sobota, 9 kwietnia 2016

Koszmarne godziny.


9 kwietnia 2016 r.
W pokoju czekała na Ninę Jaga, zniecierpliwiona jej długą nieobecnością.
- Co się dzisiaj z tobą dzieje? Włóczysz się gdzieś, a ja zamartwiam się o ciebie!- zaczęła gderać, lecz widząc jej zmienioną twarz, wyciągnęła ramiona. - Płaczesz? Moje dzieciątko, żabuniu, kto ciebie skrzywdził?
XIX-czne kufry podróżne.
Z ogniem wściekłości w oczach, Nina rzuciła się do swoich kufrów, wciskając do środka różne przedmioty. Gniotła i rwała koronki, kalecząc dłonie o stalowe zamki.
- Pojutrze stąd wyjeżdżamy! – oznajmiła trzęsącym się głosem. – Już podziękowałam panu hrabiemu za gościnę. Nianiu, przegrałam swoje życie. Oddałam serce mężczyźnie, który wcale nie potrzebował mojej żałosnej miłości.
- Matko święta. – Jaga ujęła ją za ramię i spojrzała w oczy. – O czym ty mówisz?
- Bo ty mnie nie słuchasz! – krzyknęła Nina. – Och, żebyś widziała, jaki on był wyniosły, nieczuły, jak na mnie patrzył. Wydawałam się sobie marna, jak proch. A ja go tak bardzo kochałam. Jak ja teraz będę żyła bez tej miłości? Już nie jestem mu potrzebna i mam się wynosić. Nianiu, tak się czuję, jakbym miała zaraz umrzeć. Duszę się, ratuj mnie!... – upadła bezsilnie na krzesło, oddychając z trudem i walcząc o każdy oddech. Jaga szybko zmoczyła ręcznik w wodzie i przyłożyła jej chłodny kompres na serce. Zauważywszy, że Nina powoli się uspokaja, pociągnęła za taśmę dzwonka.
- Walerciu. – odezwała się do wchodzącej pokojówki. – Posiedź chwilę przy panience i pomóż jej się rozebrać. Ja tylko zaparzę ziółka i zaraz wrócę. – wybiegła tak lekkim krokiem, jakby wcale nie czuła ciężaru swej tuszy i lat.
Nina siedziała jeszcze chwilę, patrząc jak Walerka ściele jej łóżko. A potem zdjęła okład i przetarła nim twarz zroszoną zimnym potem. Pokojówka kręciła się po sypialni jak fryga. Pościeliwszy łóżko, nalała do miednicy wody pomarańczowej i pomogła Ninie umyć szyję i kark. Woda pomarańczowa miała mnóstwo zalet, przynosząc ulgę w stanach napięć nerwowych. Wdychając przyjemny zapach, Nina zsunęła z ramion stanik sukni i umyła się do połowy. Walerka podała jej świeży ręcznik i próbowała zdjąć z niej suknię, lecz Nina wyrwała się jej z rąk.
- Poczekaj! Zwłoki hrabiny są już w kaplicy?
- Tak. Dopiero co stamtąd wróciłam. Jezusie, co za nieszczęście! – dziewczyna westchnęła rozdzierająco, - Ale ten Żabiec musiał jaśnie panią kochać… Wolał ją zabić niż stracić. Jego także mi szkoda, bo śliczny był jak obrazek.
- Nie opowiadaj głupstw! To byli źli ludzie. – ofuknęła ją Nina. – Zapnij mi stanik.
- Przecie panienka miała się położyć. – przypomniała Walerka.
- Nie ucz mnie, co mam robić! – zgromiła ją Nina. – W kaplicy nie ma nikogo?
- A są dwie baby, co przebierają panią. Przywieźli już trumnę z Bodzentyna, a teraz obijają ją aksamitem. A dlaczego, proszę jaśnie panienki, pani hrabina ma być pochowana w Sarnikach? – dopytywała się pokojówka, wiedząc z doświadczenia, że u Niny złość nigdy nie trwa długo, a za moment uniesienia zawsze hojnie ją wynagradza.
- Moja ty, ciekawska! Bo z cmentarza pani hrabina będzie miała bliżej na Łysą Górę! – Nina parsknęła histerycznym śmiechem.
- E, co też panienka mówi. Przecie pani hrabina nie żadna wiedźma.
- Nie bądź tego taka pewna. No, przestań mnie zagadywać, tylko się pośpiesz i zapnij mi ten stanik. – upomniała ją szorstko.
Wiedziała, że zachowuje się nieprzyjemnie i niepotrzebnie karci pokojówkę, którą szczerze lubiła. W stosunku do służby zawsze zachowywała się przyjaźnie i wyrozumiale, pamiętając jak ją samą traktowano w Sarnikach. Ale tego dnia zawalił się jej świat i nie panowała nad nerwami. Wolała nie przypominać sobie słów, które wykrzyczała w twarz hrabiemu, w wybuchu wściekłości. Po tym, co mu powiedziała, nie było dla niej miejsca w Makowie.
Pod wpływem emocji i ogromnego rozdrażnienia, była w tak dziwnym stanie ducha, że prawie wierzyła, iż Paula czeka na nią w kaplicy, żeby wyszydzić jej życiową klęskę. Była przekonana, że ujrzy na jej twarzy malującą się złośliwą radość. Pomimo próśb pokojówki, wyszła z domu i skierowała się ku kaplicy. Był już wieczór, ale na niebie gorzały ogromne zorze i jasno było jak w dzień. Nadal panował nieznośny upał, najmniejszy powiew wiatru nie poruszał liści na drzewach. Przyśpieszyła kroku, gnana jakąś niezdrową ciekawością i chęcią, by raz jeszcze zajrzeć Pauli w twarz. Pomyślała, że już na zawsze pozostanie ona na wygranej pozycji i nienawidziła jej z całego serca. W kaplicy było jasno, bo zapalono świecznik i gromnice stojące w wysokich żelaznych lichtarzach. Przez gotyckie okna wpadał do wnętrza purpurowy blask zorzy. Ciało Pauli znajdowało się w bocznym pomieszczeniu, służącym do przechowywania sprzętu pogrzebowego. Zwłoki położono na drewnianym stole, a stare kobiety zdążyły już je umyć, a teraz próbowały ubrać bieliznę na zesztywniałe członki.
Nie przeżegnawszy się nawet, Nina podeszła do stołu i spojrzała. Odniosła nieprzyjemne wrażenie, że patrzy na kogoś zupełnie obcego. Twarz Pauli miała woskową cerę, zapadłe policzki i ostry, wydłużony nos. Bujne czarne włosy spływały aż na posadzkę, a szeroko otwarte oczy zaczął powlekać białawy śluz, jak u śniętej ryby. Miała rozwarte jak do krzyku usta, a nad nimi już krążyła duża, błękitna mucha. Pod lewą piersią nawet po śmierci piękną, czerniała rana od kuli zalepiona skrzepem krwi. Lodowaty chłód i kamienny bezwład wiał od tych zwłok. Nina, która przyszła tutaj z nienawiścią w sercu wyobrażając sobie, że na ustach Pauli dojrzy triumfujący uśmiech, zrozumiała, że ta istota spoczywająca na drewnianym stole, nie doznaje już żadnych ludzkich uczuć. Była martwa, a zastygłe rysy wyrażały tylko grozę śmierci.
Posługujące kobiety nałożywszy na zwłoki bieliznę, pończochy i atłasowe pantofelki, ubrały Paulę w czarną paryską suknię. Ponurą czynność urozmaicały sobie, śpiewając pobożne pieśni. Drżącymi ze starości głosami, ciągnęły płaczliwie frazy pogrzebowego lamentu:
Dobry Jezu, a nasz Panie,
Daj jej wieczne spoczywanie.
Powtarzały tę zwrotkę w nieskończoność, aż Nina poczuła, że włosy jeżą się jej na głowie. Ten bezduszny śpiew niesłychanie ją drażnił, wywołując agresję. Miała ochotę wrzasnąć, żeby się, do licha, zamknęły! Przełykając napływającą jej do ust ślinę, stała jak skamieniała i patrzyła, jak zwłoki Pauli przenoszono do trumny. Jej długie włosy wiły się jak czarne węże po atłasowej poduszce. Jedna z kobiet przykryła jej twarz czarnym welonem.
- Lepiej niech nie patrzy. – powiedziała złowróżbnym tonem.
Trumnę nakryto wiekiem obitym aksamitem i umieszczono na katafalku przed ołtarzem. Otaczały ją żelazne lichtarze z płonącymi gromnicami, kopcąc i napełniając niewielką kaplicę ciężkim zaduchem. W ławkach siedziały już pokojówki, modląc się z rozłożonych modlitewników, a Kumosia nałożywszy okulary, głośno czytała z książki do nabożeństwa:
- Wybaw mnie Panie! Od śmierci wiecznej w ów dzień straszliwy, kiedy niebo i ziemia wzruszone będą, gdy przyjdziesz świat sądzić przez ogień Drżę ze strachu i lękam się, gdy przyjdzie chwila roztrząsania życia mego i gniewu twego o Panie! Dzień ów, dzień gniewu i klęski i nędzy, dzień wielki i gorzki, kiedy przyjdziesz o Panie! sądzić świat przez ogień.
Była to modlitwa za zmarłych w grzechu i bez sakramentów. Skończywszy odmawiać litanię za umarłych, stara klucznica zaintonowała pieśń do Matki Boskiej, a za nią powtórzyły go słodkie głosy śpiewających dziewcząt.:
- O clemens! O pia! O dulcis Virgo Maria!
Patrząc na zamkniętą trumnę, Nina widziała oczami duszy leżącą w niej nieruchomo Paulę, z kulą w sercu, wpatrującą się szeroko otwartymi oczami w drewniane wieko. Niespodziewanie ogarnął ją przeraźliwy strach. Pot zrosił jej czoło i miała okropne doznanie, że z trumny powiał naraz na nią lodowaty chłód i mroźnym tchnieniem objął całe jej ciało, przenikając aż do serca. Odwróciła się i jak szalona wypadła z kaplicy, potrącając ludzi stojących jej na drodze. Unosząc oburącz spódnice, uciekała opanowana paniką, byle dalej od tego okropnego miejsca i tych ponurych śpiewów, wznoszących się pod łukowate sklepienie. Bała się czarnej trumny i leżącej w niej kobiety, za którą Kumosia odmawiała pacierze, jako za duszę potępioną i nie mającą żadnego ratunku.
Spocona jak mysz, dysząc ciężko wpadła do sypialni i rzuciła się na łóżko, wtulając głowę w poduszki.
- Gdzie ty znowu chodziłaś? – zirytowała się niania. – Miałaś wypić zioła i położyć się do łóżka. Nina, odezwij się do mnie. Przecież widzę, że coś złego dzieje się z tobą. Nie masz gorączki? – położyła jej rękę na czole. Nina pochwyciła jej dłoń i przycisnęła do ust.
- Jak dobrze nianiu, że jesteś ze mną. – szepnęła, obejmując ją. – Tak mi straszno. Bardzo się boję! Jezus, jak ja się czegoś boję... Zupełnie, jakby mi ktoś szeptał, że to nie koniec, lecz dopiero początek nieszczęścia!
Jaga pomogła jej się rozebrać i wyraziła gotowość pozostania z nią w nocy, aż do chwili wyjazdu z Makowa. Nina była jej za to bezgranicznie wdzięczna. Pod wpływem wypitych ziół, dosyć szybko zasnęła ale przez sen rzucała się niespokojnie i popłakiwała. Obudziła się po północy i resztę czasu leżała, wpatrując się w okno. Jaga drzemiąc, słyszała jej ciężkie westchnienia i stłumiony płacz.
Zaledwie świat zaróżowił niebo, Nina zerwała się i zaczęła się sama, bez pomocy, byle jak ubierać. Jaga spod przymkniętych powiek obserwowała, jak ona miota się po pokoju.
- Źle w nocy spałaś i powinnaś jeszcze odpoczywać. – odezwała się niania. – Pewnie masz gorączkę. Chodź do mnie, zobaczę.
- Nie, nic mi nie jest, nianiu, to tylko nerwy.
- Czy powiesz mi wreszcie, co się z tobą dzieje?
- Powiem, ale nie teraz. Jadę do Sarnik na mszę. – patrząc w lustro, Nina kilka razy machnęła szczotką po włosach i zwinęła je na karku w ogromny węzeł.
- Pojadę z tobą, skarbie. Niech stangret zajedzie za pół godziny.
Nina zadzwoniła na lokaja, a gdy wszedł Paweł, rzekła:
- Idź do stajni i powiedz, żeby za pół godziny zajechała przed dom dwukółka. Sama będę powoziła.
W sarnickim kościele było jeszcze pusto. Proboszcz siedział w zakrystii i osłupiał, zobaczywszy Ninę bladą, zdeterminowaną i żądającą natychmiastowej spowiedzi. Klęknąwszy przy starym rzeźbionym konfesjonale, przycisnęła usta do drewnianych kratek i nie przestrzegając żadnych reguł obowiązujących przy spowiedzi, od razu przystąpiła do rzeczy.
- Żabiec nie zabił hrabiny i nie popełnił samobójstwa. Nie wiadomo, kto to zrobił i z jakiego powodu. To ja włożyłam mu pistolet w rękę, bo bałam się, że o ten czyn policja posądzi pana Klonowieckiego. Ale Żabiec był złym człowiekiem. Został kochankiem hrabiny i konfidentem policji. Przez niego zginął Władek Lasewicz, a wielu ludzi aresztowano.
Staruszek aż wychylił się z konfesjonału, przysłaniając ucho dłonią, jak to czynią ludzie starsi i źle słyszący.
- Powtórz, dziecko, bom nie dosłyszał…
Powtórzyła, opowiadając dokładnie, co wiedziała o Żabcu i co się wydarzyło w altanie. Proboszcz słuchał w milczeniu, czasem groźnie marszcząc brwi lub podnosząc ręce do góry, w niemym geście oburzenia. Przerywała i dopiero odczekawszy, aż się ksiądz wysapie, ciągnęła dalej swą opowieść. Kiedy umilkła, proboszcz był bardzo blady i poruszony.
- W co ty się wplątałaś, dziecko! – zawołał. – Na Boga żywego, coś ty narobiła?
Nie odpowiedziała, lecz wybuchnęła rozpaczliwym płaczem. Z czołem opartym o kratę, szlochała żałośnie.
- Chciałam jak najlepiej. – łkała. – Próbowałam ratować człowieka, którego kochałam.
- Nie zasięgając niczyjej rady? Bardzo zgrzeszyłaś, kochając się w żonatym mężczyźnie. Że też wikary dał ci rozgrzeszenie… A może nie powiedziałaś mu prawdy?
- Przecież ja się wcale u niego nie spowiadałam. – wyznała ze skruchą. – Ale Żabiec musiał milczeć, bo się bał, że powiem księdzu proboszczowi o jego romansie z hrabiną.
- O Domina Angelorum1! – jęknął staruszek z gniewem. – Co ci wpadło do głowy, żeby mieszać się w tę sprawę? Mogłaś przyjść do mnie i pod tajemnicą spowiedzi powiadomić mnie o wszystkim. Czy rozumiesz, że zatajając przestępstwa Żabca, pośrednio ponosisz winę za śmierć Lasewicza i uwięzienie tych ludzi z jego oddziału? Uniknęlibyśmy nieszczęścia, gdybyś powiadomiła mnie lub pana hrabiego.
- Przecież ja chciałam tylko pomóc! – zawołała przerażona i przytłoczona ciężarem odpowiedzialności.
- Nie pomogłaś, przeciwnie, przyczyniłaś się tylko do tej tragedii. Przez ciebie ja trzymałem pod swoim dachem donosiciela i rozpustnika. Jak teraz spojrzę w oczy moim parafianom?
Kurczowo chwyciła palcami kratę i przyciskając do niej policzek, starała się dojrzeć w mroku twarz księdza.
- A ja? – głęboko zaczerpnęła powietrza, czując powracające duszności. – Czy ksiądz nie rozumie, że mimo woli zostałam wciągnięta w fatalny splot wydarzeń? Cudem uniknęłam śmierci, kiedy Paula podcięła mi popręg. Sama się do tego przyznała. Prawdopodobnie próbowała także zabić hrabinę Teklę. Może i jestem winna, ale już zostałam ukarana przez los, bo zawiódł mnie mężczyzna, któremu oddałam serce. Poniewczasie zrozumiałam, że nic dla niego nie znaczę. Wiem, że nie otrzymam rozgrzeszenia, ale musiałam powiedzieć księdzu prawdę. Byłam to księdzu proboszczowi winna. Jutro wyjeżdżam do Warszawy i nigdy tu nie powrócę.
Podpierając się rękami jak wiekowa staruszka, ciężko podniosłą się z klęczek i zamierzała odejść. Proboszcz wychylił się za nią z konfesjonału.
- A dokąd to? Wracaj natychmiast! – powiedział surowo. – Cóż to, myślisz że jesteś u modystki? Na Boga się obrażasz? Ty, proch wobec Niego? Podejdź i uklęknij!
- Po co? – burknęła zbuntowana. – Przecież rozgrzeszenia nie dostanę.
- O tym ja decyduję! – odparł proboszcz opryskliwie. – Patrzcie, kłócić się ze mną będzie, smarkula! A teraz mów szczerze: kochasz pana Klonowieckiego?
- Aha!
- A jaki stopień pokrewieństwa was łączy? - Hrabia jest bratem ciotecznym mojej matki i ciotki Borutyńskiej. - Hm, indult2 chyba będzie potrzebny, ale to nie problem, - mruknął ksiądz pod nosem. – Czy doszło między wami do bliższej poufałości?
- Ależ skąd!– oświadczyła Nina wyniośle. – Pan hrabia Klonowiecki jest dżentelmenem. Całowaliśmy się kilka razy, to wszystko.
- Oho, zdarzało się i dżentelmenom! – stwierdził proboszcz cierpko. – Nie płacz. – spojrzał na jej zbolałą twarzyczkę i złagodniał. – Zgrzeszyłaś, ale Pan Bóg miłosierny, nikomu nie odmawia przebaczenia. Żałujesz za grzechy?
- Uhm. – mruknęła nieszczerze. – Żałuję.
- Niechże ci Pan Jezus policzy twoje łzy i cierpienie za pokutę. Masz wyjechać z Makowa i wrócić tu dopiero ze ślubną obrączką na palcu, rozumiesz? Jako pani hrabina Klonowiecka!
Nina roześmiała się gorzko.
- Kochany książę proboszczu, on mnie nigdy nie poślubi, bo mnie nie kocha.
- Jesteś przemądrzała i wydajesz o ludziach pochopne sądy. – upomniał ją staruszek. – Nic jeszcze nie wiesz o miłości. Masz do niego żal, że się uniósł i powiedział ci kilka przykrych słów? A może liczyłaś, że cię pochwali? Według mnie należało ci się parę mocnych klapsów. Więcej pokory, moje dziecko. Powinnaś go prosić o wybaczenie.
„Prędzej piekło zamarznie!” – zgrzytnęła zębami zawzięcie.
- Żal mi ciebie, bo przecież wyrastałaś na moich oczach. Ja ciebie uczyłem religii, spowiadałem i z moich rąk wzięłaś pierwszą Komunię świętą. Ale za wcześnie wyrastasz na „hic mulier3” Szkoda, żeby taka słodka, śliczna dziewczyna zamieniła się w jędzę, jak twoja ciotka… Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu! – proboszcz uderzył się ze skruchą w piersi.
Zaczął się szeptem modlić, a potem udzielił jej absolucji, naznaczając niezbyt surową pokutę. Uszczęśliwiona tym Nina, przez całą mszę trwała na kolanach przed ołtarzem, wpatrując się w ciemną i zbolałą twarz Częstochowskiej Pani. Dopiero przyjąwszy Komunię, usiadła w ławce i zaczęła odmawiać Magnifikat4. Po nabożeństwie podniosła się z ławki, lecz nie zdołała utrzymać się na nogach i bezsilnie opadła na siedzenie. Przerażona Jaga pobiegła do proboszcza. Z plebani przybiegł organista i kościelny i wziąwszy ją na ręce, zanieśli do saloniku i położyli na sofie. Proboszcz był zmartwiony i miał wyrzuty sumienia, że zbyt surowo Ninę potraktował. Kochał ją i współczuł jej sierocej doli. Nigdy nie potrafił się na nią długo gniewać.
- Bóg łaskaw, moje dziecko. – pogłaskał ją z uśmiechem po głowie. – Jeszcze wszystko odmieni się na dobre, zobaczysz. A kiedy ty ostatni raz jadłaś?
- Nie pamiętam. Chyba wczoraj rano. – szepnęła zaledwie dosłyszalnym głosem.
- Tak przypuszczałem. Zemdlałaś z głodu. Ja także jeszcze nie jadłem, więc zapraszam do stołu. W Makowie macie znakomitego kucharza, a ja, stary grzesznik, lubię sobie dobrze zjeść. – westchnął i wyszeptał krótką modlitwę. – Możesz wstać?
Pomógł jej się podnieść i w jadalni podsunął krzesło. Żona organisty pełniąca obowiązki gospodyni, wniosła wielką patelnię pełną jajek smażonych na słoninie ze szczypiorkiem. Na stole stał koszyk pełen podłużnych solodrągów, bułeczek posypanych grubą solą oraz kminkiem i świeże masło w maselniczce. W dzbanku była zaparzona mocna kawa i śmietanka zapiekana w glinianych garnuszkach.
Nina usiadła przekonana, że nie zdoła nic przełknąć przez ściśnięte gardło. Ale gdy poczuła apetyczny zapach smażonych skwarków i woń kawy, stwierdziła że jest bardzo głodna. Proboszcz nałożył jej na talerz solidną porcję jajecznicy i nalał kawy. Przełknęła pierwszy kęs, a potem z wilczym apetytem rzuciła się na jedzenie. Proboszcz zawiązawszy sobie serwetę pod brodę, żeby nie poplamić sutanny, dzielnie jej sekundował. Po posiłku kazał jej wypić kieliszek dereniówki, spytał czy jest najedzona, jak się czuje i troszczył się o nią rozczulająco, chcąc zatrzeć w jej pamięci doznaną od niego przykrość. Pod wpływem zjedzonego śniadania i wypitej nalewki, na blade policzki Niny wypłynął lekki rumieniec, a oczy nabrały blasku. Jaga patrząca na nią z niepokojem, odetchnęła. Proboszcz pobłogosławił je na drogę przyrzekając, że będzie się modlił o ich szczęśliwy powrót do Makowa.
  Wróciły do pałacu w pogodniejszym nastroju, rozmawiając po drodze o podróży do Warszawy. Nina modliła się, aby nie spotkać się z Aleksem. Widocznie Pan Bóg wysłuchał jej próśb, bowiem hrabiego w domu nie było. Pojechał do Bodzentyna załatwić resztę formalności urzędowych i wziąć zezwolenie na pogrzeb żony. Wiadomość o tym Nina przyjęła z ulgą, bo nie chciała go więcej widzieć, ani z nim rozmawiać. W ciągu kilku godzin otwarła się pomiędzy nimi przepaść. Nie mogła przebaczyć mu bezwzględności i wyniosłości, z jaką ją potraktował. Nawet przeżyty wstrząs nie tłumaczył jego zachowania. Nie dał jej ani cienia szansy na własną obronę, nie uwierzył w ani jedno jej słowo, a jego zniewagi głęboko zraniły jej dumę. Nawet łzy nie złagodziły cierpienia. Całą noc opłakiwała swoją wzgardzoną miłość i stracone złudzenia. Należała do kobiet dumnych i porywczych. Cechowała ją siła woli i przywiązanie do miejsca. Dlatego na myśl o opuszczeniu Makowa, serce się w niej rozdzierało i przeżywała to równie mocno, jak swój zawód miłosny.
Ponieważ do obiadu było jeszcze mnóstwo czasu, postanowiła po raz ostatni pojechać na konny spacer. Ubrała amazonkę i poszła do stajni. Weszła do boksu i spostrzegła, że klacz jest w wyraźnie złym humorze. Spojrzała na nią zezem i chrapnęła, a kiedy Nina chciała ją osiodłać, Mignon kręciła się nerwowo, przysiadała na zadzie i zarżała, całym swoim zachowaniem ostrzegając, że gotowa jest połamać jej kości. Z pomocą pośpieszył stajenny, podając pannie części uprzęży. Klacz zwróciła się do niego bokiem, próbując chłopca przygnieść do ściany.
W porywie gniewu Nina wlepiła jej mocnego klapsa, a potem rozpłakała się z przykrości. Odprawiwszy stajennego, usiadła na żłobie i wziąwszy głowę klaczki, przytuliła do niej policzek.
- Nawet ty już mnie nie chcesz, konisiu? – szepnęła jej do ucha, gładząc miękkie chrapy i czarną grzywę. – Więcej się nie zobaczymy. Nie stać mnie, by utrzymywać w Warszawie konia. No, bądź dla mnie dobra, moja śliczna.
Pod wpływem jej głosu, Mignon uspokoiła się i zastrzygła uszami na znak, że pilnie słucha. Jednak spacer nie przyniósł Ninie spodziewanej przyjemności. Ponure myśli nie opuszczały jej ani na chwilę, a Mignon znowu zaczęła zachowywać się niesfornie i trudno było nią kierować. Nina powróciła do domu z obolałymi ramionami, zniechęcona do wszystkiego.
- Dlaczego ona się dziś tak dziwnie zachowuje? – zapytała koniuszego, wprowadzając Mignon do boksu. – Jest nieznośna.
- Ano, zwierzę jak i człowiek ma swoje humory. Pewnie klaczka śmierć czuje w powietrzu. – odparł poważnie.
Rozbierając się w sypialni Nina stwierdziła, że wygląda brzydko ale to spostrzeżenie wcale jej nie zmartwiło. Umyła się, wklepała w skórę twarzy krem liliowy, a potem długo i energicznie szczotkowała włosy, ostatnio bardzo zaniedbane. Przebrana w świeżą suknię zeszła do biblioteki. Wydała pani ochmistrzyni polecenia na dzień następny i poleciła Walerce spakować do kufrów bieliznę. Z szafy bibliotecznej wyjęła „Targowisko próżności” Tackeraya i poszła posiedzieć w buduarku kasztelanowej, istnym cacku z epoki rokoka. Wiekowy kasztelan urządził niegdyś ten pokój dla młodziutkiej, bo piętnastoletniej żony. Buduar wybity był liliowym jedwabiem i lśnił od luster, weneckich kryształów i złoceń. Posadzki z drewna różanego przypominały kwiecisty dywan. Drzwi zamaskowane były lustrami, a na suficie pląsały nimfy przy muzyce fauna. Meble o wyszukanych kształtach, obite były bladoliliowym atłasem. Cztery porcelanowe świeczniki z Servres, stały na marmurowych postumentach. Z przepięknej żardiniery drążonej w ciemnym chęcińskim marmurze, rozchodził się upajający zapach kwiatów. Wysoki kominek z tego samego marmuru, ogrodzony był złoconą kratą. Na ścianach wisiały pejzaże włoskie i rodzinne portrety, a na etażerkach stały kosztowne cacka.
Nina lubiła spędzać tu długie godziny, czytając książkę i przypatrując się wizerunkowi kasztelanowej, bladej szczupłej dziewczynki, wciśniętej w sztywną suknię usianą klejnotami. W pociągłej i nieładnej twarzyczce, zwracały uwagę duże, nieopisanie smutne oczy. Była to babka Aleksa. Jakiś czas czytała w buduarku, zachwycając się jego wykwintnym urokiem, a potem odłożyła książkę i zaczęła przechadzać się po domu, pragnąc utrwalić sobie w pamięci każdy szczegół, każdą salę.
Nie chciała już myśleć o tym, co się poprzedniego dnia wydarzyło w różanej altanie, lecz służba podekscytowana dramatycznymi zdarzeniami, ciągle z sobą rozmawiała, komentując tragiczną śmierć hrabiny i pięknego Rafała. Kumosia, otoczona stadkiem zatrwożonych pokojówek, zastanawiała się głośno, czy dopełniono wszystkich obowiązków względem zabitej pani. Przechodząc przez kredens, Nina zatrzymała się, z zainteresowaniem słuchając głośnych rozważań klucznicy.
- Pani poszła na drugi świat z grzechem, bez sakramentów, więc trzeba bardzo uważać, żeby do domu upiorem nie powróciła! – prawiła Kumosia wielce przejętym tonem. Zobaczywszy Ninę zamilkła.
- Proszę, niech Kumosia mówi dalej. – zachęciła ją Nina.
- Jaśnie panieneczko, a co dano pani do trumny? Krzyżyk, czy różaniec?
- Doprawdy, Kumosiu, nie pamiętam. Chyba nic.
- Nic? Maryjo święta! – staruszka plasnęła w ręce, poczuwszy się w swoim żywiole. – W takim razie do domu wróci, upomnieć się o swoje! O, teraz już nikt nie będzie miał spokoju. Trudno żyć w takim miejscu nawiedzonym przez upiora.
Dziewczęta zbiły się w jeszcze ciaśniejszą gromadkę, żegnając się i rozglądając na boki w obawie, że zaraz ukaże się im duch zabitej hrabiny.
- Ja mogę dać jej krzyżyk. – ofiarowała się Nina, przestraszona niemiłą perspektywą nawiedzania jej przez zjawę Pauli. – Ale czy to pomoże, Kumosiu?
- Naturalnie, że pomoże. To nawet grzech, żeby pani krzyża nie miała. Była chyba ochrzczona. Jeżeli jaśnie panieneczka da jej krzyżyk, to ja dam różaniec. Pójdziemy razem do kaplicy, tylko wezmę z sobą owoce jałowca i włożę jej do trumny. Jałowiec, jak i czosnek, chroni przed złymi mocami. – wyjaśniła klucznica zasłuchanym dziewczętom.
Ninie zrobiło się nieswojo. Mimo, iż zdawała sobie sprawę, że Paula nie żyje, ciągle nasłuchiwała, czy nie rozlegnie się turkot powozu, a w sieni nie odezwie się jej ostry głos karcący służbę, albo piskliwy chichot. Opanowała ją jakaś niezdrowa ciekawość i postanowiła raz jeszcze pójść do kaplicy, położyć Pauli krzyżyk na piersi i upewnić się, że naprawdę jest martwa. Jaga uznała ten pomysł za niemądry i stanowczo go jej odradzała. Ale Nina, z właściwym sobie oślim uporem, postanowiła pójść.
- A ja ci mówię, że jeszcze tego pożałujesz! – zawołała za nią niania.
- Co to, nawet pomodlić mi się w kaplicy nie wolno? - Nina prychnęła i wykręciwszy się niegrzecznie na pięcie pobiegła po Kumosię.
W kaplicy panował nieznośny upał i zaduch. Chociaż dzień był pochmurny, nie spadła ani kropla deszczu, a wilgotne powietrze wprost przytłaczało. Ołowiane chmury zdawały się tłoczyć w dół rozpalone powietrze. Kobietom odmawiającym litanie za umarłych, pot spływał po twarzach i wsiąkał w zapaski. W całym pomieszczeniu unosił się przykry, słodkawy, trudny do zniesienia zaduch. Zmówiwszy przy ołtarzu modlitwę, Nina z ciekawością pomieszaną z lękiem podeszła do katafalku i zawoławszy ogrodniczka, układającego kwiaty w wazonach, kazała mu podnieść wieko trumny.
- Lepiej nie otwierać, jaśnie panno. – radził chłopak.
- Tylko na moment. Musimy włożyć do trumny krzyż i różaniec.
Spod uniesionego wieka buchnął ciężki odór. Nina zasłoniła nos chusteczką i odskoczyła do tyłu, krzywiąc się z obrzydzeniem. Kumosia próbowała dodać jej odwagi.
- Nie trzeba się bać, kwiatuszku. Niech panieneczka dotknie jej ręki.
Przemagając narastający lęk, Nina końcami palców dotknęła dłoni Pauli. Była lodowato zimna i twarda jak kamień. Wydawało się jej, że dotknęła posągu. Ze wstrętem wytarła palce o suknię, żałując poniewczasie, że dała się namówić do odwiedzenia kaplicy.
- Niech jej panieneczka położy krzyżyk na piersi. – przypomniała Kumosia.
Paula do połowy ciała przykryta była gęstym welonem. Klucznica pierwsza uniosła welon i z głośnym okrzykiem cofnęła się do tyłu. Nina rzuciła krzyżyk i przyciskając chusteczkę do ust, wybiegła z kaplicy i upadła na kamienną ławkę gwałtownie wymiotując. Przeklinała własną głupotę, nie mogąc pozbyć się obrazu ohydnej maski, poczerniałej i wykrzywionej potwornym grymasem. Upał i płonące gromnice przyśpieszyły rozkład ciała. To, co spoczywało w trumnie, niewiele już przypominało piękną Paulę.
Przerażona Kumosia poczuwając się do winy, zmoczyła chustkę w wodzie fontanny i położyła okład na jej czole. Poczekała aż Nina oprzytomnieje i wspierając ją, odprowadziła do domu. Razem z Jagą długo trzeźwiły ją solami. Niania nawet słowem nie skomentowała żałosnego wyglądu wychowanki, lecz przeciągłe spojrzenie, jakie jej posłała, było wymowniejsze od krzyku. Gdy Kumosia wyszła, żeby przynieść chorej gorącej herbaty i krople laurowe, Jaga rozpięła stanik sukni Niny i poluzowała tasiemki gorsetu.
- Najmilsza, przepraszam. – odezwała się Nina zaledwie dosłyszalnym głosem.
- Nic do mnie nie mów! – wybuchnęła Jaga, rzucając z pasją mokry ręcznik do miednicy. – Zachowujesz się jak bezmyślne, niegrzeczne dziecko! Mam wielką ochotę wziąć trzepaczkę i złoić ci skórę!
- Nie gniewaj się na mnie. Jak zwykle miałaś rację. – przyznała z pokorą Nina, spuszczając głowę.
Jaga sapnęła i spojrzała na nią nieco łaskawszym okiem.
Ochłonąwszy, Nina posłała lokaja po pana Bochniaka.
- Mam do kochanego pana prośbę. – powiedziała, kiedy w buduarku pokazała się korpulentna figura administratora.
- Na rozkazy. – usiadł na wskazanym foteliku i przyjął z wdzięcznością wysoką szklankę chłodnej limoniady5.
- Odnoszę wrażenie, że ta różana altanka to jakieś pechowe miejsce. – powiedziała Nina. – Wydaje mi się, że będzie lepiej postawić na tym miejscu krzyż, a altanę po prostu rozebrać. Róże można przesadzić żeby się nie zmarnowały. Mogą się piąć po krzyżu.
Pan Bochniak darzył Ninę wielkim szacunkiem i przywiązaniem. Z ogromną przykrością myślał o tym, że ostatnie dni były dla niej piekłem.
- Sądzę, że to dobry pomysł i pan hrabia z pewnością go zaakceptuje.
- Ale to jeszcze nie wszystko. Widzi pan, jest straszny upał i w kaplicy… - nagle zakrztusiła się śliną. – Pan rozumie. Trumnę trzeba już zabić, kaplicę przewietrzyć i zamknąć. Wystarczą tylko dwie gromnice w głowach.
Rządca przyrzekł, że to załatwi i ucałowawszy jej rączkę wyszedł. Patrzyła za nim zmieszana, bo nagle przyszło jej do głowy, że nie jest już mieszkanką pałacu, a tylko gościem i nie powinna wydawać żadnych poleceń. Była zadowolona, że trumna zostanie zabita, wyobrażając sobie naiwnie, że Paula nie wyjdzie z niej nocą i nie będzie jej straszyć.
Jeszcze tego dnia wysłała depeszę do Warszawy, prosząc Borutyńskich o zatrudnienie dla niej kucharki i służącego. Poleciła także wyekspediować do stolicy swoje kufry podróżne, nie chcąc się nimi obarczać w drodze. W podróży towarzyszyć jej miały niania i Walerka. Pokojówka była wpółprzytomna z podniecenia, nie mogąc doczekać się pierwszej w życiu podróży i ujrzenia Warszawy. Tylko ona cieszyła się z wyjazdu, bo Nina była zrozpaczona, a Jaga dzieliła jej ból.
1 Domina Angelorum - Królowo Anielska !
2 Indult - unieważnienie, pozbawienie ważności: tu, zezwolenie Kościoła na małżeństwo pokrewnych sobie osób.
3 Hic mulier - "ten kobieta",żartobliwe określenie, herod-baba.
4 Magnificat anima mea Dominum - Wielbi dusza moja Pana.
5 Limoniada - napój z cytryn zwykle z lodem.