wtorek, 19 kwietnia 2016

Szczęście - kilka cudownych dni.


19 kwietnia 2016 r.
Z głębokiego snu obudził Ninę dzwonek do drzwi. Otworzyła oczy i przeciągnęła się leniwie w pachnącej lawendą pościeli. Ziewnęła i raptownie usiadła na łóżku, uświadamiając sobie, że to przecież dzień jej ślubu. Poprzedniego dnia zasiedziała się do późnej nocy na balkonie, słuchając serenady. Hrabia wynajął mały zespół kameralny i muzycy dali śliczny koncert pod jej oknami, wywołując sensację i uciechę na całej ulicy. Sąsiedzi gratulowali jej romantycznego pomysłu narzeczonego. Do sypialni zajrzała Walerka, a widząc, że panna nie śpi, wyciągnęła z komody niepokalanie białą, nową bieliznę z cienkiego batystu, z bogatymi koronkowymi wstawkami, biały atłasowy gorset, jedwabne białe pończoszki oraz atłasowe pantofelki na wysokim obcasie.
- Ojej, zobaczy jaśnie panienka, ile kwiatów przynieśli. – opowiadała, podając Ninie peniuar. – Od samego rana znoszą kosze z kwiatami, a przed chwilą dzwonił posłaniec i przyniósł depesze.
- Trochę zaspałaś, kotku. – powiedziała niania wchodząc do pokoju. – Kąpiel gotowa. Ostatni raz pomagam mojej dziewczynce, bo już od ślubu nie będziesz moja, tylko mężowa. 
 Jaga chlipnęła, ale szybko wytarła oczy i z nową energią popędzała Ninę, przypominając która godzina. W cynowej wannie była ciepła pachnąca woda. Jaga wrzuciła jeszcze do niej garść aromatycznych ziół i sama umyła całe ciało Niny, wcierając jej we włosy perfumy, jak przed balem.
- Bogu dzięki, jesteś ślicznie zbudowana i masz gładką skórę. Będziesz się podobała mężowi. – Jaga nabrała na ręce liliowego kremu i wtarła go w ciało Niny. – Dlaczego nie zdjęłaś pierścionków?
- Bo zapomniałam.
- Uważaj, żebyś nie zgubiła pierścienia zaręczynowego. Pan hrabia wybrał ci wspaniały kamień. Szmaragd przynosi szczęście, lecz nie wolno go zgubić, bo wtedy pech murowany. – Jaga umilkła i głęboko zaczerpnęła powietrza. – Córeńko. – wyszeptała zażenowana. – Pan Bóg stworzył kobietę, żeby ulegała mężowi. Dla niewinnej panienki, małżeństwo może początkowo wydać się przykrym obowiązkiem, ale ty kochasz pana hrabiego, więc może…- nie dokończyła i zarumieniła się mocno.
Nina uśmiechnęła się i ucałowała jej spocony policzek.
- Najmilsza moja, wiem, co chcesz mi powiedzieć. Nie, nie musisz na mnie krzyczeć! – uprzedziła widząc, że Jaga groźnie marszczy brwi. – O tym, co czeka kobietę w noc poślubną, dowiedziałam się od Bini. – i po raz pierwszy opowiedziała niani o dramacie siostry. Jaga z wrażenia upuściła flakon z perfumami.
- O Jezu, biedna dziecina! A ten pan Świerczyński sumienia nie miał, żeby tak to dziecko skrzywdzić. Dlatego chciałam cię ostrzec, ale mam nadzieję, że pan hrabia okaże się delikatny.
Suknia ślubna z II poł. XIX wieku.
 O ósmej przyjechała pani Salomea i zaraz rozpoczęła się toaleta panny młodej. Z kwiaciarni pana Hozera, znajdującej się w Ogrodzie Saskim, przyniesiono ślubny bukiet z białych tuberoz i pączków różanych, w sztywnym koronkowym mankiecie. W przedpokoju co chwilę rozlegał się dzwonek i posłańcy znosili kosze z kwiatami i bilety gratulacyjne. Równocześnie nadeszły depesze od Bini i Siekielskich.
Nina stała na środku salonu, przybranego białymi kwiatami i wstęgami. Bała się usiąść, żeby nie pomiąć falbanek sukni. Nie miała druhen i sama musiała nieść tren i welon przerzucone przez ramię w obawie, że się przez nie przewróci. Żałowała, ze musi brać ślub w Warszawie, bo marzyła, że narzeczony sprowadzi ją po szerokich, marmurowych schodach pałacu w Makowie, do salonu pełnego gości.
Zaturkotały karety i przybył pan młody, w towarzystwie Jasia, bardzo przejętego rolą drużby i świadka. Obaj mężczyźni, w czarnych frakach i białych atłasowych kamizelkach, wysocy i jasnowłosi, wyglądali tak pięknie, że Nina napatrzeć im się nie mogła. A potem wydarzenia tak pomieszały się w jej świadomości, że w tym chaosie ginęły ważne i całkiem nieważne sprawy. Pozostały jej w pamięci zalane łzami twarze niani i pani Salomei, błogosławiącej ich w zastępstwie matki. Jaś raz po raz przygryzał wargi i mrugał powiekami, pragnąc ukryć niemęskie wzruszenie.
On sprowadził ją po schodach i podtrzymał, gdy potknęła się o stopień karety. Dzień był pochmurny i od rana siąpił deszcz. Wchodząc do karety, Nina o mało nie upuściła trzymanego trenu i welonu do kałuży błotnistej wody. Aleks z panią Salomeą jechał przodem jedną karetą, a panna młoda z Jasiem i nianią drugą. Jaga, w czarnej jedwabnej sukni i koronce na siwych włosach, wyglądała bardzo dostojnie, ale nie wiadomo dlaczego,była niepocieszona i całą drogę przepłakała.
Katedra Świętego Jana tonęła w półmroku, tylko w kaplicy Baryczków płonęły świece, na posadzce rozpostarto purpurowy dywan, a w smukłych wazonach stały całe snopy białych lilii. Zagrały organy, z zakrystii wyszedł ksiądz w asyście ministrantów. Pana młodego do ołtarza, prowadziła pani Salomea w zastępstwie matki. Kiedy stanął przy klęczniku, w drzwiach kościoła ukazała się panna młoda. Wsparta na ramieniu bladego z emocji Jasia, płynęła ku jaśniejącej kaplicy, biała i wiotka jak zjawisko, ciągnąc za sobą tren śnieżnobiałej krynoliny i zwoje delikatnego koronkowego welonu.
O ślubie nie powiadamiano w Warszawie nikogo. Pomimo to, dostali mnóstwo kwiatów i biletów. Mijając ławki, Nina dostrzegła wiele osób z towarzystwa. Była pani hrabina Potocka, pani Łuszczewska z córką i z mężem, a w dalszych ławkach, panna Emilia Gousselin, z Wandzią Umińską i wiele innych, zupełnie nieznanych osób z warszawskiej socjety.
Kaplica Baryczków.Chrystus Norymberski
 Nie mogąc wziąć ślubu w Makowie, Nina postanowiła, że pobiorą się w Kaplicy Baryczków, przed cudownym Chrystusem Norymberskim. Z uśmiechem podeszła do narzeczonego i podawszy mu rękę, uklękła obok niego na aksamitnych poduszkach klęcznika. Tęgi prałat modlił się nad nimi, wznosząc do góry wypielęgnowane dłonie z herbowym pierścieniem na palcu. Nad ołtarzem wzlatywały anioły na rozpostartych skrzydłach, a jeszcze wyżej, wyciągały się nad ich głowami przebite i krwawiące dłonie Chrystusa, w błogosławiącym geście i jaśniała Jego słodka, zbolała twarz pełna miłości, ciemna, tajemnicza i piękna. Czując na serdecznym palcu chłodny dotyk złotej obrączki, Nina modliła się gorąco, z całej duszy dziękując Bogu, za tę chwilę wymarzonego szczęścia, jakiej dostąpiła, łącząc się z ukochanym. W ciszy rozległ się uroczysty głos kapłana:
- Quod Deus junxit, homo non disjungat1!
Organy zagrały marsza weselnego, a Nina wsparta na ramieniu męża, promieniejąca i uśmiechnięta, przeszła przez kościół, przyjmując po drodze gratulacje i życzenia. W Hotelu Europejskim, przygotowano wystawne śniadanie dla młodożeńców oraz dla świadków, panów z arystokracji, znajomych hrabiego. Po przyjęciu, państwo młodzi powrócili do domu, aby przebrać się w podróżne stroje. Jaga miała pozostać jeszcze przez kilka dni w mieście, żeby odebrać część już uszytej wyprawy ślubnej i ulokować Walerkę u rodziny jej przyszłego męża.
Wyjechali w południe, by zdążyć przed zmrokiem do leśniczówki. W karecie niewiele ze sobą rozmawiali. Nina była rozdygotana i podekscytowana, a Aleks nie chciał jej do reszty peszyć. Czasami tylko unosił woalkę kryjącą jej twarz i delikatnie całował w usta. W rewanżu tuliła się do niego, i ręką męża gładziła się po policzku. Za oknami był ciemny las sosnowy, konie biegły miarowym kłusem, a drzewa uciekały w tył rudobrązowymi pniami. Pomiędzy ciemną zieleniną liści buków, złociły się już pierwsze pożółkłe i zwiędłe, zapowiedź wczesnej jesieni.
- Czy jesteś szczęśliwa, mój promyczku? – odezwał się Aleks. – Niczego nie żałujesz?
- Przecież to spełnienie moich najskrytszych marzeń. Ach, Aleczku, nie potrafię nawet wyrazić, co czuję. Wiesz, niania była zgorszona, że w kościele nie płakałam. Dlaczego miałam płakać, gdy czułam się taka szczęśliwa? Głupi przesąd. A czy ta leśniczówka stoi w głębi lasu?
- Tak. Jest prześlicznie położona w gęstym lesie, w pobliżu Wisły. Stryj kupił ją, bo wiosną pełno tam głuszców i cietrzewi. Ale uprzedzam, w domu brakuje wygód. Będziemy mieli dla siebie tylko dwa małe pokoiki. Obawiam się, że może ci tam być niewygodnie.
Podniosła na niego oczy pełne nieopisanej miłości.
- Z tobą wszędzie mi dobrze. Wychowałam się na facjatce i nie jestem wymagająca.
- Moje biedactwo, za to teraz postaram się dać ci więcej komfortu. – pochylił się i ucałował koniec jej noska. – W leśniczówce mieszka leśniczy z żoną, która ma nam usługiwać. Zostanę twoja pokojówką i boję się, że niezręczna ze mnie panna służąca.
- O, wystarczą dobre chęci. – zarumieniła się lekko.
Jechali bez przerwy, zatrzymując się tylko, aby zmienić rozstawiane konie. Z podniecenia, Nina nie mogła nic przełknąć. Droga była wyboista i ciężka kareta zapadała głęboko w mazowiecki piasek. Na szczęście rozpogodziło się i gorące sierpniowe słońce, zaczęło wyglądać przez pędzone wiatrem obłoki. Do leśniczówki przybyli już po zmroku. Okna domu jaśniały w ciemnościach, podwórzowe psy powitały ich zajadłym szczekaniem.
Przy furtce stał wąsaty leśniczy i jego tłusta, wesoła żona, kłaniając się panu i pani. Pokoje znajdowały się na niskim pięterku - .skromnie urządzona sypialnia i mały przytulny salonik. Pachniało tam żywicą, leśnymi ziołami i jabłkami. W glinianych dzbanach stały pęki kwiatów leśnych, a na ścianach wisiały dożynkowe wieńce i suszone byliny. Hrabia poszedł umyć się przy studni, a dla Niny gospodyni przyniosła ciepłą wodę, nalała ją do porcelanowej miednicy, potem pomogła młodej pani zdjęć suknię. Umywszy się, Nina ubrała strojną nocną koszulę z białego muślinu, przybraną bogato koronkami i mereżkami, i wygładziła dłonią fałdy atłasowego peniuaru. Rozejrzawszy się, stwierdziła z radością, że będzie im tu jak w raju. Leśniczyna powiesiła jej suknię do szafy, śledząc z zachwytem każdy ruch młodziutkiej pani.
- Ciasno tutaj. – zatroskała się poczciwie. – Jaśnie pan hrabia depeszował, żeby przygotować pokoje nieboszczyka starszego jaśnie pana hrabiego. Zrobiłam, co mogłam, ale czy jaśnie pani hrabinie będzie u nas wygodnie?
- Z pewnością. Tu jest tak pięknie. – Nina uśmiechem podziękowała gadatliwej kobiecinie, która odrobinę przypominała jej nianię.
- O, tu w sypialni, łóżko jest szerokie i miękkie, a pościel puchowa, dopiero co wietrzona. Starszy jaśnie pan hrabia przywiózł ją z Makowa, bo lubił sypiać na koronkach. Na kolację przygotowałam zupkę grzybową i świeżutkie węgorze w sosie koperkowym, ze smażonymi ziemniaczkami. A na deser maliny z bitą śmietaną.
- Bardzo mi przykro, lecz dziś jestem zmęczona i nie mam apetytu. Ale obiecuję, że jutro zjem wszystko, co pani poda.
- To może jaśnie pani hrabina choć malinek ze śmietaną pozwoli? – leśniczyna była wyraźnie zawiedziona.
- Z przyjemnością. – zgodziła się Nina, aby nie sprawić jej przykrości.
Po raz pierwszy tytułowano ją hrabiną i to jej bardzo pochlebiało.
Aleks także nie miał apetytu i półmiski schodziły ze stołu prawie nietknięte. Po kolacji, leśniczyna pościeliła łóżko z wysokim, rzeźbionym zagłówkiem i zapaliwszy w świeczniku dwie świece, dygnęła i wyszła, życząc państwu dobrej nocy. Pozostali sami i Nina momentalnie poczuła napięcie. Za szeroko otwartymi oknami była noc i tajemniczo szumiał bór. Po kątach grały świerszcze ukryte w szparach. Aleks siedział przy stole, milczący i zapatrzony przed siebie. Nina wstała i przeszła do sypialni. Stanąwszy przed małym lustrem, wzięła do ręki srebrną szczotkę i zaczęła nią rozczesywać rozpuszczone włosy. W ten właśnie wieczór pragnęła być piękna i oczarować męża urodą. Policzki płonęły jej z podniecenia, a serce niespokojnie tłukło się w piersi. Podskoczyła nerwowo, usłyszawszy lekkie pukanie do drzwi.
- Czy można? – głos męża był cichy i niepewny.
- Ależ proszę, Aleczku. – powiedziała, mocno zaciskając dłonie.
Wszedł do sypialni, lecz nie zbliżył się do niej, tylko przystanął przy oknie, wpatrując się w ciemność. Odsłonięta biała firanka powiewała, poruszana nocnym wiatrem. W gąszczu starej gruszy stojącej pod oknem, kwiliły ptaki zaniepokojone światłem. Jasny sierp księżyca niknął za czubami wysokich sosen. Nieruchoma postawa męża obudziła jej niepokój. Była zakłopotana i nie wiedziała, co ma zrobić. Nie śmiała przerywać mu zadumy pamiętając, że kiedy pragnął ukryć wyraz twarzy, zawsze podchodził do okna. Raz jeszcze zerknęła do lustra uznając, że wygląda prześlicznie. Luźny peniuar z dużym dekoltem odsłaniał jej ramiona i długą szyję, a rozpuszczone włosy sięgały poza biodra. Tak się starała, żeby mu się spodobać, tymczasem on wcale na nią nie patrzył.
„A może on mnie nie chce?” – przemknęła jej okropna myśl, lecz zaraz ją odrzuciła. Nie, to niemożliwe, tylko że teraz dzieje się z nim coś, czego ona nie rozumie. Promień światła padał na jego jasną głowę, złocąc pasemko włosów. Marzyła żeby przylgnąć do nich ustami, pragnęła aby wziął ją w ramiona, zaniósł na łóżko i uczynił swą żoną. Świeczki w żelaznym świeczniku roniły woskowe łzy i wolno przygasały, przygniecione wielkimi knotami. Aleks poruszył się i westchnął.
Niespodziewanie doznała olśnienia. Ta chwila samotności musiała mu się kojarzyć ze wspomnieniami pierwszej nocy poślubnej. Przeżyty wtedy wstrząs, z pewnością zapisał się w jego pamięci na całe życie. W jej sercu obudziło się współczucie i zalała je fala gorącej miłości. Przez tyle lat był nieszczęśliwy… Podeszła do niego bezszelestnie i stanąwszy za nim, lekko dotknęła jego ramienia. Zwrócił ku niej twarz, bladą, napiętą, a w jego szeroko otwartych oczach ujrzała udrękę.
- Alku. – szepnęła, opierając mu głowę na piersi.- Czy moja obecność przywodzi ci na myśl jakieś przykre wspomnienia? Kochany, jestem twoją żoną na dobre i złe. Twój los będzie moim losem. Chcę do końca życia stać przy twoim boku, razem z tobą przeżywać sukcesy i niepowodzenia.
Ujął jej twarz w obie dłonie i długo wpatrywał się w ogromne, lśniące źrenice.
- Wybacz. – musnął pocałunkiem jej usta. – Z pewnością nie tak wyobrażałaś sobie zachowanie męża w noc poślubną. Przywiozłem szampana, napijesz się?
- Teraz? – uniosła ze zdziwieniem brwi.
- A czy może być lepsza okazja? – poszedł do saloniku i przyniósł stamtąd butelkę i dwa wysokie kieliszki. Napełnił je szampanem i podał jeden Ninie. Umoczyła usta w pieniącym winie, smakując je.
- Jesteś taka młodziutka i niewinna, że przy tobie czuję się zgrzybiałym starcem. – rzekł, patrząc na nią z czułością.
Roześmiała się i już dużo śmielej przytuliła się do niego.
- Nie przesadzaj, bo jesteś młodym, pięknym mężczyzną. Kocham ciebie i chcę tego, czego ty pragniesz.
Po jego ustach przemknął przekorny uśmiech.
- Obawiam się, moje kochanie, że nie wiesz, czego ja chcę. – dotknął jej włosów i znowu westchnął. – Muszę najpierw wtajemniczyć cię w sekrety pożycia małżeńskiego, i aż się boję, jak na to zareagujesz.
Objęła go w pasie, kryjąc twarz na jego piersi.
- Nic mi nie musisz mówić. Uświadomiła mnie Binia, w swoją noc poślubną, przychodząc do mnie wpółżywa z bólu i rozpaczy.
- No widzisz. – mruknął zmartwiony.
Uniosła głowę, i napotkawszy jego spojrzenie, poczuła zawrót głowy od nagłego uderzenia krwi.
- To było zupełnie coś innego. – powiedziała stanowczo. – Binia nie kochała męża, a on był pijany, brutalny i wziął ją siłą. Ja ciebie kocham i chcę być twoją żoną.
Przywarł do niej i palcami przeczesał jej włosy.
- Masz taką piękną twarz. Potrafię odtworzyć ją w myślach w najdrobniejszych szczegółach. Znam kształt twoich oczu, ich głębię i barwę. Twoje usta… - pocałował ją, cofając się, gdy zaczęły się rozchylać. – Pozwól się zobaczyć. – szepnął jej do ucha.
Zdecydowanym ruchem zsunęła z ramion peniuar i koszulę. Legły miękko na deskach podłogi. Zawstydzona nagością, energicznie potrząsnęła głową, aż fala pachnących, połyskliwych włosów okryła ją całą ciemnym bezcennym płaszczem. Stała przed nim naga, smukła i biała jak alabastrowy posążek. Nachylił się nad nią, a ona otoczyła mu szyję ramionami. W głębi duszy bała się bólu, drżała z rozkosznego lęku, czując jednocześnie porywający zachwyt.
- Miłości moja. – wtulił twarz w gęstwinę jedwabistych włosów.
Przywarli do siebie z namiętnością i tęsknotą nagromadzoną w czasie długich miesięcy oczekiwania na tą chwilę. Pieścił ją, nie spiesząc się, świadomy swych umiejętności. Jego dłonie gładziły ją i podniecały, a pieszczoty były delikatne, choć niezwykle zmysłowe. Okazywał się znawcą kobiecego ciała, rozbudzając w niej miłosną gorączkę. Czuła, że odpływa, kołysana cudownym dotykiem jego rąk i pieszczotą ust. Podniósł ją i położył na łóżku.
- Najdroższy… - westchnęła cichutko, opadając na poduszki. Przycisnęła usta do jego gładkich piersi, słysząc szalone bicie jego serca. Oddychał szybko urywanie, czując rozkoszne dreszcze przebiegające jej ciało. Wiedziona instynktem pozwalała mu na wszystko i sama odkrywała piękno jego ciała, wielbiąc je. Zadziwiła go słodyczą oddania, pogrążając w szaleństwie zmysłów.
- Kocham cię. – powiedział chrapliwym głosem. – Powtórz.
- Kocham cię. – szepnęła jak echo, cała drżąca.
Oczekiwana chwila najwyższej rozkoszy nadeszła i oboje całkiem się w niej zatracili.
W głębi boru odezwały się pierwsze ptaki. Przez otwarte okna wypływało czyste powietrze, przesycone zapachem żywicy. Promień wschodzącego słońca kładł się na deskach podłogi, sięgając łóżka. Nina otworzyła oczy i jakiś czas leżała bez ruchu, nie rozumiejąc gdzie jest i co ją tak mocno uciska. Oprzytomniawszy pojęła, że to ramię męża obejmuje ją w talii. Poczuła chłód i skuliła się. Była naga, a jej koszula, peniuar i jego ubranie leżały rozrzucone na podłodze, daleko od łóżka. Aleks spał głęboko, przytulony do jej boku. Pochyliła się nad nim ostrożnie, żeby go nie obudzić i wpatrywała się w niego, wsłuchując się w równy oddech. Twarz miał gładką, zupełnie odprężoną, a zamknięte powieki z półkolami ciemnych rzęs kryły oczy. W rozchylonych ustach, które tak cudownie umiały całować, lśnił brzeżek białych zębów. Urzekła ją męska uroda i piękno jego ciała. Miał szerokie ramiona, mocno sklepioną klatkę piersiową i wąskie biodra przechodzące w długie, zgrabne nogi. Tej nocy stał się częścią jej samej, byli jednością. Wspomnienie miłosnych pieszczot sprawiło, że oblała się purpurowym rumieńcem. Zapragnęła go pocałować, lecz silnie zaciśnięte w głębokim śnie szczęki i drobna zmarszczka pomiędzy ciemnymi brwiami, odebrały jej odwagę. Jego szalone pożądanie i obudzona w niej namiętność spowodowały, że prawie nie poczuła bólu, tylko oszołamiającą rozkosz. Przeciągnęła się leniwie, a rozbudzone zmysły na nowo pragnęły zaspokojenia.
Przez otwarte okno wleciała osa i zaczęła krążyć nad łóżkiem brzęcząc monotonnie. Machnęła dłonią, obawiając się użądlenia. Jej ruch sprawił, że pomiędzy jego ciemnymi rzęsami błysnęło światełko. Otworzył oczy i zobaczył ją nagą, okrytą falą ciemnych włosów, spływających po białym ciele. Wpatrywał się w nią z rodzącym się na ustach uśmiechem, a potem wyciągnął do niej ramiona. Wtuliła się w nie, opierając czoło o jego piersi. Jego mocne ciało przylgnęło do niej, a usta poszukały jej warg.
Odcięci od reszty świata, zagubieni w leśnej głuszy, żyli tylko dla siebie. Nina zdecydowanie odrzuciła krynoliny i gorsety utrudniające ruchy i ubierała się w lekkie, kwieciste suknie, przewiązując je w tali szarfą. Codziennie wstawali wcześnie, zabierali z sobą koszyk z jedzeniem i zaszywali się w głębi boru, daleko od ludzi. W jakimś malowniczym zakątku nad brzegiem Wisły, spędzali długie godziny na rozmowach i miłości. Leżąc na posłaniu z mchu, Nina pozwalała, by mąż brał ją w nagłym uniesieniu, ogarniającym ich jak płomień. Był cudownym, doświadczonym kochankiem, a ona mając gorący temperament, umiała wzbudzić w nim pragnienie uśmiechem, pieszczotą lub czułym gestem, nie czekając aż on po nią sięgnie. Spoczywali potem uciszeni i rozleniwieni.
- Chciałabym pozostać tu na zawsze. – powiedziała raz Nina. – Jestem dzieckiem wsi i lasów, miasto mnie przeraża. Tam nawet ptaki siedzą w klatkach. Tu jest mi tak dobrze, że niechby już tak było do końca życia.
- Jeżeli chcesz, każę zbudować tu dwór. – zaproponował, pragnąc zrobić jej przyjemność.
- Nie, to już nie będzie tak samo. Najlepiej czuję się w tych dwóch małych pokoikach. – pochyliła się nad nim i połaskotała go końcem warkocza, a potem pocałowała w usta.
Jej uroda, pełne wdzięku ruchy i prześliczne dziewczęce ciało, było dla niego źródłem nieustannych zachwytów. Już pierwszej nocy rozbudził jej zmysły i z radością odkrył, że jest spontaniczna, a zarazem czysta, niewinna i bardzo kobieca. Pewnego razu leżeli zmęczeni miłością i przytuleni do siebie. Podniósł się na łokciu i z góry spojrzał na nią.
- Wiesz, marzę by mieć dużą rodzinę i mam nadzieję, że mój słodki promyczek obdarzy mnie wkrótce synkiem albo córeczką. – uśmiechnął się, oczekując, że i ona odpowie mu uśmiechem, lecz Nina niechętnie wydęła wargi.
- Po co nam dzieci? Tak dobrze jest nam we dwoje. – skrzywiła się niezadowolona.
- Nie chcesz mieć ze mną dziecka? – spojrzał na nią badawczo.
Wzruszyła ramionami i zerwawszy źdźbło trawy, zaczęła je żuć.
- Nie widzę powodu, by zaraz obarczać się dziećmi. Przecież dopiero jesteśmy po ślubie.– odpowiedziała wymijająco. Usiadła i wysunęła się z jego ramion, z drżeniem przypominając sobie straszne opowiadanie Pauli o ciąży. - Alek, ale ja nie będę miała zaraz dziecka, prawda? – spytała z lękiem. – Chyba jest jakiś sposób żeby tego uniknąć?
- Jak dotąd, ludzkość nie wymyśliła jeszcze pewnego sposobu. – zaśmiał się, przyciągając ją do siebie. – Czego ty się boisz, słonko?
- Ja? Niczego! Ale na razie chcę być tylko z tobą! – oświadczyła i prędko zmieniła temat. – To mówisz, że najpierw pojedziemy do majątków nad Bugiem, a dopiero potem do Makowa? Dlaczego?
- Bo chcę ci pokazać tamte strony, są piękne. Spodoba ci się twoja Kaniówka. Ale o tym pogadamy innym razem. Teraz myślę o wiele przyjemniejszej sprawie.
- Doprawdy? A o czym? – posłała mu przeciągłe spojrzenie.
- Zgadnij! – zaśmiał się, przywierając ustami do jej ust. Jego pieszczoty stawały się coraz bardziej zaborcze. Pochwyciwszy ją w ramiona, chciwie całował jej śliczne dłonie i małe stopy. Ale tym razem Nina nie odpowiedziała mu z równą namiętnością. Poddawała się biernie jego pieszczotom, nie mogąc pozbyć się strachu przed niechcianą ciążą.
W czasie spacerów po lesie, Aleks uczył ją, jak rozróżniać tropy zwierząt, opowiadając wspaniałe historie o życiu przyrody. Słuchała go z podziwem, zawstydzona swoim nieuctwem.
- Gdzie ty się tego nauczyłeś? – dopytywała się z zazdrością.
- Uczyli mnie tego nasi gajowi i kozacy syberyjscy.
- To na Syberii są kozacy? – spytała zdumiona.
- Tak. Przybyli tam w XVI wieku z atamanem Jermakiem, podbijając tę przebogatą ziemię dla cara Iwana Groźnego. Ja wiem, że Syberia kojarzy ci się z katorgą i zesłańcami. Ale to nie jest cała prawda, bo to przepiękny kraj i bardzo mało zasiedlony. Wielu Polaków dorobiło się tam majątków. Polowałem na tamtych terenach na tygrysy usuryjskie. To ich skóry widziałaś w Makowie.
- Nie bałeś się jechać na Syberię?
- Ależ ja nie byłem zesłańcem, tylko oficerem przyjmowanym przez gubernatora. Nawiasem mówiąc, ci kozacy to znakomici myśliwi i dobrzy, bardzo gościnni ludzie.
- Już ja wolę nie oglądać tego kraju i nie zaznać ich gościnności. – mruknęła, tuląc się do jego ramienia.
Jego wspomnienia były dla niej nieustannym źródłem radości. Pamiętała, że zwykle bywał raczej zamknięty w sobie i bardzo skryty. Tymczasem okazał się wspaniałym towarzyszem leśnych wędrówek, o dużym poczuciu humoru. Często zachowywał się jak psotny chłopiec i droczył się z nią. Pewnego razu postanowił nauczyć ją łowić ryby. Nina kochając wszystkie zwierzęta, upierała się, że to okrutne zajęcie.
- Nie. Ja nie chcę łowić ryb. Ta biedna ryba nie ma żadnych szans. – twierdziła uparcie.
- Nic podobnego, promyczku. Ryba jest chytra i ma swój rozum. Nie musi brać przynęty. To uczciwy pojedynek między rybakiem, a rybą. – przekonywał. – No, weź tę wędkę i zarzuć na wodę. O, tak!
Pomógł jej zarzucić wędkę, a potem siedząc na brzegu obserwowali w ciszy, czy ryba bierze. Cierpliwość Niny była wystawiona na ciężką próbę. Musiała siedzieć w milczeniu, bo ryby reagują na hałas. Znudzona, już miała odstawić wędkę i wstać, gdy niespodziewanie linka napięła się silnie. Na jej końcu szamotała się duża, mocna ryba. Podniecona Nina, uniesiona łowieckim zapałem, zupełnie zapomniała o miłości do zwierząt. Podkasawszy wysoko spódnicę, wskoczyła do wody, z pasją holując opierającą się zdobycz do brzegu. Narobiła przy tym takiego radosnego wrzasku, że z pewnością reszta ryb uciekła w popłochu. Okazało się, że złowiła dużego, tłustego suma!
- Aleczku, spójrz tylko, ona jest wspaniała! – entuzjazmowała się, oglądając swą zdobycz miotającą się na piasku. Podniecona, skakała bosymi nóżkami po brzegu, a potem rzuciła się mężowi na szyję i mocno go wycałowała. Odtąd codziennie tkwiła nad rzeką z wędką, dotrzymując towarzystwa mężowi.
- Dobra ryba, będzie w sam raz na kolację. – rzekł Aleks obejrzawszy zdobycz.- Ale gdybyś, mój skarbie, nie narobiła takiego krzyku, moglibyśmy złowić ich więcej. Uważam, że koniecznie powinnaś nauczyć się pływać. – powiedział, obserwując z jaką obawą Nina wchodzi do płytkiej wody.
- O, co to, to nie! Na to mnie nie namówisz! Damy nie pływają!
- Słonko, damy przede wszystkim powinny być zdrowe, aby w przyszłości dać życie równie zdrowym dzieciom.
- Nie obchodzą mnie żadne dzieci i nie będę się uczyć pływania! – oznajmiła stanowczo i usiadła, obejmując kolana ramionami.
- Nino, robię to dla twojego bezpieczeństwa. Powinnaś umieć poruszać się w wodzie. A teraz, mój kotku, nie dyskutuj ze mną, tylko zdejmij, proszę, suknię i halkę. Jest ciepło i w wodzie się nie przeziębisz. Możesz pozostać w staniczku i pantalonach. No, chodź do mnie… - ujął ją za rękę.
Nie zważając na jej głośne protesty i przeraźliwe wrzaski, wciągnął ją do wody, podtrzymując jej głowę ponad powierzchnią. Pokazywał ruchy pływackie, zachęcając do naśladowania. Ale Nina okropnie bała się pływać i szła na dno jak kamień. Nie miała już siły krzyczeć, tylko bulgotała żałośnie. Aleks w końcu poddał się i zrezygnował uznawszy, że ona nigdy nie zdoła przezwyciężyć strachu przed wodą. Nina przez kilka dni bardzo wstydziła się swojego tchórzostwa, wyobrażając sobie, że mąż pogardza nią i myśli, że ożenił się z ofermą i kuropłochem. Tej myśli nie mogła znieść! Przez jakiś czas omijała rzekę, starając się zwalczyć obawę przed głęboką wodą. Pewnego dnia sama weszła do Wisły i bez żadnych awantur popłynęła żabką! Raz stłumiwszy w sobie lęk, pływała chętnie, próbując nawet ścigać się z mężem. Aleks był z niej ogromnie dumny.
Nie zgadzali się jedynie w kwestiach politycznych, wiodąc długie i gorące dyskusje. Słysząc, jak Nina uparcie broni własnych poglądów, Aleks żartobliwie nazywał ją swoim Metternichem2 w spódnicy.
- Aha! – prychnęła obrażona. – Najpierw chciałeś utopić mnie w Wiśle, a kiedy to ci się nie udało, próbujesz kwestionować mój rozsądek.
- Promyczku, powiedziałem ci komplement. – bronił się ze śmiechem. - Nie marszcz noska. Czy wiesz, że gdy pierwszy raz weszłaś na salę balową, zakochałem się w twoim nosku. Jest cudowny, leciutko zadarty i po prostu rozkoszny.
Oczy Niny zaokrągliły się z oburzenia.
- Ja mam zadarty nos? – szybko sięgnęła do kieszeni po lusterko i zaczęła się w nim przyglądać. – Jesteś wstrętnym kłamczuchem, bo ja mam nos klasyczny! – oznajmiła z zarozumiałą miną.
Patrzył z rozbawieniem, jak cała przejęta wpatruje się w lusterko, przechylając na bok głowę i z namysłem przygryza dolną wargę. Była przy tym taka dziecinna, a zarazem kobieca, że nie mógł oderwać od niej oczu.
- Mój nos podoba się wszystkim! – poinformowała go wyniośle.
- A komu w szczególności? – zagadnął podchwytliwie, wpatrując się w nią z uwagą.
- No, tobie, Jasiowi, niani, wszystkim. – urwała i zmieszała się, a jej policzki zapłonęły zdradliwym rumieńcem.
- I pewnemu pięknemu kawalerzyście, prawda?
- Nic mi o tym nie wiadomo… Ach, prawda, przecież ty jesteś huzarem! – wykręciła się sprytnie, trochę wystraszona, że mąż powróci kiedyś do tego tematu, a wtedy będzie jej ciepło.
Aleks spojrzał na nią z drwiącym uśmiechem, dając jej tym samym do zrozumienia, że ją przejrzał. „Skąd, do licha, on zawsze wie, o czym ja myślę? Mam myśli wypisane na czole, czy co?” – zerknęła na męża i spuściła oczy, przybierając potulną minkę.
W sadzie leśniczówki Aleks kazał zbudować dla niej huśtawkę. Odpoczywali tam w skwarne letnie popołudnia, zmęczeni długim spacerem. Tego dnia było tak upalnie, że tylko wczesnym rankiem poszli wykapać się w Wiśle, a potem usiedli w cieniu starych drzew, bawiąc się ze szczeniętami pięknej suki wodołaza. Leśniczyna co chwilę donosiła im domowe przysmaki. A to kwaśne mleko z grubą kremową śmietaną, wiejski chleb pieczony na liściach kasztanowca, wędzone ryby, wędlinę z dzika, owoce lub konfitury. Nina rzucała się na jedzenie z wilczym apetytem, a Aleks, początkowo zmartwiony jej bladością, patrzył z zadowoleniem, jak zatapia białe ząbki w razowym chlebie, albo chrupie soczyste owoce.
Poczciwa leśniczyna tajała z rozczulenia, szczęśliwa, że młodziutka pani wcale nie grymasi, ale chwali jej kuchnię. Rozbijając mięso na pieczeń obserwowała, jak pani hrabina siedząc na huśtawce, niefrasobliwie kiwa nóżkami, kołysząc się wolno i obgryzając ze smakiem duże, czerwone jabłko. Aleks palił papierosa i popychał od czasu do czasu huśtawkę, rozleniwiony panującym w naturze spokojem.
- Aleczku. – odezwała się Nina. – Opowiedz mi, o swoim pobycie w Korpusie Paziów. Mieszkaliście w koszarach, bardzo was dręczyli?
Wiedziała, że mąż nie lubi wspominać o swoich młodych latach, ale ona umierała z ciekawości, pragnąc wiedzieć o nim wszystko. Przeciągnął ramiona i posłał jej uśmiech.
- Dręczyli? Słonko, co ci przyszło do głowy? Nie mieszkaliśmy w koszarach, tylko w pałacu, w luksusowych kwaterach, karmieni w sposób wyszukany i obsługiwani przez całą czeredę lokajów!
- Niemożliwe!
- Mówię ci szczerą prawdę. Korpus Paziów wychowywał ludzi, którzy mieli w przyszłości sięgnąć po najwyższe godności. Nasi wykładowcy i wychowawcy nie odważyliby się narazić synowi wielkiego księcia, czy generała. Uczono nas wyższej matematyki, języków obcych, prawa międzynarodowego i literatury europejskiej. Naturalnie form salonowych i tańca. Uczestniczyliśmy we wszystkich dworskich uroczystościach. W ostatniej klasie szesnastu najlepszych uczniów, otrzymywało tytuły kamer-paziów i byli przydzieleni do osobistych usług członkom rodziny carskiej. Najlepszy uczeń zostawał paziem samego cesarza. Ale zarozumiałe, zdemoralizowane szczeniaki, nie przejmowały się nauką i wychodziliśmy ze szkoły głupi jak barany!
- Nie do wiary! – szepnęła. – A ja byłam przekonana, że was tam męczono.
- Mieliśmy swobodę, o jakiej nie marzyło się nawet uczniom innych szkół wojskowych. Nasi wychowawcy obawiali się nas i absolutnie nie próbowali hamować. Wolno nam było nie wracać na noc do Korpusu!
Nina poczerwieniała z zazdrości.
- Alek, ty rozpustniku, chodziłeś nocami na panny! – rzuciła w męża ogryzkiem jabłka.
- Ja tego nie powiedziałem. To było dawno i nieprawda.- zaśmiał się przekornie.
Ciszę upalnego dnia zakłócił tupot wolno stąpającego konia. Z miasteczka powrócił leśniczy, przywożąc pocztę i gazety.
- Depesza do jaśnie pana hrabiego. – zawołał, zeskakując z konia i wchodząc do sadu.
- Masz ci los! Już nas znaleźli. – mruknął Aleks z niezadowoleniem, uwalniając z rąk puszystego szczeniaka i otwierając depeszę.
- I co, Aleczku? – dopytywała się ciekawie Nina. – Dobre, czy złe wiadomości?
- Są dobre i złe. Od czego mam zacząć?
- Może od dobrych. – spojrzała na niego z napięciem.
- Dobra wiadomość jest taka, że mecenasowi Porzyckiemu nareszcie udało się sprzedać mój Klonów, nawet bardzo korzystnie. Ale to się wiąże z koniecznością powrotu do Warszawy – i to jest ta zła wiadomość.
- Szkoda. – Nina była wyraźnie rozczarowana. – Tutaj tak przyjemnie.
- Trudno, kochanie. Muszę porozmawiać z panem baronem Kronenbergiem i ulokować u niego pieniądze uzyskane ze sprzedaży majątku.
- A dlaczego u niego?
- Bo jego bank jest pewny, a baron należy do przewidujących kapitalistów. Szczerze mówiąc pragnę, by po starej znajomości przelał większość moich kapitałów do Banku Francuskiego. Mam tam otwarte konto. To będą pieniądze na czarną godzinę.
- Jezus Maria! – Nina przestała się huśtać i aż podskoczyła. – Ty jednak liczysz się z możliwością wybuchu powstania? Boże, w takim razie sprzedajmy majątek i jedźmy do Anglii!
- Maków też mam sprzedać?
- Maków? Nigdy! Bez ciebie i Makowa nie mogłabym już żyć. Za nasz dom oddałabym duszę diabłu, gdyby chciał ze mną ubić tak kiepski interes. Nie, nie, pan Bochniak mógłby zarządzać majątkiem, a my wrócilibyśmy, jak się sytuacja wyklaruje.
- Zobaczymy. – powiedział wymijająco. – Przede wszystkim, muszę zabezpieczyć twoją przyszłość. Dosyć nacierpiałaś się biedy w swoim krótkim życiu. Jak wrócimy do Warszawy, zorientuję się w sytuacji. A teraz, proszę o słodkiego buziaka. Posiedź tu przez chwilę sama, bo muszę zaraz napisać do Porzyckiego depeszę.
Skwapliwie nadstawiła mu usta. Pocałował ją mocno i odszedł. Kiedy ucichły jego kroki, ponownie usiadła na huśtawce i wzięła na kolana łaszącego się do niej pieska. Kołysząc się, gładziła dłonią jego długie uszy i drapała po brzuszku, rozmyślając o usłyszanej nowinie. Żałowała, że muszą wyjechać. Przez kilka dni pokochała samotność we dwoje, las i szeroko rozlaną Wisłę, po której płynęły barki, tratwy i parowce. W Warszawie z pewnością panują nieznośne upały, a mieszkanie jest takie duszne. Mimo woli mocniej pociągnęła szczeniaka za ucho. Piesek zaskomlił, a ona oprzytomniała i przytuliła go do piersi, gładząc i całując. Odepchnęła się sprężyście nóżką od ziemi i kołysała miarowo. Szczeniak usnął na jej kolanach. Nina zmęczona upałem także przymknęła powieki.
Wieczorem przeszła na leśniczówką potężna burza, a po niej powietrze tak się ochłodziło, że nie podobna było siedzieć wieczorem w ogrodzie i wszyscy poszli wcześniej spać. Tej nocy znowu nawiedził Ninę upiorny sen. Był osadzony w realiach i przez to straszniejszy. Siedziała w ogrodzie na huśtawce i bawiła się z pieskiem. Stare drzewa rzucały przyjazny cień, wiatr szeleścił w liściach. Huśtawka skrzypiała, a ona przymknąwszy powieki kołysała się leniwie. Otworzyła oczy i zobaczyła Paulę idącą wzdłuż ogrodzenia. Miała na sobie tę samą białą suknię, jaką nosiła w dzień śmierci i osłaniała się koronkową parasolką. Długie wstęgi na kapeluszu powiewały w podmuchach wiatru. Szła przed siebie, nie oglądając się, lecz Nina byłą zupełnie pewna, że twarz widma jest okropna, skażona rozkładem, a suknia pokryta plamami krwi. Ogarnął ją przeraźliwy strach i próbowała wyrwać się z koszmarnego snu, zanim Paula odwróci się w jej stronę. Z całych sił walczyła i obudziła się z głośnym krzykiem, nie mogąc złapać tchu, wilgotna od potu i oblana łzami. Aleks obudził się także i pochwycił ją w ramiona.
- Kochanie moje, dlaczego krzyczałaś? – dopytywał się, pochylając nad nią i odgarniając z jej twarzy wilgotne kosmyki włosów. – Odezwij się do mnie. Uderzyłaś się we śnie, czy źle się czujesz?
Dosłownie wtuliła się w jego ciało, przejęta jeszcze potwornym lękiem.
- O Jezu, ona znowu mi się śniła! – wyjąkała, trzęsąc się i szczękając zębami.
- To był tylko sen, promyczku. Zły sen, nic więcej. – tulił ją, całując drżące usta i szeroko rozwarte oczy, w których zastygł wyraz grozy. - Już dobrze. Przecież jestem przy tobie. Uspokój się i spróbuj zapomnieć o koszmarze. – poszukał zapałek i zaświecił lampkę nocną.
Ostrożnie położył Ninę na poduszkach, wstał i nalał na łyżeczkę kilkanaście kropli bromu. Przysiadł na skraju łóżka i podał jej lekarstwo. Jeszcze drżała i rozglądała się dokoła ze strachem.
- Tak mi przykro, że obudziłam ciebie moimi wrzaskami. Ale to był taki realny sen. Widziałam ją jak szła, ubrana w białą suknię, ale zdawałam sobie sprawę, że suknia jest pokrwawiona, a ona martwa i wygląda potwornie. Alek, ty nawet sobie nie wyobrażasz, jak ja się jej boję.
Tuląc ją, niemal słyszał, jak głośno i szybko bije jej serce.
- Posłuchaj mnie, Nino. Paula była zła i groźna za życia, ale teraz jest martwa i nie może ci wyrządzić żadnej krzywdy. – powiedział spokojnym, opanowanym głosem.
Na moment wypuścił ją z ramion i zaświecił prócz lampki nocnej, kilka świec w żelaznym świeczniku. Blady, drżący blask rozjaśnił kąty ciemnego pokoju.
- Alek, przecież ja wiem, że ona jest martwa. Pamiętam o tym i we śnie. Żadna żywa kobieta nie budziłaby we mnie takiej trwogi. – Nina usiadła na łóżku podciągnęła kolana i objęła je ramionami, starając się odzyskać spokój. – Kochany, ja nie mam halucynacji i nie jestem obłąkana. Nie rozumiem, dlaczego ta kobieta śni mi się koszmarnie i wpędza mnie w nerwicę. Pragnę usilnie zapomnieć o niej, lecz ona nawiedza mnie we śnie, a wówczas powraca cała groza, jaką wtedy przeżyłam. Dlaczego, na Boga?
Aleks pogłaskał ją po rozwichrzonych włosach.
- Nino, sama dałaś sobie odpowiedź; przeżyłaś wstrząs, który powraca we śnie. Sny są sygnałem naszego systemu nerwowego. Ludzie wrażliwi i delikatni często miewają upiorne sny. Kochanie, uwierz mi, że umarli nie wracają. Śpią snem wiecznym, powoli rozsypując się w proch. Tylko małe dzieci boją się ciemnego pokoju. Paula nie wróci. Leży głęboko zakopana i jest nicością. To, co spoczywa w trumnie, to tylko garść gnijącego mięsa i próchniejących kości. Staraj się wymazać przeszłość z pamięci i ciesz się dniem dzisiejszym. Każdy dzień jest w naszym życiu bezcenny, ponieważ nigdy już się nie powtórzy.
Pochylił się i ucałował jej usta. Rozchyliła wargi i zarzuciwszy mu ramiona na szyję, czerpała otuchę z jego mocnego ciała. W jego obecności nawet myśl o Pauli nie budziła w niej takiego lęku.
- Ja wiem, że ty, Alku, jesteś bardzo mądry i z pewnością masz rację. Ale czasem nie mieści mi się w głowie, że wszystko kończy się tu i teraz. Nie mogę uwierzyć, by myślący, czujący człowiek, w jednej chwili zamienił się w nieczuły, cuchnący ochłap mięsa. Nie wyobrażam sobie, że po śmierci jest już tylko nicość. A jeżeli jest inaczej? Ona była straszliwie witalna, nienawidziła mnie i groziła, że dosięgnie mnie nawet spoza grobu. Niekiedy zdaje mi się, że krąży w pobliżu, wypatrując następnej ofiary.
- Przestań! – wybuchnął gniewnie, ale zaraz złagodniał i zaczął do niej przemawiać, jak do małego, przerażonego dziecka. - Masz prawo wierzyć, w co tylko zechcesz. Ale nauka mówi, że śmierć jest końcem i ostatecznością. Niebo, piekło, to tylko mity stworzone przez człowieka lękającego się śmierci. Tam, w górze nad nami, nie ma błękitu i fruwających aniołów. Jest za to czarna, bezkresna próżnia, nie mająca początku ani końca, pełna planet, które także są światami. Nie zamierzam robić ci wykładu z astronomii i podważać zasad twojej wiary, tłumacząc prawo zachowania masy. Ale wiedz, że człowiek jest nieśmiertelny w swoich czynach. Wszystkie żywe stworzenia, przekazują życie następnym pokoleniom, a same odchodzą w nicość. Dlatego mówię ci, nie pozwól, by zawładnął tobą strach, bo wtedy sama stworzysz sobie piekło na ziemi.
- Więc dlaczego ona śni mi się ciągle? – zadała pytanie, nie przekonana jego argumentami.
- Sama ją nieświadomie przywołujesz! Może w głębi duszy czujesz się winna. Nie lubiłaś jej i życzyłaś jej śmierci, prawda? To normalne. Kiedy opanujesz strach i poczujesz się przy mnie bezpieczna, Paula przestanie nawiedzać cię we śnie. – zakończył stanowczym tonem.
Milczała przez chwilę, a potem uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- A ty w nic nie wierzysz? – odważyła się go spytać.
- Powinnaś już zasnąć, kochanie. – odpowiedział wymijająco. – Rano pójdziemy na długi spacer.
Potrząsnęła głową i bez namysłu odpowiedziała:
- Niech Stach o świcie zaprzęgnie konie i wracajmy do Warszawy. Tęsknię za nianią.
1Quod Deus... - Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozłącza.
2Metternich Klemens,książę. (1773-1859)- austriacki mąż stanu,słynny dyplomata. Od 1821,jako kanclerz, był faktycznym kierownikiem państwa. Był filarem reakcji europejskiej: za jego rządów, ucisk narodowy w Galicji.