czwartek, 28 kwietnia 2016

Nieoczekiwany gość.


28 kwietnia 2016 r.
Tymczasem w Warszawie rozgrywały się wypadki, które przyśpieszyły katastrofę, cały kraj okrywając żałobą. 21 sierpnia 1862 roku, na stokach Cytadeli, stracono na szubienicy Ludwika Jaroszyńskiego. Mieszkańcy stolicy tłumnie towarzyszyli skazańcowi w tej ostatniej drodze. Jaroszyński nie był dla nich anarchistą, niedoszłym zabójcą carskiego brata, lecz nową ofiarą zaborców, bohaterem, nie wahającym się oddać młodego życia za umęczoną ojczyznę. Odbyły się też procesy pokazowe Rylla i Rzońcy, podobnie jak poprzedni, zakończone wyrokami śmierci przez powieszenie. W całym kraju powtarzano sobie rozpaczliwy okrzyk matki Rzońcy, skierowany do sędziów:
Ludwik Jaroszyński.
- O mój Boże, natchnij sędziów, żeby nam dzieci nie zabijali! Dzieci się rodzą, a oni je zabijają! - ten bolesny, rozdzierający okrzyk, trafił do serc wszystkich polskich matek, przejmując je grozą i nienawiścią do oprawców. Władze rosyjskie postanowiły, że dla przestrogi, egzekucja obu chłopców odbędzie się z całym ponurym ceremoniałem. 26 sierpnia, stoki Cytadeli zaroiły się od wojska stojącego pod bronią. Z murów twierdzy wyglądały paszcze armat skierowanych na miasto i zgromadzone pod Cytadelą tłumy. Tysiące warszawiaków przyszło pożegnać swoje dzieci, płacząc, modląc się, a kto nie stał pod szafotem, klęczał w kościele, odmawiając litanie za konających. Skazańcy, ubrani w białe koszule pokutne, przybyli na miejsce straceń wózkiem, którym wywożono z fortu nieczystości. Na szafot wszedł kat w czerwonym płaszczu i czarnym cylindrze. Był zamaskowany. W momencie, gdy skazańcy stanęli pod szubienicą, ludzie poklękali i zaczęli głośno odmawiać modlitwy za umierających. Wielu rozpaczliwie szlochało, niektóre kobiety mdlały. Ale byli i tacy, którzy bez jednej łzy wpatrywali się w szafot płomiennym wzrokiem, przysięgając w duszy rychłą zemstę. Ponury warkot werbli, brzmiał jak odległy, lecz nadciągający grzmot. Dwa lata później, 5 sierpnia, odbyła się publiczna egzekucja, obchodzona z o wiele większą pompą i okrucieństwem, lecz była to na razie odległa przyszłość, nikomu jeszcze nie znana.
Autentyczna carska szubienica na stokach Cytadeli.
                Trzy kaźnie         młodych zamachowców okryły kraj żałobą, a na długiej liście ofiar, przybyły dalsze nazwiska. Prasa podziemna, nazywała egzekucję nieletnich chłopców, zbrodnią i morderstwem. Margrabiego Wielopolskiego otaczała tak zajadła nienawiść, że ten żelazny człowiek zaczynał odczuwać strach. Otoczony wojskiem, strzeżony w swoim pałacu jak więzień, drżał przed niespodziewanym ciosem sztyletu,  kulą czy trucizną W mieście znów zapanował terror, a podziemna szydziła: „Ciesz się narodzie, masz łaski i reformy!”.
W tym czasie, władze podziemne postanowiły zapoznać społeczeństwo ze swoim programem. W tym celu konspiracyjne pisemko „Ruch”, opublikowało plany struktur przyszłego niepodległego państwa polskiego. Ten program zainteresował samego cara. Aleksander II, pragnąc zrazić Polaków do postanowień rządu podziemnego, rozkazał opublikować treść gazetki w prasie rządowej. „Dziennik powszechny” próbował zastraszyć społeczeństwo, widmem zbrodniczego spiskowca, czyhającego na mienie i życie spokojnych obywateli. Niefortunna decyzja cara, umożliwiła szerokim rzeszom Polaków, zapoznanie się z prasą podziemną, w sposób najzupełniej legalny. Cały nakład gazety w mgnieniu oka rozkupiono, a ludzie kpili sobie z naiwności zaborów. Rewanżując się za obraźliwe inwektywy w prasie rządowej, Komitet Centralny Narodowy opublikował oświadczenie, że od tej pory staje się jedynym rzeczywistym rządem, aż do chwili wolnych wyborów.
Posiedzenie Komitetu Centralnego Narodowego.
Wrzesień był w Makowie jednym pasmem wystawnych przyjęć i zabaw. Wielki raut zakończony balem, udał się nadspodziewanie. Tańczono we wspaniałej scenerii ogrodu różanego w pełnym rozkwicie, a nocą park i staw oświetlały kolorowe lampiony i pochodnie, a także beczki płonącego spirytusu. Ponad stu gości bawiło się i wiwatowało na cześć młodej pary. Równie hucznie obchodzono dożynki, z całym ceremoniałem, pochodem, śpiewami i wręczaniem dziedzicom wieńców uwitych z pszenicy i żyta. Z okazji wesela córki wójta, hrabia urządził w karczmie zabawę dla całej wsi.
Przez dwa dni, niestrudzenie dudniły basy i rzępoliły skrzypki, w takt bębenka. Muzykantom mdlały ręce i trzeba było na gwałt sprowadzić kapelę z sąsiedniej wioski. Gospodarze jedli, pili i hulali, jakby na drugi dzień miał nastąpić koniec świata. Nina w pięknym wełniaku wieśniaczki świętokrzyskiej w czarno- czerwone pasy, tańczyła z synami najpierwszych gospodarskich rodów, wywijając oberki, krakowiaki i mazurki. Aleks tańczył z gospodarskimi córkami, zerkającymi na niego przymilnie.
Młoda pani od pierwszego dnia, mocno ujęła w domu ster rządów. Interesowała się wszystkim, zasypując męża, pana Bochniaka i pracowników dworskich pytaniami. Za czasów Pauli pałac był zimny, bo brakowało mu rodzinnej atmosfery. Dopiero Nina sprawiła, że nareszcie stał się normalnym domem. W pokojach znalazły się kosze dla psów, a Kumosia mogła jawnie pokazywać się ze swoją pupilką, rudą pręgowaną kotką, pilnie ukrywaną przed okiem Pauli. Nina nie lubiła etykiety. Czytając angielskie powieści, gorszyła się, że w Anglii służba traktowana jest jak przedmioty. Pokojówki mijając pana lub panią, musiały przyklejać się do ściany, żeby broń Boże, nie musnąć ich suknią. Nawet nieletnie dzieci obarczane były fizyczną pracą ponad siły. Nianie, wychowawszy dzieci, były z reguły zwalniane. To wydawało się jej dziwaczne i wprost nieludzkie. Uważała, że domownicy muszą tworzyć jedną wielką rodzinę. Traktowała służbę uprzejmie i przyjaźnie, przez pamięć o upokorzeniach, jakie spotykały ją w domu wujostwa Borytyńskich. Pałac od rana rozbrzmiewał śmiechem i szczebiotaniem krzątających się pokojówek i szczekaniem psów.
Kiedy nie było gości, Nina jeździła z mężem konno, lub oboje spacerowali po cienistych alejach parkowych. Czasami on siadał na ławce, czytając książkę czy gazetę, a Nina urządzała sobie zabawę, biegając po zielonych trawnikach z szalejącymi ze szczęścia psami. Rzuciwszy im patyk, goniła za nimi, zadzierając wysoko krynolinę. Często potykała się i przewracała z rozpędu, ukazują spod nieskromnie podwiniętej spódnicy falbany halek, webowe pantalony i odsłonięte nogi! Jaga gorszyła się jej zachowaniem, nieustannie karcąc pupilkę i upominając, aby sprawowała się z godnością. Lecz Nina, z właściwą sobie beztroską, nie przejmowała się jej uwagami, ponieważ mąż cieszył się z jej żywiołowej wesołości i lekceważenia sztywnych form salonowych.
Pewnego dnia, korzystając ze wspaniałej pogody, oboje wybrali się na dalszą wycieczkę konną. Zaopatrzeni w prowiant, jechali mijając wioski tonące w zieleni sadów, a blade wrześniowe słońce złociło czuby ogromnych drzew na stokach gór. W Świętej Katarzynie, napili się wody z cudownego źródełka
Źródło i kapliczka św. Franciszka.
świętego Franciszka, mającej podobno uzdrawiające właściwości. Minąwszy osiedle, wjechali w puszczę. Droga stawała się coraz bardziej stroma, a dokoła pełno było porozrzucanych skałek i głębokich jam zalanych wodą po odwiecznych kopalniach. Czasami natrafiali na ślad prastarych kuźnic, wytapiających w dawnych czasach żelazo. Teren stał się tak kamienisty, że zsiedli z koni i szli dalej prowadząc je przy pyskach za uzdy. Słońce chowając się za wierzchołki jodeł, nasyciło powietrze purpurowym blaskiem i mogło się wydawać, że całe niebo płonie. Nina była już zmęczona, nadchodził wieczór, a oni od rana byli w drodze. Utrudzone konie sapały i nawet Mignon straciła chęć do figlów.
 - Dokąd idziemy, Alku? – odezwała się, zatrzymując klacz, by odetchnąć.
Święta Katarzyna - klasztor i kościół.
 - Przed siebie. Zmęczona?
- Aha! To nie wracamy do domu?
- Nie. Zanocujemy w lesie i już wkrótce odpoczniemy. Tylko jeszcze kawałek. – obiecał i szedł dalej równym, miarowym krokiem.
Byli już w głębi odwiecznej puszczy. Dokoła wznosiły się ogromne jodły tak stare, że ich gałęzie opuszczone do ziemi, wyglądały jak potworne łapy. Pośród ciemnej zieleni drzew iglastych, przeświecała szmaragdowa zieleń buków i modrzewi polskich, wygiętych we wdzięczne łuki. Mignon ostrożnie kroczyła za Rexem i dotykała pyskiem ramienia swej pani, dopraszając się obroku. W pewnej chwili, Nina zorientowała się, że zmierzają w najgłębsze ostępy puszczy, ku Łysej Polanie. Było to miejsce tajemnicze i odludne, otoczone nieprzebytymi
moczarami. To tutaj w czerwcu, spiskowcy przeładowywali transport broni z
Tak mogła wyglądać Łysa Polana.
 Galicji. Na dużej polanie, całkiem ukrytej w gęstym borze, Aleks rozsiodłał wierzchowce i zręcznie rozpalił ognisko. Potem naścinał jodłowych gałązek na posłanie. Po drodze udało mu się ustrzelić dwa bażanty, które po oskubaniu i umyciu, piekły się nad ogniskiem, nabierając złocistego koloru. Sam je oskubał, bo Ninie zrobiło się niedobrze na widok zabitych ptaków. Siedząc przy ognisku, obserwowała, jak jego silne, choć delikatne ręce, zręcznie obrabiają patyki na prowizoryczny rożen, oprawiają ptaki i starannie układają gałęzie na leśne łoże.
- Gdzie ty się tego wszystkiego nauczyłeś? – zagadnęła go zdziwiona.
- Wojna uczy żołnierza, kochanie. – odparł zdyszany, zabierając się do wbijania palików, aby do nich przywiązać konie. – Żołnierz czy oficer, sam musi sobie radzić, inaczej nie przeżyje. Wojna nie matka, zabija, nie żywi.
- Mój Boże! – szepnęła, patrząc na niego z podziwem. – I kto by to pomyślał, widząc cię we fraku tańczącego walca, lub grającego fugi Bacha na fortepianie.
Zaśmiał się, zadowolony z pochwały. Wygłodzeni, z apetytem zjedli upieczone bażanty. Nina nałożyła na kromki białego chleba różowe plastry szynki, a on otworzył nożem puszkę z sardynkami. W małym kociołku zakipiała woda i już po chwili mogli się napić gorącej herbaty. Po kolacji, spoczęli na przygotowanym łożu z jodłowych gałęzi, przykrytych derami końskimi i pledem. Oba konie przywiązane do palików długimi linkami, pasły się, chrupiąc soczystą nigdy nie ścinaną trawę i gasząc pragnienie w górskim strumyku.
Nina przytuliła się do męża, kładąc głowę na jego ramieniu, uszczęśliwiona, że żaden natręt nie przerywa ich intymnej samotności. Noc była bardzo ciepła i spokojna. Na ciemne niebo wypłynął czerwony księżyc, zalewając polanę srebrzystym światłem, w którym wszystko dokoła wydawało się nierealne, jak ze snu. Szemrał strumień skacząc po kamieniach, z głębi boru dochodziły dziwne głosy drapieżnych zwierząt i nocnych ptaków.
- Wygodnie ci, promyczku? – zatroszczył się, przytulając ją mocniej do siebie. – Jeszcze nigdy nie nocowałaś w lesie?
- Nie. Owszem, jest mi wygodnie, ale jakoś dziwnie. Ta Łysa Polana to trochę niesamowite miejsce.
Tajemnicza puszcza Świętokrzyska.
 Aleks uniósł się na łokciu i zaczął się uważnie rozglądać. Naraz wstał i przeszedł się kilka kroków, badając teren i zaglądając za leżące dokoła skałki. Stanął nad brzegiem moczarów porośniętych smukłymi olchami.
- Wiesz, kochanie, sądzę, że to miejsce znakomicie nadaje się na leśny obóz wojskowy. – rzekł ściszonym głosem. – Do wsi daleko, dostęp z trzech stron bardzo trudny, a z czwartej bagna bronią dostępu.
Nina zamarła, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Więc o tym myślał, leżąc przy niej?
- Bagna na zimę zamarzają! – oświadczyła obrażonym tonem.
- Ależ nic podobnego. Znam tę okolicę i nie przypominam sobie, żeby te moczary kiedykolwiek zamarzły. Ludzie boją się tu przychodzić, bo z wnętrza bagien wydobywają się gazy, a przesądni chłopi myślą, że to dusze pokutujące. Tym lepiej!
Nina spojrzała na niego z oburzeniem. Jego postać podświetlona od dołu dogasającymi płomykami ogniska, nagle wydała się jej jakby oblana strumieniami krwi. Ogarnął ją potworny strach, lodowata ręka ścisnęła jej serce. Niezdolna żeby przemówić, wpatrywała się w męża leżąc bez ruchu. Naraz zerwała się na równe nogi, podbiegła do niego i kurczowo, z całej siły objęła go ramionami.
- Nie! Alek, ja ciebie błagam, nawet o tym nie myśl! Nie chcę! Proszę, nie myśl o tym! Wracajmy do domu, nie chcę tu spać.
Popatrzył na nią zdumiony i zaczął się śmiać.
- Mój słodki promyczku, co ci się stało? Nie podoba ci się tutaj? Dlaczego?
- Nie wiem. – wyszeptała, drżąc na całym ciele. – To ponure, niedobre miejsce, więcej tu nie przyjadę.
- Oho, widzę, że nawet ty uległaś wiejskim przesądom. – przytulił ją i mocno pocałował. 
Otoczyła jego szyję ramionami, a jej wargi rozchyliły się i przywarły do jego ust całą mocą miłości. Miała usta gorące i miękkie, nieopisanie słodkie. Kiedy nareszcie udało się jej zasnąć na twardym posłaniu, dręczył ją zły sen, lecz przebudziwszy się niczego nie pamiętała. W domu czekał na Aleksa list. Przeczytał go i zaraz zaczął się zbierać do podróży. Obiecał, że niedługo wróci i wyjechał, rzekomo w interesach majątkowych. Czekała na niego niecierpliwie, ucząc się od Kumosi zastosowania różnych ziół. Bardzo lubiła przychodzić do pokoju klucznicy. Był duży, jasny, miał wysoki bielony sufit, z okna widoczne były sady. Unosiła się w nim woń ziół, owoców i krochmalonej bielizny. Wszędzie

Pokój kredensowy w pałacu.
stały kwiaty, we flakonach i w doniczkach. Wysokie łóżko zaścielone śnieżną pościelą, zakrywała barwna kapa. Na długim dębowym stole suszyły się zioła, a na drewnianych, pięknie rzeźbionych półkach, stały słoiki z konfiturami i pękate butelki ziołowych nalewek. Na frontowej ścianie wisiał ryngraf z Matką Boską, a nad łóżkiem krucyfiks. Nina spędzała tam przyjemne chwile, opychając się przysmakami podsuwanymi przez Kumosię. Najadłszy się orzechów smażonych w miodzie, serków jabłecznych i ciasteczek, przez resztę dnia nie czuła głodu.
- A może dać jeszcze tej galaretki owocowej? Pyszna! – kusiła ją Kumosia, sięgając do kredensu. – Chociaż odrobinkę. Nasz śliczny kwiatuszek tak mało jada. - Nic już nie zmieszczę.- zaśmiała się Nina. – Niania znowu urządzi mi awanturę, że nie jem obiadu. – poklepała się po żołądku i wyszła, odprowadzona głośnym mruczeniem rudej kotki.
Wiejskie dwory były prawdziwymi fabrykami produktów żywnościowych, a dworskie kuchnie laboratoriami i halami produkcyjnymi. Dobrze rządzone majątki ziemiańskie miewały własne piekarnie, wędzarnie, hodowle drobiu i stawy rybne. Posiadały mięso z własnych zwierząt rzeźnych, mąkę i przetwory mleczne oraz różnego rodzaju kasze. W izbie czeladnej, dziewczęta dworskie przędły len, tkały płótno i szyły. W niemal każdym większym dworze był stolarz, rymarz, kołodziej i kowal. Prowadzenie tak wielkiego domu, wymagało od dziedziczki wiedzy i umiejętności rządzenia ludźmi. Niezależnie od wieku, pani domu musiała umieć zarządzać wieloosobową służbą domową i folwarczną, a nawet znać się na udzielaniu pomocy medycznej. W Makowie była pani ochmistrzyni, pomagała jej Kumosia, nad całością czuwała Jaga, a mimo to Nina bywała zajęta aż do godzin popołudniowych.
 Pewnego pochmurnego dnia, siedziała w buduarze czytając nową powieść, nadesłaną przez księgarnię z Warszawy. Pogoda była prawdziwie jesienna, siąpił drobny deszcz, a w pokoju prędko uczyniło się ciemnawo. Odłożyła książkę i zamyśliła się, rozważając nagły wyjazd męża. Wprawdzie zapewniał ją, że na skutek donosów Żabca działalność konspiracyjna została zawieszona, ale ona w to wątpiła. Często do pałacu przyjeżdżali nieznani mężczyźni oraz Tadek Siekielski i starszy pan Syrwin. Zamykali się w gabinecie i całymi godzinami rozmawiali. Nawet nie pytała, po co ci obcy ludzie przyjeżdżają, bo wiedziała, że mąż jej tego nie powie, zbywając ją żartem lub całusem. Bywał nieznośnie skryty. Westchnęła i już sięgnęła po taśmę dzwonka, by wezwać lokaja i kazać mu zapalić lampy, ale wstrzymała się usłyszawszy pukanie. Do buduaru wszedł Walenty.
- Przyjechał jakiś pan i prosi o rozmowę z jaśnie panią hrabiną. – oznajmił wręczając jej bilet wizytowy i zapalając na stoliczku lampę naftową. – Czy jaśnie pani raczy go przyjąć?
Łagodne światło rozjaśniło pokój. Rzuciwszy okiem na bilet, Nina ze zdziwieniem uniosła brwi.
- Pan Dietrich von Stalhenberg? To nazwisko nic mi nie mówi. – mruknęła do siebie. – No dobrze. A gdzie Walenty poprosił tego pana?
- Do biblioteki, bo w malinowym salonie woskują posadzkę.
- Zaraz tam przyjdę. – wstała i podeszła do lustra, poprawiając fryzurę. Miała na sobie lekką domową suknię, niebieską w białe stokrotki i błękitną wstążkę we włosach.
Wchodząc do biblioteki, na moment zatrzymała się na progu, przyglądając się z zaciekawieniem nieznajomemu wysokiemu mężczyźnie, w eleganckim podróżnym stroju. Skinieniem głowy odpowiedziała na jego niski ukłon, czyniąc w duchu uwagę, że nieznajomy ma zimne oczy i doskonałe maniery. Gość również obrzucił ją badawczym spojrzeniem i skłonił się jeszcze niżej.
- Czemu zawdzięczam wizytę pana? – zagadnęła pierwsza po francusku, siadając i wskazując mu pobliski fotel.
- Czy mam zaszczyt rozmawiać z panią hrabiną Aleksandrową Klonowiecką? – upewnił się siadając i nie spuszczając z niej wzroku.
- Tak.
- Nazywam się Dietrich von Stalhenberg i jestem podsekretarzem w konsulacie Królestwa Prus. – przedstawił się gość. Uczynił krótką przerwę, jakby oczekując na jej odpowiedź. Nina ponownie skłoniła głowę i patrzyła na niego coraz bardziej zaintrygowana.
- Słucham pana? – powiedziała uprzejmie widząc, że Niemiec niepewnie rozgląda się po pięknym pokoju. – Mego męża wprawdzie pan nie zastał, lecz może ja potrafię być panu w czymś pomocna.
- Pan hrabia w podróży?
- Owszem. Wyjechał na kilka dni w sprawach majątkowych.
Gość posłał jej przenikliwe spojrzenie. Widać było, że jest czymś zakłopotany. Chrząknął i usiadł wygodniej, splatając palce obu dłoni. Dopiero po jakimś czasie, odezwał się ściszonym głosem.
- Pani hrabina zapewne spodziewała się mojego przyjazdu?
- Ja? – zdziwiła się serdecznie Nina. – Nie. Przepraszam, czy my się znamy? – zarumieniła się, usiłując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek tego mężczyznę widziała.
Gość potrząsnął głową.
- Ja znam panią hrabinę wyłącznie ze słyszenia. Jego ekscelencja pan konsul, często wspominał panią, sławiąc jej urodę. Nie wypada podwładnym weryfikować opinii przełożonego, śmiem jednak zauważyć, iż pan konsul był nadto oszczędny w pochwałach.
- Dziękuję. Nadal jednak nie pojmuję, jak mogę panu pomóc? – zagadnęła, zastanawiając się, gdzie mógł ją widzieć konsul pruski. Doszła do wniosku, że musiała go spotkać w Pałacu Brühlowskim, gdzie przedstawiono jej kilku dyplomatów obcych państw.
Gość opanował się i przybrał minę pewną siebie. W jego oczach taił się dziwny, nieodgadniony wyraz.
- Obawiam się, że pani hrabinie umknął tak drobny szczegół, iż uzgodniony termin minął już w sierpniu. – powiedział Niemiec, znacząco pochylając ku niej głowę.
- Jaki termin? – zagadnęła krótko, ściągając brwi. Zachowanie gościa było tak zagadkowe, że zaczęło ją to niepokoić.
- Proszę mi wybaczyć, że tak prozaiczną sprawą zakłócam spokój pani hrabiny, lecz umowa jest pani znana. – powtórzył przybysz z naciskiem. – W miarę możności staraliśmy się okazać cierpliwość.
- O czym pan mówi? Jaka umowa? Ogromnie mi przykro, ale nie rozumiem w jakim celu pan tu przybył. – zirytowała się Nina.
Niemiec spuścił oczy i z zainteresowaniem zaczął się przypatrywać własnym, wypielęgnowanym dłoniom.
- Pani hrabina jest lepiej ode mnie zorientowana w tej sprawie. Czyż nie tak?
- Chwileczkę! – przerwała mu niegrzecznie. – Może zaszła jakaś pomyłka. Pan na pewno chciał widzieć się ze mną?
- Pragnąłem mówić z panią Aleksandrową Klonowiecką z Makowa.
- Jestem nią, ale…
- A więc o żadnej pomyłce nie może być mowy! – oświadczył stanowczo. – Pan konsul uznał za stosowne porozumieć się z panią ustnie, nie korespondencyjnie. Ośmielam się zauważyć, iż jego ekscelencja wydawał się zawiedziony przykrym faktem, iż pani hrabina zapomniała o swych obietnicach.
Teraz już Nina naprawdę się przeraziła. Nie rozumiała aluzji Niemca i zaczęła podejrzewać jakąś prowokację. Przelękła się, że ktoś próbuje wplątać ją w aferę polityczną, a ta intryga może dotyczyć męża i zagrażać mu. Pobladła i raptownie wstała.
 - Pan daruje. – odezwała się ozięble. – Nie oczekiwałam wizyty pana i nie pojmuję, o co ma pan do mnie pretensje. Wobec powyższego, dalsza rozmowa nie ma sensu. Żegnam pana!
- O nie! – zawołał, zrywając się z fotela i zbliżył się do niej z groźną miną. – Takich spraw nie załatwia się w ten sposób, młoda damo! – oświadczył bez cienia poprzedniej uprzejmości. – Proszę zrozumieć, że udając niewiedzę, szkodzi pani sobie. Nie muszę wspominać, jak niebezpiecznie jest schodzić z raz obranej drogi. Winna jest nam pani ponad pięć tysięcy rubli srebrem. To pokaźna kwota. Proszę ją nam zwrócić, lub wywiązać się z umowy i dostarczyć mi przyrzeczone informacje. Z pustymi rękami stąd nie wyjadę!
- Ależ owszem, wyjedzie pan stąd i to zaraz! – wykrzyknęła Nina z oburzeniem. – W przeciwnym razie moja służba wskaże panu drogę!
Sięgnęła do taśmy dzwonka, lecz on okazał się szybszy. Pochwycił jej rękę i zacisnął na niej palce. Twarz miał czerwoną, a jego oczy spoglądały na nią twardym wzrokiem. Pod maską pozornej uprzejmości, emanował brutalną pogardą, okazując jej swoją wyższość i siłę.
- Proszę nie wzywać służby, bo w przeciwnym razie nie zawaham się powiadomić pana hrabiego o zaciągniętym przez panią długu. Myślę, że nie będzie tym faktem zachwycony.
- Jak pan śmie? Proszę mnie puścić! – wydarła mu rękę i ze wstrętem otarła ją o suknię. – Obraża mnie pan w moim własnym domu. Proszę natychmiast wyjść!
- Swoim zachowaniem sprawiła pani, że stałem się nieuprzejmy dla damy. – rzekł, cofając się o krok. – Proszę o zwrot pieniędzy lub o obiecane informacje, a obiecuję, że natychmiast stąd wyjadę i nigdy więcej nie będę pani niepokoić.
Zmierzyła go surowym wzrokiem, zastanawiając się, w jaki sposób dosięgnąć dzwonka. Obawiała się , że gdy spróbuje krzyknąć, ten okropny człowiek ośmieli się zatkać jej usta dłonią.
- Jeżeli pani nie posiada takiej kwoty, proszę oddać nam swoje diamenty. – zaproponował.
 W jednej chwili Nina doznała olśnienia i usiadła, nie okazując już gniewu. Niemiec przypatrywał się zaskoczony nagłą zmianą jej zachowania.
- Mam nadzieję, że jednak dojdziemy do porozumienia. – rzekł z cieniem uśmiechu.
- Wątpię! – ucięła Nina, ale zauważywszy, że brwi mężczyzny zbiegły się na czole tworząc ostrą zmarszczkę, dodała: - Jest pan pracownikiem konsulatu pruskiego i dyplomatą. Proszę mi więc powtórzyć, do kogo wysłał pana pan konsul?
- Powtarzam pani, że jego ekscelencja polecił mi rozmawiać z panią Klonowiecką, a więc z panią. Ostrzegam, że to się dla pani źle skończy! – wybuchnął, szarpiąc rękawiczki.
Roześmiała się, patrząc na niego z politowaniem.
- I pan uważa siebie za dyplomatę? – uniosła z ironią brwi. – Z przykrością zawiadamiam pana, że osoba, której pan tak usilnie poszukuje, znajduje się poza pana zasięgiem. Został pan posłany do hrabiny Pauli z Taszyńskich Klonowieckiej. A ja jestem hrabina Nina z Nałęczowskich Klonowiecka. Jak na pracownika konsulatu jest pan bardzo nieostrożny. Należało sprawdzić, czy naprawdę jestem osobą, do której został pan posłany. – wstała i dokończyła ze zjadliwym uśmiechem: - Wracając z Makowa, proszę wstąpić na cmentarz w Sarnikach. Znajdzie pan tam grób waszej dłużniczki.
Jakiś czas wpatrywał się w nią z osłupieniem, a potem zbladł i bezsilnie opadł na fotel. Wyjął z kieszeni chusteczkę i przetarł nią zroszone potem czoło.
- To niemożliwe! – jęknął, tracąc nagle całą poprzednią butę i arogancję
- Niestety, to możliwe. – Nina nie ukrywała satysfakcji. – Przyzna pan, że mam poważny powód do niezadowolenia. Zjawia się pan nieproszony, opowiada mi pan androny, żąda pieniędzy lub jakichś dokumentów i obraża mnie pan. A w końcu okazuje się, że wcale nie jestem tą osobą, do której został pan posłany. Á propos, jakich to informacji domagał się pan konsul od zmarłej pani Pauli? Jak sądzę, panu konsulowi nie chodziło o przepis na konfiturę z wiśni? A więc o co?
Pan von Stalhenberg był tak zdruzgotany, że nawet nie usiłował ukryć przerażenia.
- To nieporozumienie. – szepnął. Wstał, ukłonił się jej i usiadł ponownie. Lśniący cylinder i rękawiczki spadły na dywan, więc schylił się, by je pozbierać. Wydawał się zupełnie zdezorientowany, a Nina przypatrywała się tej metamorfozie z bezlitosnym uśmieszkiem.
- Jak pan myśli, co wypada mi zrobić? – zmrużywszy oczy, patrzyła jak mężczyzna miota się, wykonując mnóstwo bezcelowych ruchów. – Zmuszona będę złożyć na pana skargę do konsulatu pruskiego, o napaść oraz próbę wyłudzenia ode mnie pieniędzy. Obawiam się, że mój mąż, gdy poinformuję go o pańskich żądaniach, prawdopodobnie powiadomi żandarmerię. Zapewne władze zainteresują się, jakich to informacji domagał się pan konsul od poddanki cesarza Rosji i króla Polski. – urwała i z rozbawieniem śledziła wrażenie, jakie jej słowa wywarły na niefortunnym posłańcu.
- Przepraszam najmocniej. Łaskawa pani hrabina raczy mi wybaczyć to najście. – Niemiec plątał się, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. – Usprawiedliwia mnie jedynie wola dokładnego wykonania otrzymanego polecenia.
- Jest pan pewien, że zwierzchnik będzie z pana zadowolony?
- Madame, apeluję do szczególnej dobroci i wyrozumiałości pani hrabiny! Błagam o łaskę! Mam rodzinę, a kiedy pan konsul dowie się o mojej nieudanej misji, będę surowo ukarany. Czeka mnie dymisja, a może coś gorszego.
Nina obrzuciła go lodowatym spojrzeniem i wyszła bez słowa. Czekał, ale do pokoju wszedł lokaj i zaczął gasić światło. Stojący przy drzwiach kamerdyner patrzył na niego wyczekująco. Niemiec zrozumiał w końcu, że było to zimne, wyniosłe pożegnanie i wyszedł złamany, z nisko opuszczoną głową.