnie porozmawiać.
Jaga usiadła na brzegu posłania i mocno uścisnęła jej dłoń.
- Koteczku, a może najpierw zjesz śniadanie? – zaproponowała, mając nadzieję, że najedzona Nina nabierze lepszego humoru. Podejrzewała, że pod maską obojętności i spokoju, ukrywała jakąś złą wiadomość. – Ostatnio nie masz apetytu i miasto ci nie służy. Może wyjedziemy gdzieś na wilegiaturę?
- Nie, posłuchaj nianiu. – przerwała jej Nina. – Tylko proszę, nie przerywaj mi. – uprzedziła widząc, że Jaga zamierza coś powiedzieć. – Chcę, żebyś poznała moje plany na przyszłość. Obie rozumiemy, że posiadane pieniądze kiedyś się wyczerpią, a wtedy znowu zostaniemy bez grosza. Postanowiłam więc, że staną się one moim posagiem klasztornym.
- Nie! – Jaga z krzykiem chwyciła się za serce. – Nina, nie! Błagam.
- Tak będzie najlepiej, moja kochana mateczko. – Nina dotknęła pieszczotliwie palcami policzka niani, lecz głos jej brzmiał stanowczo. – Zosia pisze, że Stasia Wąsocka wstępuje do klasztoru w Świętej Katarzynie. Ja także chcę przywdziać habit bernardynki. Wrócimy w nasze strony, bo tylko tam chcę żyć i umrzeć.
Nawet przed sobą wstydziła się przyznać, że wybierając klasztor w pobliżu Makowa, kierowała się nadzieją, że może czasami zobaczy przez kraty hrabiego przybyłego z nową rodziną na nabożeństwo.
- Nie! – powtórzył Jaga z rozpaczą. – Ja się nie zgadzam. – i rozpłakała się zawodząco, jak na pogrzebie.
- Nie płacz, najmilsza. Przecież my się nie rozstaniemy. Zamieszkasz w klasztorze razem ze mną.
- Nina, życie moje! – Jaga płakała tak żałośnie, że Ninie ścisnęło się serce. – Ja nie chcę. Marzyłam, że kiedyś ubiorę ciebie do ślubu, a nie w habit! Wyobrażałam sobie ten cudowny dzień, gdy wezmę w ramiona twoje dziecko. Z twoją urodą i talentem wybierasz się do zakonu? Jak możesz myśleć o klasztorze, będąc zakochaną w panu Klonowieckim?
- Pan hrabia Klonowiecki, nianiu, nie kocha mnie i prawdopodobnie wkrótce się ożeni. – oznajmiła Nina sucho.
Jaga spojrzała na nią i ponuro pokiwała głową.
- Ach tak! Teraz już wszystko rozumiem. Ale taka ofiara nie spodoba się Bogu.
- Pan Bóg nie dał mi żadnej innej szansy. – Nina opuściła głowę na piersi i naraz poczuła się bezgranicznie zniechęcona do świata i ludzi.
Jaga patrzyła na nią z rozpaczą. Nie mieściło się jej w głowie, że ukochane dziecko, z którego była taka dumna, na resztę życia zamknie się w zimnych murach klasztornych.
- Ninka, ty tak naprawdę?... - była taka zmartwiona, że zabrakło jej słów.
- Kochana moja. – Nina ucałowała obie jej ręce, bezwładnie spoczywające na kolanach. – Nie miej takich smutnych oczu, bo mi serce pęknie.
Jaga była przygnębiona i kompletnie załamana, ale rozumiała, że to jest jakieś wyjście z tej sytuacji. Zwykle motywacją panny wstępującej do klasztoru, był brak posagu i odpowiedniego konkurenta. Niania buntowała się, lecz już nie starała się odwieść Niny od powziętego postanowienia, bojąc się sprzeciwić woli bożej. Otarła łzy i podniosła się, odruchowo biorąc szlafroczek Niny, porzucony na krześle i wieszając go w szafie.
- Postąpisz jak zechcesz, moje najdroższe dziecko. Ale czy ty się dobrze zastanowiłaś? Przecież masz dopiero siedemnaście lat. Teraz jesteś rozżalona i zbolała, lecz z czasem ból przeminie. Jesteś pewna, że już nikogo nie pokochasz? Nigdy nie byłaś zbyt pobożna i lubiłaś przystojnych chłopców.
Nina zarumieniła się, przypominając sobie, jak bardzo podobał się jej major Wielenin. Fizycznie pociągał ją równie mocno, a może nawet więcej niż Aleks. Był bogaty i jego miłość była zupełnie bezinteresowna. Nie miała do niego uprzedzeń uważając, że wartość człowieka należy oceniać na podstawie jego charakteru i czynów, a nie narodowości. Sądziła, że małżeństwa pomiędzy Słowianami, są o wiele naturalniejsze, niż związki z innymi nacjami. Cóż z tego, że Wielenin był Rosjaninem? Wiele Polek i Polaków z arystokratycznych rodów poślubiło Rosjan. Wielu Rosjan ożeniło się z Polkami. Książę Lubomirski ożenił się z hrabianką Tołstoj, a książę Radziwiłł wziął sobie za żonę księżniczkę Urusow, i z tego powodu Polska się nie zawaliła. Często dzieci urodzone z takich właśnie małżeństw, wyrastały na gorących patriotów, jak choćby panna Anna Henryka Pustowójtówna, o której mówiło się dziś w całym kraju.
Wielenin był mężczyzną godnym miłości, człowiekiem honoru. Na wspomnienie jego pieszczot i namiętnych pocałunków, poczuła w całym ciele ogień. Podniosła rękę i przyłożyła dłoń do rozpalonego policzka, ale zauważywszy, że niania ją obserwuje, przybrała ponownie poważną minę.
- Na razie, nianiu, trzeba pomyśleć o wyjeździe na resztę lata. Warszawa jest nieznośna, hałaśliwa i pełna kurzu. Aha, zapowiedz Florkowi, żeby nikogo nie anonsował. Nie przyjmuję gości.
W-wa. Katedra Kaplica Baryczków.
 Następnego dnia, wczesnym rankiem wybrała się do Katedry i wszedłszy w mroczną głębię kaplicy Baryczków, rzuciła się na kolana przed cudowną figurą Pana Jezusa z Norymbergi, modląc się do Niego z całego serca, błagając Go o ratunek i pociechę. W kaplicy była sama. Pod krzyżem jasno płonęły dziesiątki świec i bieliły się lilie, roztaczając upajający zapach. Wpatrując się w zbolałą twarz Pana, poczuła jak stopniowo ucisza się w niej rozpacz, ustępując miejsca rezygnacji. Wychodząc z kościoła, ujrzała purpurową łunę, niby rzekę krwi rozlaną nad miastem. Przeżegnała się, przejęta dziwnym lękiem. Odtąd codziennie chodziła do kościoła, sama lub z nianią, najczęściej Świętego Krzyża, siadając w pobliżu kolumny, w której ukryto serce Fryderyka Chopina. Siostra kompozytora Ludwika, spełniając życzenie umierającego brata, w tajemnicy przewiozła serce Fryderyka do kraju, nie mogąc przywieźć tu jego ciała. Nina zawsze w tym miejscu zapalała świece i składała kwiaty. Upodobała sobie również stojący przed kościołem posąg Chrystusa dźwigającego krzyż na Golgotę. U Jego stóp zapalała znicze i odmawiała pacierze za zmarłych, modląc się nawet za Paulę i Rafała, chociaż wątpiła, czy jakakolwiek modlitwa zdoła pomóc duszom potępionym.
W chłodniejsze dni, szły z nianią na Powązki, zatrzymując się przy grobach słynnych Polaków. W przedpokoju urosła na tacy istna sterta kart wizytowych i bilecików. Ale Nina ignorowała te dowody zainteresowania jej osobą i nie rewizytowała nikogo. Panna Gousselin dotrzymała słowa i wciągnęła ją do pracy. W jej saloniku, Nina spotkała dawną koleżankę z pensji, starszą o kilka lat panią Wandę z Wolskich herbu Łabędź Umińską, gorliwą pomocnicę panny Emilii. Rzuciły się sobie w objęcia i ucałowały.
- Nino, jak ty ślicznie wyglądasz! – wykrzyknęła uradowana pani Wanda. – Chcesz nam pomagać? Kochana, nie mogłaś trafić lepiej!
Pani Wanda znana była w całej Warszawie. Nawet twardzi stróże więzienni nie potrafili oprzeć się czarowi uśmiechu ślicznej Polki i spojrzeniu błękitnych oczu. Jej złociste włosy, piękna buzia i zgrabna figurka, często widywane były na Pawiaku i w Cytadeli. Jak anioł z nieba, niosła pociechę ludziom za kratami, a ich rodzinom przekazywała wiadomości o więźniach. Zachęcona przez koleżankę, Nina energicznie wzięła się do pracy, przygotowując paczki dla uwięzionych, chodząc z pociechą do ich rodzin i zbierając składki przekazywane potem pannie Gousselin. Był to zwykle plon zbiórek pieniężnych pośród patriotycznej młodzieży akademickiej i mieszczaństwa.
Ogród Saski.
 Bardzo czynna w dzień, wieczorami siadywała na balkonie, godzinami wpatrując się w korony drzew parkowych. Czasami grała na fortepianie, a potem długo w nocy przewracała się na łóżku, zanim zmorzył ją sen, nie dający pokrzepienia.Cierpiąc na bezsenność, nocami przechadzała się po wielkich pokojach mieszkania, nawet nie świecąc lampy. Przyłapana przez Jagę na nocnej wędrówce, musiała ją uspokajać, przyrzekając, że więcej się to nie powtórzy. Niania była przerażona jej zachowaniem i starała się wyciągać ją na wieczorne nabożeństwa. Po mszy przechadzały się ulicami, nie mogąc nadziwić się życiu wielkiego miasta. Sklepy pełne były towarów, a przed winiarniami i cukierniami płonęły gazowe napisy. Z teatrzyków rewiowych dobiegały wściekłe dźwięki kankana, a przed domy rozpusty zajeżdżały dorożki, wiozące oficerów spragnionych kobiet, oraz sołdatów marzących o wódce, dziewce i chwilowym zapomnieniu. Takie domy omijały z daleka, wstydząc się nawet spojrzeć w tamtą stronę.
Pewnego dnia na spacerze, Nina zauważyła mężczyznę odrobinę podobnego do Aleksa i wróciła do domu niemal chora z rozdrażnienia. Nie jadła kolacji i zamknęła się w swoim pokoju na klucz, nie odpowiadając na wołania Jagi. Długo płakała, zmagając się z uczuciem palącej tęsknoty i cierpienia. Od tego dnia stała się jeszcze smutniejsza i snuła się po domu jak blady cień, z byle powodu wybuchając płaczem lub gniewem. Nie przypominała już tej energicznej panny z Makowa, dosiadającej bez pomocy masztalerza narowistej klaczy i w pełnym galopie przesadzającej przeszkody.
 Jaga martwiła się jej stanem i w tajemnicy przed Niną, wybrała się pewnego dnia do pani Salomei, prosząc ją o pomoc. Pani Borutyńska, jeszcze tego samego dnia wysłała do Niny syna, pamiętając, że oni zawsze doskonale się rozumieli. Jaś zastał Ninę apatyczną, zmęczoną i pełną wstrętu do życia. Przy herbacie próbował nawiązać z nią rozmowę. Ale Nina wpatrywała się w sufit, nie reagując na jego słowa.
- Kotku, powiedz, co ci dolega? Pytam jako straszy brat. – rzekł zauważywszy, że Nina siedzi w milczeniu. – Jesteś blada, może chora, a twój stan budzi mój niepokój. Pytam więc także jako lekarz.
- Ja ciebie o konsultację nie prosiłam! – mruknęła niegrzecznie.
- Mimo to, udzielę ci jej bezpłatnie. – uśmiechnął się do niej. – Źle wyglądasz, pobladłaś i zaczynam się o ciebie poważnie martwić. Kaszlesz? Odczuwasz jakieś bóle? A może plujesz, nie daj Boże, krwią? – dopytywał się, patrząc na nią z niepokojem. – Chcę cię zbadać.
- Nic mi nie jest.
Jasiowi ścisnęło się serce na widok jej zamkniętej twarzy i odpychającego zachowania. Oku lekarza nie uszło jej skrępowanie i nagły rumieniec. Stwierdził, że w krótkim czasie Nina bardzo się zmieniła. Trudno mu było nawiązać z nią dawny braterski, serdeczny kontakt. Przysiadł się bliżej, biorąc ją za rękę i badając puls.
- Pozwól, że to ja zadecyduję, czy nic ci nie jest. – powiedział stanowczo. – W tym roku przeszłaś ciężkie dwie choroby. Straciłaś dużo krwi. Nawet silny mężczyzna czułby się osłabiony, a cóż dopiero takie młode cielątko. O, nawet się nie uśmiechnęłaś… Ale proszę cię, nie lekceważ sobie zdrowia, bo całe życie przed tobą.
- A komu moje życie jest potrzebne? Naprawdę, nic mi nie jest. To tylko miasto działa na mnie tak niekorzystnie.
- Co za głupstwa pleciesz! – oburzył się. – Zawracanie głowy. Jaga świata poza tobą nie widzi. A my, czy już się nie liczymy? Zamiast siedzieć w domu, jak sowa w dziupli, urządź wieczorek. Przyprowadzę kilku kolegów, ty zaproś parę miłych pań i zabawimy się trochę. Niektórzy chłopcy czują się zawiedzeni, że nie przyjmujesz. Pytają, kiedy będzie można złożyć ci wizytę.
- Nie chcę nikogo widzieć!
- Szkoda. O, jutro dają w Tetrze Wielkim „Wolnego strzelca” Webera. Chciałaś tę operę widzieć. Mogę zakupić lożę.
- Nie mam ochoty na operę.
- Nie? To może pojeździmy jutro konno? W rajtszuli kupili nowe, ładne konie. Ruch dobrze ci zrobi.
- Może innym razem. – zbyła go krótko.
Jaś westchnął zastanawiając się, jak można do niej trafić. Pragnął przełamać jej zawziętą obojętność, chciał żeby znowu ożywiła się i zapragnęła zmiany.
- Uważam, – rzekł z rozmysłem, obserwując jej reakcję – że pośpieszyłaś się, wyjeżdżając z Makowa zaraz po chorobie. Warszawa w lecie jest męcząca, powinnaś wrócić na wieś.
Nie oczekiwał aż tak gwałtownego wybuchu. Nina zerwała się na równe nogi i spojrzała na niego rozszerzonymi oczami, w których płonęła wściekłość i rozpacz. Zaczęła krążyć po pokoju, wyłamując sobie palce. Czuła, że lada moment pęknie w niej tama opanowania i cała rozpacz spłynie potokiem łez. Gryzła usta, zmagając się z sobą, aż zdołała zapanować nad nerwami.
- Jasiu, nie radź mi, co mam robić! – rzekła ostrzegawczo. – Proszę cię, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy.
Jaś znał ją bardzo dobrze i wiedział, że Nina nigdy nie potrafiła długo nad sobą panować i przy lada sposobności wybuchała jak petarda. A w gniewie gadała bardzo przykre rzeczy, których potem serdecznie żałowała. Wstał i podszedł do niej, przygarniając ją do siebie i gładząc po włosach.
- Siostrzyczko, ja przecież nie chcę wyłudzać od ciebie wyznań. Widzę, że jesteś niezdrowa i pragnę ci pomóc. Jeszcze w Makowie skarżyłaś się na duszności, co może być zapowiedzią choroby serca lub płuc. Przecież zawsze byliśmy parą dobrych przyjaciół, pamiętasz? Nie obrażaj się na mnie, bo nie ma o co. Wspomnij dawne czasy, jak po lekturze „Ostatniego Mohikanina”, wybraliśmy się we trójkę z Binią do Ameryki, żeby bronić nieszczęśliwych Indian. Zaszliśmy aż do Łomna i zmęczeni zasnęliśmy w stogu siana. Wieczorem odnaleźli nas chłopi pana dziedzica Woyciechowskiego i dali znać do Sarnik. Wuj Ksawery z radości spuścił nam lanie pasem!
- Aha! – Nina odrobinę odtajała, a po jej ustach przemknął leciutki uśmiech. – Ciotka Maria dołożyła nam parasolką. Binia dostała gorączki, a ja przez dwa dni nie mogłam usiąść na krześle.
- No widzisz, pamiętasz! – ucieszył się Jaś. – A teraz, myszko, powiedz mi szczerze, jak bratu, co ci dolega. Przecież widzę, że nie tylko ciało, ale i twoja dusza jest chora. Na tę dolegliwość nie pomoże brom. Mów ze mną jak z księdzem. Obowiązuje mnie tajemnica lekarska.
Wyrwała się z jego ramion i stanęła przed nim z oczami iskrzącymi się gniewem.
- Chcesz koniecznie wiedzieć? – krzyknęła łamiącym się głosem, tracąc panowanie. – Mam ci opowiedzieć, że człowiek, którego kochałam i wielbiłam jak Boga, wzgardził mną? Że musiałam wyjechać z Makowa, bo wyproszono mnie stamtąd? Zapewne wydam ci się śmieszna, ty mądralo, że umieram z tęsknoty za mężczyzną, który mnie nie kocha. Mówię ci po dobroci, zostaw mnie w spokoju. Nie życzę sobie, ani twoich rad, ani twego współczucia. J'en ai assez2!
Zasłoniła twarz dłońmi i trzęsła się cała, przejęta uczuciem głębokiego poniżenia i bólu. Jaś wpatrywał się w nią z największym zdumieniem, a gdy zamilkła, pochwycił ją za obie ręce, bardzo wzburzony.
- Opamiętaj się! Nie wolno ci tak myśleć, ani tak mówić! Mylisz się, strasznie się mylisz! Zachowujesz się, jakbyś nie miała więcej rozumu niż koza. Słuchając ciebie, człowiek dostaje szału!
Ale ona nie zamierzała dalej go słuchać. Szorstko wydarła mu ręce i odepchnąwszy go, pobiegła do swego pokoju i przekręciła klucz w zamku. Na próżno pukał, prosząc, żeby mu otworzyła. Na nic nie zdały się błagalne wołania Jagi, przerażonej jej krzykami. Nie odezwała się i Jaś odszedł bardzo zmartwiony. Resztę dnia Nina przeleżała na łóżku, z zaciśniętymi pięściami, nie reagując na głosy stojących pod drzwiami Jagi i Walerki. Wieczorem rozebrała się i położyła, nie mając ochoty nawet odmówić pacierza, i o cokolwiek już prosić Boga. Zamknęła oczy i wtuliwszy twarz w poduszkę, marzyła, że jest w Makowie. Wyobrażała sobie, że znajduje się w swoim zielonym pokoju, a nawet czuła zapach róż rosnących na balkonie i pod oknami.
Zapadła w sen i tej nocy znowu nawiedził ją koszmar.
Śniła, że przyjechała do Makowa nocą, lecz nikt nie wyszedł na jej spotkanie, a dom był ciemny i cichy. Weszła do sieni i zapaliła świeczkę, a potem wbiegła po marmurowych schodach na piętro i poszła długim korytarzem do swojego pokoju. Świeca migotała, a ona zlękła się, że zaraz zgaśnie i pozostawi ją samą w ciemnościach. Pałac był jakiś niesamowity, straszny, pełen dziwnych odgłosów.
 Nareszcie weszła do zielonego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Rozejrzała się i z panicznym strachem stwierdziła, że znajduje się w „złotej komnacie”, pełnej zapachu stęchlizny i kurzu. Na łożu spoczywała Paula, niby martwa, a przecież przerażająco żywa. Z rany na piersi sączyła się krew. Na widok Niny podniosła się i usiadła na łożu. Nina zaczęła się cofać, czując, że zaraz oszaleje z przerażenia. Serce biło jej tak szybko, że nie mogła złapać tchu.
- To mój dom. Nigdy tu nie wracaj. – odezwała się zmarła i wybuchnęła śmiechem, w którym słychać było bezgraniczny smutek.
1 Callot Jacques (1592-1635) - malarz i rytownik. Wielofigurowe sceny rodzajowe, batalistyczne i pejzaże.
2 J'en ai assez ! - Mam tego dosyć !