środa, 6 kwietnia 2016

Przesłuchanie.


6 kwietnia 2016 r.
Tymczasem w pałacu było tak gwarno, jak jeszcze nigdy. Służba wstrząśnięta tragicznymi wydarzeniami, rozprawiała głośno na korytarzach i w kredensie, komentując dramatyczną śmierć obojga kochanków. Pani ochmistrzyni zasłabła i do pokoju Niny, co chwilę ktoś pukał, pytając co ma zrobić z tym, czy z tamtym. Na korytarzach i schodach dyskutowano, przytaczając inne romanse podobnie zakończone. Nikt nie wątpił w winę Rafała podejrzewając, że posunął się aż do zbrodni, dowiedziawszy się o wyjeździe hrabiny. Nina miała mnóstwo zajęcia, martwiąc się, że hrabiego nie ma jeszcze, choć modliła się o jego prędki powrót w nadziei, że pomoże jej dźwigać ciężar odpowiedzialności.
Wczesnym popołudniem przyjechali policjanci z Bodzentyna. Zanim jednak zdążyli rozpocząć śledztwo, do pałacu, jak żaba z deszczem, spadł sprawnik Boruchin, biorąc sprawy w swoje ręce. Nina domyśliła się, że nagła śmierć Żabca będącego na usługach żandarmerii, wydała się mu mocno podejrzana. Śledczy obejrzeli zwłoki, każąc zaświadczyć, że nic w altanie nie było ruszane. Dosyć pobieżnie oglądnęli apartament hrabiny, a sprawnik usadowiwszy się w gabinecie rozpoczął przesłuchanie, kolejno wzywając służbę i pracowników dworskich. Kazał im opowiadać wszystko, co dotyczyło prywatnego życia hrabiny oraz Rafała. Przesłuchano kompletnie roztrzęsionego pana Bochniaka, który powróciwszy z pola, zastał w pałacu policję.
Wezwano również przybyłego z Sarnik proboszcza. Staruszek rzewnie płakał nad krwawymi szczątkami swego ulubieńca, wystawiając mu jak najlepsze świadectwo, jako pobożnemu i rokującemu wielkie nadzieje kapłanowi. Z osłupieniem przyjął do wiadomości, że parafianie oceniali wikarego zupełnie inaczej. Wobec ubogich zachowywał się opryskliwie, był leniwy w świadczeniu usług kapłańskich i bardzo zachłanny na pieniądze. Staremu księdzu nie mieściło się w głowie, że Rafał był do szaleństwa zakochany w hrabinie Klonowieckiej i stał się jej kochankiem. Ludzie często widywali ich w ustronnych miejscach, w sytuacji absolutnie jednoznacznej. Pan Bochniak wspomniał, że ostatnio Rafał zachowywał się tak nachalnie, że trzeba było zmienić zamki w bocznej furcie, żeby uniemożliwić mu swobodne poruszanie się po parku.
Ogrodnicy zeznali, że jaśnie pani i Żabiec najchętniej spotykali się w różanej altanie. Nina siedziała w tym czasie w bibliotece, oczekując wezwania. Było tam nieco chłodniej, gdyż sala znajdowała się we wschodnim skrzydle pałacu. W milczeniu przysłuchiwała się wymianie zdań, pomiędzy złamanym nieszczęściem proboszczem, a wojewodziną i ciotką Marią. Damy pochylone ku sobie, wymieniały po francusku uwagi o szczegółach tragedii. Zagadnięta Nina odpowiadała półgębkiem, zmęczona i zdenerwowana. Nie panując już nad rozgoryczeniem, oskarżała w myślach Aleksa o egoizm, tchórzostwo i buntowała się w duchu przeciwko niemu.
Dopiero po dwóch godzinach wezwano ją do gabinetu. Była ostatnią z przesłuchiwanych osób. Boruchin siedział rozparty wygodnie przy biurku, lekko postukując ołówkiem o blat, co ją niezmiernie drażniło. Delektował się wonnym hawańskim cygarem, wziętym bez pytania z kasety stojącej na biurku. Zaciągając się, Boruchin wydmuchiwał dym w jej stronę, obserwując ją parą małych chytrych oczek, zatopionych w fałdach tłuszczu.
- Jak dawno znała pani Rafała Żabca? - zagadnął wreszcie, wskazując jej krzesło ustawione w ten sposób, aby promienie zachodzącego słońca padały na twarz przesłuchiwanej. Sam pozostawał w cieniu.
- Poznałam go nazajutrz po jego przybyciu do Sarnik.
- Co mi pani może powiedzieć o Żabcu?
- Był uroczym chłopcem. Ogromnie nieśmiałym i nieobytym w świecie. Nie potrafił zachować się w towarzystwie i wyraźnie krępował się kobiet. Szybko się peszył.
- A kiedy dostrzegła pani w nim zmianę?
- Wydaje mi się, że wówczas, gdy zaczął często bywać w pałacu, a hrabina Paula okazywała mu zainteresowanie. Był tym zachwycony. Z czasem nabrał pewności siebie, nauczył się kłamać i stał się arogancki. – Nina ze skupieniem ściągnęła brwi, wracając pamięcią do jego rozmowy z Paulą w zimowym ogrodzie. Powiedział wówczas do Pauli: „Chciałem zasłużyć na twoją miłość.” Naraz zrobiło się jej żal nieszczęsnego chłopca. Fatalna namiętność przyniosła mu zgubę.
Boruchin słuchał jej bardzo uważnie, kiwając głową.
- Da, czy zdaniem pani Żabiec zdolny był do popełnienia zbrodni?
  Nagle w jej myślach ożyła twarz Rafała. Ujrzała, jak z grymasem wściekłości groził jej w różanej altanie. 
 Tak, zdolny był do zbrodni! Odpowiadał przecież za śmierć Władzia Lasewicza i aresztowanie ludzi na podstawie jego donosu. Ale tego nie mogła Boruchinowi powiedzieć.

- Myślę, że był do tego zdolny, pod wpływem silnych emocji. – rzekła stanowczo. – Podobno był opętany miłością do hrabiny Klonowieckiej.
Żandarm zdawał się podzielać tę opinię.
- Da, da, mądra z pani osóbka, Nino Alfredowna. Na pewno był opętany. Czy to pani odkryła zwłoki?
- Miałam to nieszczęście.
- Kiedy ostatni raz widziała pani hrabinę?
- Widziałam ją , jak wychodziła do parku.
- Czy coś mówiła?
- Owszem. Powiedziała, że pragnie odetchnąć świeżym powietrzem przed długą podróżą.
Boruchin uniósł głowę, a w jego oczkach rozbłysła iskierka zainteresowania.
- Więc wyjeżdżała? A dokąd, na długo?
- Przynajmniej na pół roku. Wspominała, że zamierza odwiedzić Petersburg, potem Krym i być może Gruzję.
- Co pani robiła dziś w parku?
- W domu okropnie gorąco i duszno. Wyszłam, żeby w cieniu drzew poczytać książkę.
- Czy coś może zwróciło pani uwagę? Spotkała pani kogoś w parku?
- O tej porze park jest zazwyczaj pusty. Ogrodnicy pracują w innym miejscu. Nikogo nie spotkałam.
- A skąd pani wiedziała, że strzały padły właśnie w różanej altanie?
- Domyśliłam się, że coś wydarzyło się we włoskim ogrodzie. W pobliżu altany zawsze pasą się stada saren i danieli. Huk strzałów spłoszył zwierzęta, uciekały w moją stronę. Tu nikt nigdy nie strzela, by nie płoszyć ptactwa i zwierzyny.
- Rozumiem. Czy zna pani te przedmioty? – sprawnik rozłożył brudną szmatkę, pokazując jej pistolet i klucz do bocznej furty.
- Zdaje się, że tę broń widziałam w dłoni trupa Żabca. – powiedziała udając, że się zastanawia. – A to jest klucz do bocznej furty. Widocznie hrabina ponownie kazała go dorobić.
Sprawnik pilnie notował każde jej słowo, bo protokolanta nie było.
- Widziała pani może kiedy ten pistolet? – sapnął i podrapał się po spoconej łysinie.
- Nigdy. To chyba jakaś stara i tania broń.
Oficer nalał sobie wody z kryształowej karafki i przyjrzał się z podziwem pięknie zdobionej szklance. Chciwie wypił wodę, oblizując wargi.
A Ninę ogarnęło naraz zupełne odrętwienie. Była śmiertelnie zmęczona, zbolała i z coraz większym trudem formułowała zdania. Była również głodna, lecz na samą myśl o jedzeniu, chwytały ją mdłości.
- Czy pana hrabiego nie zastanawiały tak częste wizyty Żabca? – spytał Boruchin.
Momentalnie oprzytomniała, stając się na powrót czujna i baczna na każde słowo.
- Żabiec zwykle przyjeżdżał z proboszczem. Pan hrabia z pewnością nie wiedział, że jego żona i Żabiec widują się na osobności.
- Czym wikary tłumaczył swoje wizyty w pałacu?
- Twierdził, że pani hrabina wspomaga kościół datkami dla ubogich.
Boruchin wytrzeszczył na nią oczy i nagle ryknął śmiechem, klepiąc się po brzuchu. Rechotał, wycierając chusteczką mokre od potu policzki i szyję.
- Wot, miłosierna kobieta była! – parskał z uciechy. Opanował się dopiero po jakimś czasie, powracając do urzędowej powagi. Przez szeroko otwarte okna, dobiegały z parku ostre krzyki pawi, z dachu rozlegał się wabiący głos gołębia.
- Czy wiedziała pani o romansie hrabiny?
Zarumieniona, spiorunowała go obrażonym wzrokiem.
- Nikt przecież nie ośmieliłby się wspominać mi o takiej sprawie. Dowiedziałam się o wszystkim dopiero dzisiaj. To było dla mnie wstrząsające odkrycie! – oznajmiła dobitnie.
- Hm, to zrozumiałe, w pani wieku… Sam mam córki. – mruknął Boruchin i odwrócił głowę, wpatrując się w okno purpurowe od wieczornej zorzy. – Mówiono mi, że pani hrabina chorowała?
- Tak, była ciężko chora. – przyznała, spuszczając oczy. – Ostatnio miewała nawet zaćmienia umysłu. Mdlała, traciła świadomość, ale leczyć się nie chciała uważając, że choroba sama przejdzie. – Nina zamilkła i dorzuciła po chwili z wahaniem: - Zażywała mnóstwo leków. Laudanum, może opium, nie pamiętam, bo nie znam się na lekarstwach.
- Fiu! – gwizdnął sprawnik wesoło. – To ładnie się leczyła.
Nina przygryzła wargi, bo rozgrzebywanie tajemnic kobiety spoczywającej z kulą w sercu, wydało jej się odrażające.
- Żabiec wiedział o podróży pani hrabiny? – zagadnął sprawnik.
- Tego nie wiem.
- A dlaczego pani hrabina wybrała się do altany na spotkanie z Żabcem?
- Nie sądzę żeby go oczekiwała. On jednak dobrze wiedział, że różana altana jest jej ulubionym miejscem i miał klucz do furty.
- Możliwe. A… gdzie wtedy przebywał pan hrabia?
- Pan hrabia wyjechał jeszcze wczoraj na folwarki, doglądać prac polowych. – odpowiedziała spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. – Posłałam konnego z wiadomością o nieszczęściu, ale trochę to potrwa, bo nie wiemy na którym folwarku się zatrzymał. – przymknęła oczy i ciężko westchnęła. Nawet nie przypuszczała, że przesłuchanie może być aż tak wyczerpujące. – Proszę mi wybaczyć, ale jestem bardzo zmęczona. To był ciężki dzień i chciałabym odpocząć.
Boruchin chrząknął i skinął głową.
- Właściwie to byłoby już wszystko. Dziękuję, Nino Alfredowna. – wstał i ukłonił się uprzejmie. – Proszę się nie martwić o pana hrabiego. Był dziś w południe w Bodzentynie i nawet razem jedliśmy śniadanie u dziedzica na Podzamczu.
Zerwał się i w ostatniej chwili ją podtrzymał, bo byłaby spadła z krzesła. Podał jej wodę, którą z trudnością przełknęła, bo znowu chwyciły ją mdłości.
- Przepraszam. – szepnęła z cieniem uśmiechu. – Źle się czuję przez ten upał. – miała mokre dłonie, a całe ciało spływało potem. W ustach czuła gorycz, język był suchy jak wiór. Usłyszana wiadomość wprost nie mieściła się jej w głowie. Zerknęła ukradkiem na Boruchina, podejrzewając podstęp.
Ale oficer także był już zmęczony upałem i śledztwem. Tłusta twarz lśniła od potu, a biały mundur pociemniał pod wpływem wilgoci. Wydawał się szczerze zadowolony, że uniknie długiego żmudnego śledztwa, w sprawie o zabójstwo na tle politycznym. Tutaj była to typowa zbrodnia w afekcie, spowodowana zawodem miłosnym. Zabójca sam wymierzył sobie karę. Nic ciekawego. Odetchnął, zgasił cygaro i ukłonił się niezgrabnie.
- Powinna pani odpocząć, Nino Alfredowna. Śledztwo jeszcze nie ukończone, ale sprawa była dla mnie od początku jasna. Wot, durny smarkacz! Szkoda hrabiny, była anielsko piękna. Za to on teraz nieciekawie wygląda z rozwalonym łbem. No dobrze, już dobrze! – zakończył z pośpiechem zauważywszy, że Nina szybko przełyka ślinę i ciężko oddycha. – Jeszcze nie wiemy, skąd ten durak wziął pistolet. Proboszcz zapewnia, że na plebanii nigdy broni nie było, bo i skąd pistolet u księży? Naboje także jakieś dziwne, rozpryskowe… No, trudno, dojdziemy i do tego. Proszę odpocząć, a ja tymczasem napiszę protokół. Potem podpisze pani swoje zeznanie.
  Nina wyszła z gabinetu, zataczając się jak pijana. Za drzwiami ciężko wsparła się plecami o ścianę, żeby nie upaść. Była kompletnie ogłupiała i gubiła się w domysłach. Skąd Aleks wziął się w Bodzentynie? Przecież w tym czasie był w Makowie, zabijając Paulę i Żabca. Coś się w tym wszystkim nie zgadzało. W końcu doszła do wniosku, że śniadanie, o którym wspomniał Boruchin, musiało być wcześniej. Z miasteczka do Makowa, dobry jeździec mógł dojechać na skróty, w ciągu kilku godzin. Hrabia był znakomitym jeźdźcem, a Rex potrafił mknąć jak ptak.
Bodzentyn.
  W bibliotece, Walenty z niewzruszoną miną doglądał podwieczorku. Na kryształowym kloszu piętrzyły się przepyszne rogaliki z francuskiego ciasta z wiśniową konfiturą, a w czarkach z kryształu podano poziomki z bitą śmietaną. Odsunąwszy Pawła, kamerdyner sam napełnił delikatne filiżaneczki z saskiej porcelany, świeżo parzoną mokką, a następnie rozlał z butelki do kieliszków likier kawowy.
Nina była bardzo głodna, lecz nie odważyła się niczego wziąć do ust obawie, że zaraz zwymiotuje. Wypiła tylko likier i drobnymi łyczkami sączyła kawę. Przyszło jej na myśl, że normalnie mogło się zawalić pół świata, a podwieczorek niezmiennie podawany był o piątej godzinie. Lecz dzisiaj, wszystko było pokręcone i spóźnione, a służba chodziła jak błędna, nie mając głowy do pracy.
Zwłokami zajął się pan Bochniak. Ciało Pauli przeniesiono już do kaplicy, a dwie stare kobiety miały obmyć panią i przebrać ją do trumny. Przez okno Nina zauważyła pokojówkę hrabiny, niosącą do kaplicy czarną suknię, bieliznę i koronkowy szal oraz jedwabne pantofelki. Szybko odwróciła głowę, wciskając się w róg kanapy i w milczeniu przysłuchiwała się głośnej rozmowie proboszcza i wojewodziny. Oboje zgodnie potępiali Paulę, zaś zdenerwowany staruszek w uniesieniu nazwał ją rozpustną Jezabel, sprowadzającą niewinnych chłopców na złą drogę. Ciotka Maria z powątpiewaniem chwiała głową, co nie przeszkadzało jej jeść z apetytem ciasto i poziomki.
- O zmarłych nie wypada mówić źle, ale nieboszczka hrabina była okropną kokietką. – oznajmiła, przełknąwszy ostatni łyk. – Nino, o co sprawnik pytał? Bardzo długo tam siedziałaś.
Na szczęście, w tym momencie Walenty podsunął Ninie klosz z owocami, a ona nie odpowiadając, skupiła się na obieraniu nożykiem skórki z dużego, wonnego jabłka.
- Coś Olesia jeszcze nie widać. – zauważyła wojewodzina z troską. – Nino, posłałaś po niego, prawda?
- O, już dawno. – Nina ponownie napełniła swoją filiżankę kawą. Mokka pomogła jej zwalczyć nudności. Marzyła żeby nareszcie przybył Aleks i wziął sprawy w swoje ręce. Chciała się położyć i spać, spać…
- Jezu. – westchnęła ponuro wojewodzina. – Tak tragicznie i bezsensownie zakończyło się to jego nieudane małżeństwo. Ach, jaka to była nędzna i niegodna miłości kobieta. Wiedziałam o tym od pierwszego rzutu oka. Mnie nie zwiodły jej przymilne minki i anielskie uśmiechy. Była zepsuta do szpiku kości i wniosła w rodzinę niezgodę i nieszczęście. A Bóg mi świadkiem, nigdy w tej rodzinie za dużo szczęścia nie było. Tyle zgonów za kilka lat.... Stary hrabia Michał, nasza nieodżałowana Tekla, a i Nina była jedną nogą na tamtym świecie. Teraz tych dwoje… - staruszka zadyszała się, z największym trudem powstrzymując wybuch oburzenia ze względu na obecność proboszcza.
- Wiecie państwo, byłam w altance. – odezwała się ciotka Maria. – Paula ma otwarte oczy i wygląda strasznie. Musiałam brać sole.
- To bardzo zły znak. – wojewodzina wzdrygnęła się i przeżegnała. – Jeszcze kogoś wypatrzy na tamten świat.
Proboszcz przerwał szeptaną modlitwę i posłał jej surowe spojrzenie.
- Nie szerzcie panie głupich zabobonów, bo prostaczkowie słuchają i lękają się zmarłych. – upomniał ją ostro. – Nie zamknięto jej powiek, więc zesztywniały. Czego tu się bać?
 

Stara dama poczuła się urażona i już zamierzała ostro księdza ofuknąć, ale nie zdążyła, bo na dziedziniec wpadł szaleńczym pędem Rex, zatrzymując się przed kolumnami. Był biały od piany i ciężko dyszał. Nina rozpromieniła się i pożałowała, że nie będą z Aleksem sami. Chciała rzucić się mu w ramiona i zapewnić, że w dobrym czy złym, ona zawsze będzie przy nim trwała. Tymczasem musiała siedzieć z przylepionym do twarzy wyrazem smutku, którego wcale nie czuła.
Pierwszy wpadł do biblioteki Grot. Szczeknął i przednimi łapami skoczył jej na kolana. Liznął ją w policzek i opadł na dywan, ziejąc z wywieszonym ozorem. Nim zdążyła go pogłaskać, do sali wszedł Aleks. Był zgrzany, zmęczony i pokryty kurzem. Oczy błyszczały mu gorączkowo. Błyskawicznym spojrzeniem ogarnął siedzące osoby i na widok Niny odetchnął.
- Co tu się stało? – zawołał, rzucając na krzesło czapkę, rękawice i pejcz.
Wszyscy jednocześnie zaczęli mówić, więc podniósł rękę nakazując ciszę.
- Nic z tego nie rozumiem. – powiedział, nie kryjąc rozdrażnienia i zniecierpliwienia.
Wojewodzina uznała, że w tej sytuacji to ona powinna zawiadomić go o nieszczęściu. Podeszła do niego, ujęła obie jego ręce i mocno je uścisnęła.
- Mój biedny chłopcze. – westchnęła z ubolewaniem. – tak mi przykro, że to mnie przypadł smutny obowiązek, powiadomienia ciebie o śmierci twojej żony. Dziś w południe, w różanej altanie, wikary Żabiec zastrzelił Paulę i sam popełnił samobójstwo. – zakrztusiła się, zakaszlała i spuściwszy oczy, dorzuciła już innym tonem: - Byli kochankami. Syneczku, nie bierz sobie tego zanadto do serca, bo ta kobieta nie była tego warta. Jak żyła, tak umarła.
W miarę jak mówiła, twarz Aleksa zmieniła się nie do poznania. Nawet pod opalenizną można było dostrzec, że pobladł śmiertelnie. Rozejrzał się błędnym wzrokiem i wydarł ręce z uścisku matki chrzestnej.
- O czym wy mówicie? Paula nie żyje? Żabiec ją zabił? Za co? – dopytywał się chrapliwym głosem. – Albo ja oszalałem, a może źle zrozumiałem? Jak to w końcu było?
Ciotka Maria postanowiła dorzucić swoje trzy grosze.
- Wyobrażam sobie, jaki to dla ciebie wstrząs. Oboje z Ksawerym bardzo ci współczujemy mimo że Paula przynosiła wstyd naszej rodzinie.
- To dlaczego na imieninach Niny nazywałaś ją „kochaną Paulinką”? – spytał zjadliwie. Patrzył na nią przez jakiś czas, aż poczuła się jak skarcone dziecko, a potem przeniósł wzrok na wojewodzinę.
– Gdzie ona jest? – zapytał szeptem.
- Jest w kaplicy. – wojewodzina ucałowała go w czoło. – Poczciwy pan Bochniak zajął się wszystkim. Posłał do Bodzentyna po trumnę i zamówił karawan. O nic nie musisz się martwić, mój kochany synku.
- Dziękuję. – mruknął i z rozmachem usiadł w fotelu, nerwowo uderzając dłonią o poręcz.
Obserwująca go spod oka Nina, pełna była uznania dla jego zimnej krwi i opanowania. Dałaby wiele, żeby wiedzieć, co on w tej chwili myśli i czy żałuje swego czynu. Siedział wpatrzony w deseń na dywanie. Twarz miał szarą i mocno zaciśnięte zęby, aż na szczękach napięły się mięśnie.
- Panie Alku. – odezwała się półgłosem. – W pańskim gabinecie siedzi Boruchin. Z pewnością zechce się z panem widzieć.
- Co? – poderwał się z miejsca. – Kto pozwolił temu typowi wejść do mego pokoju? Do diabła! – wykrzyknął z wściekłością i wybiegł z biblioteki, zatrzaskując z hukiem za sobą drzwi. Zwykła wytworna uprzejmość nagle go opuściła. Był zupełnie wytrącony z równowagi.
Ciotka Maria zalała się łzami i szlochała, wąchając sole trzeźwiące.
- O Boże, co za skandal. Cała okolica weźmie nas na języki. Nikomu z rodziny nie darują. – zawodziła żałośnie.
Wojewodzina zmierzyła ją oziębłym wzrokiem.
- Nikt obcy nie pozna szczegółów tej sprawy, pod warunkiem, że ty, Maryniu, utrzymasz język za zębami i nakażesz tej idiotce Jabłockiej, zamknąć buzię na kłódkę!
- Ja? – ciotka Maria tak się zmieszała, że na moment zapomniała o płaczu. – Ale przecież ja nic…
- Mniejsza o skandal, ale to grzech i obraza boska. – zawyrokował proboszcz. – Ja tego nieszczęśnika nie mogę pochować w poświęconej ziemi, bo samobójcy nie wolno leżeć obok dobrych chrześcijan, choćby był księdzem. Umarł w grzechu, bez sakramentów. – wydobył z kieszeni pięknie emaliowaną tabakierkę i zażył potężny niuch tabaki. Kichnął i z hałasem wytarł nos.
Nina skamieniała. „Matko Najświętsza, co ja narobiłam! – pomyślała z przerażeniem. – Zakopią tego biedaka pod płotem, jak psa. Nikt nie pomodli się za niego, nie zakupi mszy świętej. Będzie potępiony na wieki”. Ogarnęła ją rozpacz, lecz mimo to postanowiła milczeć, choćby dusza Rafała miała ją co noc straszyć do końca życia. Znowu poczuła się gorzej i wsparłszy głowę o poduszki kanapy, starała się zagłuszyć w sobie odzywające się coraz głośniej wyrzuty sumienia. Przez dłuższy czas oczekiwali na powrót hrabiego.
Nareszcie przyszedł do biblioteki, a za nim postępował sprawnik, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Wot, i po sprawie! – oznajmił raźno. – Nie mamy tu więcej nic do roboty. Czas zbierać się do domu. Pan hrabia będzie łaskaw pofatygować się do nas jutro, dla dopełnienia reszty formalności i natychmiast wydam zezwolenie na pochówek.
Nina miała ochotę rzucić mu się na szyję z radości.
Sprawnik poprawił na sobie pas, uciskający mu żołądek po sutym poczęstunku, jaki sprawił policjantom pan Bochniak. Widać, że był w wybornym humorze, a Nina dałaby głowę, że jego portfel wzbogacił się o pokaźną łapówkę. Z uciechy, poleciła włożyć mu do bryczki kilka butelek wina i szynkę. Po odjeździe policjantów, proboszcz także zaczął zbierać się do drogi, chowając okulary, brewiarz i różaniec do futerałów.
- Kiedy pan hrabia życzy sobie pochować małżonkę? – zagadnął.
- Pojutrze. Zupełnie bez rozgłosu. – krótko odrzekł Aleks.
- Pewnie, dość tu było rozgłosu. – proboszcz ze zrozumieniem pokiwał głową. – W takim razie przyślę tu majstra, żeby w krypcie trumny poprzestawiał i miejsce zrobił.
Ninę oburzyła się, że Paula spocznie na wieki obok hrabiny Tekli, oraz innych uczciwych przodków rodziny Klonowieckich.
- To niepotrzebne. Ona zostanie pochowana na cmentarzu w Sarnikach, w zwykłym, ziemnym grobie. – stanowczo oświadczył Aleks.
Słowa te, a zwłaszcza jego zawzięta mina, zrobiły na wszystkich wielkie wrażenie. Proboszcz był zmartwiony i zakłopotany.
- Panie hrabio, ona już na sądzie boskim… - zaczął.
- Tak zdecydowałem! – uciął twardo Aleks. – Krypta jest miejscem spoczynku rodziny. Ona była obca.
- To ja już pójdę. – oznajmił stropiony proboszcz. – Prosiłbym tylko pana hrabiego o jakiś wóz, żeby przewieźć do Sarnik zwłoki tego nieszczęśnika.
- Oczywiście. – Aleks natychmiast wyraził zgodę. – Ten biedny chłopak był także w jakimś sensie ofiarą.
- Święte słowa pana hrabiego dobrodzieja! – zawołał ucieszony staruszek. – A teraz jedźmy, moje panie, bo państwo są zmęczeni i pragną odpocząć.
Obie damy miały ochotę pozostać jeszcze do kolacji i poplotkować o śmierci Lasewicza i ciężkiej chorobie Stasi, która dowiedziawszy się o tragicznym losie narzeczonego, nagle zasłabła i leżała w gorączce, sama bliska śmierci. Ociągając się, zbierały się do domów zapewniając Aleksa, że będą na pogrzebie. W końcu odjechali.