niedziela, 17 kwietnia 2016

Nareszcie szczęśliwa.


17 kwietnia 2016 r.
Nina rzuciła się w tył i wpadła w otchłań bez dna. Obudziła się krzycząc. Oprzytomniała i wyskoczyła 
z łóżka, słysząc walenie do drzwi. Ktoś dobijał się do pokoju, bijąc pięściami w drzwi. Przypomniała sobie, że wieczorem zamknęła je na klucz i pobiegła otworzyć. W jednej chwili znalazła się w ciepłych ramionach niani.
- Dziecko, ty Boga w sercu nie masz! Najpierw zamykasz się na klucz, a potem krzyczysz, jakby cię zabijali.
Nina trzęsła się cała i szczękała zębami, nie ochłonąwszy jeszcze z upiornego snu.
- Miałam okropny sen. – wyznała. – Nianiu, - poprosiła pokornie – nie gaś świecy i połóż się przy mnie. Nie chcę być sama.
- A brałaś wieczorem brom? Panicz Jaś powiedział, żebym zawsze przed snem podawała ci łyżeczkę bromu, ale ty się zamknęłaś.
- Przepraszam. Brom niewiele mi pomaga. – Nina wysunęła się z jej ramion, wskakując do łóżka. – Znowu śniła mi się Paula.
- Bo myślisz o niej! A przestrzegałam, żebyś nie chodziła do kaplicy ale ty mnie nie posłuchałaś. – powiedziała niania surowym tonem, jednocześnie troskliwie otulając ją kołdrą. Położyła się obok przeczuwając, że jej dziewczynka zmaga się z czymś, czego praktyczny umysł Jagi pojąć nie potrafił.
- Zapomnij o niej. – nakreśliła nad czołem Niny krzyż. – Potrzebna ci zmiana powietrza. Pojedziemy do Nałęczowa. Panicz tak mi radził, bo tam są lecznicze wody. A teraz śpij, koteczku.
Nina ułożyła się wygodnie, obejmując ją ramieniem.
- Obiecaj, że zawsze będziesz przy mnie. Zawsze! – szepnęła sennie.
- Obiecuję. No, śpijże już, ty nieznośna pannico!
Jaga przymknęła powieki, wsłuchując się w regularny oddech śpiącej Niny. Nie przyznała się nikomu, iż sama również wybrała się do kaplicy i do tej pory nie potrafiła otrząsnąć się z niesamowitego wrażenia, jakiego wówczas doznała.

Za oknem wstawał ponury, wietrzny dzień. Jaga wstała ostrożnie i zaciągnęła kotary, bo wieczorem Nina o tym zapomniała. Dzień był wilgotny, a po morderczych upałach zrobiło się zupełnie jesiennie. Idąc do kuchni, aby wydać kucharce dyspozycje, niania kazała Florkowi zapalić w kominku, żeby ogrzać salonik. Nina obudziła się około południa. Za oknami stała gęsta mgła i padał uporczywy deszcz. Pani Wanda Umińska przysłała rano bilecik zawiadamiając ją, że spotkanie pań z towarzystwa Pomocy Więźniom Politycznym, zostało przesunięte na przyszły tydzień. Tę wiadomość Nina przyjęła z zadowoleniem. Brzydka pogoda potęgowała uczucie apatii i dziś nie miała ochoty do spotkań i rozmów towarzyskich. Usiadła przy biureczku i zaczęła sprawdzać rachunki. Zmartwiła się stwierdziwszy, że w tym tygodniu wydała za dużo pieniędzy. Ze złością odrzuciła pióro i przejrzała się w dużym lustrze. „Wyglądam jak mara. – skonstatowała obojętnie. – Ale przecież nie muszę się nikomu podobać”. Od rana dręczył ją nieokreślony niepokój. Co jakiś spoglądała na zegar, jakby na kogoś, czy na coś czekała. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca, w końcu zdecydowała, że przejdzie się po Ogrodzie Saskim.
- Nie wychodź, bo się przeziębisz! – ostrzegła Jaga, wyglądając oknem na zalaną deszczem ulicę.
- Nic mi nie będzie. Muszę mieć odrobinę ruchu.
W parku było cicho i pusto. Ławki ociekały wodą, a w alejkach lśniły wielkie kałuże. Otworzyła parasolkę i wolno przechadzała się Aleją Westchnień, nie zważając, że moczy cienkie obuwie. Zaszła nad staw i patrzyła, jak ulewa siecze jego powierzchnię. Nawet łabędzie pokryły się w swoich domkach. Krople deszczu uderzały w napięty jedwab parasola i znaczyły wilgocią jej twarz. Spacer przyniósł jej pewną ulgę, więc postanowiła, że jeszcze do domu nie wróci. Wędrowała dalej, zatrzymując się przed wystawami eleganckich sklepów, przypatrując się luksusowym towarom. Mijali ją przemoczeni przechodnie, po czubek nosa otuleni pelerynami i spieszący do ciepłych mieszkań. Po jezdni mknęły dorożki, omnibusy i wytworne karety. Przyszło jej na myśl, że i ona jeździła niegdyś pięknymi ekwipażami, ale to było już bardzo dawno temu. Miała dziwaczne wrażenie, że od chwili wyjazdu z Makowa upłynęły lata i ze zdumieniem uprzytomniła sobie, iż od tego dnia nie minęły jeszcze całe dwa miesiące. Ale tyle się w tym czasie w jej życiu wydarzyło. Potknęła się o kamień i przystanęła zauważywszy, że znacznie oddaliła się od domu. Nie chcąc tracić pieniędzy na dorożkę, musiała poczekać na omnibus z napisem: „Plac Zamkowy – Plac Saski - Królewska”.
Omnibus na ul. Marszałkowskiej.
 Spacer dodał jej apetytu i po raz pierwszy zjadła na obiad wszystko, co jej podano.
- Nie było wiadomości od cioci Salusi? – spytała Jagę.
- A owszem, chłopak przyniósł bilecik. – niania pogrzebała w kieszeni i wręczyła jej małą, białą kopertę.
Jaś pisał, że matka jest trochę przeziębiona i prosił, żeby Nina przyszła ją odwiedzić. Zawstydziła się, przypomniawszy sobie, jaka była dla niego opryskliwa i niemiła. Jaś miał jak najlepsze intencje, a ona zachowała się idiotycznie. Musi przeprosić kochanego braciszka.
- Ciotunia jest niezdrowa. Jutro pójdę ją odwiedzić. – powiedziała do Jagi i kichnęła.
- A mówiłam: nie wychodź! – rozzłościła się niania. – Pewnie chwyciłaś katar!
- Ależ nic mi nie jest. – oświadczyła Nina i kichnęła ponownie.
- Akurat! Jesteś uparta, jak stary kozioł! Ale zawsze musi wyjść na moje. Ogrzej się przy kominku, a ja zaparzę ci bzowej herbatki.
Nina przyznała jej milcząco rację i pomyślała, że przyjemnie będzie posiedzieć przy ogniu, kiedy za oknami plucha i chłód. Zmieniła spacerową suknię na strój domowy. Białą jedwabną bluzeczkę i marszczoną czarną spódnicę, której jedyną ozdobą był szeroki pas z dużymi złoconymi kółkami. Jej młodzieńczy wygląd podkreślały jeszcze opuszczone na piersi warkocze. Wzięła ze stoliczka pożyczoną od Jasia książkę i wygodnie usiadła w fotelu wyłożonym poduszkami. Powieść „Madame Bovary” Gustawa Flauberta, była w tym czasie lekturą wręcz skandaliczną, odpowiednią jedynie dla starszych mężatek. Jednak Nina nigdy nie przywiązywała wagi do takich drobiazgów, czytając, co jej wpadło pod rękę. Powieść okazała się niesłychanie interesująca i wciągnęła ją bez reszty. Straciła rachubę czasu i przewracając kolejną kartkę pomyślała, że to chyba już wieczór, bo zegar bił długo, a za oknami zapadł wilgotny i mglisty zmierzch. Niespodziewanie drzwi otwarły się szeroko i do pokoju raczej wpadła niż weszła niania, nerwowo przygładzając suknię i zacierając dłonie.
- Kotuniu!
Nina uniosła głowę, myśląc z niechęcią, że już czas na kolację. Nie była głodna i wolała czytać.
- Nianiu, nie mam ochoty do jedzenia. Proszę mi nie przeszkadzać. – w odruchu zniecierpliwienia strzepnęła palcami, powracając do lektury. Przerwała czytanie w dramatycznym momencie, gdy oszalała z rozpaczy Emma czyta na strychu list od kochanka.
- Nino. – Jaga wyglądała na bardzo zakłopotaną. – Idź do salonu, bo masz gościa.
- No nie! – rozgniewana Nina ponownie oderwała wzrok od książki. – Przecież wyraźnie zapowiedziałam, że nikogo nie przyjmuję. Nie ma mnie w domu!
Ale Jaga nie odchodziła. Spojrzawszy na nią, Nina spostrzegła, że niania jest czymś bardzo zdenerwowana i drżą jej ręce. Widząc, że Nina ją obserwuje, pospiesznie schowała je za siebie.
- No więc mów prędko, kogo tam licho przyniosło? – Nina podniosła się z fotela, z żalem odkładając książkę na stolik.
- Pan hrabia Klonowiecki czeka w salonie. – wyszeptała Jaga, wpatrując się w nią ze strachem.
Zapadła cisza tak nagła, że aby ją przerwać, Jaga głośno zakaszlała. Nina poczuła, że kolana ma miękkie i ciężko opadła na poduszki, z całej siły zaciskając palce na poręczy fotela. Była pewna, że uległa złudzeniu i się przesłyszała.
- Kto przyszedł? – spytała cichutko.
- Pan hrabia chce się z tobą widzieć. – powiedziała Jaga bliska łez.
Nina nie ruszyła się z miejsca, zbierając rozproszone myśli.
- Wielki Boże! – powiedziała i przez chwilę nie mogła niczego zrozumieć. Nie wyobrażała sobie, że on jest tak blisko. Wystarczy zrobić kilka kroków i zaraz go zobaczy. Ale nie miała siły, żeby się podnieść i przejść do salonu. Bała się, że jak wstanie to zemdleje i upadnie jak długa na posadzkę.
- Wielki Boże! – powtórzyła prawie z jękiem.
- Dziecino, rozumiem co czujesz, ale nie wypada, żeby pan hrabia czekał. – upomniała ją Jaga.
- Tak… w takim razie poproś pana hrabiego tutaj. – powiedziała Nina niepewnie, opierając głowę o poduszki, bo cały pokój zawirował jej w oczach.
Zaczerpnęła głęboko powietrza, jakby rzucała się do wody. Rozległo się lekkie pukanie i służący otworzył obie połowy drzwi, anonsując gościa. Miała spuszczone powieki, mimo to czuła, że hrabia podchodzi i składa jej ukłon. Serce biło jej wolno i ciężko, nie wiedziała co ma zrobić z rękami. Rozpaczliwie zastanawiała się, jak ma rozpocząć rozmowę, by nie wydać się śmieszna i nienaturalna. Zerknęła na niego i zauważyła, że zeszczuplał, a jego jasne włosy są wilgotne. Podała mu rękę, a kiedy złożył na niej delikatny pocałunek, wskazała mu sąsiedni fotel.
- Bardzo mi miło, że zechciał mnie pan odwiedzić przy okazji, będąc w Warszawie. – odezwała się, sama zdumiona swoim pewnym i dźwięcznym głosem. – Proszę przysunąć się do kominka. Prawda, jaki szkaradny dzień? Pogoda prawdziwie angielska. Co słychać u wujostwa Borutyńskich? Zosia Siekielska pisała, że chłopi spalili im zboże.
Nie patrzyła na niego, starannie unikając jego oczu i pytała o osoby, które jej absolutnie nie interesowały. Aleks wydawał się niemile zdziwiony tym oficjalnym powitaniem.
- Obawiam się, że przyszedłem nie w porę. – powiedział, odruchowo przygładzając włosy. – Powinienem był przysłać bilet. Przepraszam. Wydawało mi się, że między nami konwenanse są zbyteczne. Widzę jednak, że to był błąd. Nie mówisz mi po imieniu i traktujesz, jak przygodnego znajomego.
- Tenis, je vous croyais partir1. – wymamrotała.
- Promyczku, nie mów do mnie po francusku, bo to nie raut. Przyznaję, że liczyłem na nieco cieplejsze powitanie. Przecież dawno się nie widzieliśmy.
- Nie z mojej winy! – zaznaczyła dobitnie i zadzwoniła. Poleciła Florkowi podać herbatę, a gdy za służącym zamknęły się drzwi, była już opanowana.
- Czemu zawdzięczam wizytę pana hrabiego? – zagadnęła go wprost, nie mogąc znieść tej dwuznacznej sytuacji.
Pochylił ku niej głowę z czarującym uśmiechem. Owinęła ją znajoma woń paryskiej wody kolońskiej, kojarząca się z jego osobą.
- Nie wiesz? – spojrzał na nią z przekorą. – Przyjechałem po mój skarb!

Naraz doznała uczucia, że runęła z wysoka, a upadek pozbawił ją tchu. Upokorzona, zraniona do żywego i bezgranicznie nieszczęśliwa, siedziała sztywno wyprostowana, życząc sobie w duchu nagłej śmierci. Raz jeszcze okazała się beznadziejną idiotką! Jakże mogła go pytać, po co przyjechał? Przecież telegrafowała do Makowa prosząc, aby ktoś przybył i odebrał znalezione w szkatułce klejnoty. Bezcenne precjoza nie były rzeczą, po którą wysyła się lokaja. Przyjechał więc hrabia, a ona zrobiła z siebie kompletną kretynkę pytając, jaki jest cel jego wizyty. To było i śmieszne i żałosne. Przez jedna krótką chwilę miała złudzenie, że przyjechał do Warszawy gnany tęsknotą. Za ten moment naiwności, czuła do siebie pogardę i nienawiść. Postanowiła wręczyć mu klejnoty i pożegnać pod byle pretekstem. Nie zamierzała niepotrzebnie przedłużać tej wizyty i swojego cierpienia. Zarumieniona z przykrości, z oczami pełnymi łez, odruchowo uniosła dłoń do ust. Aleks powstrzymał jej rękę i ją ucałował.
- Kochanie, proszę, nie ogryzaj paznokci. Masz śliczne dłonie i szkoda je brzydko szpecić. – zwrócił jej uwagę ojcowskim tonem.
Zaczerwieniła się jeszcze mocniej, a jej duma legła w gruzach. Nie potrafiła się przy nim odpowiednio zachować. Przewyższał ją pod każdym względem, obyciem towarzyskim, swobodą i tym, o czym Francuzi mawiali: „Esprit d'presence2”. Wyobraziwszy sobie, że wygląda jak kupka nieszczęścia, z trudem powstrzymywała się, żeby nie pociągnąć rzewnie nosem.
- Niepotrzebnie się pan fatygował.– bąknęła, opuszczając nisko głowę. – Pan Bochniak mógł to załatwić.
Aleks roześmiał się serdecznie.
- Nie sądzę, promyczku, żeby pan rządca potrafił mnie w tym zastąpić. – przybrał poważną minę, lecz jego bursztynowe oczy pełne były złocistych iskierek. – Nino, ta biżuteria była prezentem ode mnie. Nie wypada zwracać podarunków. Ja przyjechałem po ciebie.
Podskoczyła na fotelu, posyłając mu obrażone spojrzenie.
- Nigdzie się nie wybieram! – oświadczyła grobowym głosem.
Przyjrzał się jej znękanej twarzyczce i spostrzegł, że zaciska mocno dłonie. Utulił je w swoich.
- Promyczku, przyjechałem do Warszawy żeby spytać ciebie, czy kochasz mnie jeszcze i czy zgodzisz się zostać moją żoną? – wydobył z kieszeni safianowe etui, otworzył je i podał jej. Przed jej oczami błysnął ogniem wielki szmaragd otoczony brylantami.
Pierścień zaręczynowy!
Powoli do jej świadomości docierał sens tego, co usłyszała. On się jej oświadczył! Wydało się jej, że śni. Ale w kominku głośno trzaskał ogień, rzucając na ściany purpurowe refleksy, a białe festony firanek wyglądały jak sople lodu. Spojrzała na niego badawczo i naraz czar prysnął. Stanowczym ruchem odsunęła od siebie pudełeczko z pierścionkiem.
- Propozycja pańska jest dla mnie zaszczytem, jednakże nie wydaje mi się, abym była odpowiednią żoną dla pana. Zresztą postanowiłam nigdy nie wychodzić za mąż! – króciutka chwila szczęścia zamieniła się w dojmujący ból.
Wyobraziła zaraz sobie, że on obrażony jej odmową wstanie i odjedzie. A kiedy zamkną się za nim drzwi, chyba tylko śmierć potrafi ukoić tę okropną rozpacz i pustkę, jaką po sobie pozostawi. Miała wrażenie, że wydziera sobie serce z piersi i depcze po nim nogami. Bała się spojrzeć na niego, żeby z jej oczu nie odczytał prawdy. Lękała się, że ponownie ulegnie jego urokowi i zachowa się, jak kobieta bez godności. Pewna była, że jego oświadczyny nie były wyrazem głębokiego uczucia. Przecież nie interesował się nią wcale i nie troszczył się o jej los. Na tę myśl, obrażona duma i uraza na nowo rozgorzały w jej sercu.
- Dlaczego pan mi się oświadcza? Przecież ja wcale pana nie obchodzę. – odezwała się drżącym głosem, wspomniawszy doznane krzywdy.
Dosłyszał w jej słowach ogrom żalu i dostrzegł dwie duże łzy wiszące na rzęsach, które bezskutecznie próbowała powstrzymać. Natychmiast spoważniał i przysunąwszy się, objął ją. Próbowała wyrwać się z uścisku marząc, by na zawsze już pozostać w jego ramionach. Zauważył, że zmizerniała. Jej delikatna cera przypominała płatek kamelii. Bogactwo włosów podkreślało idealny owal twarzy i piękno oczu, kryjących się w cieniu długich rzęs, ale była blada i apatyczna.
- Nino, porozmawiajmy bez emocji. – już się nie uśmiechał, a jego spojrzenie było poważne i spokojne. – Chcę być z tobą zupełnie szczery. Rozumiem, że jesteś na mnie rozżalona, a nawet obrażona. Uważasz mnie za człowieka bez serca, zimnego egoistę. Ale to nieprawda! Nasz drogi doktorek mógłby ci opowiedzieć, ile listów wysłał do Makowa z relacjami o tobie. Przeczuwałem, że w obcym środowisku będziesz się czuła samotna, więc poprosiłem znajome damy, by zaopiekowały się tobą. Czy zdajesz sobie sprawę, co przeżyłem, kiedy uciekłaś z domu nocą, pożyczonym powozem? Jak mogłaś tak postąpić? – wybuchnął. – Przecież wiesz, że nigdy nie pozwoliłbym ci w ten sposób odejść!
- Osobiście wyprosił mnie pan z Makowa! – przypomniała z zawziętością, bynajmniej nie przekonana.
- Nieprawda! Chroniłem cię przed jakimś afrontem. Cała okolica aż trzęsła się od plotek, a każdy mój protest, byłby zrozumiany w sposób jednoznaczny. Musiałbym bronić twego honoru i znowu polałaby się czyjaś krew. Dałbym pół życia, żeby zatrzeć w twojej pamięci tę nieszczęsną rozmowę w gabinecie. Nie zachowałem się po dżentelmeńsku, wywierając na tobie nagromadzony gniew. Ale ty również uderz się w piersi, bo nie jesteś bez winy. Oskarżyłaś mnie o podwójne morderstwo i tchórzliwe zatajenie zbrodni. Oświadczyłaś mi, że nie zasługuję na twoją miłość, bo jestem tchórzem! Tym zraniłaś mnie bardzo głęboko. Nino, jestem szlachcicem i oficerem i honor nie pozwoliłby mi na wyparcie się tej zbrodni. Ale ja ci z serca tę obelgę wybaczyłem. Teraz także przyjęłaś mnie jak natręta. A przecież nie mogłem wcześniej prosić o twoją rękę, nie mając uporządkowanych spraw osobistych. Musiałem także uzyskać zezwolenie na ślub. Jesteśmy przecież z sobą spokrewnieni. To wszystko zajęło mi trochę czasu.
Chciwie chłonęła jego słowa, a rozpacz powoli ustępowała miejsca nadziei. Może naprawdę osądziła go niesprawiedliwie? Czuła, jak serce coraz mocniej wali jej w piersiach. Nie doświadczyła takich emocji od dawna i czuła się zażenowana. Ale już nie było w niej gniewu, ani smutku.
- A Paula?
- Aha, więc jednak jesteś o mnie trochę zazdrosna? – żartobliwie pociągnął ją za warkocz. – Promyczku, ona była przekleństwem mojego życia. Czasem zdarza się, że człowiek podąża za błędnym ognikiem wyobrażając sobie, że światło oznacza ciepło i domowe zacisze, i idąc w ślad za nim, tonie w bagnie. Nino, po tylu latach męki z tamtą kobietą, należy mi się od życia odrobina szczęścia. Jeżeli ty mnie odepchniesz, to już nie pozostanie mi nic, dla czego chciałbym żyć.
 Przyciągnął ją do siebie i musnął pocałunkiem jej usta. Przymknęła powieki i westchnęła. Pocałował ją po raz drugi, mocniej i namiętniej. Zamierzała się jeszcze targować, ale naraz przyłapała się na tym, że tuli się do niego. Otworzyła oczy i w jego wzroku dostrzegła płomień.
- Kochasz mnie? – szepnął jej do ucha.
Chciała zaprzeczyć, ale jego pocałunek sprawił, że jej usta udzieliły mu twierdzącej odpowiedzi. Wydawało się jej, że zaraz umrze ze szczęścia. Kiedy w końcu oderwali się od siebie, westchnął przeciągle, z rozkoszą.
- Nie rozumiem, jak mogłem tak długo wytrzymać bez ciebie. – powiedział cicho. – Jesteś lepszą cząstką mnie samego. Chcesz mnie, mój słodki promyczku? Wyjdziesz za mnie?
Z cichym westchnieniem oplotła jego szyję ramionami. A kiedy jego usta, twarde i zachłanne, znalazły się na jej wargach, fala krwi napłynęła jej do głowy.
- Ukochany, w moim życiu nie było i nie będzie innego mężczyzny!
Z ustami przy jej ustach szeptał słowa miłości, rozkoszując się jej pięknem.
- Aleczku, nie wiem, czy to wypada tak przed ślubem… - mruknęła pomiędzy jednym pocałunkiem, a drugim, racząc sobie przypomnieć, że znowu jest na bakier z konwenansami. Ale zaraz zapomniała o wszystkim, splatając dłonie na jego karku, lgnąc do niego całym ciałem. Czuł, jak pod cienkim jedwabiem jej bluzki, mocno bije serce. Oddawała mu pieszczoty coraz bardziej zapamiętale, pod wpływem obudzonych zmysłów, przeżywając głęboko każdą pieszczotę. Wielbiła jego dłonie dotykające jej ciała. Ręce mężczyzny, silne, stanowcze, zuchwałe, wyrażające pragnienie.
- Alku, to takie straszne, bo gdybyś teraz odszedł, to już tylko śmierć! – szeptała, gładząc jego jasne włosy i zatapiając palce w ich pachnącej gęstwinie. – Naprawdę chcesz mnie poślubić? O najdroższy, nie robisz dobrego interesu, bo w końcu kim ja jestem? Twoja rodzina z pewnością nie będzie tym faktem zachwycona.
Widział przed sobą jej szeroko rozwarte oczy, pełne miłości i oddania.
-Ty jesteś moją rodziną! – oświadczył twardo. – A małżeństwo, moje słodkie kochanie, to nie interes, tylko trwały związek dwojga kochających się ludzi.
- O Chryste, więc to się dzieje naprawdę? Już się nie rozstaniemy? Razem wrócimy do Makowa? Nie, ja chyba śnię! – jeszcze nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.- Jakie to okropne, że musimy czekać na siebie aż cały rok! – westchnęła.
- Dlaczego aż rok? – zdziwił się Aleks.
- Bo tyle trwa najkrótsza żałoba.
Odsunął się i przypatrywał się jej zupełnie zaskoczony.
- Ależ Nino… Chodź, usiądźmy na tej kanapce i porozmawiajmy. Jestem w Warszawie od dwóch dni…
- Jesteś bez serca. – spojrzała na niego z wyrzutem. – A do mnie nie raczyłeś!
- Promyczku, cały czas zajmowałem się naszymi sprawami. Byłem u arcybiskupa Felińskiego i opowiedziałem mu o sobie prawdę. To porządny, uczciwy człowiek. Zgodził się ze mną, że moje małżeństwo było de facto fikcją. Uznał, że nie było w tym mojej winy, bo trwałem w tym związku pod przymusem. Na koniec wyraził zgodę na nasze małżeństwo. Nino, możemy pobrać się choćby jutro!
Arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński.
 Skuliła się, czując na plecach gęsią skórkę, na myśl o potwornym skandalu, jaki wybuchnie na wieść o ich ślubie.
- Alek, mamy się pobrać zaledwie dwa miesiące po śmierci twojej żony? Jezu, przecież ludzie zjedzą nas żywcem! Będziemy zmuszeni uciekać z kraju.
Niezadowolony, zmarszczył brwi.
- Nino, nigdy nie przejmuj się tym, co mówią ludzie. Pytam, co wybierasz: małżeństwo ze mną, czy marne światowe konwenanse?
- A żałoba? – jęknęła i spróbowała się nie denerwować.
- Po kim? – wzruszył ramionami. – Gdybym przestrzegał żałoby, potwierdziłbym, że Paula była faktycznie moją żoną. Promyczku, nie miej takiej przerażonej minki. Zanim powrócimy z podróży poślubnej, ludzie o tym zapomną. Jeżeli głowa Kościoła polskiego zdecydowała, że w naszym związku nie ma nic nagannego, to co nas obchodzą plotki.
Nina owinęła mu szyję ramionami i szybkimi, drobnymi pocałunkami pokrywała jego usta i całą twarz.
- Niczego bardziej nie pragnę, jak być twoją żoną. Nie warto niczym się przejmować, kiedy mamy siebie, prawda?
Moda męska w XIX w.
 Zapukał Florek, przynosząc herbatę. Nina pomyślała, że zapewne niania zatrzymała go w kuchni, żeby im nie przeszkadzał, bo długo to trwało. Gdy nakrył stolik i wyszedł, Aleks sięgnął po pierścionek i włożył jej na palec.
- To klejnot rodzinny. Zaręczyła się nim moja prababka, babka i matka. Paula nigdy go nie dotknęła. Podświadomie zachowałem go dla ciebie.
Obejrzała z bliska pierścionek, podziwiając cudowną robotę jubilerską. Z pewnością miał ogromną wartość.
- Ale ja nie mam pierścionka mojej matki. – powiedziała z żalem. – Dam ci ten, po cioci Tekli. Był on gwarantem wielkiej miłości, jaka łączyła ją z mężem.
Ucałował obie jej ręce.
- To kiedy się pobierzemy? – spytał.
Zakłopotana, potrząsnęła głową.
- Widzisz, kochany, ja nic nie mam. Ani sukni ślubnej, ani wyprawy.
- Cóż, trudno.– rzekł z rezygnacją. – Jutro zamów sobie wyprawę w najlepszym magazynie, a także poślij swoje wymiary do Paryża.
Spostrzegła, że był zawiedziony i momentalnie się opamiętała.
- Ja chyba oszalałam! – wykrzyknęła. – Och, jestem głupią, marną dziewczyną, niegodną twej miłości. Dla kilku szmatek mamy odkładać szczęście? Aha, a co będzie z zapowiedziami?
- Bez zapowiedzi, za indultem. W takim razie pobierzmy się we wtorek. Resztę wyprawy kupisz już za granicą. A gdzie moja przyszła małżonka życzy sobie jechać? Wenecja, może Riwiera i Paryż, albo Włochy i Neapol? Znam osobiście wielkiego księcia Konstantego jeszcze z Petersburga. Pojadę do Belwederu i za parę godzin będziemy mieli paszporty. Gdzie pojedziemy?
Widok Paryża w XIX w.
 Nie zastanawiała się ani przez moment.
- Ani Wenecja, ani Paryż, ani Neapol!– rzekła stanowczo. – Wracajmy do Makowa.
Aleks był zdumiony jej życzeniem.
- Naprawdę nie chcesz jechać za granicę? A może wolisz Egipt, albo jakąś wyspę, Capri, czy Korfu?
- Nie, kochany. Mamy przed sobą całe życie. Jeszcze będziemy mieli okazję zwiedzić świat.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. – oświadczył z galanterią. – Dobrze, a teraz, promyczku, przebierz się, bo pojedziemy po Borutyńskich. Zabieram was do Hotelu Europejskiego, na kolację zaręczynową z szampanem!
W-wa. Hatel Europejski.
 - Boże, to brzmi jak bajka. – rzekła rozmarzona. – Zaraz poślę Florka po dorożkę.
- Nie trzeba. Przyjechałem karetą.
- To Stach powozi? – ucieszyła się Nina. – O jakże się cieszę!. Kochany Stach... Opowiedz mi, co w domu? Wszyscy zdrowi? Walenty, Kumosia, pani ochmistrzyni, mój Maciek? Grot. A Mignon? – zarzuciła go pytaniami.
- Domownicy z utęsknieniem wyglądają swojej młodej pani. Grot czeka na ciebie. Klaczka zdrowa, Maciek jej dogląda. Jutro, mój skarbie, wybierzemy się do doktora Chałubińskiego. Musi dokładnie cię zbadać, bo Jaś pisał, że niepokoi go stan twojego zdrowia.
Nina wybuchnęła serdecznym śmiechem, tuląc się do niego.
- To ty, Aleczku, jesteś moim najlepszym lekarzem, bo bez ciebie umierałam, a teraz jestem już zupełnie zdrowa! – urwała i spojrzała w stronę drzwi. - Przepraszam, najmilszy, ale muszę koniecznie zawiadomić nianię o naszych zaręczynach. Ona jest po tobie, najdroższą dla mnie osobą na tej ziemi i kocham ją jak matkę.
- Naturalnie, poproś Jagę do pokoju. Muszę ją spytać, czy zgadza się oddać mi ciebie. Powiedz niani, że oświadczyłem się tobie, żeby mieć ją z powrotem w domu.
- Powiem. I pamiętaj, że sam się o to prosiłeś!
Nie musiała Jagi szukać daleko. Stała za drzwiami i zalewała się łzami, wpółżywa z ogromnego wzruszenia.
- Moje słoneczko! – z głośnym szlochem przytuliła Ninę do siebie. – Pan Jezus jest miłosierny i sprawił, że moje dziecko będzie szczęśliwe. Cud prawdziwy!
Widok Gór Świętokrzyskich.

- Nianiu! – Nina ze śmiechem rzuciła się jej na szyję. – O Jezu, wyjdę za mąż za Alka i wrócimy do Makowa. Wracamy do domu, nianiu. Naprawdę, na zawsze!
Jej radość była tak szczera i zaraźliwa, że Jaga przestała płakać, tylko patrzyła na nią z matczyną miłością.
1Tiens... - Myślałam, że pan wyjechał.
2Esprit d'..... - dowcip,przytomność umysłu.