środa, 20 kwietnia 2016

Nina wkracza w wielki świat stolicy.


Car Aleksander II, nie miał zamiaru dać Królestwu Polskiemu autonomii i mianować brata wicekrólem, o czym Konstanty skrycie marzył. Ale ambitna żona wielkiego księcia nie traciła nadziei, że kiedyś, w przyszłości, spocznie na ich głowach korona Piastów i Jagiellonów. Jednakże car nie ufał nikomu, a najmniej bratu. W liście skierowanym do Konstantego, ostrzegał przed podejmowaniem decyzji bez wiedzy Petersburga. Nakazywał strzec się polskiego duchowieństwa, mającego niemiły i szkodliwy zwyczaj mieszania się do polityki. Car nie życzył sobie nadmiernej liberalizacji władzy namiestnikowskiej w Polsce. Nie wahał się nawet przestrzegać brata, przed wygórowanymi ambicjami jego małżonki.
Wielka księżna Aleksandra Osipowna.
13 lipca 1862 roku, na zamku w Warszawie, przyszedł na świat chłopiec, szóste z kolei dziecko pary książęcej. Przezorni rodzice postanowili, że syn otrzyma na chrzcie obce Rosjanom imię Wacław1. Na rodziców chrzestnych poproszono cara i królową holenderską. Małego Romanowa niańczyła zdrowa, krzepka Mazurka, paradująca po pałacowych komnatach w łowickim pasiaku. Cała Warszawa śmiała się, opowiadając sobie, jak to mamka kołysząc niemowlę, śpiewa mu kołysankę:
Cichaj, Wacuś, nie drzyj się.
Przyjdzie Moskal, weźmie cię.
Wielka księżna Aleksandra marzyła o wielkim dworze, lecz spotkał ją w Polsce przykry zawód. Jakby pod wpływem cichej zmowy, arystokratyczne damy polskie nie przyjmowały zaproszeń na herbatkę do Belwederu, ani na bale i dworskie przyjęcia na Zamku. Arcybiskup Feliński powiadomił wielką księżnę, że nawet oficjalna prezentacja nie zmusi polskich dam do zdjęcia żałoby narodowej. Księżna zasięgnęła rady męża i za jego zgodą, przyjęła damy polskie w czarnej, żałobnej toalecie!
Wielki książę Konstanty z żoną i dziećmi.
Drugim ośrodkiem zebrań towarzyskich i politycznych był Pałac Brühlowski, rezydencja margrabiego Wielopolskiego. W każdy poniedziałek, w wielkim salonie zbierała się elita stolicy. Naukowcy, politycy, literaci, a także panie i panowie z arystokracji. W przeddzień uroczystości chrzcin małego księcia Wacława Konstantynowicza Romanowa, Warszawa przybrana z przepychem, oczekiwała niecierpliwie przybycia koronowanych głów i gości, mających uczestniczyć w ceremonii religijnej. Do stolicy Królestwa Polskiego przybył wielki książę Aleksander, późniejszy car Aleksander III, zastępując następcę tronu, chorowitego wielkiego księcia Mikołaja Aleksandrowicza2.
Do miasta zjeżdżały najznaczniejsze polskie rody, zbierali się gapie, ciekawi nadzwyczajnego widowiska. Zapowiadano wielkie bale, zabawy dla pospólstwa, a wieczorami pokazy ogni sztucznych. Miasto wyglądało imponująco, przybrane transparentami, kwiatami, chorągwiami i barwnymi dywanami wywieszonymi z okien i balkonów.
Wiaczesław(Wacław) Konstantynowicz Romanow.
 Nina wychyliwszy głowę z okna wolno jadącej karety, podziwiała kolorowe dekoracje ulic i kamienic. Obiecywała sobie wiele ciekawych imprez i nie żałowała, że wracają z leśniczówki. Kareta przystanęła, przepuszczając jakiś orszak podążający na Zamek. Policja i żandarmeria miały urwanie głowy, z utrzymaniem porządku na zatłoczonych ulicach. Stach robił co mógł, by skręcić w jakąś boczną uliczkę i wydostać się z tłoku, lecz nie udało się mu i utknął w połowie Alei Jerozolimskich, zatrzymany przez maszerujący oddział kadetów, idących na Zamek na zmianę warty. W tym samym czasie, carewicz Aleksander raczył wyrazić życzenie zwiedzenia miasta. Jego powóz eskortowany przez oddział gwardii cesarskiej, znalazł się w pobliżu karety Klonowieckich. Policjanci wstrzymali ruch powozów i kadetów, dając pierwszeństwo przejazdu wielkiemu księciu.
W-wa. Stare Miasto w XIX w.
Nina zaintrygowana nagłym postojem, ponownie wyjrzała przez okno, przypatrując się ciekawie stojącym blisko kadetom, w eleganckich galowych mundurach. Ich dowódca zagapił się na powóz carewicza i jego świty, a chłopcy, zobaczywszy w oknie karety śliczną twarzyczkę, całkiem zapomnieli o dyscyplinie, posyłając jej uśmiechy, powłóczyste spojrzenia i pocałunki od ust. Stwierdziwszy, że stała się obiektem zainteresowania, Nina przygryzła dolną wargę, aby była czerwieńsza, i odrzuciwszy do tyłu woalkę z kapelusika, mocniej wychyliła się z okna. Wygładziwszy piórka, spuściła skromnie długie rzęsy i boczkiem zerkała na przystojnych, wybieranych chłopców. Uśmiechnęła się uroczo, unosząc kąciki ust i ukazując na policzkach dwa rozkoszne dołeczki. Kadeci zachwyceni jej urodą, przysuwali się coraz bliżej, kładąc ręce na sercu, na znak oddania, i przesadnie głośno wzdychając. Obserwując manewry żony, Aleks bawił się kapitalnie jej obiecującymi minkami i trzepotaniem rzęs. Tymczasem orszak carewicza przejechał, a policjanci wznowili ruch na ulicy. Dowódca kadetów powrócił na swoje miejsce i warknął komendę. Oddział ruszył, nieznacznie oglądając się za siebie i spojrzeniami żegnając czarujące zjawisko. Nina także patrzyła za nimi żałując, że odchodzą. Byli tacy przystojni i oczarowani jej urodą. Szkoda!
- Słonko, jesteś okropną kokietką, wiesz o tym? – usłyszała za sobą głos męża i natychmiast opadła na poduszki siedzenia, przybierając niewinny wyraz twarzy.
- Cóż znowu? – wzruszyła ramionami. – Jesteś zazdrosny?
- O tych dzieciaków? Naturalnie, że nie. Lecz mimo to uważam, że zasłużyłaś sobie na kilka mocnych klapsów. Fe, zalotnica!
- Kiedy, Aleczku, oni byli tacy sympatyczni, po prostu uroczy.
- Owszem, wyglądają bardzo mile, dopóki nie dostaną rozkazu założenia bagnetu na karabin i wymordowania wszystkich polskich buntowników! – ściągnął brwi, a z jego twarzy zniknął wyraz rozbawienia. – Nino, zasłoń to okno. Jeszcze ktoś pomyśli, że interesują nas te azjatyckie widowiska.
Posłusznie wykonała jego polecenie i grzecznie usiadła na swoim miejscu, przysięgając sobie, nigdy więcej nie kokietować mężczyzn. No chyba, że mąż tego nie widzi! Depesza wysłana z leśniczówki, zatrzymała w domu Jagę. Na widok swojej pupilki, niania rozpłakała się z radości i dygnęła nisko.
- Zostałaś panią hrabiną, a godność należy uszanować. – oznajmiła w powagą na powitanie.
- O, jeżeli zamierzałaś zepsuć mi humor, to ci się udało! Zachowujesz się tak dziwnie, jakbyś przestała mnie kochać. A ja tak tęskniłam za tobą i mam ci mnóstwo do opowiedzenia. Ach! – Nina westchnęła z rozmarzeniem. – Małżeństwo, to cudowna rzecz. A Alek jest zdumiewający. Wyobraź sobie, że nauczył mnie łowić ryby i pływać!
- Co też panu hrabiemu przyszło do głowy? – zgorszyła się niania. – To naprawdę nie uchodzi wielkiej damie. Ale panowie nie znają się na tym. Widzę, że mąż przewrócił ci w łepetynie. – gderała Jaga, zupełnie zapomniawszy o uszanowaniu hrabiowskiej godności.
Nina parsknęła śmiechem i rzuciwszy się jej na szyję, wyściskała ją iwycałowała.
- No, nareszcie wiem, że jestem w domu, moja ty, najukochańsza zrzędo! Nianiu, pomóż mi, proszę, rozebrać się, bo ledwie żyję. Alek rano za mocno ścisnął mnie sznurówką. Jechaliśmy od bladego świtu i w największym upale. Zauważyłaś nianiu, że Dorota Biecka nie przysłała mi depeszy gratulacyjnej? A ciotka Borutyńska zadepeszowała w ostatniej chwili. Stawiam w zakład moją Mignon, przeciwko żydowskiej szkapie, że te wiedźmy umilą nam w Makowie życie.
- Nina, jak ty się wyrażasz! – ponownie upomniała ją niania, próbując ukryć szaloną radość na myśl, że jej dziecko znowu jest pod jej skrzydłami. – To mówisz, że jesteś szczęśliwa? Pan hrabia jest dobry dla ciebie?
W-wa. Fotografia z II połowy XIX w.
 - Ach, nianiu, jest złoty, srebrny, diamentowy, a ja jestem w nim zakochana, jak kotka w marcu! – wykrzyknęła Nina, rozglądając się po mieszkaniu, które tym razem bardzo się jej podobało. – Nie spodziewałam się, że Alek będzie taki czuły i troskliwy. Tylko, że nie zawsze on mnie rozumie. Widzisz, wczoraj znowu śniła mi się w nocy Paula i narobiłam wrzasku, budząc męża ze snu. Opowiedziałam mu o moim śnie, ale on uważa, że to ja przywołuję ją w mojej podświadomości. Nie wiem, jak mam to rozumieć.
- Lepiej, koteczku, nic panu hrabiemu nie mów o twoich snach. – poradziła Jaga, szybko i zręcznie rozpinając stanik sukni i rozsznurowując gorset. – Mądra kobieta potrafi zawojować męża cierpliwością i dobrocią. Bądź dla niego słodka, schowaj rogi i nie upieraj się jak osioł. Panowie nie lubią przemądrzałych żon, szybko się nimi nudzą.
- Ależ nianiu, ja przy nim jestem łagodna jak baranek. – zapewniła ją Nina, odrobinę mijając się z prawdą. Nie dopuszczając jej do słowa, opowiedziała niani o pobycie w leśniczówce. – Strasznie jestem śpiąca!... – nie dokończywszy zdania, ziewnęła i zwinąwszy się w kłębek natychmiast usnęła.
Jaga poruszając się na palcach, przykryła ją pledem, przysłoniła okna, ucałowała w czoło i wyszła z sypialni uszczęśliwiona.
Nie budząc żony, hrabia wybrał się do barona Kronenberga3, aby uregulować sprawy finansowe, lecz dziwnie prędko powrócił.
Z najgłębszego snu, wyrwał Ninę hałas i głośne rozmowy w sąsiednim pokoju. Usiadła na łóżku, wpółprzytomna i zła, nie rozumiejąc co się dzieje.
- Kto się tak tłucze? – zawołała z gniewem. – Alek, to ty? Obudziłeś mnie!
Wszedł do sypialni w przekrzywionym kapeluszu, najwidoczniej bardzo zdenerwowany.
- Przepraszam. Wybacz, słonko, ale stała się rzecz bardzo zła! – pochylił się nad łóżkiem, cmoknął ją w policzek, a następnie rzucił się na fotel i rozpiął kołnierzyk koszuli, rozluźniwszy przedtem krawat.
- Co się stało? – Nina otrząsnęła się z resztek snu, wstała i narzuciła na siebie peniuar.
- Przed chwilą był zamach na Wielopolskiego!
- Chryste Panie! – krzyknęła przerażona. – A ty skąd o tym wiesz?
- Bo stało się to niemal na moich oczach. Coś niesłychanego. Jechałem do Kronenberga, ale na Placu Bankowym wyminęła mnie kareta margrabiego, zdążającego na posiedzenie Komisji Skarbu. Tyle, co zdążył wejść do gmachu, kiedy jakiś młody człowiek wycelował do niego z rewolweru. Wielopolski nie jest tchórzem i nie przestraszył się młokosa, tylko zawołał. „A co ty tu robisz, łobuzie? I zamachnął się na niego laską. Chłopak strzelił, spudłował, a potem wziął nogi za pas i zaczął uciekać. Zatrzymał go stróż. Wezwana policja odwiozła go do Cytadeli. I co ty na to powiesz?
Ludwik Ryll.
 - Boże, mówisz, że to był chłopak? – wzdrygnęła się z lękiem.
- Prawie dzieciak. Podobno ma dziewiętnaście lat i pracował jako litograf. Nazywa się Ludwik Ryll. Czeka go szubienica, podobnie jak i Jaroszyńskiego. – Aleks zmarszczył brwi i zamyślił się ponuro.
Nina miała ochotę jednocześnie rozpłakać się i zakląć.
- Alek, powiedz sam, czy potrzebne nam są takie ofiary? Przecież margrabia zemści się na niewinnych ludziach, wprowadzając jakieś dodatkowe restrykcje. Jak można dawać dzieciom do ręki broń? To wstrętne. Przecież ci chłopcy nie umieją nawet strzelać. O, rząd podziemny kompromituje się tymi zamachami.
- Dorosły może zawahałby się, przed popełnieniem takiego czynu. – zauważył Aleks ponuro.
- Więc sam przyznajesz, że terror niczego nie zmienia!
- Ależ owszem, zmienia na gorsze. W mieście nic nie załatwiłem, bo wszyscy zajęci są chrzcinami małego księcia i tym zamachem. Chcę szybko stąd wyjechać, bo nie jestem zwolennikiem bezmyślnego przelewu krwi.
Nina siedziała zamyślona i wodziła palcem po mereżce na poduszce.
- Wyobrażasz sobie, jak nas wezmą w Makowie na języki? – powiedziała cicho. – Nikt nie uwierzy, że przed ślubem nic nas nie łączyło.
- Nie chcesz wracać do Makowa? Przecież zrezygnowałaś z podróży poślubnej. – jej słowa zaskoczyły go niemile.
- Bardzo chcę wrócić do domu, ale się boję plotek i obmowy.
- Słonko, nie przejmuj się gadaniem głupich bab! Niech no ktoś spróbuje powiedzieć złe słowo! Jeszcze nie zapomniałem, jak się strzela! – wybuchnął, z gniewnym błyskiem w oczach.
- Groźbami babom ust nie zamkniesz. – boleśnie stęknęła Nina, wyobrażając sobie, jakie używanie będzie miała Dorota Biecka i cała koteria okolicznych plotkarek.
- Ja ciebie nie rozumiem! – powiedział Aleks z gniewem. – Nie jestem hipokrytą i nie zamierzam manifestować żałoby dla czczej formy. Jesteś już moją żoną i klamka zapadła. Mogą się dąsać. Miej odwagę patrzeć ludziom prosto w oczy i mówić sobie: „Zrobiłam, bo tak chciałam! Nikomu nic do tego." Jesteś hrabiną Klonowiecką, wyższą ponad partykularne obmowy. Wydamy obiad, bal i przestaną gadać. A jak zechcesz, na zimę wyjedziemy za granicę. No, daj mi buziaka. Żałujesz, że jesteś moja?
Usiadł na łóżku, objął ją i zaczął całować jej usta, szyję i piersi,
- Jestem bardzo szczęśliwa z tobą, ale sam znasz prowincjonalną ciemnotę. Tam ludzie są zacofani jak w średniowieczu, i zaraz zaczną mówić o grzechu.
Wzruszył ramionami i skrzywił się drwiąco.
- Zapewniam cię, promyczku, że żadnego grzechu nie było, bo miałem z Paulą ślub prawosławny.
- Jak to prawosławny ?- zdziwiła się Nina.
- Paula była wyznania prawosławnego i nasz ślub musiał być w tym obrządku.
Wysunęła się z jego ramion i wstała. Przeszła boso do okna i podniosła firankę, wyglądając na ogródek zalany potokami sierpniowego słońca.
- Ciekawa jestem, ile czeka mnie jeszcze podobnych niespodzianek. – powiedziała zwracając ku niemu zachmurzoną twarz.
Nadejście Borytuńskich przerwało ich pierwszą małżeńska sprzeczkę.
Następnego dnia nie wychodzili z domu, przypatrując się z balkonu przejazdowi gości ulicami Warszawy. Na placach i w parkach miejskich grały orkiestry wojskowe, a z Cytadeli raz po raz rozlegały się saluty armatnie, na sławę i szczęście małemu wielkiemu księciu, którego zaraz po urodzeniu, stryj-car mianował szefem muromskiego pułku piechoty. Wieczorem niebo nad miastem rozbłysło tysiącem kolorowych fajerwerków, a na Zamku rozpoczął się bal.

Baron Leopold Julian Kronenberg.
Kolejne dni, hrabia poświęcił porządkowaniu zagmatwanych za życia Pauli spraw majątkowych. Zmienił treść testamentu, cały swój wielki majątek zapisując żonie i przyszłym dzieciom. Pozostawił legaty służbie, pracownikom dworskim, a dzieciom chłopskim ufundował stypendia, przeznaczając na ten cel znaczną kwotę. Mecenas Porzycki, prowadzący od lat sprawy majątkowe hrabiów Klonowieckich, zajął się również spadkiem zapisanym Ninie przez hrabinę Teklę. Te pieniądze również miały zostać przekazane do Banku Francuskiego i ulokowane na jej koncie. Aleks odbył z panem Kronenbergiem kilka poważnych rozmów. Baron był dla niego nadzwyczaj uprzejmy, zachwycał się urodą Niny i gratulował hrabiemu talentu żony. Na najbliższym posiedzeniu Komisji Skarbu, napomknął o jego przyjeździe Wielopolskiemu, znającemu dobrze ojca i stryja Aleksa, a także jego samego. Następstwem tego był efektowny bilecik, zapraszający pana hrabiego Aleksandra Klonowieckiego z małżonką, na poniedziałkowy raut do Pałacu Brűhlowskiego.
Nina uważająca margrabiego Wielopolskiego niemal za ludożercę, na podstawie szkalującej go prasy podziemnej, nie zamierzała skorzystać z zaproszenia. Początkowo mąż zgadzał się z jej zdaniem, ale po spotkaniu z Jasiem, nagle zmienił postanowienie i oświadczył żonie, że pojadą na raut. Zmuszona była zastosować się do jego woli, gdyż w przeciwnym razie pojechałby sam, a to mogłoby narazić ich na złośliwe plotki. Udział w raucie miał być jej debiutem w świecie sfer rządowych i najwyższej arystokracji.
Od pewnego czasu, Wielopolski ukazywał ludziom ponurą twarz, nie kryjąc obaw o przyszłość kraju. Śledztwo po zamachu na namiestnika, ujawniło spisek na wielką skalę. Margrabia szalał, gdyż od czasu potwornej chłopskiej rzezi w Galicji, panicznie obawiał się rewolty. Jedynym sposobem pozbycia się wywrotowych elementów, wydał mu się pomysł zorganizowania ogólnonarodowego poboru do wojska młodzieży miejskiej. Służba w carskiej armii trwała dziesięć, a nawet dwadzieścia pięć lat i budziła grozę u przyszłych poborowych. O wszystkim decydowało losowanie. Kto wyciągnął złowrogi los, ten szedł do wojska na kilkanaście lat, a często nie wracał wcale. Tym razem jednak, margrabia postanowił zrezygnować z systemu losowania, zastępując go listami podejrzanych o działalność konspiracyjną, sporządzonymi przez policję. Majstersztykiem politycznym było pominięcie przy brance młodzieży wiejskiej. Groźba wcielenia do wojska, była jedną z głównych przyczyn, dla której chłopi mogli zaistnieć w powstaniu. Wieś odetchnęła i straciła zainteresowanie przyszłą walką zbrojną uważając, iż wojna jest rzeczą panów, nie chłopów. Był to bardzo groźny prognostyk na przyszłość, lecz władze konspiracyjne nie zwróciły nań uwagi i zbagatelizowały sprawę.
Suknia balowa II poł. XIX w.
 W poniedziałek po południu, Aleks osobiście zajął się toaletą zdenerwowanej żony. Sam wybrał dla niej suknię, klejnoty i dodatki. Tego dnia miała na sobie toaletę z aksamitu w kolorze tak ciemnej purpury, że wydawała się niemal czarna. Przy głębokim dekolcie i króciutkich bufiastych rękawkach naszyte były pasy mieniących się dżetów. Ciężki aksamit był gorący, lecz Aleks pocieszał ją mówiąc, że w salonach Pałacu Brűhlowskiego panuje chłód. Sam zapiął jej na szyi diamentowy naszyjnik, a gładko uczesaną głowę zdobiła diamentowa łza spływająca na czoło. W ogromne warkocze, ułożone w tyle głowy w koszyczek, wpiął kilka diamentowych gwiazd, kupionych jej na wyprawę ślubną. Nina wpatrywała się w taflę lustra konstatując, że jeszcze nigdy nie była tak strojnie ubrana i nigdy nie czuła się tak źle w rodowych klejnotach, noszonych przez Paulę na wielkich przyjęciach i balach. Wydawało się Ninie, że nawet teraz ściga ją nienawistny wzrok widma, a drogie kamienie mają w sobie trupi chłód. Przeszedł ją dreszcz. Musiała jednak przyznać, że diament na czole jest olśniewający. Miał kształt gruszki, a jego czystość i oślepiająca biel, zapierały dech w piersiach. Spoczywając na jej czole, rzucał tysiące refleksów świetlnych i mienił się w blasku świec.
Aleks oczarowany jej wyglądem, pochylił się i złożył kilka pocałunków na jej krągłej szyi i białych ramionach. Wysunęła się z jego uścisku.
- Zdejmę ten naszyjnik. Nie lubię go. – powiedziała, zdecydowanym ruchem sięgając do zameczka.
- Wykluczone! Bez diamentów nie podobna pokazać się u margrabiego. – sprzeciwił się stanowczo. – Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że nie stać mnie na biżuterię dla żony, lub że przyprowadziłem z sobą prowincjuszkę, zamiast wielkiej damy.
Jego słowa głęboko uraziły Ninę.
- Niestety, ożeniłeś się z niewykształconą, prowincjonalną dziewczyną. Nie każda może być ladacznicą z carskiego dworu. – odcięła się ze złym błyskiem w oczach.
- Promyczku, przecież ja nie zamierzałem sprawić ci przykrości. Czy to źle, że pragnę, aby moja małżonka, słodka złośnica, budziła podziw?
Objął ramieniem jej niewiarygodnie szczupłą talię, wydającą się jeszcze smuklejszą, przy szerokiej krynolinie. Odwróciła się do niego twarzą, kładąc mu obie dłonie na piersi.
- Wybacz mi, Aleczku, doceniam twoje starania, ale ja się boję tych klejnotów.
- Boisz się ich? Jesteś niemożliwie przesądna. Dobrze, zdejmij ten naszyjnik, lecz uprzedzam, że w Pałacu będziesz się źle czuła, bo wszystkie damy z pewnością obwieszą się brylantami. – powiedział to tak chłodnym tonem, że Nina przestała się upierać.
„Może on już się mnie wstydzi i żałuje, że się ze mną ożenił?” – przemknęła jej przez głowę przykra myśl i bez sprzeciwu pozwoliła narzucić sobie na ramiona gronostajową pelerynę.
Pałac Bruhlowski.
 W Pałacu Brűhlowskim, na progu wielkiego salonu, powitał ich mężczyzna potężnej tuszy, z bujnymi bokobrodami obejmującymi twarz szeroką, z ciosanymi rysami i lwimi brwiami, władczo zmarszczonymi nad wielkimi, wyrazistymi oczami. Było to oblicze człowieka niepospolitego, znamionujące żelazny upór i królewska pychę. Wargi wygięte w pogardliwy łuk, rzadko się uśmiechały, a oczy spoglądały ciężkim, twardym spojrzeniem osoby, która doskonale wie, czego chce. Był to margrabia Aleksander Wielopolski Gonzaga Myszkowski, autor słynnego niegdyś „Listu szlachcica polskiego do księcia Metternicha”, w którym deklarował wierność dynastii Romanowów. Wybitnie wykształcony, z tytułem naukowym, brał udział w Powstaniu Listopadowym, prowadząc w imieniu Rządu Narodowego, negocjacje polityczne w Londynie. Potem jednak stał się zwolennikiem ugody, opowiadając się za przymierzem z Rosją. Mając poparcie cara, był po wielkim księciu namiestniku pierwszą osobą w kraju.
Przy boku margrabiego stała jego małżonka, starsza dama mająca na sobie wspaniałą biżuterię. Witając gości, Wielopolski zmierzył Ninę okiem konesera i na jego ustach pojawił się uprzejmy uśmiech. Gdy wyciągnęła do niego nieśmiało rączkę, ucałował koniuszki jej palców obciągnięte białą rękawiczką sięgającą do łokcia. Pouczona przez męża, przysiadła w dworskim ukłonie.
- Ludzie w mieście już opowiadają o urodzie pani hrabiny. – odezwał się margrabia z galanterią, tubalnym głosem. – Widzę jednak, że imaginacja nie może sprostać rzeczywistości. Panie hrabio, winszuję. Posiada pan za żonę najpiękniejszą kobietę w Warszawie. Zdumiewająca uroda! Nawet ta brylantowa gwiazda na czole, nie może równać się z blaskiem pani oczu.

Margrabia Aleksander Wielopolski.
Jego komplementy Nina przyjęła rumieńcem i wdzięcznym spojrzeniem, a jej antypatia do margrabiego zmalała. Wielopolski słynął jako znawca kobiecej urody, a jego opinie uważane były w towarzystwie za aksjomat.4
- Mais qui5! – przytaknęła pani Wielopolska. – Mam nadzieję, że pozostaniecie państwo dłużej w Warszawie. Wielka księżna namiestnikowa, z pewnością przyjmie państwa na audiencji, a już pani hrabiny od siebie nie wypuści. Będąc sama młoda i piękna, Jej Książęca Wysokość, pragnie zgromadzić wokół siebie piękne twarze i wesołe towarzystwo. Pozna pani uroki wielkiego dworu i będzie się pani znakomicie bawić.
„Wolę nie poznawać uroków dworu!” – pomyślała Nina, przypominając sobie opowiadanie Pauli o bajecznej rozpuście w monarszych pałacach. Mówiono, że Konstanty i Aleksandra byli statecznym, kochającym się małżeństwem i obce im było seksualne rozpasanie cara. Na wszelki wypadek postanowiła tłumaczyć się chorobą.
- Jestem zaszczycona łaskawością państwa. – powiedziała dygając. – Poznanie ich Cesarskich Wysokości byłoby dla mnie spełnieniem marzeń. Niestety, niedawno przeszłam dwie ciężkie choroby i lekarze zalecają mi odpoczynek i wiejskie powietrze. Zrezygnowaliśmy nawet z mężem z podróży poślubnej i wracamy na wieś.
Odmowę okrasiła czarującym uśmiechem, jak zawsze, gdy chciała sobie kogoś zjednać.
- Oh, la pauvre c'est ennuyant6! – współczująco westchnęła pani Wielopolska.
- Ale mamy zamiar wybrać się na karnawał do Paryża. – wtrącił Aleks dumny z sukcesu żony, gdyż Wielopolski wcale nie był skory do pochwał.
- Tak, i już z góry cieszę się na zobaczenie stolicy świata. – dodała Nina, pozbywając się skrępowania. – Uwielbiam muzykę i taniec.
- Ja również. – w oczach Wielopolskiego pojawił się cień uśmiechu. - Warszawa zawsze lubiła się bawić, lecz obecnie zmieniła się w miasto żałobników. Hołota uczestniczy w rozmaitych pochodach, byle tylko sprowokować awantury. Głupcy! – mruknął, marszcząc nastrzępione brwi. - Cesarz raczył łaskawie przyjąć moje projekty reform. Dzięki moim staraniom, w Warszawie powstanie Szkoła Główna! Nie możemy pozostawać w tyle za Europą Zachodnią, od której odstajemy obecnie o całe stulecie. Za te starania i pracę, moi rodacy obrzucają mnie błotem, a w nagrodę czeka mnie kula skrytobójcy! Szaleńcy, gotowi dla wydumanych celów pogrzebać naszą ojczyznę, zalać ją krwią i zgubić naród. Dopóki nie zlikwiduję zbrodniczego spisku, nie będę mógł rządzić7! – margrabia zmęczył się i zaczął ciężko oddychać, bo cierpiał na astmę.
- Mon cher… - pani Wielopolska położyła dłoń na jego ramieniu, nieco zażenowana wybuchem męża. – Ta nieszczęsna polityka wpędzi cię do grobu. Panie hrabio, czy wolno mi zająć się pańską prześliczną małżonką? Przedstawię pani hrabinie kilka interesujących osób.
Aleks skłonił się na znak zgody, posyłając Ninie uśmiech i spojrzeniem dodając jej odwagi. Opanowawszy gniew, margrabia wziął go pod ramię i wprowadził do palarni, po drodze opowiadając o swoich planach zaangażowania najlepszych profesorów do reaktywowanego uniwersytetu warszawskiego, zamkniętego po upadku Powstania Listopadowego. Pani Wielopolska weszła z Niną do głównego salonu, urządzonego z przepychem i wielkim smakiem, gdyż margrabia był znawcą sztuki.
- Moja krewna, pani hrabina Augustowa Potocka z Wilanowa, bardzo mile panią wspomina. – mówiła margrabina, wywodząca się również z licznej familii Potockich. – Pani Łuszczewska opowiadała mi, że jest pani osobą wielce utalentowaną. Czy zechce pani uraczyć nas chwilą muzyki? Mój mąż bardzo lubi muzykę, a ostatnio ma biedak tyle strapień.
- Chętnie coś zagram, jeżeli tylko sprawię tym państwu przyjemność. – odparła Nina, nie mając śmiałości, by odmówić.
 Rozmawiając, weszły do drugiego salonu leżącego w amfiladzie. Mała orkiestra kameralna grała kwartet Mozarta. Salony zapełnione były gośćmi i Nina musiała przyznać, że mąż miał rację. Wszystkie damy obwieszone były brylantami. Młodziutka i piękna kobieta, wprowadzona wprowadzona przez samą margrabinę, wzbudziła ogólne zainteresowanie. Nina zauważyła kilka osób, poznanych na reunionie u pani Łuszczewskiej. Był nawet sam pan Łuszczewski i przyszedł się z nią przywitać. Wracał prosto z Zamku, mając jeszcze na sobie mundur szambelana cesarskiego dworu. Pani Wielopolska przedstawiła Ninie pana Enocha, sekretarza Rady Stanu oraz pana Krzywickiego, dyrektora Komisji Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Jego żona, doskonała pianistka, nie była na raucie, nie czując się dobrze. Przez jakiś czas oszołomiona Nina słyszała głos pani Wielopolskiej:
- Droga pani hrabino, poznaj pana radcę… Przedstawiam pani księcia… Baronowo, racz poznać miłego gościa. Oto pan Stanton, konsul Królestwa Wielkiej Brytanii. Księżno, przedstawiam ci panią Ninę z Nałęczowskich hrabinę Klonowiecką.
Nina podawała rękę panom, przysiadała w ukłonach przed starszymi damami, zaledwie mogąc rozeznać się w prezentowanych jej osobach. Poznana u państwa Łuszczewskich stara hrabina Rzewuska powitała ją mile, ponawiając zaproszenie do swojego domu. Zapoznawszy Ninę ze znaczniejszymi osobami, pani Wielopolska przeprosiła i pospieszyła witać przybywających jeszcze gości.
Za to natychmiast Nina, dostała się w krzyżowy ogień pytań dam, znajdujących się w salonie. Zarzucono ją banalnymi frazesami, na które musiała szybko i dowcipnie odpowiadać. Trzymała się ostro, ze wszystkich sił starając się sprostać błyskotliwej salonowej konwersacji. Obawiała się narazić niebacznym słówkiem kanapowym matronom, z góry nastawionym do wszystkiego krytycznie. Lękała się popełnić jakąś gafę i przynieść wstyd mężowi. Miała do Aleksa żal, że pozostawił ją samą w nieznanym towarzystwie. Obok niej przystanęła młoda, nieładna panna, ubrana w suknię z grubego mięsistego jedwabiu, o barwie bladego błękitu i w naszyjniku z trzech sznurów cennych pereł. Nina nie zapamiętała jej nazwiska, ale bez wątpienia była to osoba z arystokracji.
- Pani hrabina pierwszy raz w Pałacu Brűhlowskim? – zagadnęła panna, przyglądając się jej ciekawie. – Mówiąc między nami, bardzo tu nudno. Młodzi ludzie rzadko bywają zapraszani, więc nie ma nawet z kim porozmawiać, czy pożartować, ponieważ wszyscy panowie z reguły otaczają panią hrabinę Kellerową.
- Niestety, nie mam przyjemności znać tej damy. – udało się Ninie przerwać galopujący ciąg mowy panny.
- O, vraiment8? Naprawdę nie zna pani naszej boskiej Marii? – złośliwie zdziwiła się młoda osoba. – Proszę tylko spojrzeć w róg salonu. To ta dama w kanarkowej toalecie z kołnierzem z kremowej koronki i piórach na głowie. Prawda, że nic szczególnego? A jednak panowie oblegają ją na każdym przyjęciu i powszechnie uchodzi za piękność. Ostrzegam, Marie w obecności pani, z pewnością zachowa się niemile, bo nie lubi mieć w pobliżu piękniejszej kobiety. I młodszej!
Panna zasłoniła się wachlarzem i zniżyła głos do szeptu:
– Proszę wyobrazić sobie, że Marie była egerią9 poczciwego pana Kraszewskiego, jeszcze w Żytomierzu. Podobno mieli szalony romans! Powiadają, że nawet sam pan margrabia, nie potrafił oprzeć się jej wdziękom. Tymczasem pan Keller, to miły i dobry człowiek.
- Czy ta pani jest Niemką? – zainteresowała się Nina, choć plotki nie interesowały jej wcale i niecierpliwie czekała na ukazanie się męża.
- Ach nie! To pan Keller jest Niemcem, a Marie jest córką hrabiny Rzewuskiej i odeskiego kupca. To siostrzenica pani Eweliny Hańskiej, żony pana Balzaca. Widocznie upodobania do literatów odziedziczyła po rodzinie. Ma duże koneksje w Petersburgu, a sam car jest ojcem chrzestnym jej syna. Ponoć pan Kraszewski do dziś nie może przeboleć jej straty i pożera go zazdrość o piękną Marię. Jak się pani podoba nasza droga hrabina?
- Elle, est m'eme bien tenue10. – ostrożnie bąknęła Nina, nie zamierzając wypowiadać się szczerze.
- Décidement11, lecz proszę spojrzeć, jaką ona ma cerę! – panna zachichotała zasłaniając się wachlarzem.
Nina dyskretnie przyjrzała się bardzo przystojnej damie, już po trzydziestce, kokietującej na raz aż dwóch panów. Jakby wiedziona przeczuciem, pani Kellerowa odwróciła głowę i spojrzała wprost na nią. Skinąwszy łaskawie głową swoim rozmówcom, podeszła do gadatliwej panny.
- Ma chére Anette. – odezwała się z wymuszonym uśmiechem. – Założę się, że mówiłaś o mnie.
Jednocześnie zmierzyła Ninę ostrym, taksującym wzrokiem, bo widok młodziutkiej, niepospolicie pięknej kobiety, przypomniał jej o wieku i nie sprawił przyjemności.
- Cóż za intuicja, kochana Mario. – panna Aneta zrobiła niewinną minkę. – Właśnie podziwiałam twoją toaletę. Jest niezmiernie gustowna. A te strusie pióra są idealnie do niej dobrane. Szyłaś w Paryżu? Parfaitement12. Warszawskie modniarki wyraźnie tracą gust. O pardon, panie się nie znają. Pani hrabina Aleksandrowa Klonowiecka i moja kochana, droga Marietka, hrabina Kellerowa!
- Jak zwykle jesteś dla mnie bardzo miła, kochana Anetko. – wycedziła hrabina przez zęby, nie dając się zwieść przymilnemu głosikowi panny.- Bon soir13 . – poruszyła wachlarzem, posyłając Ninie lekceważące spojrzenie. – Ach, to pani poślubiła pana hrabiego Klonowieckiego? Podobno jego pierwsza żona zmarła w tragicznych okolicznościach. To była zachwycająca osoba. Wyobrażam sobie, jak trudno było panu hrabiemu pogodzić się z jej stratą. Ale to dawna historia. Od jej śmierci minęły chyba a ż dwa miesiące, czy tak? Mój Boże, mężczyźni zwykle mają bardzo krótką pamięć i lubią zadowalać się byle czym! To ich wspólna cecha.
 Nina zbladła, bo złośliwe docinki pani Kellerowej, cięły ją jak ciosy bicza.
 Siedzące w pobliżu damy, pozasłaniały twarze wachlarzami, kryjąc ironiczne uśmiechy. Nina poczuła się w tym miejscu bardzo obco i zapragnęła znaleźć się w zaciszu swej sypialni, w ciepłych ramionach niani. Jutro cała Warszawa powtarzać będzie ze śmiechem, docinki pani Kellerowej. Postanowiła dać jej nauczkę równie bolesną, jaką sama od niej otrzymała.
- Słowa pani hrabiny są godne zapamiętania. – rzekła z uśmiechem. – Jednakże sądzę, iż tak niepochlebna opinia o gustach panów nie dotyczy z pewnością pani małżonka? – to już było jawne i otwarte wypowiedzenie wojny. Zanim hrabina zdołała zebrać myśli, Nina podjęła z chłodną drwiną: - Podobno wkrótce ma się ukazać nowa książka pana Kraszewskiego. Błagam, proszę mi powiedzieć, czy będzie to romans, czy też powieść historyczna?
- Nie wiem. – pani Kellerowa poczerwieniała ze złości. Uczyniła taki ruch, jakby zamierzała odejść, lecz Nina zręcznie zastąpiła jej drogę.
- Jaka szkoda. Będąc podlotkiem, marzyłam aby stać się kiedyś muzą dla jakiegoś pisarza lub poety. Niestety, jestem na to za młoda i brak mi eksperiencji14. Sławę osiąga się przeważnie w dojrzałym wieku, a wtedy mężczyzna z konieczności musi zadowolić się jakąś przekwitłą pięknością. Byle czym, jak słusznie pani hrabina zauważyła. Á propos, mam nadzieję, że pan Kraszewski nadal tworzy ten znakomity cykl o dziejach Polski? Czy tak ?
Pani Kellerowa zaczerwieniła się jeszcze mocniej i zagryzła usta. Panna Aneta z trudem powstrzymywała wybuch śmiechu.
- Nie widuję pana Kraszewskiego i nie wiem, co pisze.- hrabina nawet nie umiała ukryć złego humoru. – Jeżeli interesuje się pani literaturą, proszę zwrócić się do pana Kraszewskiego listownie. – poradziła zjadliwie.
- Ach nie, nie! Czyż pani hrabina Klonowiecka ma twoje doświadczenie, Marietko? – panna Aneta postanowiła włączyć się do pojedynku, śpiesząc w sukurs Ninie. – Nie wypada młodziutkiej mężatce pisać do nieznajomego mężczyzny, nawet tak słynnego. Jamais! Co to ja chciałam powiedzieć? Aha! Czy to nie ciebie widziałam wczoraj na Marszałkowskiej w zakrytym powozie? Siedziałaś z jakimś panem. Trochę przypominał mi naszego drogiego mistrza. O pardon! To był wieczór i mogłam się mylić. Nawet z całą pewnością się pomyliłam, bo tamta dama wydała mi się nieco młodsza. Jestem krótkowidzem... Ty, przenigdy nie włożyłabyś tak okropnego kapelusza! Ludzie plotkują, że wezwał cię na randez-vous. Ale czego to ludzie nie plotą? Duszno tu, mam ochotę przejść się po ogrodzie. Pani Nino, czy zechce mi pani towarzyszyć?
- Z przyjemnością. A przy okazji, czy raczy pani hrabina, przekazać panu Kraszewskiemu ode mnie ukłony? – Nina posłała pani Kellerowej anielski uśmiech i syta zemsty, złożyła swej ofierze skromny ukłon. Doskonale rozumiała francuskie powiedzenie, że w wyższych sferach, można zabić człowieka, mówiąc o nim, iż jest poczciwy!
Józef Ignacy Kraszewski.
 Resztę wieczoru spędziła dość przyjemnie. Panowie zaintrygowani nieznaną pięknością, otaczali ją ciasnym kołem i towarzyszyli jej, gdy spacerowała z panną Anetą po tarasie pałacu, pełnym rzadkich roślin. Wszystkie tańce miała już z góry zamówione. Jej gra, jak zwykle, wzbudziła entuzjazm słuchaczy. Pani hrabina Kellerowa poczuła się nieco słabo i wyjechała jeszcze przed północą. Po wykwintnej kolacji rozpoczęły się tańce, a Nina miała ogromne powodzenie i wydawała się bardzo zadowolona.
Dopiero w karecie mogła zdjąć maskę sztucznej wesołości.
- Alek, albo w najbliższym czasie wyjedziemy z Warszawy, albo ja zabieram nianię i jadę sama do Krynicy! – wybuchnęła z długo tłumioną pasją. – Nie zamierzam więcej dostarczać tym starym kwokom posmaczku sensacji. Ciągle ktoś wypomina mi twoją pierwszą żonę i obowiązującą żałobę po nieboszczce. Zmusiłeś mnie, żebym ci towarzyszyła, a potem pozostawiłeś na pastwę tych przekwitłych piękności, z poczerniałymi zębami i podwójnym podbródkiem!
Aleks roześmiał się i ucałował jej drobne uszko.
- Dziś przeszłaś, mój promyczku, prawdziwy chrzest bojowy i odniosłaś zwycięstwo. Gratulowano mi nie tylko prześlicznej, ale i dowcipnej żony. Podbiłaś serce margrabiego, a to człowiek twardy i nieskory do pochwał.
- Mimo wszystko, to nic przyjemnego być żoną numer dwa! – warknęła nieprzejednana.
- Tylko od ciebie zależy, aby zatrzeć ten fakt w pamięci ludzkiej! – odpowiedział nieco podniesionym tonem. – Nie mogłem się trzymać twojej spódnicy, będąc na dużym towarzyskim zebraniu. To nie uchodzi. Wyszłaś za mnie i musisz mi towarzyszyć na przyjęciach chyba, że życzysz sobie, żebym chodził sam!
Nie odpowiedziała, a kiedy powóz zatrzymał się przed domem, pierwsza wyskoczyła z karety i obrażona pobiegła do sypialni, nie czekając na męża. Stanęła przed lustrem i z furią szarpnęła naszyjnik, aż brylantowy zameczek puścił i klejnot upadł na dywan.
- Ninko, uważaj! – zawołała Jaga. – O, chyba zepsułaś taki kosztowny naszyjnik. Nie wiadomo, czy da się to naprawić.
Rozwścieczona Nina z pasją podeptała diamenty.
- Przyniosły mi pecha. Nigdy więcej ich nie włożę! – krzyknęła. – Niech je ta diablica zabierze do piekła. Czy wiesz, co dziś usłyszałam? Otóż, że mój mąż ożenił się z byle kim! O tym, że Paula była wyuzdaną nierządnicą i potworem, nie wie nikt. A mój szanowny małżonek, pozostawił mnie na pastwę zawistnych wiedźm. Widocznie nie nadaję się na wielką damę.
Była tak głęboko rozżalona, że gdy Aleks wszedł do sypialni, odezwała się, patrząc na niego ozięble.
- Wybacz, ale chcę dziś zostać sama. Źle się czuję.
1 Wacław Konstantynowicz Romanow ( 13.VII.1862 – 27.II.1879) Po powrocie w.księcia Konstantego do Rosji, pod naciskiem opinii publicznej, zmieniono mu imię na Wiaczesław, zwany w rodzinie Sława. Ulubieniec rodziców, bardzo uzdolniony malarsko. Lubił malować pogrzeby. Był tak wysoki, że żartował, iż jego trumna nie zmieściłaby się w drzwi Pałacu Marmurowego. Zmarł nagle mając lat 16. Matka, księżna Aleksandra, widziała przed jego zgonem widmo „Białej Damy”. Jego trumna rzeczywiście nie zmieściła się w drzwi Pałacu.
2Wielki książę Mikołaj Aleksandrowicz zmarł w Nicei w 1865 r. na gruźlicę. Okazywał chorobliwy wstręt do kobiet i prawdopodobnie był homoseksualistą.
3 Kronenberg Leopold (1812-1878) - przemysłowiec i bankier w Królestwie Polskim: jeden z założycieli kolei warszawsko-wiedeńskiej. W powstaniu członek Dyrekcji stronnictwa Białych.
4 Aksjomat - dogmat, pewnik.
5Mais oui ! - Ależ tak !
6 Oh,la pauvre... - O, biedna, jakie to przykre.
7 Autentyczne słowa Wielopolskiego. Mon cher - mój drogi.
8O vraiment ? - Naprawdę?
9 Egeria - w przenośni: doradczyni, powiernica artysty lub męża stanu.
10Elle,est...- Ona się nieźle prezentuje.
11 Décidement - bez wątpienia.
12 Parfaitement. - Z pewnością.
13Bon soir. - Dobry wieczór.
14 Eksperiencja - doświadczenie.