niedziela, 24 kwietnia 2016

Pożegnanie z Warszawą.


23 kwietnia 2016 r.
Aleks złożył jej ukłon i bez słowa wyszedł z pokoju, a ona rozpłakała się i długo szlochała w poduszkę, zatykając sobie usta, żeby nikt nie słyszał jej płaczu. Rano wstała z ponurą miną i przyszła na śniadanie, gotowa odpowiedzieć na jego uwagę wybuchem złości. Lecz mąż powitał ją uśmiechem, podał krzesło i sam nalał do filiżanki gorącej czekolady, podsuwając jej koszyczek z pieczywem.
- Posłuchaj, słonko. – odezwał się, nalewając śmietanki do swojej kawy. – Jaga jutro wyjeżdża i zabiera z sobą niektóre rzeczy i część twojej wyprawy. A my, wyruszymy stąd pojutrze. Czy to ci odpowiada?
- Dziękuję. – mruknęła, wpatrując się w obrus.
- Będzie tak, jak sobie życzysz. – szepnął uległym tonem. – Á propos, czy dobrze spałaś?
- Nie! – warknęła. – I nie pytaj dlaczego!
Tego dnia, 12 sierpnia, mieszkańcy Warszawy obchodzili uroczyście rocznicę Unii Lubelskiej. Żałoba nie obowiązywała. Panie spacerowały po ulicach w jasnych toaletach, sklepy zamknięto, a w oknach wywieszono biało-amarantowe wstęgi. Warszawa świętowała. Za to wojsko rosyjskie miało ostre pogotowie, gdyż spodziewano się rozruchów. Ale w mieście panował spokój, a po Placu Saskim, pomiędzy szeregami wojska najeżonymi bagnetami, przechadzali się ludzie, zdążając do Ogrodu Saskiego, gdzie odbywały się festyny i grały orkiestry.
J. Matejko. Unia Lubelska.
 Po przepłakanej nocy, Nina czuła się źle i nie zamierzała wychodzić z domu. Rzuciwszy okiem na swoje odbicie w lustrze, stwierdziła, że wygląda obrzydliwie. Była blada i miała podkrążone oczy. W takim stanie nie zamierzała pokazywać się mężowi. Sięgnęła do toaletki i z bocznej szufladki wyjęła ukryte tam pudełeczko z różem. Poszczypała się po policzkach i odrobinę różu wtarła w okolice nosa i w wargi. Potem zmieniła poranny peniuar na elegancką suknię domową. Była piękna pogoda, więc wyszła na balkon i przypatrywała się spacerowiczom, idącym całymi rodzinami do parku. Za nią przyszedł Aleks i razem obserwowali ruch uliczny.
- Boże! – szepnęła z lękiem. – Wystarczy jeden wrogi gest, lub wystrzał i poleje się krew.
- Nie sądzę. – Aleks wsparł się ramieniem o kamienną balustradę balkonu. – Wielki książę Konstanty, to nie Gorczakow i nie schorowany Lambert. Konstanty jest nam nawet życzliwy i bardzo mu współczuję, bo ma twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony, car ogranicza jego władzę do minimum, czyniąc go de facto figurantem. Społeczeństwo nie zdaje sobie z tego sprawy i żąda od namiestnika politycznych decyzji, a nawet suwerenności Polski. Książę nie może spełnić tych oczekiwań, więc prędko utraci popularność, a w kraju zacznie narastać niezadowolenie, mogące doprowadzić do niekontrolowanego wybuchu. Wielopolski to rozumie i pełen jest najgorszych obaw. Bezsprzecznie jest najzdolniejszym politykiem polskim. Wie czego chce i konsekwentnie zmierza do celu. Cele postawił sobie ambitne i zbawienne dla kraju. Niestety, nie bierze pod uwagę wyraźnego wzrostu nacjonalistycznych nastrojów w Rosji. Koła rządzące imperium, nigdy nie uznają odrębności Polski, jako samodzielnej siły politycznej. Ponadto Wielopolski nie lubi schlebiać i rzucać nierealnych, lecz odpowiednio patetycznych obietnic, jakimi łatwo łudzić Polaków.
Margrabia Aleksander Wielopolski.
 - Margrabia powinien zażądać, żeby car zesłał go na Sybir. – oświadczyła Nina z udawaną powagą. – Natychmiast stałby się bohaterem narodowym i męczennikiem. My, Polacy, z reguły kochamy tych bohaterów, którym się nie powiodło, choć mieli dobre chęci. Za to ludzi ambitnych, odnoszących sukcesy serdecznie nienawidzimy.
Aleks pochylił się i złożył pocałunek na jej szyi, pachnącej kremem liliowym.
- Rozumujesz, jak doświadczony polityk. – pochwalił, a potem przyjrzał się jej z nagle obudzoną uwagą. Zmrużył oczy i skinął na nią palcem.
- Chodź do mnie, aniołeczku. – powiedział, podejrzanie miłym tonem.
Z kieszeni wyjął chusteczkę i ująwszy żonę za podbródek, pomimo jej oporu, dokładnie wytarł ślady różu z jej policzków i warg. Próbowała się wyrwać, ale nie puszczał.
- Jeżeli raz jeszcze zobaczę róż na twoich policzkach, spuszczę ci lanie, młoda damo, rozumiesz? – pomyślała, że mąż żartuje, ale powiedział to poważnie, a w jego oczach dostrzegła iskierki gniewu.
- Uważasz, że to godne mężczyzny grozić kobiecie laniem? Czy to wypada panu hrabiemu? – próbowała incydent obrócić w żart.
- A czy to wypada pani hrabinie smarować się różem, jak uliczna kokota? – odparował błyskawicznie. – Nino, zabraniam ci różowania się, słyszysz? Nawet tego nie potrafisz i uróżowałaś sobie nos! Jesteś prześliczna i nie musisz dodawać sobie urody.
- Nie masz prawa zabraniać mi czegokolwiek! – uniosła się gniewem, wiedząc, że nie ma racji.
- Owszem, mam prawo, bo jestem twoim mężem i zarazem opiekunem. Masz zaledwie siedemnaście lat i jesteś smarkulą, którą dorośli traktują jak osobę dojrzałą, wyłącznie przez grzeczność.
- Zapominasz, że jestem twoją żoną! – wrzasnęła wyprowadzona z równowagi jego uwagami. – Zachowujesz się wstrętnie!
- Nie! To ty zapominasz, że prawdziwa dama się nie różuje. Nie znoszę kobiet, które się malują.
Na balkon wyjrzała Jaga, zaintrygowana ich podniesionymi głosami. Aleks momentalnie dostrzegł w niej sprzymierzeńca.
- Czy Jaga wie, że Nina się różuje? – pokazał pobrudzoną chustkę, trzymając ją w dwóch palcach. – Sama psuje sobie cerę.
Niania sapnęła, jak szarżujący nosorożec i ujęła się pod boki.
- To tak? – powiedziała groźnie. – Gdzie kupiłaś ten róż? Natychmiast mi go oddaj. Czego ja się na starość doczekałam. Paskudnica!
Nie czekając końca jej monologu, Nina wyminęła ją i pobiegła do swego pokoju. Z hukiem zatrzasnęła drzwi i zamknęła je na klucz. Dąsając się na męża i Jagę, nie wyjrzała stamtąd aż do obiadu, nie reagując na pukanie.
- I to ma być ta wielka miłość? – mamrotała pod nosem, biegając po pokoju. - Smarkula!... Alek chce uczynić ze mnie prywatną własność. A niania wcale nie jest od niego lepsza! – porwała pudełko z różem i z wściekłością wyrzuciła je przez okno.
Przy obiedzie nie odezwała się do nikogo słowem, a zaraz po posiłku ponownie wyszła na balkon. Aleks nie przejmując się jej kaprysami, pogodnie zaproponował spacer.
- Słonko, siedzimy w domu jak dwie sowy. Ubierz się pięknie i chodźmy do parku na lody i ciastka.
- Nie chcę! Zaraz będzie strzelanina.
- Ależ nie ma powodu do obaw. – klepnął ją w wypiętą pupę i dodał kpiąco: - Na zimę sprawię mojej żoneczce zajęcze futerko.
- Uważasz mnie za tchórza? – prychnęła, posyłając mu piorunujące spojrzenie. – Jestem odważna, a odwaga zasadniczo różni się od głupoty!
- Wolisz siedzieć w domu w taki śliczny dzień?
- Wolę! – ucieszona, że zrobiła mu na złość, odwróciła się i weszła do salonu. Z mahoniowego stoliczka wzięła kryształowy nożyk do rozcinania kart książki, a z etażerki nową powieść. Usiadła na kanapce i zabrała się do rozcinania kart.
 Było to zajęcie nudne i jednostajne. Rozpromieniła się, usłyszawszy w przedpokoju dzwonek i głos Jasia. Wszedł do salonu, w jasnym letnim garniturze, trzymając w ręce kapelusz panama. Do klapy surduta miał wpiętą biało-czerwoną kokardę.
- Wpadłem tu na wszelki wypadek, bo byłem pewny, że nie zastanę was w domu. – powiedział, całując ją w policzek. – Taka piękna pogoda, a państwo siedzą w dusznym mieszkaniu? To może wybierzemy się razem na przechadzkę? Mama pojechała do Jabłonnej i do wieczora jestem wolny.
Z balkonu wyjrzał hrabia i przywitał się z nim serdecznie.
- Nic z tego nie będzie. – spojrzał przekornie na żonę. – Nina obraziła się na mnie i nie zamierza opuszczać domu w obawie, że wojsko użyje broni.
- Nie wypowiadaj się za mnie, dobrze? – z rozmachem rzuciła na stolik książkę, nożyk i wstała.
- A ciebie co ugryzło, myszko? – zdziwił się Jaś. – Widzę, że jesteś cięta jak osa. Naprawdę obawiasz się wyjść z domu?
- Panie Janku, ona jest zła na mnie, bo wykryłem, że się różuje! – Aleks bezlitośnie wziął rewanż na żonie. – Mając taką cerę, ona używa różu. Wyobraża pan sobie? – wsparty o serwantkę, patrzył na nią roześmiany.
- Oszalałaś? – Jaś popukał się w czoło. – Na pana miejscu ja bym ją sprał!
Aleks mrugnął do niego.
- Ja również miałem na to ochotę, ale jestem przeciwnikiem bicia dzieci i młodzieży.
- Nienawidzę was obu! – zawołała Nina z pasją. – Jesteście siebie warci!
Jaś pochwycił ją w talii i podniósł do góry jak lalkę, okręcając się z nią tak szybko, że lekka suknia uniosła się wysoko, nieprzyzwoicie odsłaniając jej nóżki aż do kolan.
- Jasiek, puść mnie natychmiast! – wołała, starając się zachować minę pełną godności. – Misiu, puść. Pójdę na spacer, ale pamiętaj, jeżeli zacznie się strzelanina, wydrapię ci oczy! – kiedy postawił ją na podłodze, pogroziła mu pięścią i z wysoko podniesioną głową dumnie wymaszerowała z salonu.
- Myszko, a zrób się na bóstwo! – zawołał za nią Jaś.
W-wa. Ogród Saski.
 Ogród Saski w przepychu zieleni, promieniach sierpniowego słońca i w kwiatach, przypominał rajski krajobraz. Panowała w nim świąteczna, wesoła atmosfera. Na drewnianej estradzie grała orkiestra dęta, a kilkanaście par tańczyło mazurka, pokrzykując z uciechy. Biało ubrane dziewczynki, fruwały jak motyle po trawnikach, bawiąc się w berka i grając w serso. Przy fontannie stał kataryniarz, kręcąc korbą instrumentu. Katarynka porykiwała blaszanym głosem, słynny chór z opery „ Nabucco” Verdiego, który stał się nieoficjalnym hymnem walczących o niepodległość Włochów. Chuda małpka wyciągała losy, będąc przykuta łańcuszkiem do instrumentu. Nina nie lubiła małp, bo wydawały się jej bluźnierczą karykaturą człowieka.
-Va pensiero sull'ali dorate… - półgłosem nucił Jaś, wtórując katarynce i wymachując do taktu laską. Elegancki garnitur, drogi kapelusz i srebrna gałka laski, nadawały mu pozór beztroskiego panicza.
Obok niego płynęła Nina, uśmiechnięta i śliczna, w sukni z różowego muślinu, przybranej bukiecikami sztucznych różyczek. Humor znacznie się jej poprawił, kiedy spostrzegła, że mężczyźni oglądają się za nią.
- Zobaczcie, moi drodzy, jak pięknie wygląda dziś miasto. – zauważyła.
- To pozory. – odparł Jaś. – Warszawa to skorupa, pod którą płynie ognista lawa. Pomimo pięknych dekoracji, nie przestaliśmy żyć w niewoli.
- Niewola jest nieszczęściem, ale nie hańbą. – powiedziała Nina podniesionym tonem. – Natomiast niesłychaną hańbą była okoliczność, kiedy król, senat i sejm, z własnej woli wyrzekli się niepodległości. W pewnym sensie Rosjanie słusznie zarzucają nam przeniewierstwo. Przecież sami ich tutaj wezwaliśmy.
- Pod groźbą armat! – wtrącił Aleks, wyraźnie niezadowolony z dyskusji.
- My także mieliśmy wtedy armaty! – zawołała. – Ale nasi przekupieni generałowie poddawali twierdze, a żołnierzy sprzedawali do obcych armii. Prymas i biskupi byli na żołdzie zaborców.
- No dobrze, a co twoim zdaniem, mieliśmy wtedy zrobić? – spytał Jaś
- Należało wziąć wzór z Francji. Wzniecić rewolucję, dać chłopom ziemię, kozakom na Ukrainie wolność i znieść podziały klasowe. Kościół, zamiast nawoływać do narodowego powstania, paktował z zaborcami i brał od nich pieniądze! A powinien sięgnąć do skarbców, stopić złote monstrancje, kielichy mszalne, wydłubać z nich drogie kamienie, wszystko sprzedać, a za uzyskane pieniądze, kupić broń i armaty. Nigdy nie słyszałam, żeby gdziekolwiek odzyskano niepodległość, za pomocą czarnych toalet i nabożeństw!
- Oho! – Jaś przesłał jej znaczące spojrzenie. – Panie Aleksandrze, nie wiem, co mam o niej myśleć. Przed chwilą piorunowała, niczym socjalistka, a teraz podejrzewam, że pani hrabina przejęła się teoriami zasłyszanymi na reunionie u pana margrabiego Wielopolskiego.
- A nieprawda! – zaperzyła się Nina. – Ale widzę, że marzy się wam wojenka, z czaplim piórkiem na czapce i pieśnią:”Grzmią pod Stoczkiem armaty”. Ale to się wam nie uda, bo u nas wszystko kończy się na kłótniach i totalnym bałaganie. Wieczne i straszne polskie „jakoś to będzie!”. Niekiedy współczuję carowi, bo biedak ma z nami krzyż Pański. Jestem zdania, że kiedy silnego nieprzyjaciela nie można pokonać, to należy się z nim zaprzyjaźnić. Nie życzę sobie żadnego powstania i żałoby. Kocham bale, piękne barwne toalety i flirty z ładnymi chłopcami! - rzuciła obu panom wyzywające spojrzenie i jak baletnica zrobiła piruet na wysokim obcasie pantofelka, ukazując spod uniesionego rąbka krynoliny małą, jak u Kopciuszka stopę.
Jaś aż stęknął z wrażenia, a Aleks wzniósł oczy ku niebu i rozłożył ramiona bezradnym gestem.
- Panie Aleksandrze, radzę co prędzej wywieźć tę młodą osobę z miasta, bo jej poglądy są mocno niebezpieczne. – poradził Jaś robiąc surową minę.
Nina szturchnęła go parasolką i pokazała koniec różowego języczka, prowokująco unosząc spódnicę.
- Na szczęście, pojutrze wyjeżdżamy. – Aleks przyjrzał się żonie. – Kochanie, opuść tę suknię. Przecież nie ma błota i nie potrzebujesz jej tak wysoko zadzierać.- powiedział zauważywszy, że przechodzący panowie posyłają Ninie powłóczyste spojrzenia i oglądają się za nią.
"Mężczyźni wcale nie mają wyobraźni” – pomyślała Nina ze złością, ale nie odważyła się już więcej pokazywać nóżek.
Po spacerze, wzięli dorożkę i pojechali do Loursa na ciastka. Jaś kupił butelkę szampana, bo Nina postanowiła zatrzymać go na kolacji. Do domu wracali piechotą, przyglądając się odmienionemu, radosnemu miastu. W pobliżu Ogrodu Saskiego, ich uwagę zwróciła dziwna para. Drobna, szczupła panna, w białej krynolinie przewiązanej purpurową wstęgą, szła pod rękę z rosyjskim kapitanem w galowym mundurze i wysokiej futrzanej bermycy.
- Spójrzcie, panna z Rosjaninem! – wyszeptała Nina.
Obaj mężczyźni jak na komendę wymienili zdumione spojrzenia.
- Co za nierozwaga! – mruknął Aleks. – Nie powinien pokazywać się dziś publicznie.
- Tylko patrzeć szpicla! – syknął Jaś.
Zanim Nina zdążyła ochłonąć, podszedł śpiesznie do oficera i przywitał go, szepcząc mu coś do ucha. Za nim pośpieszył Aleks i uścisnąwszy rękę kapitanowi, ucałował dłoń panny. Nina posiadająca znakomitą pamięć wzrokową, uprzytomniła sobie, że wiele razy widziała już tego mężczyznę.
Jarosław Dąbrowski.
 Przychodził w cywilnym ubraniu, wraz z innymi konspiratorami. Właśnie wtedy wokół kamienicy zaciągano straże. Tak, z całą pewnością to był on! Zapamiętała jego stanowczą twarz i jasne, bystre oczy. Pomimo niskiego wzrostu wcale nie był śmieszny. Zgrabny i przystojny, miał zdecydowane ruchy żołnierza.
- Witamy, panie Jarosławie. Panno Pelagio, wygląda pani zachwycająco. – powiedział Jaś.
- Pozwól, Nino, że przedstawię ci pannę Pelagię Zgliszczyńską i pana kapitana Jarosława Dąbrowskiego. – powiedział Aleks. – Panie Jarku, mieszkamy kilka kroków od Ogrodu. Zapraszamy państwa na herbatę. Potem kareta odwiezie państwa do domu. Przy kieliszku wina i cygarze, przypomnimy sobie nasze petersburskie rozmowy w pokoiku Zygmunta. Przewracaliśmy wtedy świat w posadach.
- Może go jeszcze przewrócimy. – uśmiechnął się Dąbrowski, z galanterią witając się z Niną. Nawet mrugnięciem oka nie zdradził, że widzi ją nie po raz pierwszy. Wobec tego udała, że także go nie zna.
Siedząc już w salonie, przy kawie, winie i ciastach, Dąbrowski zwrócił się z uśmiechem do Aleksa:
- Mam dla pana, panie hrabio, pozdrowienia od Zygmunta. Nie korespondujecie z sobą?
Nina zauważyła, że mąż wyraźnie się ucieszył.
- Dziękuję. Miałem od niego list jeszcze w maju. Potem sytuacja się u mnie trochę skomplikowała, więc prosiłem żeby nie pisał, do czasu aż sam się odezwę. Co u niego słychać?
Dąbrowski rozsiadł się wygodnie w aksamitnym fotelu, z zainteresowaniem przypatrując się przepysznym sztychom angielskim, wiszącym na ścianie.
- O, nasz Zygmunt jest u szczytu powodzenia. Błyskawicznie robi karierę. Ceni go hrabia Milutin minister wojny, a cesarz zgodził się zatwierdzić nowy kodeks karny dla wojska, napisany przez Zygmunta. Znosi on w armii kary cielesne. Żołnierze go błogosławią, bo wkrótce przestanie im grozić tortura pałowania. Przełożeni cenią go, bo jak pan wie, Zygmunt jest perfekcjonistą.
- Podobnie jak i pan. – Aleks uśmiechnął się, a wymowę tego uśmiechu zrozumiał tylko Dąbrowski i Jaś..
- Prawda, pan nie zna najświeższej nowiny! – kapitan skosztował wina i cmoknął z uznaniem. – Nasz Zygmunt tak długo się zarzekał, iż w jego położeniu nie należy obarczać się rodziną, dopóki nie urzekły go piękne oczy. Dosłownie dwa tygodnie temu, poślubił pannę Apolonię Dalewską. Wzięli ślub w Kiejdanach.
- Nie do wiary! – Aleks aż wstał z fotela. – Niemal w tym samym czasie, co my! Zygmunt wybrał sobie żonę z dobrego gniazda. Znam Dalewskich, to twardzi, nieustępliwi patrioci. Muszę mu zaraz pogratulować, choć tylko depeszą.
- Nie wiem, czy depesza trafi do jego rąk, bo podobno wybiera się w misji specjalnej do Francji, a być może i do Egiptu.
- A do Polski się nie wybiera? Najchętniej widziałbym go z żoną w moim Makowie.
- Tego nie wiem. On tu wpada, jak po ogień, na jeden, dwa dni.
- Szkoda. – rzekł Aleks z żalem. – Ale jakaż w tym ironia losu. Reformę armii carskiej, niosącej tyle razy Polsce zagładę, przeprowadza Polak, były zesłaniec, żołnierz karnych batalionów.
- Prawda? – Dąbrowski zamyślił się. – Historia bywa niekiedy zdumiewająco przewrotna.
Płk. Zygmunt Sierakowski.
 Po kawie, panowie przeprosiwszy panie, udali się do gabinetu na cygara, zamykając za sobą szczelnie drzwi. Nina i panna Gliszczyńska jadły marcepanowe kartofelki, rozmawiając o najnowszej powieści Narcyzy Żmichowskiej, i dzieliły się uwagami o niemiłym zachowaniu wielkiego księcia Aleksandra, który zraził do siebie warszawiaków.
- Mówiła mi Wandzia Umińska, że przyłączyła się pani do naszego towarzystwa opieki nad więźniami. – panna Pelagia wyraziła jej spojrzeniem uznanie. – Wiem, że posyła im pani takie bogate paczki. Można wiedzieć, dlaczego ta forma pracy charytatywnej odpowiada pani najbardziej?
Nina nie odzywała się przez chwilę, a na jej twarzy odmalował się wyraz smutku.
- Mój ojciec był powstańcem wielkopolskim. Sąd pruski skazał go na dziesięć lat twierdzy. Umarł po roku. Nawet nie wiem, gdzie jest pochowany. Dlatego los więźniów nie jest mi obojętny. Wkrótce wyjeżdżamy, ale umówiłam się z Wandzią Umińską i na jej adres będę przysyłać pieniądze.
Umilkła, a w jej oczach ukazały się łzy. Panna Gliszczyńska zerwała się z miejsca i objęła ją z siostrzaną serdecznością.
- Najmocniej przepraszam. Byłam nietaktowna, ale nie wiedziałam, że ma pani takie przykre wspomnienia.
Szybko zmieniła temat, wypytując Ninę o oświatę na wsiach świętokrzyskich. Będąc nauczycielką, interesowała się działalnością szkółek dworskich. Przegadały godzinę, nie zwróciwszy uwagi, że panowie również przedłużają pogawędkę. Nina gościnnie zatrzymała młodą parę na kolacji. Pito szampana i wznoszono toasty. Odjechali wieczorem karetą, zabierając z sobą Jasia.
Nina postanowiła wypytać męża o nowych znajomych. Aleks siedział w dawnym gabinecie hrabiego Karola Klonowieckiego i pisał coś na skrawku papieru.
- Aleczku. – odezwała się nieśmiało, kiedy podniósł głowę usłyszawszy jej kroki. – Czy wiesz, że pan Dąbrowski bywał tu niekiedy? Musi być ważną osobistością, bo zawsze pilnowali go chłopcy z policji narodowej. Nie wiedziałam, że jest oficerem. Podobała mi się panna Zgliszczyńska.
- Wiem, że tu bywał, bo mówił mi o tym. Jestem dumny z ciebie, kochanie. Pan Dąbrowski to człowiek bardzo odważny, żyjący nieustannie na skraju przepaści. Już dziś opowiadają sobie o nim legendy.
- Ciekawe. – Nina bała się głośno wyrazić obawę, że taka znajomość może zaprowadzić ich daleko, bo aż na Sybir. – Alku, kim jest ten pan Zygmunt, o którym rozmawialiście z panem kapitanem?
- To mój przyjaciel, podpułkownik Zygmunt Sierakowski. Wiele mu zawdzięczam, bardzo wiele. – wstał od sekretarzyka i założywszy ręce w tył, zaczął przechadzać się po pokoju. Nina podreptała za nim, tuląc się do jego ramienia.
- Kochany…- zaczęła niepewnie. – Czy oni wszyscy są… - urwała, patrząc na niego ze strachem. … w konspiracji?
Mąż zbył jej obawy wybuchem śmiechu.
- Co też się roi w tej ślicznej główce! Zygmunt jest zaufanym oficerem ministra wojny i sam car darzy go łaskami. Pomyśl tylko, dziwnym zbiegiem okoliczności, ożeniliśmy się niemal w tym samym czasie.
- Aha. – zastąpiła mu drogę, wpatrując się w niego pociemniałymi z niepokoju oczami. – Obawiam się, że nie mówisz mi prawdy. Alku, ja jestem twoją żoną i muszę wiedzieć, czy po śmierci Władka rozwiązałeś swoją organizację?
Zmarszczył brwi i spojrzał na nią ostro.
- Nino, bardzo ciebie kocham i zrobię dla ciebie wszystko, ale nigdy nie pytaj mnie o sprawy, które nie są moją tajemnicą.
- Ty mi nie ufasz. – powiedziała z bólem. – Rozumiem.
- Najmocniej ciebie przepraszam. Wybacz, jeśli sprawiłem ci przykrość. Ale proszę, niech polityka nie wpływa na nasze pożycie małżeńskie. Nie zadręczaj się sprawami, które nie zależą od nas. Kochaj mnie, Nino. – mocno pocałował ją w usta i zajrzał w oczy. – Uważam, że należy mi się jakaś nagroda, za noc spędzoną na twardej kanapie.
Pochwycił ją na ręce i podrzucił. Zapiszczała, unosząc się w powietrzu. Patrząc na niego z góry, podziwiała jego siłę i urodę. Światło igrało na jego twarzy, użyczając ciepła bursztynowym źrenicom i podkreślało biel odsłoniętych w uśmiechu zębów, złociło jasne włosy. Był piękny.
- Moje kocię ma śliczne pazurki. – mruknął, całując ją po rękach, którymi się przed nim zasłaniała.
- Kocię podrapie cię i pójdzie spać. Alek, puść mnie natychmiast!
- W takim razie przekonaj mnie, że naprawdę życzysz sobie, żebym ciebie puścił. – droczył się z nią, nadal trzymając ją w wysoko uniesionych ramionach.
- No… wcale tego nie chcę! – wyznała szczerze. Całowali się jak szaleni, gdy niósł ją na rękach do sypialni.
Następnego dnia wyjechała z Warszawy Jaga, nadzorując cztery wypełnione po brzegi bryki, wiozące część wyprawy ślubnej Niny oraz meble i cenne przedmioty przez nią wybrane. Ponieważ kucharka miała już inną posadę, stołowali się w restauracjach. Nowoczesny i piekielnie drogi Hotel Europejski, wygodami i luksusowym wnętrzem nie ustępował najlepszym hotelom Paryża, Londynu, czy Wiednia. Jadali tam obiady, ponieważ hotel prowadził również kuchnię rosyjską, lubianą przez Aleksa. Na prośbę Niny, mąż zamówił raz ostrygi i pokazał jej, jak się je spożywa. O mało nie zwymiotowała. Przy obiedzie wypili szampana i postanowili się zabawić. Jakiś czas spędzili w teatrzyku ogrodowym, zaśmiewając się z dowcipnych i złośliwych kupletów, śpiewanych przez znakomitych aktorów scen warszawskich, występujących tam sezonowo z Żółkowskim1 na czele. Rozbawiony Aleks wystukiwał palcem takt skocznych piosenek, a Nina przypatrywała się jego dłoni, o długich mocnych palcach i arystokratycznym kształcie. Kochała jego ręce. Umiały pięknie grać na fortepianie i potrafiły pieścić ją tak umiejętnie, że krzyczała z rozkoszy, omdlewając w jego ramionach.
 - A gdzie pójdziemy wieczorem? – spytała po przedstawieniu.
Z namysłem ściągnął brwi.
- Cóż, decyzja należy do ciebie. Może wybierzemy się do Pomarańczarni? Podobno grają tam jakąś dobrą francuską komedię, chyba Musseta. Czy wolisz koncert? - Nie, raczej nie. – bąknęła niezdecydowanie. – A może… - naraz oczy jej rozbłysły i ożywiła się. – Alku, wiesz, chodźmy razem do nocnego kabaretu! Umieram z ciekawości, jak się tańczy kankana. Jak myślisz, czy naprawdę tancerki nie mają pod spodem dessous2?
 Gwałtownie złapał oddech i oniemiał. Nie wyobrażał sobie, że jego młodziutka i niewinna żona może miewać podobne zachcianki.
- Och, proszę, najmilszy, chodźmy! – nalegała, nie zdając sobie sprawy z wrażenia, jakie wywarły na mężu jej słowa. – To duże miasto, nikt nie zwróci na nas uwagi. A zresztą możemy założyć maski.
Posłał jej chłodne, ostrzegawcze spojrzenie
- Jeżeli nie chcesz iść na koncert, ani do teatru, to pójdziemy wcześniej spać. Trzeba wypocząć przed podróżą. – wypowiedział to wyważone zdanie spokojnie, lecz jego usta zacisnęły się, tworząc wąską linię. Był wyraźnie w złym humorze.
Nina nadal nie orientowała się w sytuacji i nalegała:
- Alku, to może być wspaniała zabawa. – zapewniła go, robiąc przymilną minkę.
- Assez3! – uciął szorstko. – Uważam ten temat za wyczerpany.
Spuściła oczy i zaczerwieniła się, bynajmniej nie ze wstydu, lecz ze złości. „Wstrętny tyran, despota! – myślała zbuntowana. – Wiem, że i panie bywają w kabaretach. Czy on wyobraża sobie, że padłabym zemdlona na widok gołej pupy tancerki? A taką miałam ochotę pochwalić się Zosi, że byłam w nocnym lokalu i widziałam, jak się tańczy kankana. A niech to kaczka kopnie!”.... Zawyrokowała z gniewem, że panowie są okropnie konserwatywni. Nawet Jaś nie zabrałby jej do kabaretu, tylko nagadał nieprzyjemnych rzeczy lub wyśmiał. Do domu powróciła skłócona z mężem. Aleks zamknął się w swoim pokoju, a ona postanowiła, że dopóki jej nie przeprosi, nie odezwie się do niego nawet słówkiem. Przypomniawszy sobie, że miała jeszcze raz odwiedzić Madame Clementine, kazała zaprzęgać do karety.
W magazynie spędziła dłuższy czas, wymyślając nowe fasony okryć i sukien. Na pocieszenie, zamówiła sobie jeszcze cztery eleganckie kreacje! Upewniwszy się, że prace zostaną ukończone w terminie, pożegnała się i wsiadła do karety. Rzuciwszy okiem na złoty zegareczek stwierdziła, że do kolacji pozostało jeszcze wiele czasu. Pomyślała, że miło będzie przejechać się Alejami Jerozolimskimi. O tej porze odbywała się tam istna rewia najwytworniejszych ekwipaży, toalet i koni. Powróciła myślą do kłótni z mężem i ze zdziwieniem zauważyła, że wcale nie rozumie Aleksa. Jak to możliwe, że taki konserwatysta, jednocześnie jest entuzjastą wszelkich nowinek technicznych. Przed wyjazdem zakupił za drogie pieniądze absolutną nowość – maszynę do szycia! Jechała już do Makowa pod czujnym okiem Jagi. Nareszcie skończy się nudne ścibolenie igłą.
W Alejach panował wzmożony ruch. Z powozów składano sobie ukłony, zamieniając pozdrowienia. Na tej wytwornej promenadzie, Nina wcale nie czuła się gorsza. Przeciwnie, jej kareta zakupiona we Wiedniu, lśniąca świeżym lakierem i wybita białym atłasem, była ostatnim wyrazem elegancji. Ciągnący ją wspaniały zaprzęg arabów, wzbudzał zachwyt. Hrabiowska korona na drzwiczkach pojazdu świadczyła, jak dalece sytuacja Niny uległa zmianie. Z zadowoleniem odkrywała przyjemności bycia wielką damą.
Stach w bogatej liberii, w wysokim cylindrze na głowie, kierował z marsową miną czterema arabami. Ona sama, rozparta wygodnie na miękkich poduszkach, miała na sobie czarny kostium, lamowany dżetami. Kostium był dokładną kopią spacerowej toalety cesarzowej Eugenii. Maleńki kapelusik stroiły strusie pióra i koronkowa woalka, podkreślająca głębię przeźroczystych źrenic i nieskazitelną cerę. Od niechcenia wyglądała oknem, przypatrując się mijanym widokom.
W-wa. Aleie jerozolimskie.
 Aleją ciągnął nieprzerwany sznur powozów. Szczególną uwagę zwracali jeźdźcy oraz amazonki, kłusujące skrajem jezdni w towarzystwie forejtera4. Nina nie mogła odżałować, że nie może zaprezentować się na swojej Mignon, bo śliczna klaczka arabska wywołałaby z pewnością furorę. Na tle tego targowiska próżności, stary obdarty Żyd, pchający wózek ze starzyzną, zdawał się być ponurą, szarą plamą. Na chodnikach, tęgie przekupki krzykliwie zachęcały przechodniów, do kupna zakurzonych owoców lub mętnej wody z sokiem. Ukryte w bramach i pod drzewami ladacznice, zawistnym okiem śledziły przejeżdżające powozy i świetne, rozbawione towarzystwo. Nina na ich widok rumieniła się i odwracała wzrok od jaskrawo umalowanych kobiet, o wynędzniałych twarzach i głodnych oczach. Środkiem jezdni jechali oficerowie kawalerii, na koniach jednej maści i przypatrywali się Polkom, wzbudzającym ich zainteresowanie urodą i niedostępnością.
Śliczna wiedeńska kareta i siedząca w niej samotna młoda dama, skupiły na sobie powszechną uwagę. Z mijanych powozów składano jej ukłony, a pani Łuszczewska kazała zatrzymać swoje lando, zapraszając Ninę z mężem na poniedziałkowy reunion. Nawet panna Jadwiga raczyła uprzejmie powtórzyć zaproszenie matki. Jej twarz o tępych rysach, niemal bez brwi, wydawała się nieruchomą maską. Nina pomyślała ze współczuciem, że ta starzejąca się panna pozbawiona osobistego życia, musi być nieszczęśliwa. Podziękowała za zaproszenie tłumacząc, że nazajutrz wyjeżdżają na wieś.
Na dany przez nią znak, araby ruszyły wolno. Parskając i wyrzucając dumnie łbami, stąpały jak na paradzie. Z przeciwnej strony Alei nadjeżdżało właśnie kilku kawalerzystów. Mijając ich, Nina obojętnie spojrzała w tę stronę i niespodziewanie oczy jej spotkały się ze wzrokiem najbliższego jeźdźca. Spod lakierowanego daszka oficerskiej czapki, patrzyły na nią szafirowe źrenice Wielenina. Wpatrywał się w nią najpierw z ogromnym zaskoczeniem, a potem z radością. Był tak zdumiony niespodziewanym spotkaniem, że dopiero minąwszy ją, podniósł dłoń salutując.
Opamiętawszy się, gwałtownie ściągnął cugle zamierzając zawrócić konia. Cofający się wierzchowiec wpadł na nadjeżdżający powóz. Uczynił się zator, a ciągnące z obu stron Alei pojazdy, kolejno się zatrzymywały.
Kawalergard na koniu w pełnym rynsztunku.
 - Sapristi5, Serge, co ty wyprawiasz! – zawołał młody lejtnant, potrącony przez ogiera Wielenina. – Wstrzymałeś ruch sur toute la ligne, i spłoszyłeś mego Blacka!
Kątem oka Nina dostrzegła rozpaczliwe wysiłki majora, próbującego się wydostać z tłoku. Siedząc mocno w siodle, poskramiał rzucającego się wściekle opornego karosza. To nagłe spotkanie napełniło ją przerażeniem. Bała się Wielenina. Lękała się patrzeć jego w oczy płonące miłosnym żarem. Obawiała się słuchać melodyjnego głosu, tak miękko wymawiającego banalne francuskie słówka i kryjące inną, o wiele głębszą treść. Kiedy na nią patrzył, jego smagła twarz przebierała wyraz pokory i uwielbienia. Traciła wtedy rozsądek i gotowa była poddać się jego słodkiej władzy.
Ale teraz nie była już panną mogącą sobie pozwolić na flirt z pięknym Rosjaninem. Poślubiła Aleksa i kochała go, zdając sobie jasno sprawę, że nawet krótka rozmowa z majorem, to pokusa podsuwana jej przez szatana. Jeżeli nie zdobędzie się na stanowczość i nie potrafi się jej oprzeć, sprowadzi nieszczęście na siebie, na męża i na Wielenina.
Porwała się jak szalona i krzyknęła do stangreta:
- Niech Stach wypuszcza konie! Na miłość boską, nie żałujcie bata!
Stary stangret bez namysłu zdzielił araby potężnym uderzeniem długiego bicza. Potraktowane tak brutalnie konie, skoczyły naprzód galopem a kareta ruszyła jak wystrzelony pocisk.
- Gdzie jaśnie pani każe jechać? – Stach odwrócił się na moment, z całej siły powstrzymując konie, aby się nie znarowiły i nie poniosły.
- O Boże, sama nie wiem! – rozejrzała się bezradnie.
Przyszło jej na myśl, że jeśli pojedzie do domu, to Wielenin szybko ją dogoni. Nie mogła dopuścić żeby dowiedział się, gdzie mieszka.
- Stachu, tu zaraz będzie pasaż, a potem okrągła brama. Proszę w nią skręcić i wjechać na podwórze. – rozkazała.
Stangret dokładnie wykonał jej polecenie. Kiedy Wielenin wydostał się nareszcie z zatoru i popędził ulicą, nigdzie już nie dostrzegł czarnej karety. Nina powróciła do domu taka zdenerwowana, że nie wiedziała co ma z sobą zrobić. Obawiała się, że Wielenin zdoła ją odszukać i złoży jej wizytę, a wtedy… O, wolała o tym nie myśleć. Kolacji prawie nie tknęła i wymówiwszy się migreną, poszła do sypialni. Rzuciła się twarzą na poduszki i leżała, nerwowo nadsłuchując, nękana rozpaczliwymi myślami. Do pokoju zajrzał Aleks. Sprzeczka dawno wyleciała mu z głowy, ale zaniepokoił go dziwny stan Niny. Usiadł obok niej na łóżku i gładząc jej rozpuszczone włosy, dopytywał się z troską, jak się czuje. Mruknęła coś w odpowiedzi, bojąc się nawet spojrzeć na niego, żeby z wyrazu jej oczu nie odgadł prawdy. Potrafił często przeniknąć jej myśli i czasem miała wrażenie, że jest dla niego przeźroczysta, jak ze szkła. Gdyby nie to, zażądałaby, aby jeszcze tego wieczora wyjechali z Warszawy.
- Promyczku, co ci dolega? – spytał, rozbierając się i kładąc obok niej.
- Już nic, głowa mnie bolała. – szepnęła, odsuwając się na kraj łóżka.
- Ale już ci lepiej? To dobrze, bo mam nadzieję, że zechcesz się do mnie przytulić. – zdmuchnął świeczkę, wyciągnął ramiona i przygarnął ją do siebie. – Chcesz mnie?
Dręczona wyrzutami sumienia i rozpaczą, nie miała odwagi powiedzieć mu, że nie pragnie zbliżenia, bo zacząłby dochodzić, co wpłynęło na zmianę w jej nastroju. Oddała się mu, ale bez zwykłego uniesienia, drżąc pod wpływem jego dotyku. Leżąc w ramionach męża, miała przed oczami promieniejącą radością twarz Wielenina. Doznała niesamowitego przewidzenia, że to tamten pieści ją i posiada. W żyłach poczuła ogień i zadziwiła męża miłosną furią. Rozkosznie zaskoczony pochylił się niżej nad nią, a wtedy wybuchnęła .płaczem i długo nie mogła się uspokoić, nie rozumiejąc nawet dlaczego płacze.
Wpatrywał się w nią z dziwną miną, a potem powiedział: „Przepraszam” – i odsunął się od niej.
Wczesnym rankiem obudziło ich gwałtowne dobijanie się do drzwi. Zaspany Florek poszedł otworzyć i aż się cofnął, zobaczywszy stojącego na progu Borutyńskiego.
- Obudź pana hrabiego i powiedz, że przyszedłem w pilnej sprawie. – odezwał się Jaś chrapliwym głosem, ciężko dysząc.
Aleks narzuciwszy na siebie szlafrok, pośpieszył do salonu, a za nim podreptała Nina, z rozpuszczonymi włosami, niewyspana, zaniepokojona i zła jak osa. Jaś siedział w fotelu, bardzo blady, zmęczony, a jego rozczochrana czupryna i niedbały ubiór świadczyły, że musiał z pośpiechem zerwać się z łóżka.
- Przyszedłem was ostrzec. – oznajmił, ściszając głos do szeptu. – W nocy aresztowano kapitana Dąbrowskiego. Jest w Cytadeli. Policja i żandarmeria przeprowadzają rewizje w domach zaprzyjaźnionych z nim osób. Ktoś mógł widzieć go u was. Pakujcie się i natychmiast wyjeżdżajcie z Warszawy.
Cytadela. X Pawilon, osadzano tam więźniów politycznych.
 Nina spojrzała na niego złym okiem. Nie lubiła, gdy budzono ją o świcie po nieprzespanej nocy. Udawała, że zasnęła, ale do rana nie zmrużyła prawie powiek. Aleks zresztą także nie spał, mimo że oddychał głośno i regularnie. W pewnej chwili wstał cicho i długo spacerował po ciemnych pokojach paląc papierosy.
- Bardzo współczujemy panu Dąbrowskiemu i pannie Pelagii, ale to przecież nas nie dotyczy. – zauważyła kwaśno.
- Mylisz się, dotyczy! – głos Jasia zabrzmiał bardzo stanowczo. – Dąbrowski był u was a to wystarczy, by przeprowadzono rewizję.
Pobladła i już zamierzała wybuchnąć potokiem gniewnych słów, lecz powstrzymał ją wzrok męża.
- Bądź przez chwilę cicho! – skarcił ją ostro. – Policja dużo wie? – spytał Jasia.
Borutyński bezradnie wzruszył ramionami.
- Potrafili przekonać Jaroszyńskiego, że zamach na księcia był zbrodnią, a ten mazgaj uwierzył i puścił farbę.
Nina posiniała i przycisnęła obie dłonie do piersi.
- Jezus Maria! Jasiek, Alek, w co wy obaj się mieszacie? – pochwyciła męża za rękę i patrząc mu w oczy, dopytywała się natarczywie: - Alek, nie powiedziałeś mi prawdy! Co Dąbrowski ma wspólnego z zamachem na księcia?
Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia.
- Uspokój się, Nino. – Aleks cofnął rękę z jej uścisku. – Pan kapitan jest dobrym Polakiem i to ci musi wystarczyć.
Skoczyła na równe nogi jak tygrysica. Nie bała się o siebie, ale przeraziła ją myśl o niebezpieczeństwie, jakie im mogło zagrażać. Pragnęła ich chronić, nawet za cenę własnego życia.
- Słodki Jezu! – zawołała z wybuchem wściekłości. – Zamiast męża i brata obdarzyłeś mnie dwoma osłami! Jasiek, na wydumane ideały marnujesz swój wielki talent. Zamiast leczyć ludzi, dążysz do tego, aby się wzajemnie mordowali? Ja nie chcę mieć nic wspólnego z polityką. Umrę, jeżeli zamkną was w Cytadeli.
- Przestań lamentować! – rozgniewał się Jaś. – Walczymy o niepodległość naszego narodu, rozumiesz? Nawet sobie nie wyobrażasz, jakim ciosem jest dla sprawy aresztowanie Dąbrowskiego? Grozi mu kara śmierci, a teraz może go torturują. A ty, zamiast okazać opanowanie godne dobrej Polki, wydzierasz się, jak praczka nad podartym prześcieradłem.
- Więc mam się cieszyć i śmiać się patrząc, jak was pędzą na Sybir?
- Nino, prosiłem, żebyś się uspokoiła. – ponowił upomnienie Aleks. Był bardzo spokojny i opanowany.
Jaś z ciężkim westchnieniem opadł na fotel. Miał szarą ze znużenia twarz, a w głębi jego niebieskich oczu, czaił się strach.
- Boże, taki jestem zmordowany… - wyszeptał, przymykając powieki. – W nocy obleciałem pół Warszawy.
Nina rzuciła na niego okiem i gniew jej znacznie osłabł. Jak zwykle w krytycznych sytuacjach, umiała zdobyć się na chłodną ocenę i rozwagę. Zawiązała mocniej szarfę peniuaru i zaczęła splatać rozpuszczone włosy w dwa warkocze.
- Ciebie także szukają? – spytała nad podziw opanowanym tonem, dotykając pieszczotliwie palcami jego policzka.
- Tego nie wiem. Wolałem nie czekać w domu, aż po mnie przyjdą. Zaraz sobie stąd pójdę, bo nie chcę was narażać.
- Nie opowiadaj głupstw! – prychnęła ze złością. – Nie możesz biegać po mieście ledwo ubrany i głodny. Muszę pomyśleć, jak można ciebie urządzić.
Energicznie pociągnęła taśmę dzwonka, a gdy do salonu weszła Walerka, posługująca im aż do dnia wyjazdu, Nina przemówiła tonem nie znoszącym sprzeciwu:
- Walerciu, podaj nam szybko śniadanie i powiedz Florkowi, żeby już znosił kufry do karety. Niech Stach zaprzęga konie do karety. Wyjeżdżamy!
Oszołomiona pokojówka dygnęła nisko i wyszła, a za progiem złapała się za głowę i popędziła do kuchni, jakby ją sam diabeł gonił.
- Czy ma pan pewną kryjówkę? – odezwał się Aleks, częstując Jasia papierosem.
- Po takiej wsypie nigdzie nie jest bezpiecznie. – Jaś tłumił ziewanie, sennie mrużąc oczy. – „Łokietka” zgarnęli w nocy, akurat w sam dzień rozprawy Jaroszyńskiego. To dla nas prawdziwa klęska, a tryumf Wielopolskiego.
- Raczej tajnej policji. – stwierdził rzeczowo Aleks. – Najlepiej, niech pan jedzie z nami do Kaniówki nad Bugiem. Przebierzemy pana za pokojówkę i przewieziemy bezpiecznie.
- Byłem już położnicą, mogę być pokojówką, ale z wami nie pojadę. Muszę być blisko Warszawy. Tu mam przepustki.
- Słusznie, to nie jest dobry pomysł. – wtrąciła Nina. – Istnieją przecież listy gończe, telegraf, a żandarmeria ma długie ręce. – ściągnęła z namysłem brwi, a potem klasnęła z radością w dłonie. – Jasiu, pojedziesz do naszej leśniczówki! Tam będziesz bezpieczny i dostatecznie blisko Warszawy, żeby zorientować się, czy powrót do domu jest możliwy. Ach ty, głuptasie, ile ta biedna ciocia przeżywa przez ciebie niepokoju!...
- Tak, to istotnie wyborny pomysł! – Aleks spojrzał na żonę z uznaniem, podziwiając jej szybki refleks.
- Zaraz trzeba nadać depeszę, żeby leśniczy wyjechał po pana, bo tam tylko las. Florek panu pomoże.
- Nie, proszę tego nie robić. Poradzę sobie. Chłopską furką dojadę do Leśnej, a stamtąd dostanę się do leśniczówki. Przyjmuję propozycję z wdzięcznością. Nino, czy możesz wyszukać mi jakieś palto i trochę bielizny, bo nic z domu nie wziąłem. – Jaś prędko odzyskał dobry humor. – Dajcie też państwo znać mamusi, że jestem bezpieczny.
Nina poszła do sypialni i spakowała do skórzanego nesesera kilka sztuk bielizny męża, z szafy wyjęła jego letni płaszcz. Obaj byli wysokiego wzrostu i płaszcz leżał na Jasiu idealnie. Florek zamówił dorożkę i po śniadaniu Jaś pożegnał się i wyjechał. Wkrótce sprzed domu ruszyła kareta, żegnana płaczem Walerki, pozostającej u rodziny przyszłego męża. Pani Salomea odetchnęła, dowiedziawszy się, że syn znajdzie się w bezpiecznym miejscu.
Zajechali jeszcze do mecenasa Porzyckiego, któremu Aleks pozostawił pełnomocnictwo w prowadzeniu spraw majątkowych. Nina niecierpliwiła się, życząc sobie, żeby Warszawa pozostała daleko za nimi. Ale tego dnia ulica Miodowa, gdzie mieszkał mecenas, pełna była wojska i ludzi. Ujechali kawałek drogi, lecz musieli się zatrzymać przed pałacem Paca, bo przed gmachem zgromadził się tłum, oczekujący na coś w ciszy i skupieniu.
- Stachu, nam się spieszy! – ponagliła stangreta Nina, wychylając się z okna.
- Przecie ludziom po głowach nie przejadę! – odburknął, powstrzymując rwące się konie.
- Poczekamy. – powiedział Aleks. – Ludzie i tak nas nie przepuszczą. Do czasu aż przybędzie więzień.
- Jaki więzień? – posłała mężowi zdumione spojrzenie.
- W tym budynku będą sądzić Jaroszyńskiego.
- O mój Boże, tego biednego chłopca? Jak myślisz, Alku, co go czeka?
- To sąd wojenny. Szubienica. – rzekł ponuro.

Pałac Paca. W-wa.
Jakoż po chwili ukazał się szczelnie zamknięty powóz, eskortowany przez oddział żandarmów, policję i szwadron huzarów. Gdy zatrzymał się przed bramą pałacu, stojący w milczeniu tłum obnażył głowy. Niektórzy nawet wznosili okrzyki na cześć wychodzącego z powozu młodego mężczyzny. Po raz pierwszy władze robiły proces pokazowy, w celu zastraszenia społeczeństwa. Sala zapełniona była po brzegi, a przed gmachem nadal stał tłum, oczekując na wiadomości z sali rozpraw. Dopiero wieczorem ogłoszono wyrok: śmierć przez powieszenie! W tłumie rozległy się głośne szlochy. Młodziutki chłopiec stojący z kolegami pomiędzy zrozpaczonymi ludźmi, powiedział stanowczo:
– Jutro zabiję Wielopolskiego! - nazywał się Jan Rzońca i miał, jak jego koledzy spiskowcy, dziewiętnaście lat.
Nazajutrz margrabia wracał otwartym powozem ze spaceru w Łazienkach. Wtem, na stopień powozu wskoczył młody mężczyzna, i zamachnął się, chcąc ugodzić go nożem. Wielopolski sięgnął po rewolwer, a przytomny stangret odwrócił się i smagnął zamachowca biczem po oczach. Nieprzytomny z bólu chłopak, porzuciwszy sztylet zaczął uciekać, goniony przez syna margrabiego i stangreta. Rzońcę ujęto. W cyrkule okazało się, że sztylet był zatruty strychniną.

Jan Rzońca.
Wystarczyło lekkie draśnięcie, by spowodować zgon. Wielopolski nie próbował po raz trzeci kusić losu. Odtąd jeździł w karecie okutej żelazem, eskortowanej przez konnych żandarmów. Brühlowski pałac dzień i noc otaczało wojsko, strzegąc jego bezpieczeństwa.
Nina opuszczała Warszawę z radością. Uciekała od tragicznych następstw spisków, zamachów, procesów i szubienic. Lecz przede wszystkim uciekała przed Wieleniem. Gdy już wiedziała, że major jest w Warszawie, nie miała chwili spokoju obawiając się, że któregoś dnia on ją odnajdzie.
Jej przeczucia okazały się uzasadnione.
Trzeciego dnia po ich wyjeździe, do bramy kamienicy zadzwonił rosyjski oficer. Stróż obrzucił go nieufnym spojrzeniem, ociągając się z otwarciem bramy. Rosjanin uśmiechnął się domyślnie i wręczył mu kilka rubli.
- Nie bójcie się, przyszedłem z wizytą. – odezwał się łamaną polszczyzną.
Stróż ujęty hojnym napiwkiem, uspokoił się i zdjął czapkę.
- A jaśnie pan do kogo?
- Czy panna Nina Nałęczowska w domu? Na którym piętrze mieszka?
- Ech, szkoda było fatygi jaśnie pana. – stróż starał się okazać uprzejmość. – Jaśnie panna Nałęczowska wydała się za pana hrabiego Klonowieckiego i niedawno wyjechali na wieś. Prędko nie wrócą.
Oficer otworzył szeroko oczy, pobladł, zastygł w miejscu i zmienił się na twarzy. Stał przez długą chwilę, wpatrując się nieruchomym wzrokiem przed siebie. Potem odwrócił się i odszedł w milczeniu z nisko opuszczoną głową.
1Alojzy Żółkowski – (1814 – 1889) aktor Teatru „Rozmaitości”, największy komik sceny polskiej.
2 Dessus. - bielizna damska: majtki.
3 Assez! - dosyć!
4 Forejter - masztalerz.
5 Sapristi - Do licha ! Sur toute la ligne .- Na całej linii.