piątek, 8 kwietnia 2016

Kłótnia - zawiedzione nadzieje.


8 kwietnia 2016 r.
Po ich odjeździe Nina odetchnęła swobodniej i rozkazała podać kolację, lecz oboje nie mieli apetytu i lokaje zabierali ze stołu pełne półmiski, mimo że podano polędwicę z młodych dziczków z grzybami, arcydzieło kuchmistrza. Nina zjadła odrobinę galaretki owocowej i wypiła kompot z czereśni. Hrabia, łamiąc surowo przestrzeganą zasadę trzeźwości, kazał podać koniak i wypił kilka kieliszków alkoholu. Przy stole prawie ze sobą nie rozmawiali. Dopiero kiedy wstali, Aleks złożył jej ukłon i powiedział:
- Chciałbym pomówić z tobą na osobności. Może przejdziemy do gabinetu?
Podał jej rękę i wprowadził po schodach na piętro.
W pokoju było duszno i cuchnął dym z wypalonych przez policjantów tanich papierosów. Aleks skrzywił się z odrazą i otworzył drzwi i okna wietrząc gabinet. Nina usiadła na skórzanej kanapie, wsłuchując się w dolatujące z zewnątrz odgłosy rozmów, dzwonki pędzonych na nocleg owiec i porykiwanie wracającego z pastwisk bydła. Na gazonie bawił się Grot i szczekając udawał, że goni pawie uciekające z przeraźliwymi krzykami. Wodziła oczami za Aleksem, przechadzającym się miarowym krokiem po grubym perskim dywanie. Przy każdym jego kroku, rozlegał się delikatny brzęk ostróg. Do kolacji się nie przebrał, pozostając w tym samym zakurzonym ubraniu i butach do konnej jazdy. Twarz miał ściągniętą zmęczeniem i bardzo smutne oczy.
- Alku, dlaczego Boruchin będąc komisarzem policji, pełni równocześnie obowiązki żandarma? – spytała, żeby cokolwiek powiedzieć i przerwać nieznośną ciszę.
- Bo władze chcą zaoszczędzić pieniądze. – wzruszył ramionami. – Niewiele mnie to obchodzi. Lepiej opowiedz mi dokładnie, co tu zaszło. Twój posłaniec odnalazł mnie w Zameczku i powiedział tylko żebym się spieszył, bo w domu stało się nieszczęście. Tak się przy tym plątał, że popędziłem jak wariat do Makowa, wyobrażając sobie, że to tobie przydarzyło się coś złego.
Spojrzała na niego z najwyższym zdumieniem, szeroko otwierając oczy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego namawia ją do zwierzeń, nie wspominając, że przecież był w Makowie i doskonale wie, co tu się wydarzyło.
- Alku. – szepnęła miękko. – Mam nadzieję, że mi ufasz. Pamiętaj, że kocham ciebie całym sercem i cokolwiek by zaszło, zawsze będę po twojej stronie.
- Naturalnie, że ci ufam, ale ty nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Przecież ty znasz fakty lepiej ode mnie. – odpaliła. – Na szczęście śledztwo skończone, a tobie nic nie zagraża.
Przystanął popatrzył na nią zaskoczony.
- Mówisz samymi zagadkami. Niby dlaczego mam się czuć zagrożony? I jakim cudem mogę znać fakty? Przecież mnie tu nie było.
Wpatrywała się w niego z otwartą buzią absolutnie ogłupiała, nie wiedząc, co ma o tym myśleć. Zachowywał się w sposób naturalny i obojętny, jakby rzeczywiście nie miał nic na sumieniu. Poczuła, że ma wilgotne ze zdenerwowania dłonie, a lekki uśmiech zamarł jej na ustach, kiedy spojrzały na nią jego bursztynowe oczy, z których nic nie mogła wyczytać.
- Mój Boże, ty naprawdę życzysz sobie żebym ci powiedziała, co tu zaszło?
- Właśnie w tym celu prosiłem ciebie o rozmowę. – odrzekł uprzejmie.
- W takim razie, powiedz mi, gdzie przebywałeś przed południem? – zadając mu to pytanie, jednocześnie usiłowała zdusić w sobie narastający gniew i strach.
- Przed południem? – uniósł brwi. – Aha, byliśmy z Tadziem Siekielskim w Bodzentynie. Wyobraź sobie, że na Podzamczu spotkaliśmy Boruchina i przez dwie godziny musiałem wysłuchiwać jego płaskich dowcipów. Zasiedzieliśmy się z Tadziem w mieście i dopiero po południu pojechałem do Zameczku. Tam mnie odszukał twój posłaniec. Dalej już wiesz co było. Na drugi raz, proszę cię, daj posłańcowi jakąś kartkę. Ale w jakim celu zadajesz mi te pytania?
Nie odpowiedziała, obserwując Aleksa z takim wyrazem twarzy, jakby zobaczyła go po raz pierwszy w życiu. Ani jednym słowem nie wspomniał o śmierci Lasewicza, nocnej wyprawie na Łysą Polanę i o tym, co wydarzyło się w różanej altanie. W jego zachowaniu nie dostrzegła ani cienia skruchy, czy choćby żalu. Był zimny jak głaz i równie nieczuły. Kiedy ich oczy spotkały się na moment, w jej źrenicach malowało się błaganie, jego spojrzenie było jakby nieobecne. Wpatrywał się w nią jak w przedmiot.
- Nie jesteś ze mną szczery. – stwierdziła, ściągając brwi.
Pochylił się nad nią. Spodziewała się, że weźmie ją w ramiona i ucałuje, ale on tylko poklepał ją po policzku.
- Lepiej odłóżmy tę rozmowę do jutra. Jesteś przemęczona, odpocznij.
Poczuła, że ogarnia ją panika. W sposób bezwzględny i przewrotny otrzymała właśnie lekcję kłamstwa i myśląc o tym, poczuła zimny dreszcz. Zaczęła podejrzewać, że on tę nową wersję śmierci Pauli i Żabca, przyjął z najwyższym zadowoleniem, nie próbując nawet dochodzić w jaki sposób powstała. Widocznie zamierzał swój czyn zataić. To byłoby wprost potworne, nieludzkie. Czy to możliwe, że jest to ten sam mężczyzna, którego pokochała, podziwiała i darzyła szacunkiem? Rozumiała, że człowiek może popełnić zbrodnię w afekcie. Ostatecznie Paula i Żabiec nie zasługiwali na łaskę. Ale nie pojmowała, dlaczego honorowy mężczyzna z rozmysłem stara się zataić tchórzliwie zbrodnię, przyjmując z ulgą wariant, że to Rafał zabił kochankę i sam wymierzył sobie karę.
- Alek, ja nie jestem zmęczona, lecz zrozpaczona! – zawołała, chwytając się za serce. – Czy nie widzisz, że staram ci się pomóc? Zdobądź się wobec mnie na szczerość. Przysięgam na zbawienie duszy, że cokolwiek mi powiesz, zachowam w tajemnicy.
- Tu fais des folies1. – powiedział ostro. – Mam wrażenie, że znajduję się w teatrze na kiepskim melodramacie.
Okazywana przez niego skrytość, obudziła w niej gniew. Jak zwykle w takich razach, przestała uważać na słowa.
- Ach, więc życzysz sobie, żebym to ja wyłożyła karty na stół? Zastanawiasz się, co wiem? Dobrze, powiem ci, ale pamiętaj, sam tego chciałeś! Byłam w pobliżu altany i wszystko słyszałam. To przecież ty zastrzeliłeś tych dwoje!
Nagle krew odpłynęła mu z twarzy. Stanął jak wryty, a jego oczy aż pociemniały, stając się prawie czarne. Wzdrygnął się i bezwiednie sięgnął ręką ku szyi, rozluźniając krawat i rozpinając kołnierzyk koszuli. Nigdy jeszcze nie widziała go w takim stanie. Ciężkie milczenie jakie pomiędzy nimi zaległo, było straszne i przygniatało jak kamień grobowy.
- Coś ty powiedziała? – wyszeptał zdyszanym głosem, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami.
Pistolet z II połowy XIX w.
  Uświadomiła sobie, że w tym momencie przekreśliła i zniweczyła ich miłość. Lecz raz wypowiedzianych słów nie można było cofnąć. Zaczęła drżeć, a jego oskarżycielski wzrok napełnił ją poczuciem klęski.
- Obwiniasz mnie o morderstwo? Przecież to absurd! Czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach? Niby dlaczego miałbym ich zabijać - przysiadł obok niej i chwycił ją za ręce, a jego palce zwarły się na jej nadgarstkach z siłą imadła. Twarz wykrzywiona grymasem gniewu budziła w niej przerażenie. Wypowiedzianymi słowami rozbudziła w nim nieznane siły namiętności, tym groźniejsze, że zwykle skrywane pod maską spokoju.
- Alku, zlituj się, to boli! – próbowała wyrwać mu ręce. Bransoleta ze złotych monet, wpiła się jej w ciało niemal do krwi. Próbowała go odepchnąć. – Puść mnie! – błagała. – Uspokój się! – ten mężczyzna potrząsający nią jak workiem owsa, nie przypominał człowieka któremu oddała serce.
- Nie! – zawołał, nie przestając nią potrząsać tak mocno, że głowa odchyliła się jej do tyłu, a w karku poczuła przeszywający ból. – Kiedy miałem to zrobić, przecież pół dnia siedziałem z Boruchinem przy boku? Zabiłem Paulę, bo wzięła sobie kochanka? Nie pierwszy raz. Jej życie prywatne nie obchodziło mnie wcale.
- Dowiedziałeś się, że Żabiec był konfidentem i wydał Władka. Działał pod wpływem twojej żony.
- Skąd ty masz takie wiadomości? Kto ci o tym mówił? – jego rysy stwardniały, zamieniając się w nieruchomą maskę.
- Już dawno wiem, że Rafał miał nieczyste sumienie A wy spotykaliście się nocami w kaplicy. O śmierci Władka wiedziałeś, bo byłeś wtedy w Porajach z Jankiem i Maćkiem. Dziś w nocy odbierałeś transport broni na Łysej Polanie. Częściowo domyśliłam się tego sama, a resztę powiedział mi Jaś, gdy wróciliście z Porajów. Czekałam na was.
- Czy wspomniałaś o tym komuś? – spytał tonem tak surowym i władczym, jakim jeszcze nigdy się do niej nie zwracał. Patrzył na nią zimno, jakby z odrazą.
- Nie i nigdy nikomu nie powiem.
- Chciałbym ci wierzyć. Nadal twierdzisz, że to ja zabiłem tych dwoje?
Wydawało się jej, że scena jaką przeżywa, jest tylko złym snem i zaraz zbudzi się z niego do rzeczywistości. „Jezu, niech to się już raz skończy” – myślała.
- Ach, wszystko mi jedno, kto to zrobił. – wymamrotała apatycznie. – Taka jestem zmęczona… Pragnę spokoju i ciszy.
Westchnął i puścił ją. Z zerwanej bransolety wypadły złote krążki i rozsypały się po dywanie. Zaczął na nowo spacerować po pokoju, coraz szybciej, ze wzrastającym wzburzeniem. Naraz zatrzymał się przed nią i oświadczył dobitnie, patrząc jej prosto w oczy:
- Przysięgam na honor szlachcica i oficera, na pamięć mej matki, że nikogo nie zabiłem. Nic na ten temat nie wiem.
Osłupiała. Wiedziała, że z pewnością mówił prawdę, lecz w takim razie czyje kroki słyszała na żwirze? Kto wszedł do altany i oddał dwa śmiertelne strzały? Świadomość, że oskarżyła ukochanego o zbrodnię zupełnie niesłusznie, przekraczała granicę jej wytrzymałości psychicznej.
- To nie ty? – wykrztusiła ochryple. – Jezu, wobec tego, po co ja kryłam mordercę wkładając pistolet w ręce Żabca? Jego palce były jeszcze ciepłe, ohydne! Myślałam… Nie, już nie pamiętam, co myślałam. – mówiła coraz ciszej, słysząc narastający w głowie szum. Potem była już tylko ciemność.
  Oprzytomniała, czując w ustach palący smak koniaku. Zakrztusiła się i zakaszlała. Ale mgła przesłaniająca jej wzrok, naraz się rozwiała. Leżała na kanapie, Aleks pochylony nad nią, wlewał jej do ust alkohol. Odsunęła jego rękę i odetchnęła. Przyjrzał się jej, podłożył poduszkę pod głowę i podniósł się, zauważywszy na jej policzkach leciutki rumieniec.
Przystanął przy biurku, wyjął z kasety papierosa i zapalił, głęboko zaciągając się dymem. Ogarnęła ją rozpacz. Wszystko co zrobiła okazało się zupełnie niepotrzebne, a nawet szkodliwe. Nikomu nie pomogła, a jedynie zagmatwała śledztwo i osłoniła mordercę. Miała słabą nadzieję, że może Aleks doceni wysiłki, jakie czyniła żeby go chronić. Osłabiona, dźwignęła się z kanapy, podeszła do niego i z pokorą ucałowała jego rękę.
- Błagam cię o wybaczenie. Byłam głupia. Ale ja tylko chciałam ze wszystkich sił ciebie ratować. Byłam przekonana, że pomściłeś śmierć Władka. Nie wiń mnie za to. Ukrywałeś swoje życie przede mną, więc trudno się dziwić, że błądziłam. – starała się za wszelką cenę przełamać lody, zanim on zamknie się w sobie. Marzyła, żeby pocałunkami rozprostować głęboką zmarszczkę na jego czole, usłyszeć od niego jakieś cieplejsze słowo. Lecz jego bursztynowe oczy patrzyły na nią zimno, a wyraz twarzy miał niedostępny i odpychający. Odsunął ją od siebie.
 - Prosisz mnie o wybaczenie? Jest ci przykro? Jestem ci wdzięczny. – skrzywił się ironicznie. – Podejrzewam, że to morderstwo nie zostało wcale popełnione z pobudek politycznych, tylko ktoś wywarł na nich swoją osobistą zemstą. A teraz usiądź i opowiedz mi dokładnie wszystko, co wiesz o tej sprawie. Ze szczegółami!
Wróciła na kanapkę i jąkając się i zacinając, zaczęła opowiadać o wszystkim, aż do momentu, gdy weszła do altany i u swoich stóp spostrzegła dwa trupy. Skończyła i spojrzała na niego nieśmiało.
-To wszystko, co wiem.
- Powtórz mi jeszcze raz, co się wydarzyło przed samym morderstwem. – rozkazał.
- Przecież już mówiłam. Stałam za żywopłotem, słyszałam jak podjechał koń i czyjeś kroki. Ktoś się zatrzymał, słuchał rozmowy Pauli i Żabca, a potem wszedł do altany i strzelił dwa razy.
- A głosy? Ktoś się odezwał?
- Tylko Paula zapytała o coś i zaraz krzyknęła przerażona. Ktoś miał klucz od furty.
- Zapewniam cię, że wiele osób taki klucz posiada! – prychnął gniewnie. – Żabiec miał go również. Chcę się dowiedzieć, co wtedy widziałaś.
- Nic nie widziałam, bo klęczałam za żywopłotem. Boże, niczego już nie rozumiem. – jęknęła, bo głowa bolała ją coraz więcej, ćmiącym, przenikliwym bólem w tyle czaszki i nad brwiami. Potarła dłonią czoło. – Pomyliłam się i tak mi przykro. Bałam się rewizji policji i sprawdziłam pokój Pauli. Wyobraź sobie, że przy pomocy kochanego Walentego, odnalazłam donos Pauli na ciebie! Był tu, w Makowie. Leżał w skrytce w jej apartamencie.
- Masz ten list? Daj mi go zaraz! – ożywił się i wyciągnął rękę.
- Spaliłam go. – powiedziała, uświadamiając sobie, że popełniła poważny błąd.
- Spaliłaś taki ważny list? -coraz bardziej podnosił głos. – Dlaczego to zrobiłaś?
- Nie chciałam cię martwić. – szepnęła z pokorą. – To był jedyny donos i pisała go niedawno, bo atrament był czarny.
Spojrzał na nią bez cienia życzliwości.
- Niszcząc donos postąpiłaś niemądrze, a Borutyński zachował się jak głupiec, wtajemniczając ciebie w sprawy, które nie powinny cię interesować. Przy okazji, usłyszy ode mnie kilka słów prawdy. Po co się do tego mieszałaś?
- Przecież ja chciałam ci tylko pomóc.
- Oskarżając mnie o podwójne morderstwo? Rzeczywiście, pomogłaś mi! – mruknął złośliwie.
Poczerwieniała i obrażona zamilkła. Ale nie zamierzała dać za wygraną.
- W tej skrytce były także jakieś mapy i kolumny cyfr, chyba szyfry. – odezwała się po chwili milczenia.
- Tak? Pokaż mi je! – polecił natychmiast.
- Spaliłam wszystko, ale Walenty także je widział.
- Czytał donos?
- Nie. Zresztą Paula pisała po francusku.
- Twoje domysły są błędne. – skarcił ją surowo. – Walenty zna trochę język francuski, bo długi czas przebywał ze stryjem za granicą. Nie wolno było palić tych dokumentów. Postąpiłaś wprost głupio i lekkomyślnie. Kopii nie było?
- Nie. – odburknęła zła i zawstydzona jego surowymi uwagami.
- Na drugi raz, bądź łaskawa i nie wtrącaj się do moich spraw, a każdy znaleziony dokument oddaj mi do rąk własnych. Na jakiej podstawie oparłaś twierdzenie, że to ja byłem sprawcą tej zbrodni? Uważasz, że zdolny jestem do popełnienia morderstwa?
- Zawiniłam i błagam cię o wybaczenie. Boże, sama już nie wiem, o czym wtedy myślałam. Wszystko zbiegło się razem. Śmierć Władka, groźby Pauli, świadomość że Rafał jest konfidentem i może cię wydać. Przyszło mi na myśl, że już raz uniosłeś się tak bardzo, że o mało nie zabiłeś Pauli. Słyszałam waszą kłótnię, bo byłam wtedy w bibliotece.
- Aha! – po jego wargach przemknął cień złego uśmiechu. – Oczywiście, znalazłaś się tam również przypadkiem, co?
-To był tylko zbieg okoliczności!– zawołała, próbując bronić się przed jego niesprawiedliwymi zarzutami.
- Przypuśćmy! Tak więc według ciebie zdolny jestem do morderstwa. Ale nie tylko ja miałbym powód żeby pragnąć śmierci Pauli. Ty również jej nienawidziłaś i pragnęłaś, aby usunęła się z tego świata mając nadzieję, że wtedy będziesz mogła mnie poślubić!
Jego bezlitosne słowa o mało nie zwaliły jej z nóg. Skuliła się, bo głos Aleksa ciął ją jak razy bicza. Cały pokój zawirował i musiała oprzeć się o poduszki, żeby nie spaść z kanapy. Nie mieściło się jej w głowie, że z ust ukochanego mogły paść tak krzywdzące, niemiłosierne oskarżenia.
- Alku, ja nigdy nie liczyłam na małżeństwo z tobą. – powiedziała, przełykając łzy i próbując zachować resztkę godności. – Zdaję sobie sprawę, że brak mi wykształcenia i nie posiadam posagu. Nie nadaję się na damę z twojej sfery. Wystarczyła mi świadomość, że mnie kochasz. Aleczku, ty wcale nie znałeś Pauli. Nie wyobrażasz sobie nawet, jaka była jej przeszłość i do czego była zdolna. Próbowała przecież udusić ciocię Teklę, a mnie podcięła popręg, żebym przy skoku złamała sobie kark!
- Nino. – przerwał jej marszcząc brwi. – Już dawno przestałem wierzyć w bajki. Prawda jest taka, że ciotka zmarła na suchoty, a ty, spadłaś z konia, bo za szybko jechałaś. Przecież sama mi to mówiłaś. Popręg był źle przyszyty i urwał się przy skoku konia. Nawet niania narzeka, że masz za bujną wyobraźnię.
- Tak sądzisz? – syknęła. – To pogadaj sobie z Maćkiem! Odnoszę wrażenie, że ty bronisz Pauli.
- A ty zupełnie zapominasz, że ona nie żyje, bo ktoś ją zamordował! O zmarłych można mówić co się chce, nie mogą zaprzeczyć.
Przyszło jej na myśl żeby wyjawić mu, przed czym ostrzegał ją Wielenin. Powiedzieć, że Paula była o nią zazdrosna i dlatego postanowiła pozbyć się jej. Ogarnęła ją mściwa satysfakcja, że upokorzy dumę Aleksa i zrani jego ambicję. Ale gniew szybko opadł i pozostał tylko żal. Nie potrafiła go skrzywdzić.
- Ja sobie, Alku, niczego nie wymyśliłam. Mówię prawdę, a ty jesteś dla mnie surowy i niesprawiedliwy.
- Zastanawiam się, - rzekł, patrząc na nią badawczo – jak to możliwe, żeby młoda panienka, niemal dziecko, zdolna była włożyć pistolet w rękę trupa, żeby upozorować samobójstwo. Mam przerażające wrażenie, jakbym dopiero dziś poznał ciebie i nie potrafię nawet wyrazić, co czuję.
Nie mogła uwierzyć, że powiedział to mężczyzna, którego tak kochała. Ogarnął ją gniew, lecz zdołała się opanować i próbowała pokorą przebłagać go. Tłumaczyła sobie, że był na nią obrażony i miał słuszność, bo jej oskarżenie było bezpodstawne, straszne i krzywdzące..
- Myślałam, że bronię ciebie. Zrozum, byłam nieprzytomna z przerażenia i rozpaczy. Modliłam się błagając, żeby Bóg mnie oświecił i nie dopuścił do śledztwa, które mogłoby ciebie zgubić. Wtedy pomyślałam, że gdyby Żabiec popełnił samobójstwo, nikt nie szukałby już sprawcy zbrodni.
Mówiła to głosem tak pokornym, jak tylko potrafiła, ale straszne rozczarowanie, jakiego doznała z jego strony, złamało ją i upadła na kanapę wybuchając płaczem. Przez jakiś czas słychać było tylko jej rozpaczliwy szloch i brzęk ostróg, w takt jego miarowych kroków.
- Rozumiem. – odezwał się nieco łagodniej. – Ale zastanawiam się, kto mógł to zrobić.
- Nie wiem. – podniosła się i wytarła twarz dłonią, rozmazując łzy na policzkach. Westchnęła i oblizała suche wargi. – Boże, jaki ten dzień upalny. Nieznośnie długi. Masz takie zimne oczy i patrzysz na mnie jak na wroga. A ja tak za tobą tęskniłam… - ukryła twarz w dłoniach.
- Tęskniłaś za mordercą? – zaśmiał się drwiąco.
Spuściła głowę i tylko tykanie zegara przerywało ciszę. Spojrzała na jego zaciętą twarz i wybuchnęła z rozpaczą:
- Gdybym mogła przewidzieć, że tak bardzo zaboli ciebie jej śmierć, wolałabym sama leżeć w kaplicy z kulą w sercu! Może wtedy okazałbyś mi choć odrobinę uczucia.
Zatrzymał się i złożył jej chłodny ukłon.
- Przepraszam. Być może zachowałem się zbyt impulsywnie, ale ja również miałem ciężki dzień. Powinnaś to zrozumieć. Przykro mi, że niepotrzebnie się trudziłaś, bo nic mi nie groziło. Czy kufry masz spakowane? Uprzedzam, że zaraz po pogrzebie Pauli musisz wyjechać z Makowa. Należy ludziom zamknąć usta i nie prowokować dalszych plotek.
Oznajmił to tonem salonowej grzeczności, wyniośle i bez śladu dawnej serdeczności. Jego słowa spadły na nią jak grom z jasnego nieba. Wszystkiego mogła się spodziewać, lecz nigdy tej jaśniepańskiej uprzejmości, bolesnej i upokarzającej jak policzek. Za miłość, przelane łzy i ryzyko, otrzymała kilka zdawkowych słów i stanowcze żądanie żeby wyniosła się z Makowa! Krew uderzyła jej do głowy, oblewając policzki mocnym rumieńcem. Zerwała się z kanapy z takim impetem, że przewróciła wazon z różami stojącymi na stoliczku.
- To wszystko, co masz mi do powiedzenia? – spytała drżącym, nieswoim głosem.
- Wydaje mi się, że rozmawialiśmy dostatecznie długo. Koniecznie chcesz dowiedzieć się, co myślę o twoim zachowaniu? – obrzucił ją gniewnym wzrokiem. – Dlaczego nie byłaś ze mną szczera i ukrywałaś tyle ważnych faktów? Czy zdajesz sobie sprawę, jakie to miało konsekwencje? Gdybym wiedział o romansie Pauli i Żabca, Lasewicz by nie zginął. Pytam, dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie?
- Nie krzycz na mnie! Obawiałam się, że narazisz się Pauli. Przecież nieustannie tym mnie straszyłeś.
- Rozumowałaś jak dziecko. Powinnaś mi była zaufać. – mruknął.
Cierpliwość Niny wyczerpała się, bo nie należała do osób obdarzonych świętą cierpliwością. Tupnęła nogą i postanowiła urządzić mu prawdziwą awanturę.
- Twoja hipokryzja może człowieka doprowadzić do szału! – krzyknęła z wściekłością. – Cały czas wmawiałeś mi, że Paula ci zagraża. Twierdziłeś, że jesteś wobec niej bezsilny. Kłamałeś! To ty mi nie ufałeś!
- Mówiłem prawdę, ale nie przewidziałem, że sytuacja zmieni się na lepsze. Nie musiałem jej zabijać, była śmiertelnie chora, rozumiesz? Zmarłaby w ciągu kilku miesięcy. Zauważyłaś, jak opadały jej powieki? Nie mogła ich utrzymać, bo nerwy były porażone. Traciła rozum i w tym stanie przestała być groźna. Trzech lekarzy psychiatrów, zgodziło się wydać świadectwo o jej niepoczytalności. Chciałem ją, jako osobę umysłowo chorą, umieścić w zamkniętym zakładzie, bo zagrażała otoczeniu. W tej sytuacji, jej donosy nie miały żadnego znaczenia i potraktowane byłyby przez władze, jako wytwór chorego umysłu.
- Ale Żabiec był zdrowy na umyśle! – syknęła przez zaciśnięte zęby. – Był może groźniejszy od niej. Oskarżał nas, że ją maltretujemy, bo pragniemy żeby umarła. Był szalony z miłości do niej i zemściłby się na tobie.
- Tym bardziej należało mnie o tym powiadomić! Nie mówiłem ci całej prawdy o sobie, bo raz już zaufałem kobiecie z fatalnym skutkiem! A ty, sama wpędziłaś się w pułapkę bez wyjścia i nie oczekuj ode mnie wdzięczności. Gdybym nie był przekonany, że działałaś w najlepszej wierze, poleciłbym wszcząć śledztwo na nowo. Po twojej niemądrej interwencji, być może nigdy nie dowiemy się, kto był rzeczywistym sprawcą tej makabrycznej zbrodni. – podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec. Nie odwracając się, podjął stanowczo: - Mam do ciebie poważne pretensje, że bez mojej zgody ujawniłaś rodzinne tajemnice. Nie upoważniłem ciebie do tego. Teraz sąsiedzi snują na mój temat absurdalne domysły. W oczach ludzi stałem się po prostu śmieszny: rogacz i ślepiec! Postarałyście się o to obie: – ty i Paula! – odwrócił się do niej, a jego bursztynowe źrenice płonęły ogniem obrażonej męskiej dumy.
- Przepraszam… - raz jeszcze starała się złagodzić jego gniew. – Wybacz mi, Alku.
- Jestem zmęczony, skończmy tę rozmowę. – przerwał jej niegrzecznie. – Jutro kasjer wypłaci ci procenty, od kapitału złożonego u mnie przez ciotkę Teklę, a po pogrzebie wyjedziesz do Warszawy. Powinnaś przez jakiś czas zamieszkać u państwa Borutyńskich, bo sama znowu możesz wplątać się w jakąś kabałę. Decyzja należy do ciebie.
Podszedł do biurka i z furią kopnął krzesło stojące mu na drodze. Zrobiła olbrzymi wysiłek, żeby spokojnie wysłuchać jego niesprawiedliwych oskarżeń. Ale narzucony siłą spokój nagle prysnął, jak tama pod naporem bystrej wody. Miała charakter równie dumny i nieustępliwy, jak on i nie wybaczała łatwo urazy. Przypomnienie, że ma się wynosić z Makowa, podziałało na nią jak iskra rzucona na prochy.
- Nie waż się do mnie mówić tym tonem! – wybuchnęła z pasją, stawiając się jak czupurny kogucik. – Powiadasz, że nie znałeś mnie dotąd? To ja ciebie nie poznaję. Nie jesteś tym mężczyzną, któremu oddałam serce. Obwiniasz mnie, że ludzie plotkują na twój temat? To bardzo po rycersku! Nie musiałam nic mówić, bo wszyscy doskonale wiedzieli o rozpustnym prowadzeniu się twojej małżonki. Chłopi wypłaszali ją z krzaków, jawnie gziła się w różanej altanie i przyjmowała kochanków w sypialni. Próbowała udusić ciocię, godziła na moje życie i niech wszyscy diabli wezmą jej przeklętą duszę do piekła!
- Nie klnij. – upomniał ją odruchowo.
- Właśnie, że będę klęła, kiedy przyjdzie mi na to ochota! Nie jestem panią hrabiną!– oddychała spazmatycznie i mówiła dalej ze wzrastającą pasją: - Byłeś obłudny. Podświadomie czułam, że nie jesteś ze mną szczery. A może ty ją wciąż kochałeś? Czy sprowadziłeś mnie do Makowa po to, żeby udowodnić tej kobiecie, że jest inna, która ciebie uwielbia? Słusznie wyśmiewała się z mojej naiwności, bo byłam nędznym pionkiem w rozgrywce między wami. Być może jestem głupia i uboga, ale mam w sobie krew równie dobrą, jak twoja. A może jeszcze lepszą i nie pozwolę się znieważać!
Próbował coś powiedzieć, ale ona nie dopuściła go do głosu.
- Milcz! Nie zasługujesz na moją miłość. – krzyknęła z płonącą twarzą. – Jesteś tchórzem, a ja gardzę tchórzami! Nie potrzebujesz wypraszać mnie z domu, bo z przyjemnością sama stąd wyjadę. Oczywiście, po pogrzebie tej nierządnicy, żeby ludzie, broń Panie Boże, nie mieli powodu do plotek. Życzę panu miłego wypoczynku, panie hrabio!
Złożyła mu szyderczy ukłon i skierowała się ku drzwiom, zachowując postawę pełną godności. Aleks stał śmiertelnie blady, potem na jego policzki wypełzły dwie czerwone plamy rumieńca. Poruszył wargami, ale nie wydał z siebie głosu. Nie obdarzywszy go więcej spojrzeniem, wyszła z wysoko podniesioną głową. Ale za drzwiami wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i zatkała sobie usta, tłumiąc rozpaczliwy szloch i dławiąc się łzami. Biegła przez korytarze jęcząc i szlochając.
1Tu fais des folies - Postępujesz jak szalona.