piątek, 1 kwietnia 2016

Dramatyczne imieniny.


1 kwietnia 2016 r.
Z rana czekała ją wspaniała niespodzianka. W wielkim salonie udekorowanym kwiatami, ujrzała na ścianie swój portret. Stała na nim w naturalnej wielkości, ubrana w kremową krynolinę, z bukietem róż w dłoniach, młodziutka i prześliczna, spoglądając na widza z uśmiechem, jak na fotografii w dniu ślubu Bini. Portret wykonany przez znakomitego malarza, był prawdziwym dziełem sztuki. Artysta dokładnie oddał jej delikatne rysy, świetliste oczy urzekające swoim pięknem i wspaniałe włosy opadające w lokach na odkryte ramiona.
  - O mój Boże! - zawołała, nie posiadając się z radości i dumy - To ja tak ładnie wyglądam? A skąd ten pan malarz wiedział jaka jestem? - pytająco spojrzała na stojącego przy niej Aleksa.
- Dostał twoją fotografię, razem z pasmem włosów, skrawkiem tkaniny i bardzo dokładnym opisem. Jak widzisz, portret zdumiewająco przypomina oryginał.
- Aleczku, to najpiękniejszy prezent, jaki w życiu dostałam! - rozejrzała się i widząc, że w salonie są sami, szybko i mocno pocałowała go w usta.
Po południu zaczęli zjeżdżać goście, a pan Szymon przygotowywał obiad na pięćdziesiąt osób. Kuchnia w Makowie była wyśmienita, a wina stare i mocne. Nina stojąc przy boku Aleksa, witała przybywających gości uśmiechem i ukłonami. Tego dnia ubrana była w suknię z czarnej jedwabnej gazy, leciutką i przeźroczystą, mocno dekoltowaną i szeroką. Na szyi miała dwa sznury cennych pereł i włosy przeplecione mnóstwem drobnych perełek. Po niedawnej chorobie wyglądała jeszcze blado, lecz i tak zewsząd zbierała zasłużone komplementy panów. Wspomagana przez panią Salomeę i wojewodzinę, zabawiała panie rozmową, podczas gdy hrabia z Jasiem, częstowali mężczyzn koniakiem i zakąskami, zapraszając do sali bilardowej na papierosy i cygara. Tego dnia nawet ciotka Maria usiłowała być dla Niny miła. Złożywszy jej życzenia, podarowała solenizantce piękną miniaturę jej matki Heleny, malowaną na kości słoniowej.
- Zmartwiliśmy się z wujem twoim wypadkiem. - powiedziała łaskawie. - Usiądźmy na kanapce, bo chcę cię o coś zapytać. - pociągnęła Ninę w róg sali. - Powiedz mi, co się dzieje w Makowie? - zagadnęła siadając i rozkładając fałdy krynoliny na kanapce obitej barwnym jedwabiem.
- Nie wiem, co ciocia ma na myśli. - Nina bawiła się wachlarzem z czarnych strusich piór, jednym z licznych prezentów imieninowych.
- Nie udawaj! - ofuknęła ją ciotka. - Pauli nie było na pogrzebie hrabiny Tekli, nigdzie się nie pokazuje, a dziś również nie wyszła do gości, chociaż jest w domu. Ludzie już opowiadają sobie niestworzone rzeczy i mówią, że Oleś pragnie śmierci żony, bo zamierza ożenić się z tobą!
- Ciocia najtrafniej odpowiedziała na swoje pytanie. - Nina zarumieniła się i odwróciła lekko głowę. - To tylko niestworzone rzeczy i nikt rozsądny temu nie uwierzy.
- No, ja znam mego ciotecznego brata i nie daję temu wiary, ale inni już plotkują. Może wtajemniczysz mnie w sedno sprawy? Ostatecznie należę do rodziny i mam prawo wiedzieć, co tu się dzieje i dlaczego moja siostrzenica trafiła na ludzkie języki!
Nina westchnęła.
- Pauli nie było na pogrzebie, ponieważ ona chorobliwie boi się zmarłych i uciekła. - zamilkła, jakby zastanawiała się nad tym, co powiedzieć. Ciotka Maria patrzyła na nią z obudzoną ciekawością. - Mam nadzieję, ciociu, że to, co teraz powiem, pozostanie między nami. - zastrzegła, absolutnie przekonana, że cokolwiek powie, ciotka natychmiast podzieli się tą wiadomością z każdym, kto zechce jej wysłuchać.
- Bez wątpienia. Przecież wiesz, że jestem dyskretna. - zapewniła ją ciotka, kładąc rękę na sercu.
- Wiem. Otóż prawda jest taka, że Paula cierpi na ciężką chorobę, a wuj w obawie przed skandalem nie może tego ujawnić.
Ciotka znieruchomiała, wpatrując się w nią w milczeniu.
- Coś podobnego! - wymamrotała, ochłonąwszy z wrażenia. - A na co ona choruje?
- Est-ce que je sais1? - Nina uniosła brwi, powstrzymując się od śmiechu z miny ciotki. - Ona zażywa środki odurzające. Bierze je tak dawno, że wpadła w nałóg. Teraz dostaje ataków szału i cierpi na manię prześladowczą. Wszędzie widzi wrogów i może być niebezpieczna. Kto wie nawet, czy nie jest psychopatką.
Pani Borutyńska z rozchylonymi ustami pochłaniała te wiadomości, ponieważ nigdy w życiu o czymś podobnym nie słyszała.
- Jezus Maria, przecież u nas w rodzinie nigdy nie było wariatki! - niedowierzająco chwiała głową. - A co na to Oleś?
- Wuj nic nie może poradzić, bo ona nie chciała się leczyć. Teraz chwilami traci rozum i plecie od rzeczy, a ludzie słuchają tego i wierzą.
- O, przecież to woła o pomstę do nieba! - zawołała ciotka. - Taka osoba w naszej rodzinie? A Oleś toujours le méme2! Powinien natychmiast wystąpić do Konsystorza, domagając się kościelnego rozwodu! Pomyśleć, w naszej rodzinie kobieta z gminu! Mój Ksawunio zawsze miał ją w podejrzeniu. Wyobraź sobie, że niedawno natknął się na nią w lesie. Gruchała z jakimś mężczyzną, nie wiedzieć z kim, bo prędko uciekli. - ciotka nagle urwała i spojrzała na Ninę ze zgrozą. - Boże, dopiero teraz sobie uświadomiłam, że ta kobieta ośmieliła się kokietować mego Ksawerego! No, ja tego tolerować nie myślę! Oleś jest za bardzo tolerancyjny, ale ja nie pozwolę, żeby taka wywłoka uwodziła mego męża!
Reakcja ciotki przeszła wszelkie oczekiwania Niny, ale zaraz przelękła się, że przedobrzyła.
- Ciociu, proszę tak głośno nie mówić, bo wuj usłyszy i będzie miał do mnie pretensje. - upomniała ciotkę.
- Pardon. Co ona teraz robi? Mogłaby choć dla formy się pokazać. Ludzie nie muszą wiedzieć, że brakuje jej piątej klepki !
- Uprzedziła, że nie weźmie udziału w bankiecie, bo jest cierpiąca.
- To tylko kaprysy rozpróżniaczonej prostaczki! - ciotka nie ochłonęła jeszcze z gniewu. - Dziękuję ci, moje dziecko i postaram się mieć ją na oku. Wybacz, pójdę zobaczyć, co porabia Ksawunio. Od rana źle się czuł, biedaczek. - uścisnęła rękę Niny i pomaszerowała w głąb salonu.
Zajrzała do palarni i upewniwszy się, że mąż spokojnie gra w karty, zaczęła dzielić się usłyszaną wiadomością ze znajomymi paniami. Nina mogła sobie pogratulować, że nareszcie wytrąciła Pauli broń z ręki. Ludzie bardzo lubią przypisywać innym bzika i miała nadzieję, że intrygi Pauli nie znajdą już tak wielu chętnych słuchaczy. Rozejrzała się po salonie i dostrzegła Aleksa rozmawiającego o czymś z Jasiem. Był wyraźnie podenerwowany. Nina dałaby wiele, żeby usłyszeć o czym rozmawiają. Była mile zdziwiona, kiedy podszedł do niej Barycz i podał jej bukiecik białych róż.
- Daruj, niewiele mogę ci ofiarować w dniu twoich imienin. - powiedział, podnosząc jej rękę do ust. - Widziałem twój portret, jest przepiękny, ale oryginał jeszcze piękniejszy.
- Dziękuję ci, Waciu, za śliczne kwiaty. O, przypnę je sobie do szarfy, widzisz?
Milcząco skinął głową, bo jej widok zapierał mu dech w piersiach. Nigdy nie miał złudzeń, co do charakteru ich znajomości. Nina ani razu nie ośmieliła go do przekroczenia granicy przez nią wytyczonej. Wobec niej zawsze był nieśmiały i wycofał się na widok nadchodzącego Jasia.
- O, widzę, że kokietujesz biednego Wacia. - zauważył Jaś i ujął ją pod rękę. - Nie zawracaj chłopakowi głowy, bo i tak nie ma u ciebie żadnych szans. O czym rozmawiałyście z ciotką Marią? Wyglądała na bardzo przejętą.
Nina powtórzyła mu całą rozmowę i spojrzała na niego niespokojnie.
- A może ja źle zrobiłam, misiu? Chyba nie powinnam bez zgody pana Alka ujawniać tajemnic rodzinnych.
- Nie. Masz prawo do obrony własnej godności i moim zdaniem postąpiłaś właściwie. O, idzie Tadek, może zagramy we trójkę coś dla rozrywki?
Nina spostrzegła, że Siekielski niesie pudło ze skrzypcami.
- A gdzie Zosia? - spytała, nadstawiając mu policzek do pocałunku.
- Siedzi na balkonie i rozmawia z bliźniaczkami. Nie czuje się dobrze, ale uparła się, że musi być na twoich imieninach.
- Moja słodka trusieńka. Zaraz do niej pójdę, tylko zagramy jakiś utwór. Szkoda, że Władek Lasewicz się spóźnia.
Jaś niespokojnie rozejrzał się po sali.
- Tadek, nie widziałeś gdzieś Lasewicza?
- Chyba jeszcze nie przyjechali z siostrą.
- Trudno, jakoś damy sobie radę. Chłopcy, może zagramy "Eine kleine Nachtmusik" Mozarta? To takie śliczne. - zaproponowała Nina.
Goście widząc przygotowania do koncertu, uciszyli się i w salonie rozległy się delikatne, rokokowe dźwięki muzyki. Nina wpatrywała się w nuty, lecz myślała o tym, jak dobrze się stało, że Paula nie uczestniczy w bankiecie.
Poprzedniego dnia miała okropny atak szału. Jej krzyki słuchać było w całym pałacu. Nina pobiegła do jej pokoju razem z pokojówkami i aż osłupiała na widok jej wykrzywionej kurczami twarzy, bez śladu piękności, sinej, z ustami pokrytymi pianą. Oczy były wytrzeszczone i przekrwione, a wzrok dziki, jak u wściekłego zwierzęcia. Nina natychmiast posłała po Jasia i kiedy przyszedł, odwróciła się gwałtownie, kryjąc twarz na jego ramieniu i obejmując go kurczowo.
- O Boże! - drżała w jego objęciu. - Jakie to straszne.
- Uspokój się, zaraz wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi. - uwolnił się z jej rąk i podszedł do Pauli. Miotała się po posadzce, targana skurczami, krzyczała, wyła i jęczała.
Jaś rozkazał wszystkim wyjść z pokoju i zaaplikował Pauli morfinę. Jej nieludzkie wrzaski nareszcie ucichły. Zadbawszy, aby pokojówka przebrała panią, młody lekarz wyszedł z sypialni, ponuro kręcąc głową. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.
Hrabiego nie było w tym czasie w pałacu, lecz gdy wrócił z folwarku, obaj mężczyźni odbyli długą rozmowę w cztery oczy. Nina domyślała się, że z Paulą musi być źle, ale nie żałowała jej, bo nie zasłużyła na współczucie. Jej mózg, prawdopodobnie na skutek nadużywania narkotyków, uległ uszkodzeniu, bo wieczorem nie pamiętała wcale ataku i zachowywała się niemal normalnie.
Kiedy zegary wybiły godzinę szóstą, w drzwiach salonu stanął Walenty w galowej liberii i oznajmił uroczyście, że do stołu podano. Wielka jadalnia była tego dnia udekorowana kwiatami i drzewkami pomarańczowymi. Przed obiadem, panowie częstowali się zakąskami, stojącymi na osobnym stole. Raczono się kawiorem, portugalskimi sardynkami, łososiem, najlepszymi śledziami i sałatami przybranymi majonezami. Apetycznie wyglądały rzodkiewki obrane w ten sposób, że każdą przyozdabiał zielony listek. W srebrnych koszykach wyłożonych białymi serwetami leżało pieczywo, a w porcelanowych masielniczkach wiórki świeżego masła. Obok, na srebrnej tacy, stały karafki z wódkami. Przy wspaniale przybranym stole rozsadzono gości tak zręcznie, że każdy miał obok siebie interesującego sąsiada.
Solenizantka siedziała na miejscu pani domu, jej krzesło spowijała girlanda białych róż. Podano do wyboru dwie zupy: purėe z bażanta i rosół po orleańsku .Przy zupie hrabia wzniósł toast na cześć młodziutkiej solenizantki, a na dziedzińcu huknęła mała armatka wiwatówka. Uszczęśliwiona Nina dziękowała uśmiechami i ukłonami.
- Zadowolona? - szepnął Aleks, pochylając się ku niej. Wznosił toast stojąc przy jej krześle.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, obie połowy rzeźbionych drzwi otworzyły się szeroko i lokaj oznajmił:
- Jaśnie pani hrabina!
Nina zbladła i obejrzała się zdumiona. W sali zapanowała głucha cisza, bo skonsternowani goście przerwali spożywanie zupy i wpatrywali się w drzwi. Do jadalni lekkim krokiem weszła Paula, w wytwornej toalecie z różowego chińskiego jedwabiu, w diamentach, jaśniejąca pięknością. Zauważywszy, że wszystkie oczy zwrócone są na nią, zatrzymała się na moment, jakby speszona niezręczną sytuacją, potem z nieopisanym wdziękiem złożyła ukłon i podeszła do stołu. Na ustach miała salonowy uśmiech, ale w jej oczach patrzących na męża i Ninę malowała się złośliwa drwina. Dla Niny był to straszny cios. Siedziała na miejscu pani domu, teraz musiała wstać i odstąpić miejsce Pauli, która nieomylnie wybrała ten właśnie moment na swoje grande entrèe3 Ninie krew uderzyła do głowy z upokorzenia i wściekłości. Próbowała uśmiechać się kącikami ust, żeby nie okazać, co przeżywa i wyjść z tego z honorem .Cały ten incydent trwał zaledwie kilka sekund, lecz jej wydał się wiekiem. Wybawił ją Aleks, odstępując własne krzesło Pauli .Walenty natychmiast podsunął mu inne. W oczach starego kamerdynera płonęło oburzenie.
- Zrobiłaś nam miłą niespodziankę. - powiedział hrabia, pomagając żonie usiąść. - Widzę, że lepiej się czujesz.
Posłała mu zdumione spojrzenie i unosząc lekko brwi odparła :
- Nie rozumiem, co masz na myśli mówiąc o niespodziance. Przecież nie byłam chora i czuję się znakomicie.
Teraz już naprawdę sytuacja bliska była skandalu. Paula tryumfowała, dokuczywszy mężowi i upokorzywszy Ninę. Na szczęście siedzący obok Niny Jaś, nie stracił przytomności umysłu.
- Pani hrabino, cieszymy się widokiem pani, jednak jako lekarz, usilnie doradzałbym odpoczynek po wczorajszej dolegliwości!
Aleks również nie stracił zimnej krwi i z niewzruszonym spokojem skinął na Walentego.
- Czy panią hrabinę powiadomiono o dzisiejszym bankiecie?
- Tak jest, jaśnie panie hrabio. Dwukrotnie. Najpierw ja byłem u pani hrabiny, potem raz jeszcze Paweł. - oznajmił kamerdyner, zachowując kamienną twarz..
- Proszę wezwać Pawła.
Paula poruszyła się niespokojnie, gdy do jadalni wszedł przestraszony lokaj.
- Czy prosiłeś dziś panią hrabinę na bankiet? - zagadnął go Aleks.
- Tak, proszę jaśnie pana hrabiego. Aż dwa razy pytaliśmy jaśnie panią, czy raczy zejść do gości, ale jaśnie pani powiedziała, że jest chora i ani na obiad, ani na kolację nie zejdzie.
- Dziękuję, może Paweł odejść. - Aleks posłał żonie uśmiech drwiący i lodowato zimny. - Biedactwo. - westchnął z ubolewaniem. - Trapiona cierpieniem, zapewne o tym zapomniałaś!
Tym razem to Paula oblała się purpurowym rumieńcem.
- Ach, proszę wszystkich państwa o wybaczenie. - oznajmiła przybierając minę męczennicy. - Istotnie, rano sądziłam, że nie zdołam przezwyciężyć cierpienia, ale potem poczułam się nieco lepiej i postanowiłam nie sprawiać drogiej solenizantce i mężowi zawodu. - zakończyła z fałszywą serdecznością.
- No to wyjaśniliśmy sobie to drobne nieporozumienie. - Aleks skinął głową i powrócił do jedzenia, kończąc bez pośpiechu jeść zupę.

Goście udając, że nic nie zaszło i swobodnie rozmawiali. Walenty skinął nieznacznie na lokajów, a ci zaczęli krążyć dokoła stołu, napełniając kieliszki szampanem. Ponownie wzniesiono okrzyki na część obu solenizantek. Na dziedzińcu znowu gruchnęła armatka, zaś panowie spełniali toasty, pijąc z pantofelka Pauli i Niny. Lokaje bez przerwy wnosili półmiski i dolewali wina. Obiad był wspaniały i ciągnął się dwie godziny. Paula piła szampana i zachowywała się tak wesoło, jakby poprzedniego dnia nie wiła się w mękach. Śmiała się i zalotnie rozmawiała z sąsiadami, usilnie starając się zatrzeć w pamięci gości swoją kompromitację. Jej uwagę zwrócił przystojny mężczyzna, przywieziony do pałacu przez Bieckiego. Nina nie pamiętała, aby kiedykolwiek widziała go w pałacu lub w sąsiednich dworach. Jednak nieznajomy niewątpliwie zrobił na hrabinie wrażenie, bo ciągle zwracała się do niego, posyłając mu obiecujące uśmiechy.
- Trusieńko, nie wiesz, kim jest ten pan? - szepnęła Nina do ucha siedzącej obok Zosi.
- Ach ten! To pan Szarecki. - Zosia pogardliwie wygięła wargi. - Przyjechał do Kazia Bieckiego, a Dora jest nim zachwycona. To taki łowca posagów, podobnie jak Kazio. Nieprzyjemna kreatura. Zaleca się do wszystkich posażnych panien, lecz nie stroni również od łatwych mężatek. - Zosia katem oka zerknęła na Paulę.
- Tu nie będzie miał trudnego zadania. - zauważyła Nina ze wzgardą.
Po skończonym obiedzie skierowała się do salonu, lecz Paula zastąpiła jej drogę.
- Za wcześnie zajmujesz moje miejsce. - syknęła. - Dałam ci nauczkę!
- Próbowała pani skompromitować pana Alka i mnie, ale ośmieszyła pani samą siebie! - odparła Nina mierząc ją wyniosłym spojrzeniem.
Paula parsknęła śmiechem, wzruszyła ramionami i szeleszcząc krynoliną odeszła. Jako pani domu, obowiązana była wprowadzić gości do wielkiego salonu, wsparta na ramieniu męża. Ale ona zignorowała swoje obowiązki i skinąwszy na Szareckiego, ujęła go pod rękę i chichocząc, coś szeptała mu do ucha, wolno wchodząc po schodach .W wielkim salonie było gwarno, bo panny oblężone przez wielbicieli, obstąpiły fortepian i flirtowały z nimi pod czujnym okiem matek. Starsze damy obsiadły kanapy i fotele plotkując, panowie w bocznym salonie palili papierosy, grali w bilard, karty i szachy, popijając koniak. Lokaje roznosili wina, lody i ciasta. Nina z Zosią usiadły na balkonie, lecz niebawem odnalazł ją tam Paweł i oznajmił, że prosi ją jaśnie pani dziedziczka z Sarnik. Nina westchnęła, domyślając się, o co ciotce chodzi i z ociąganiem podeszła do wielkiej kanapy, na której siedziała ciotka w towarzystwie wojewodziny, pani Salomei oraz pani Jabłockiej. Ciotka Maria spiorunowała ją wzrokiem.
- Nie mogę pojąć, skąd w tobie taka inklinacja do intryg! - wybuchnęła. - Zmyśliłaś rzekomą chorobę hrabiny, bo przecież Paulinka czuje się dobrze i wygląda czarująco. Zastanawiam się, czy nie powtórzyć naszej rozmowy Olesiowi. Niech wie, jak się odnosisz do jego żony!
Pod Niną ugięły się kolana, ale nawet nie mrugnęła okiem.
- Rozmawiając z ciocią, prosiłam o dyskrecję! - przypomniała. - Zaufałam cioci w dobrej wierze i teraz tego żałuję. Ostrzegam, że wuj Aleks nie lubi, kiedy k t o ś wtrąca się w jego życie prywatne! - trzęsła się z bezsilnej złości, mając ochotę rozerwać ciotkę na kawałki.
Na szczęście wojewodzina i pani Salomea ujęły się za nią.
- Maryniu, Nina lepiej wie, co się w tym domu dzieje. - powiedziała wojewodzina, która nie znosiła Pauli.
- Ninusia mówiła prawdę, bo pani Paula rzeczywiście jest ciężko chora. - oświadczyła spokojnie pani Salomea. - Przez długi czas nie wychodziła ze swoich apartamentów.
Zanim rozgniewana ciotka zdążyła zareagować na k t o s i a, Nina odwróciła się na pięcie i lekceważąc dobre maniery, powędrowała w głąb salonu. Obawiała się, że ciotka może powtórzyć Aleksowi ich rozmowę i była pewna, że on jej tego nie wybaczy. Zajrzała do palarni i spostrzegła, że hrabia siedzi przy stoliku i gra w preferansa ze starszym panem Siekielskim. Po jego minie poznała, że jest znudzony i zły. Niespodziewane pojawienie się Pauli z pewnością wyprowadziło go z równowagi. Tego dnia hrabina miała na sobie rodowe diamenty które, jak twierdziła, musiała zastawić. Skąd wzięła pieniądze na wykup klejnotów?
Jej wesołość i dobry humor świadczyły, że miała swoje „przysmaki”. Ale Nina z doświadczenia wiedziała, że jej nastrój rychło zmieni się w ponurą depresję, w miarę jak działanie narkotyku zacznie słabnąć.
W pobliżu drzwi zauważyła stojącego samotnie Jasia. Miał taki wyraz twarzy, jakby z niecierpliwością kogoś wyglądał. Raz po raz wychodził na galerię i przechylał się przez balustradę, patrząc na dół do sieni. Potem z rozczarowaną miną wracał na próg salonu.
- Cóż to, misiu, jakaś kapryśna piękność wyznaczyła ci spotkanie i nie przyszła? - zażartowała Nina, biorąc go pod rękę.
Po jego ustach przemknął uśmiech, lecz zaraz zgasł.
- Kiciu, nie widziałaś Władka Lasewicza?
- Jeszcze ich nie ma. Nawet mnie to dziwi, bo panna Kazimiera zawsze jest punktualna. Może im koło spadło w powozie. Chodź, spytamy Stasię.
Skierowali się w stronę fortepianu, przy którym siedziała Jadwiga i przeglądała nuty do śpiewu. Obok stała Stasia, rozmawiając z Baryczem. Miała na sobie białą jedwabną suknię, przybraną czarnymi kwiatami z atłasu. Ostatnio zachowywała się mniej zaczepnie i bardzo wyładniała. Z narzeczonym byli w sobie gorąco zakochani i z niecierpliwością oczekiwali dnia ślubu.
- Ślicznie wyglądasz Stasiu. - szczerze pochwaliła Nina. - Nie wiesz, dlaczego Lasewiczowie się spóźniają?
Panna Wąsocka przerwała ożywioną rozmowę z Baryczem i rewanżując się mu za jakieś pikantne powiedzonko, trzepnęła go rękawiczkami po ramieniu.
- Wyobraźcie sobie, że ten niegodziwiec, - wskazała palcem Barycza - oświadczył mi, że zamierza zostać socjalistą! Ponieważ oni podobno mają wspólne żony. Jestem zbulwersowana! Dlaczego, do licha, my kobiety, nie mamy prawa mieć wspólnych mężów? To jakaś dyskryminacja, protestuję!
- Nie narzekaj, bo od początku świata panie dzieliły się mężami! Chciałabyś, żeby jakaś inna pani zainteresowała się Władkiem? - zaśmiał się Jaś.
- Niedoczekanie! Wydrapałabym wydrze oczy! - wojowniczo zawołała Stasia, wywijając wachlarzem.- Co innego, jakby moja przyjaciółka miała przystojnego męża!...
- Stasiu, jesteś niedyskretna. - skarcił ją zmieszany Barycz.
- Tylko się nie wypieraj, niech Nina wie, co ci chodzi po głowie! - odparła bezlitośnie. - Wszyscy jesteście tępi i bez wyobraźni!... - rzuciła okiem na zegar i powiedziała ze zdziwieniem.:- Władek uprzedził mnie, że może się spóźnić, ale już powinni tu być. Że też nie mógł sobie wybrać innego dnia na interesy.
Jaś wyraźnie się zdenerwował.
- Jak tylko Władek się pokaże, przyślij go do mnie, proszę cię, moja droga.
Stasia posłała mu chmurne spojrzenie i potrząsnęła długimi lokami.
- No, jeszcze się zastanowię! Pewnie znowu chcesz go wyciągnąć na kaczki. Wyobraź sobie Nino, że ten chłopak, - wskazała wachlarzem Jasia - ciągle umawia się z Władkiem na jakieś idiotyczne polowania. Całymi dniami gdzieś łażą, a ja siedzę w domu i nudzę się jak mops!
- Obiecuję, że się poprawię. - Jaś podniósł dwa palce w górę. - Zamienię z nim tylko kilka słów i zaraz ci go oddam.
-Wcale ci nie wierzę! Nie puszczę go z tobą ani na krok, chyba że.... - Stasia uśmiechnęła się przymilnie - że weźmiecie mnie z sobą! Ja także dobrze strzelam.
- A niech mnie Pan Bóg broni! - wykrzyknął Jaś z przerażeniem. - Chcę jeszcze trochę pożyć! Ostatnim razem o mało nie trafiłaś mnie w kolano. Do końca życia byłbym kaleką. W najlepszym razie zamiast kaczki, wykończysz jakiegoś psa!
Śmiał się, lecz Nina poznała, że jego wesołość jest sztuczna. Kiedy Stasia usiadła do fortepianu, aby akompaniować śpiewającej siostrze, Nina pociągnęła Jasia w kąt i rzekła wprost:
- Powiedz mi, co się dzieje? Jesteś bardzo zdenerwowany.
- Zdaje ci się. Jestem po prostu zły, bo Władek miał tu być o piątej, a teraz dochodzi dziewiąta, a jego nie ma.
- Kochany, zapominasz o stanie naszych świętokrzyskich dróg! Koń mógł złamać nogę, lub koło spadło, albo dyszel pękł. Uspokój się, misiu. Rano poślę chłopca do Porajów i dowiemy się, dlaczego nie przyjechali.
Jaś nie odpowiedział, tylko spuścił głowę i wpatrywał się w geometryczny wzór na posadzce z różanego drewna. Zaczęli przechadzać się po salonie, nic do siebie nie mówiąc.
- Musicie tak krążyć w kółko, jak nocne marki? - Tadeusz zmierzył ich podejrzliwym wzrokiem. - Jasiek, masz niestrawność? Już dawno nie widziałem u ciebie takiej rzewnej miny. Ninko, idź do Zosi, bo sama siedzi na tarasie.
- Zaraz pójdę. A co chciałeś powiedzieć Jasiowi?
- Nie twoja rzecz, małpeczko!
- Tadziu, bądź przyjacielem! I nie licz na to, że sobie pójdę! - uroczo uśmiechnięta cmoknęła go w policzek.
- Mała czarownica!.. No, dobrze, dobrze. - mruknął, mięknąc pod jej słodkim spojrzeniem.- Kazek Biecki powiedział mi, że wczoraj aresztowano rządcę w majątku Łotockich. - urwał i obaj mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia.- Przesłuchiwano nawet Łotockiego, ale wytłumaczył, że rządca pracuje u niego dopiero od marca i jeszcze dobrze go nie zna.
- A co was obchodzi rządca? - wtrąciła się Nina, wzruszając ramionami. - Też znaleźliście sobie temat na bankiet .
- Cicho bądź i zmykaj stąd ! - warknął na nią Tadeusz.
- Dlaczego na mnie krzyczysz? Jeżeli ci zawadzam, to zastrzel mnie przy imieninach. Strzelby są w sali myśliwskiej. - chlipnęła rzewnie.
- Przepraszam, tak mi przykro, kochanie. - Tadeusz natychmiast się rozczulił, widząc jej oczy napełniające się łzami.- No, słoneczko, nie płacz. Ja nie chciałem...Tylko widzisz, prawdopodobnie mamy gdzieś w pobliżu konfidenta. Och, żebym go tak dostał w swoje ręce!
- To byś go puścił i obdarzył rublem na drogę. - powiedział Jaś, znając jego dobre serce.
Nina nagle odniosła wrażenie, że na sali pociemniało. Odruchowo przytuliła się do Jasia, jakby szukając u niego pociechy.
- Chyba się boję! - wyznała otwarcie.
- Ty? - Tadeusz spojrzał na nią z dumą i czułością. - Masz serce lwicy, choć urodziłaś się pod znakiem Raka. Nie ulękniesz się samego diabła. No, uśmiechnij się, dziś twoje święto. Oj, biedny będzie ten nieszczęśnik, który dostanie się w twoje pazurki. Aha, zapomniałem wam powiedzieć, że nasza urocza Dorotka, wyraziła niezadowolenie, bo nie ma tańców.
- Na głowę upadła? - oburzyła się Nina. - Przecież mamy żałobę. Poza tym, ona w tańcu porusza się jak niedorżnięta kaczka!
Obaj panowie wybuchnęli śmiechem.
- Ależ z ciebie osa! - rzekł z podziwem Tadeusz. - Chodź, Jasiu, pogramy sobie w bilard. A jakby Władek przyjechał, to Ninka nas zawiadomi, prawda?
Patrzyła za nimi, jak szli przez salon obaj wysocy i jasnowłosi. Naraz ogarnął ją strach i zapominając, że jest solenizantką i ma obowiązek bawienia gości, oburącz uniosła suknię i wybiegła z salonu, uciekając od ludzi i ich niebezpiecznych spraw. Zadyszana wpadła do zimowego ogrodu i odetchnęła. Tu panowała cisza, tylko kolorowe papużki szczebiotały do siebie. Już zamierzała pójść w głąb ogrodu, lecz zatrzymała się jak wryta usłyszawszy jakiś dźwięk. Jakby westchnienie, czy jęk? Cofnęła się za krzak kwitnącej żółto mimozy i wyjrzała ostrożnie.
 W głębi ogrodu, na miękkiej ławeczce ktoś siedział. Na pierwszy rzut oka nie mogła rozpoznać kto to jest, bo siedział skulony, zanurzywszy palce obu rąk we włosach, gestem bezradnej rozpaczy. W ogrodzie było ciemnawo, bo tylko jedna lampa świeciła się pod sufitem. Ośmielona rozpaczliwą postawą mężczyzny, podeszła bliżej i osłupiała. Przed nią siedział Żabiec!
Zgrzytnęła zębami i zacisnęła pięści. Przyszedł do pałacu, chociaż wcale nie był zaproszony. Dopilnowała tego osobiście, mimo iż wiedziała, że sprawi tym przykrość proboszczowi. Już zamierzała podejść do niego i stanowczo wyprosić go z ogrodu, ale powstrzymała się usłyszawszy, że stuknęły szklane drzwi i ktoś wszedł. Błyskawicznie uskoczyła za pień dużej palmy, kryjąc się w głębokim cieniu. Zaszeleściła kobieca suknia i do Żabca podeszła Paula.
- Nareszcie! - odezwał się gniewnie, podnosząc głowę i prostując się na ławce. - Już miałem odejść.
- W ogóle niepotrzebnie tu przyszedłeś. Ktoś może nas zobaczyć. - oświadczyła rozdrażniona. Jej twarz w bladym świetle lampy wydawała się jakby widmowa.
- Chciałem ci tylko powiedzieć, że zrobiłem, co mi kazałaś. Ostatni raz! Więcej cię nie posłucham. Popełniłem grzech śmiertelny i Pan Bóg mi tego nie wybaczy.
- Nie bądź głupcem, przecież Boga nie ma. - skrzywiła się drwiąco.
- Jest, zobaczysz go w godzinie śmierci! - wyszeptał i zaczął się trząść. - Nie powinnaś była żądać tego ode mnie. Jestem księdzem.
- I moim kochankiem! - Paula stała zimna i patrzyła na niego z pogardą. - Nie pierwszy raz to zrobiłeś, zapomniałeś?
- Robiłem to dla ciebie. Ale więcej tego nie uczynię. Zresztą tamtym nie stanie się krzywda, bo o niczym nie wiedzą. Ale teraz.... - zamilkł i przesunął dłonią po gęstych czarnych włosach.- Jestem potępiony. Ty także!
- Do niczego ciebie nie zmuszałam.
- Ale ja chciałem zasłużyć na twoją miłość! - powiedział wstając. - O, byłem ślepy, bo ty mnie wcale nie kochasz. Potrzebowałaś pieniędzy, a ja ci je dawałem.
- Te groszaki? - prychnęła śmiechem. - Jesteś nie tylko ślepy, ale i głupi! - wrzasnęła z pasją. - Nie musimy się już widywać, zresztą wkrótce wyjeżdżam.
Na jego twarzy odmalował się niepokój. Postąpił ku niej i ujął ją za rękę.
- Na długo wyjeżdżasz? Dokąd? Nie zostawiaj mnie samego. Przecież obiecywałaś, że wyjedziemy razem. Musimy się jeszcze zobaczyć. - zadawał jej pytania z widocznym lękiem.
- Dobrze. No, idź już, bo jeszcze ktoś tu wejdzie!
Przez długą chwilę patrzył na nią w milczeniu, potem odwrócił się wolno i cicho wyszedł z ogrodu. Paula natychmiast się rozpogodziła.
- A idź do czorta, ty durny klecho! - śmiejąc się, posłała za kochankiem pobożne życzenie. Przeszła tak blisko Niny, że dotknęła ją niemal rąbkiem sukni i owionęła zapachem różanych perfum.
Nina wysłuchała ich rozmowy zlodowaciała z przerażenia. Była spocona jak mysz i kolana uginały się pod nią. Przez jakiś czas nie ruszała się ze swej kryjówki, dopiero upewniwszy się, że Paula odeszła i w ogrodzie nie ma nikogo, blada i roztrzęsiona pobiegła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na klucz i upadła na najbliższe krzesło rozważając, co powinna uczynić. Podsłuchana rozmowa była na pewno bardzo ważna i powinna komuś o niej powiedzieć. Żabiec zachowywał się bardzo dziwnie, był załamany i zdesperowany, miał wyrzuty sumienia. Co takiego zrobił, że tak bardzo ten czyn nim wstrząsnął? Przez moment współczuła temu nieszczęsnemu chłopakowi. Nie był zły z natury, lecz dostał się w ręce diablicy. Zerwała się i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju, starając się opanować wzburzenie Przemyślawszy sprawę uznała, że powinna koniecznie porozmawiać o tym z Jasiem. Rzuciła okiem do lustra, poprawiła fryzurę i odświeżywszy się wodą kolońską, poszła do salonu. Zaraz przy wejściu, natknęła się na hrabinę roześmianą, zadowoloną i lśniącą od klejnotów.
- O, znalazła się solenizantka!
- Czyżby pani tęskniła za mną?
- Wątpisz w to?
- Bynajmniej. Te diamenty idealnie pasują do pani toalety. - zauważyła Nina z przekąsem.- Podobno były zastawione? Ich wykupienie z pewnością wiele panią kosztowało.
- Zapamiętaj to sobie, że niekoniecznie za wszystko płaci się pieniędzmi. Są inne sposoby regulowania należności!
Nina skinęła głową i nie wdając się więcej w rozmowę z nią, odeszła. Jasia odnalazła na tarasie, stał razem z Tadeuszem, Baryczem i kilku młodymi panami z sąsiedztwa, i rozmawiali o czymś półgłosem. Kiedy weszła, na ich twarze padł promień światła, wtedy zauważyła, że wszyscy są zdenerwowani. Skinieniem głowy odpowiedziała na niskie ukłony mężczyzn i ujęła Jasia pod rękę.
- Mój drogi, poświęć mi chwilę czasu. - poprosiła półgłosem.
- A co się stało, kotku? - dopytywał się, widocznie bardzo niezadowolony z pojawienia się Niny na tarasie. - Krem się nie udał, czy lody się roztopiły?
- Nie żartuj. - powiedziała poważnie i przemagając jego opór, zaciągnęła go do buduarku.
- Kiciu, ja naprawdę nie mam czasu! - bronił się, lecz ona popchnęła go na fotel i przykucnęła u jego kolan.
- Jasiu, obawiam się, że stanie się, lub już się stało coś bardzo złego! - oznajmiła poważnie. - Przypadkiem podsłuchałam dziwną i tajemniczą rozmowę Żabca z Paulą. - powtórzyła mu o czym mówili, starając się niczego nie przekręcić.
Jaś słuchał jej nie przerywając, a zniecierpliwienie zniknęło bez śladu z jego twarzy, ustępując miejsca zainteresowaniu.
- No wiesz, sam nie wiem, co o tym myśleć. - mruknął, kiedy zamilkła. - Trudno zgadnąć, co nasz Rafałek przeskrobał. Możemy tylko snuć najdziwniejsze przypuszczenia. - zniechęcony potrząsnął głową. - W każdym razie, dziękuję ci, że mnie powiadomiłaś.
Nina odniosła wrażenie, że Jaś nie jest z nią szczery i ukrywa swoje podejrzenia, nie chcąc jej straszyć. 
 Przez otwarte drzwi na balkon wpadały ogromne ćmy i trzepocząc bezradnie, oślepione światłem, ginęły w płomieniu świec i roztopionym wosku. Pod balkonem, na krzewie jaśminu usiadł słowik. Był spóźniony, widocznie w maju nie znalazł sobie samiczki i teraz siedząc samotnie, żalił się nocy miłosną arią. Śpiew ptaka jeszcze bardziej Ninę rozstroił. Odsunęła koronkową firankę i wyszła na balkon.
Noc była jasna, księżycowa, wonna od zapachu jaśminów, maciejki i rozkwitających lip. W ciemności rysowały się wysmukłe pnie wielkich drzew na tle jaśniejszego nieba. Pałac i park pogrążone były w spokoju srebrnej ciszy. Jedynie z wielkiego salonu dobiegały delikatne dźwięki fortepianu i wysoki sopran Jadwigi, śpiewającej starą, osiemnastowieczną kanconę:
Plaisir d'amour ne dure qu'un moment
Chagrin d'amour dure toute la vie4.
Ten spokój nocy letniej, stwarzał złudne poczucie bezpieczeństwa, ale Nina przeczuwała, że jest to cisza, jaka bywa przed burzą, która może zniszczyć rodzinne gniazdo Klonowieckich, a ją samą wtrącić w otchłań rozpaczy.
- Kochanie. - ramię Jasia objęło mocno jej talię. - Przecież nic się jeszcze nie stało. Ta rozmowa mogła być zupełnie niewinna. Może Żabiec żałuje, że nie przestrzega celibatu i okrada kasę parafialną? Uspokój się i chodźmy do salonu, bo niedługo kolacja i koniec bankietu. Trzeba się pokazać.
Z całej siły przytuliła się do niego.
- Jasiu, tak strasznie się czegoś boję! - wyszeptała drżącymi ustami.- Jestem już pewna, że to Żabiec napisał ten donos.
- Kiciu, opanuj się, bo ktoś zauważy, że jesteś zmartwiona i wyciągnie z tego błędne wnioski.
Wziął ją za rękę i zaprowadził do salonu.
- Panie Janeczku. - posłyszeli za sobą słodziutki głos Pauli. - Czy może mi pan coś zaaplikować na uporczywy ból głowy? Cierpię od rana.
- Przepisałem pani wczoraj leki. Mówiła pani, że czuje się doskonale! - rzekł niezbyt uprzejmie.
- Tak, ale potrzeba mi jeszcze .... laudanum! Na sen.
- Powinna pani unikać takich leków i raczej więcej wypoczywać, dłużej sypiać i zasięgnąć porady lekarza.
- Przecież właśnie to zrobiłam! - przesłała mu kokieteryjny uśmiech.
- Ja jestem chirurgiem, nie neurologiem! - oznajmił chłodno, nie siląc się nawet, by wydać się miły. Złożył paniom ukłon i wmieszał się w tłum gości.
Nina przemknęła pod kolumnadą sali balowej i przysiadła obok Zosi, której Dorota Jabłocka opowiadała o swojej ślubnej wyprawie. Na widok przyjaciółki, bladą zmęczoną twarzyczkę Zosi, rozjaśnił radosny uśmiech.
- Nareszcie! Gdzie tak biegasz, Ninetko? Już stęskniłam się za tobą.
Nina mrugnęła do niej, lecz zanim zdobyła się na odpowiedź, uprzedziła ją Dorota:
- Sophie, jesteś niedyskretna! - odezwała się z fałszywym uśmiechem. - Przecież widzisz, że pana hrabiego również nie było w salonie!
Zosia zmieszała się i zarumieniła z przykrości, ale Nina zachowała obojętną minę, choć obawiała się, że za chwilę jej udawany spokój diabli wezmą.
- Cierpisz chyba na kurzą ślepotę! - odgryzła się ostro. - Nie widzisz, że od obiadu wuj Aleks siedzi w palarni i gra w karty? Zamiast przypinać mi łatki, przypilnuj lepiej swego gagatka, bo gra jak szalony i co chwilę sięga do portfela! Mówiono, że swoim posagiem spłacasz jego długi. Podobno nawet Żydzi w miasteczku, nie chcą już udzielać Kaziowi kredytu, choć zaciąga pożyczki á conto twego posagu!
- To nieprawda! - zaprzeczyła gwałtownie Dorota, rumieniąc się aż po nasadę włosów. - Kazio nie jest zdolny do takiej niegodziwości! Powtarzasz wstrętne plotki.
- A więc sama na sobie doświadczyłaś, jak plotki mogą komuś zatruć życie! - zauważyła złośliwie Nina. - Na przykład jedni mówią, że wuj Aleks ma romans ze mną i zadręcza biedną żonę, a drudzy przysięgają, że sama sprawiłaś sobie pierścionek zaręczynowy, bo Kazio jak zwykle był bez grosza!
Dorota zerwała się z kanapki, spiorunowała ją wściekłym wzrokiem i próbując zachować resztki godności, odmaszerowała pod skrzydła matki, z wysoko zadartym nosem. Nina wykrzywiła się zabawnie za jej plecami. Dobrze wiedziała, że panie Jabłockie jeżdżą po sąsiadach i roznoszą plotki o niej i o Aleksie.
- Ninetko, tobie coś jest. - powiedziała Zosia, przypatrując się jej uważnie.
- To tylko nerwy, trusiu. - skłamała Nina. - Ta żenująca scena przy obiedzie bardzo mnie zdenerwowała.
Po wykwintnej kolacji pod kolumnadę zaczęły zajeżdżać powozy. Gwarne niedawno salony opustoszały, a dom zaległa cisza. Nina podziękowała pani Salomei za pomoc w zabawianiu gości i zmęczona, z obolała głową udała się do swego pokoju. Na schodach natknęła się na Aleksa. Rozmawiał z Jasiem, do jej uszu dotarły ostatnie słowa, wypowiedziane przez Borutyńskiego:
- Dobrze, będę czekał. - zobaczywszy nadchodzącą Ninę, Jaś skinął jej dłonią i pośpiesznie się oddalił.
- Dobranoc, Alku. - powiedziała i dygnęła uprzejmie. - Dziękuję ci za wspaniałe imieniny.
W sieni paliły się jeszcze żyrandole i w ich świetle dostrzegła jego ściągniętą i zmęczoną twarz. Ale bursztynowe oczy uśmiechnęły się do niej.
- Noc chłodna, a ty lekko ubrana. Przeziębisz się, promyczku.
- Ależ skąd! - zaprzeczyła i dwa razy kichnęła.
- No proszę! Mówiłem. Może masz gorączkę? - położył dłoń na jej czole. - Nie, ale powinnaś bardzo uważać. Jesteś nie tylko moim promyczkiem, ale całym słońcem mojego życia.
Zapragnęła znaleźć się w jego ramionach, marzyła aby ją objął i nie zadawał żadnych pytań. Miała już dosyć uników, kłamstw i patrzenia w jego oczy ze świadomością, że nie wyczyta z nich prawdy ukrytej głęboko w jego sercu.
- Powinnaś się zaraz położyć, to był ciężki dzień.
- Raczej nieudany z winy Pauli. Lecz mimo wszystko dziękuję ci za piękne prezenty i tę uroczystość. - objęła go wpół. - Pocałuj mnie na dobranoc. - poprosiła cicho.
Tym razem nie było to już muśnięci, ale długi zaborczy pocałunek. Przez chwilę czuła bicie jego serca przy swoim.
- Idź już spać, słonko. - puścił ją i odszedł do swoich apartamentów.
Nina rozebrała się sama, nie wołając nikogo i z niejaką trudnością rozsznurowała gorset. Włożyła nocną koszulę i lekki szlafroczek, siadając przed lustrem i starannie szczotkując włosy. Na ustach czuła smak warg Aleksa i słodycz pocałunku. Pomyślała, że przy kolacji Paula piła dużo szampana i ulotniła się wcześnie, nie żegnając nikogo. Wpatrując się w taflę lustra, Nina zadała sobie pytanie, czy hrabina rzeczywiście udała się na spoczynek? Jej ukradkowe spotkanie z Rafałem bardzo ją zaniepokoiło. Miała przeczucie, że w słowach Rafała było coś niedopowiedzianego i strasznego. Namyślała się przez kilka minut, potem zrzuciła z nóg pantofelki i boso, cichutko jak myszka, pomknęła do pokojów hrabiny. Jakiś czas nadsłuchiwała, lecz przeszkadzały jej głosy służby sprzątającej salony. Wydało się jej, że w sypialni Pauli nie ma nikogo. Pełna złych przeczuć, delikatnie nacisnęła klamkę i nieśmiało zaglądnęła do wnętrza "złotej komnaty". Przy łożu paliła się nocna lampka, rzucając wąski krąg światła.
 Przez chwilę Nina stała nieruchomo, potem wycofała się na palcach i popędziła do siebie. Jednym tchem wypiła szklankę kompotu, nalała z dzbanka do miednicy wody i przemyła twarz trąc ją, jakby pragnęła zetrzeć kalające ją piętno. Była czerwona ze wstydu i nie mogła sobie darować, że licho zaniosło ją do pokoju hrabiny. Choć bardzo się o to starała, nie potrafiła wymazać z pamięci obrazu dwóch nagich ciał, splecionych ze sobą w miłosnym uścisku. Nie chciała już o tym myśleć, próbując skupić się na wieczornej modlitwie, ale zamiast pobożnego obrazu, miała ciągle przed oczami zmagające się w uścisku ciała i słyszała spazmatyczne westchnienia kochanków. Bliska załamania nerwowego, dopiero po pewnym czasie odkryła z odrazą, że wybrańcem Pauli był Szarecki - mężczyzna, którego hrabina pierwszy raz w życiu widziała!
Wzdrygnęła się z obrzydzenia i tęsknie spojrzała w stronę łoża, czując się jak zgoniony pies. Położyła się na kołdrze, bo w pokoju było duszno, zdmuchnęła świecę i przymknęła powieki. Ale tym razem sen dał się prosić, drażniły ją najmniejsze szmery, kołatki stróżów i szczekanie brytanów. Umęczona bezsennością Nina wstała i wyszła w koszuli na balkon. Letnia noc była bardzo krótka, na niebie lśniły gwiazdy, a ogród różany słał ku niej zapachy rozkwitłych kwiatów."Taką noc powinno się spędzać we dwoje."- pomyślała z żalem, rozważając kapryśne koleje swego życia. Kochało ją wielu mężczyzn, ale bezmyślne zrządzenie losu, skazało ją na samotność, każąc zakochać się z człowieku żonatym. Miała już siedemnaście lat, dziewczyna w tym wieku powinna mieć męża lub oficjalnego narzeczonego. Jeszcze rok, dwa i zasłuży na miano starej panny. Westchnęła i miała ochotę jednocześnie płakać i kląć.
1 Est-ce que... - Czy ja wiem ?
2 Toujours le mème! - Zawsze ten sam!
3 Grande entrèe - wielkie wejście.
4 Plaisir... - Rozkosze miłości trwają tylko chwilę,a ból całe życie. - pieśń Martiniego do słów poety francuskiego Floriana.