poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Warszawa - nowe znajomości.

11 kwietnia 2016 r.
Do Warszawy przybyły dopiero trzeciego dnia rano, bo na wszystkich rogatkach odbywały się szczegółowe rewizje podróżnych. Z karety pocztowej wysiadły umęczone i zakurzone. Stolica powitała ich obezwładniającym upałem i dusznym, ciężkim powietrzem. Z ulicy Trębackiej, gdzie znajdowała się poczta, do nowego mieszkania na szczęście nie było daleko.
 
Tak być może wyglądała kamienica Niny.
Dorożka zatrzymała się w pobliżu Ogrodu Saskiego, przed okazałą kamienicą z wielkimi balkonami wspartymi na kariatydach1. Porządnie ubrany stróż, zaniósł bagaże na pierwsze piętro. Kobiety rozglądały się po eleganckiej sieni, nocą oświetlonej lampami gazowymi. Schody pokryte były porządnym chodnikiem, a na półpiętrach stały donice z kwitnącymi różowo oleandrami. Zamiast zwykłych szyb, w oknach sieni były kolorowe witraże.
  Walerka pociągnęła kryształową rączkę dzwonka, a na jego donośny dźwięk, drzwi otworzył im młody, uśmiechnięty służący. Za nim stałą korpulentna kucharka. Oboje uroczyście powitali młodziutką panią. W salonie Nina wpadła w ramiona pani Salomei i Jasia. Była im bardzo wdzięczna, że czekali na nią, bo w tym wielkim, obcym mieszkaniu czułby się samotna. Pani Borutyńska dopilnowała, żeby mieszkanie było wysprzątane i pełne kwiatów. Rozejrzawszy się, Nina doceniła piękno ośmiopokojowego apartamentu. Mieszkanie posiadało schody kuchenne, dzwonki, a nawet pokój kąpielowy z cynową wanną – szczyt nowoczesności! Pokoje umeblowane były drogocennymi sprzętami w stylu Biedermeier, na ścianach wisiały cenne obrazy i portrety rodzinne, a w oszklonych serwantkach w kształcie liry leżało mnóstwo pięknych bibelotów. Z wielkiego salonu, z dużym balkonem wychodzącym na ulicę, widać było zielone bukiety drzew Ogrodu Saskiego. Wielkopańskie mieszkanie zaimponowało Ninie, było jej własnością. Zrozumiała, jak wiele zawdzięcza zmarłej hrabinie. Wyszła na balkon i wyjrzała na ulicę.
- Nie muszę nawet wyjeżdżać do kurortu, bo w Ogrodzie Saskim są pijalnie wód mineralnych. – zauważyła. – Piękny stąd widok.
Po dobrze przyrządzonym śniadaniu, usiedli w salonie przy kawie.
- Otrzymaliśmy od ciebie, Nineczko, depeszę z zawiadomieniem o śmierci pani hrabiny Klonowieckiej, ale po Warszawie już krążą na ten temat rozmaite domysły. Czy powiesz nam, co się wydarzyło? – zagadnęła pani Borutyńska.
Nina bynajmniej nie miała ochoty, wracać myślą do najbardziej dramatycznego dnia w życiu, lecz uznała, że Borutyńscy mają prawo znać prawdę. Zaczęła więc opowiadać, a potem sama dała się wciągnąć wspomnieniom i odmalowała scenę w różanej altanie tak realistycznie, że Jaś pobladł, a pani Salomea musiała użyć soli trzeźwiących. Gdy skończyła opowiadać, pani Salomea wyszła żeby wydać kucharce dyspozycje obiadowe. Pozostawszy sam na sam z Jasiem, Nina postanowiła dowiedzieć się od niego prawdy.
- Jasiu, chcę wiedzieć kto wyprawił na tamten świat Paulę i Żabca! – rzekła z największą stanowczością. – Wyobraź sobie, że posądziłam o ten czyn pana hrabiego i popełniłam największe głupstwo w życiu, informując go o tym. Nie muszę ci mówić, jak zareagował. – w tym momencie głos ją kompletnie zawiódł.
Jaś przyjrzał się jej zmizerniałej twarzy i podkrążonym oczom.
- Tak mi przykro, kochanie, ale sam chciałbym wiedzieć kto tę zbrodnię popełnił. – powiedział z wyjątkową u niego powagą. - Owszem, przyznaję, że chłopcy mieli wielką ochotę pogadać sobie z Żabcem o śmierci Władzia, ale nie było mowy o morderstwie.
- Nie chcieliście ich zabić?
- Żabiec miał dostać potężne lanie, a znajomi księża już starali się o zezwolenie na umieszczenie go w klasztornym więzieniu na Świętym Krzyżu. Hrabina miała być niezwłocznie przewieziona do zamkniętego zakładu dla umysłowo chorych.
- To by się wam nie udało, bo Żabca wyciągnęliby z klasztoru żandarmi, zaś Paula jak na umysłowo chorą, zachowywała się normalnie! – stwierdził
Jaś uśmiechnął się i potrząsnął głową.
- Wierz mi, że wystarczyło pozbawić ją przez kilka dni zażywanych narkotyków, a znalazłaby się w stanie, który nawet najbardziej sceptyczny lekarz, uznałby za szaleństwo zagrażające otoczeniu. Nie trzeba było jej zabijać, bo jej dni były już policzone. A tego klechy policja nie znalazłaby do końca świata. Kościół ma skuteczne metody karania przestępców.
- Tak uważasz? – spojrzała na niego z powątpiewaniem.
- Kotku, jestem lekarzem. Pani Klonowiecka najdalej za kilka miesięcy zakończyłaby życie. Symptomy choroby były dla mnie bardzo wyraźne. Nasi chłopcy poszli do Makowa i czekali na Żabca w pobliżu bocznej furty, żeby spuścić mu baty. Pan hrabia miał mocne alibi, siedząc z Boruchinem na Podzamczu. Ale na tym kończy się nasz udział w tej sprawie, bo naraz wmieszał się ktoś trzeci. Gdy chłopcy podeszli pod bramę, w parku było już pełno ludzi, a w altanie leżały dwa trupy.
- W takim razie zabójca musiał również obserwować Żabca i hrabinę, bo skąd mógł wiedzieć, że znajdują się w różanej altanie? Chyba, że był to ktoś, dobrze znający zwyczaje Pauli. – indagowała uparcie.
- Nie wiem. – uciął Jaś. – Lepiej zmieńmy temat.
- Ale zastanów się tylko…
- Złotko, jeżeli nadal będziesz taka wścibska, będę zmuszony wlepić ci po bratersku parę klapsów. – ostrzegł. Uśmiechał się, lecz Nina znająca go od dziecka zrozumiała, że Jaś nie zamierza już rozmawiać o tej sprawie.
- Chciałam tylko powiedzieć, że moja interwencja wszystko pogmatwała. Boże, zachowałam się jak idiotka. – odezwała się po jakimś czasie, gdy uznała, że Jaś odzyskał spokój.
- Nic podobnego. Sam Pan Bóg natchnął cię tą myślą. Gdyby śledztwo prowadzone było dokładniej, policja, od nitki do kłębka, mogłaby wykryć naszą organizację.
- Tak myślisz? – spojrzała na niego z wdzięcznością. – Dziękuję ci, misiu, pocieszyłeś mnie. – poczuła, jak ciężki kamień spada jej z serca na myśl, że wysiłki jej nie poszły na marne.
Borutyńscy zostali jeszcze na obiedzie, a odchodząc, obiecali pokazać prowincjuszce życie w stolicy. Nina znała Warszawę, bo wiele lat spędziła tu razem z Binią na pensji. Lecz uczennicy nie wolno było wychodzić bez opieki wychowawczyni i niewiele poznała z uroków miasta.
W-wa. Ogród Saski.
 - Mieszkanie jest bardzo wygodne! – oznajmiła z satysfakcją Jaga. – No, jesteśmy nareszcie na swoim, moje dziecko. Nie powiem, w Makowie było pięknie jak w raju, lecz to jakiś pechowy dom. Wyniosłyśmy się stamtąd w samą porę, prawda?
Nina milczała. Dla niej pałac był ukochanym domem i była pewna, że już nigdy żadnego innego miejsca tak nie pokocha. Ale nie powiedziała tego głośno, a niania udała, że nie widzi jej oczu pełnych tęsknoty i smutku. Na swój pokój sypialny, Nina wybrała dawną sypialnię hrabiny Tekli, obitą brązową materią w duże złote kłosy. Okna pokoju wychodziły na mały ogródek pełen drzew owocowych. Na wprost rzeźbionego łoża, znajdował się hebanowy klęcznik, z krucyfiksem z kości słoniowej. Nina postanowiła odmawiać przy nim wieczorne pacierze. Resztę dnia spędziła, zapoznając się z nowym otoczeniem i podświadomie oczekując posłańca z depeszą. Ciągle łudziła się nadzieją, że Aleks zaniepokojony jej niespodziewanym wyjazdem, zainteresuje się jej losem. Ale nadszedł wieczór i nikt się nie zjawił.
Poszła spać przygnębiona, czując się obco w tym wielkim ciemnym pokoju, zupełnie niepodobnym do jej zielonej sypialni. Nad ranem zasnęła i przyśnił się jej Maków. Obudziwszy się, miała wrażenie obcości wszystkiego, co ją otaczało. Będąc z krwi i kości wieśniaczką, nie lubiła miasta, nie polubiła także nowego mieszkania. Lecz Jaga była zachwycona, pokazując jej w kredensach wspaniałą porcelanę z Korca, a w szafach i szufladach palisandrowych komód, mnóstwo bielizny stołowej i pościelowej. Wszystko razem przedstawiało znaczny majątek.
Tego dnia, Borutyńscy zabrali ją na przejażdżkę statkiem parowym po Wiśle, a w ciągu następnych dni, wpadła w wir wielkiego miasta. Pomimo terroru i represji, Warszawa była wesoła i lubiła się bawić. Wprawdzie zrezygnowano z wielkich balów i hucznych przyjęć, lecz zabawiano się w towarzystwie odczytami, koncertami znanych orkiestr, odbywającymi się w Dolinie Szwajcarskiej i na Frascati. Chodzono do opery i teatrów. W domach prywatnych urządzano kameralne przyjęcia.
Jaś, jakby czytając w sercu Niny, nie pozwolił jej zasklepić się w smutku. Wyciągał ją do cukierni Loursa na ciastka, lody, czy mleczny poncz. Jeździli też konno, wypożyczywszy w rajtszuli wierzchowce i galopowali po Alejach Jerozolimskich i Łazienkach.
Warszawa lat sześćdziesiątych była ruchliwym miastem. Ulicami jeździły omnibusy, po Wiśle kursowały statki parowe. Wznoszono stylowe pałace, bogaci fabrykanci, zarabiający krocie na nędzy robotników, wznosili imponujące rezydencje, gmachy i kamienice. Przedłużono linie kolei żelaznej. Margrabia 
Wielopolski przystąpił do gigantycznych prac przy budowie kanalizacji miasta, niestety zaniechanych w zalążku. Stolica posiadała wiele parków, a nocą rzędy gazowych latarni nadawały Warszawie wygląd stolicy europejskiej. Wystarczyło kilka dni pobytu w mieście, żeby Nina poczuła się zmęczona hałasem. Pozbawiona kanalizacji stolica, cuchnęła jak wiejski wychodek, bowiem nieczystości wylewano gdzie popadło. Jedynie magazyny mody budziły w Ninie zachwyt. W magazynie słynnych panien Kuhnke usytuowanym w „Domu Malcza” na Krakowskim Przedmieściu, toalety były piekielnie drogie, jak owa suknia pokazana na wystawie; z czarnego jedwabiu, z pięcioma falbanami układanymi w rurki, ze stroikiem na głowę z czarnych koronek wycinanych w zęby, na kształt korony cierniowej. Suknia kosztowała 36 rubli, a zdobiący ją szal francuski aż 45 rubli. Żurnal „Magazyn Mód i Nowości dotyczących Gospodarstwa Domowego”, polecał stroje skrojone na kształt kontusza i emblematy żałoby narodowej: skrzyżowana palmy 
Dom Malcza z  Magazynem Mody panien Kuhnke.
 z koroną cierniową i gwiazdą. U kupca Ksawerego Szlenkera na Senatorskiej, można było kupić czarno-białe szale tartanowe, czarne aksamitne płaszczyki i wykwintne burnusy oraz rypsy w czarno-biały rzucik. W magazynie pani Sobolewskiej, damy zaopatrywały się w modne czapeczki ozdobione różyczkami z czarnej szneli, a wszystkie stroiki przystrajały perełki z czarnej lawy. Najmodniejsze były kapelusze z czarnej słomki angielskiej, brukselskiej i florenckiej. Mężczyźni na ogół nie nosili w czasie żałoby cylindrów, lecz miękkie kapelusze pilśniowe.
Praktyczna pani Salomea, poleciła Ninie magazyn Madame Clementine, z powodzeniem konkurujący z renomowanymi modniarkami. Było tam o wiele taniej i Nina bez namysłu zamówiła sobie kilka nowych toalet zauważywszy, że jej suknie kupione przed rokiem, wyszły już z mody. Wszystkie letnie kreacje podlegały surowym rygorom żałoby narodowej. Nawet lalki nosiły czarne sukienki! Ulubione przez elegantki kolory różowe i błękitne, zniknęły na długi czas. A tymczasem żurnale paryskie prezentowały kreacje wprost wymarzone. Krynoliny miały już niewielkie treny, modne były naszycia z dżetów oraz dekoracje z koronek, haftów i aplikacji. Po latach wróciły do łask pantofelki na wysokim obcasie. Paryska moda nakazywała nosić kapelusze á la Tudor i „Amazone” ze strusimi piórami, albo pasterki udekorowane kwiatami. Panie osłonięte cieniutkimi woalkami, wyglądały tajemniczo i słodko. Za to toalety wieczorowe miały ogromne dekolty odsłaniające całe ramiona i plecy. Coś cudownego! Nina gotowa była siedzieć godzinami u modniarki, wybierając fasony i zastanawiając się nad doborem tkanin i dodatków. Przebierała w kaszmirach, wełnach, poil de chevre, jedwabiach, taftach, muślinach lub organdynach i było to doprawdy rozkoszne zajęcie.
Cesarzowa Francji Eugenia, będąca wyrocznią mody, wprowadziła nowe fasony bielizny damskiej. Panie z wypiekami na policzkach, szeptały sobie do ucha, że pantalony z zakładanymi nogawkami, wiązanymi tasiemką w talii, są już passé2. Obecnie nosiło się w Paryżu majteczki z klapą na pośladkach zapinaną na guziczki! Jaga ze zgorszoną miną, kręciła głową i wydziwiała na nieskromną modę, ale po cichu kupiła płótno webowe i w tajemnicy, sama uszyła Ninie kilka par pantalonów – oczywiście z klapami!
Kamienica Bayera, gdzie Nina robiła sobie zdjęcia.
  Warszawa zawsze była miastem pięknych kobiet, toteż Nina, aby nie wydać się zacofana, zrobiła sobie w zakładzie fotograficznym pana Fajansa przy ulicy Długiej, piękny portret, a fotografię rodzinną z ciocią Salomeą i Jasiem, u pana Karola Bayera na Krakowskim Przedmieściu. Czasami przyznawała niechętnie, że i miasto ma swoje uroki. Zaraz jednak dodawała, że owszem, ciasta u pana Loursa i Semadeniego są pyszne, ale pan Szymon i Kumosia lepsze pieką w Makowie! Ogród Saski, Łazienki i Frascati, były czarujące, ale tylko dlatego, że przypominały nieco park w Makowie. Pragnąc wyrwać ją z apatii, Jaś kilka razy zabierał ją na wiece młodzieżowe. Ale hałaśliwe zebrania drażniły ją, egzaltowane mowy denerwowały, bo nigdy nie lubiła demonstrować swych uczuć do ojczyzny. Pewnego razu, Jaś zawsze szczery i bezpośredni, spytał ją, kiedy wraca do Makowa. Zrobiło mu się nieprzyjemnie, bo zagadnięta niespodziewanie Nina, wybuchnęła płaczem i oznajmiła, że do Makowa nigdy nie wróci. Jaś miał taką minę, jakby chciał jej coś powiedzieć, ale rozmyślił się i zamilkł.
Popłynęły dni monotonne, niemal jednakowe. Rano, zamiast śpiewu ptaków, budziły Ninę gwizdki i syreny fabryczne. Służące trzepiące dywany kłóciły się, a na podwórku szczekały psy. Po południu, w Ogrodzie Saskim grała wojskowa orkiestra dęta i głośno walił bęben. Nina ze złością zatrzaskiwała okno i błąkała się po mieszkaniu, nie wiedząc, co ma z sobą zrobić. Cierpliwość nigdy nie była mocną stroną jej charakteru i ogromnie bolał ją brak wiadomości od Aleksa. Poza tym, przerażały ją ceny w mieście. Nie potrafiła odmówić sobie i domownikom mięsa, czy owoców, bo w Makowie panowała obfitość wszystkiego. Obecnie, kiedy musiała kupować każdy drobiazg, prędko zrozumiała, że chcąc zachować jak najdłużej swój kapitalik, powinna bardzo oszczędzać. Mając wrodzoną skłonność do rozrzutności i hojności, nienawidziła groszowego ciułania.
Gdyby nie była tak bez pamięci zakochana w Aleksie, pomyślałaby o bogatym mężu. Niestety, z doświadczenia wiedziała, że nawet bardzo zamożni mężczyźni, wybierali na żony panny z dużym posagiem. Złapanie dobrze sytuowanego małżonka, wcale nie było łatwe, nawet dla dziewczyny tak pięknej, jak ona. Codziennie budziła się pełna nadziei na jakąś zmianę, ale w miarę upływu czasu, stawała się coraz smutniejsza i szła spać zrozpaczona.
Początek lipca był w stolicy duszny i upalny. Nina wspominała z nostalgią, że w świętokrzyskim, miesiąc ten bywa zazwyczaj chłodny i słotny. W Warszawie pustoszały pałace i wytworne kamienice, bo ludzie bogaci wyjeżdżali z rodzinami za granicę, do wód, lub do Nałęczowa, czy coraz modniejszej Krynicy. Lecz życie 
W-wa. Dolina Szwajcarska.
 kulturalne w stolicy nie zamierało. W niedzielne popołudnia w Dolinie Szwajcarskiej, Ogrodach Frascati, w Łazienkach lub Ogrodzie Saskim, odbywały się koncerty. Borutyńscy, wiedząc jak bardzo Nina kocha muzykę, zabierali ją na każdy spektakl. Wielkim wydarzeniem było wystawienie w Teatrze Wielkim „Halki” Stanisława Moniuszki. Pragnąc zrewanżować się Borutyńskim, Nina zakupiła lożę na piętrze opery i zaprosiła panią Salomeę i Jasia na przedstawienie. Na owe czasy, treść opery była raczej nieodpowiednia dla młodej panny i początkowo budziła wśród melomanów kontrowersje. Ale ogół społeczeństwa przyjął „Halkę” entuzjastycznie, a kompozytora okrzyknięto ojcem opery narodowej. Pan Moniuszko był w łaskach u Wielopolskiego i bardzo wpływowej damy, pani Kalergis-Muchanow. Stał się sławny i niemal w każdym mieszkaniu leżał na fortepianie jego „Śpiewnik domowy”, pełen prostych, ślicznych polskich pieśni, detronizując francuskie romanse i włoskie arie.
Rano, w dniu opery, z magazynu Madame Clementine, przyniesiono pierwszą z kilku zamówionych sukien. Uszyta z ciemno-liliowej tafty, w pionowe zygzaki z czarnego atłasu, miała obcisły stanik zapinany na dżetowe guziczki, przy dekolcie wykończony szeroką plisą z czarnego atłasu. Rękawy skrojono jak przy kontuszu. Spod wierzchniego rękawa widoczny był spodni, z bladoliliowego jedwabiu, suto naszywany koronkami i falbankami, przy dłoni ściągnięty wstążką. Krynolina nie posiadała falban, była szeroka i sztywna i zdobiły ją jedynie atłasowe zygzaki. Szeroki pas z klamrą wysadzaną imitacją brylancików, podkreślał wiotką talię. Uczesana po balowemu, Nina stanęła przed lustrem i przypatrywała się sobie z aprobatą.
- Moje kociątko prześlicznie dziś wygląda. – zachwycała się Jaga, asystująca z Walerką przy toalecie. – Co ci podać z biżuterii?
- Tylko diadem z perełek i perłowe kolczyki. – odrzekła Nina, nie odrywając wzroku od lustra. – Żadna kobieta obwieszona klejnotami, nie wygląda prawdziwie elegancko. – zrobiła do lustra minę i okręciła się na obcasie. Sztywna tafta szeleściła, a krynolina zakołysała się prowokująco, ukazując czubki jedwabnych pantofelków. Dopełnieniem stroju była krótka pelerynka z czarnego atłasu.
Jaga wyjęła z komody szkatułkę z biżuterią,, zajrzała do niej i aż zachłysnęła się z zachwytu.
- Mój Boże, nawet twoja babka marszałkowa, nie miała takich klejnotów! – zawołała olśniona. – Co za szmaragdy!
- Pospiesz się, nianiu. Te błyskotki są niewiele warte, bo cenniejsze klejnoty ciotunia oddała na cele narodowe. – powiedziała Nina, zajęta wkładaniem na głowę diademu i nawet nie zaglądnęła do szkatułki. – Walerciu, podaj mi pelerynkę i torebkę, bo zaraz przyjedzie po mnie pan doktor Borutyński.
Jaga bez dalszych uwag zamknęła szkatułkę i schowała ją do komody. Skropiwszy się perfumami Guerlaina, Nina wciągnęła na dłonie białe rękawiczki tak obcisłe, że widać było nawet kształt paznokci. Nie czekała długo, bo po chwili rozległ się dzwonek i wszedł do pokoju Jaś. Przed bramą stała już dorożka, w której siedziała pani Salomea.
W-wa. Teatr Wielki.
 Teatr Wielki wprost przytłoczył Ninę swoim przepychem i ogromem. Widok eleganckiej publiczności podniecał. Zapach perfum i kwiatów, feerie lamp i gwar rozmów upajały. Unosząc elegancko rąbek spódnicy, Nina ujęła ramię Jasia, prowadzącego matkę i razem weszli po szerokich schodach krytych dywanem na piętro do loży. Usiadła na przodzie, obok pani Salomei. Teatr był wypełniony publicznością, a galerie zatłoczone studentami, licealistami i uboższym mieszczaństwem. Loże zajmowała arystokracja i bogata burżuazja, w krzesłach siedzieli krytycy literaccy, dziennikarze, nawet oficerowie rosyjscy z rodzinami. Paliły się kryształowe żyrandole, oświetlając widownię i barwne freski na suficie. W blasku świateł złociły się hafty na ciężkiej kurtynie i rzeźbione sztukaterie.
Rozległ się gong. Żyrandole przygasły, a na podium dyrygenckie wstąpił krępy, niski pan w drucianych okularach na krótkowzrocznych oczach. Publiczność wstała z miejsc, gotując mu owacyjne powitanie. Pan Moniuszko kłaniał się i uśmiechał z zażenowaniem, odruchowo obciągając na sobie źle skrojony czarny frak. Kurtyna poszła w górę, a Nina skupiła uwagę na scenie. Wystarczyło kilka minut, a już była oczarowana muzyką, a zwłaszcza żywiołowymi tańcami budzącymi szalony entuzjazm publiczności. Galerie reagowały oklaskami na każdą patriotyczną aluzję. Nina wraz z innymi damami klaskała i rzucała na scenę kwiaty wyrwane z bukietu. Tylko śpiewacy nie odpowiadali fizycznie jej wyobrażeniom o przedstawianych postaciach. Diva, pani Tivoli-Leśniewska w roli Halki, była już po trzydziestce i nie nadawała się wiośnianą góralkę. Podobnie Jontek, z wąsami usztywnionymi fiksatuarem, dosyć otyły, był jej zdaniem żałosny, chociaż głos miał niezły. Śpiewając, wypinał do przodu zaokrąglony brzuszek. Nina z trudem powstrzymywała wybuch śmiechu, bo nigdy nie widziała otyłego górala. Jaś, dostrzegł jej ironiczną minę i zrobił do niej oko.
- Próchno się z baby sypie, tynk opada z jej lic, a ślepy Jontek nie widzi nic! – zaimprowizował na poczekaniu. – Januszu, co znaczy to? – zanucił piskliwie, naśladując zirytowaną kobietę.
Nina zachichotała, kryjąc twarz za wachlarzem. Pani Salomea pogroziła synowi palcem.
- Będziesz ty cicho, figlarzu? – skarciła go szeptem i sama się roześmiała.
W przerwie, do loży pospieszyli koledzy Jasia, witając się z panią Borutyńską z cichą nadzieją, że zostaną przedstawieni siedzącej obok niej pannie. Przez całą przerwę, loża pełna była młodych mężczyzn. Nina rumieniła się i skromnie spuszczała oczy, udając zawstydzenie, jakiego wcale nie czuła. Była próżna i uwielbiała, gdy ją adorowano. Panowie jednogłośnie stwierdzili, że kuzyneczka Borutyńskiego jest najpiękniejszą młodą damą w całej sali. Komplementy zupełnie przewróciły jej w głowie. Marzyła, żeby w tej chwili zobaczył ją Aleks i zrozumiał, co stracił. Trzepocząc lekko wachlarzem, posyłała panom spod długich rzęs spłoszone spojrzenia, zagryzała usta i słodko się uśmiechała, co niezmiennie wywoływało u młodzieńców cielęcy zachwyt. Przed paniami urosła istna piramidka bukietów w sztywnych, koronkowych mankietach, bombonierek i fantazyjnych koszyczków pełnych kandyzowanych owoców. Jaś pękał z dumy i puszył się jak paw.
- Wygląda na to, że wywołałaś sensację. – zauważył z uśmiechem, gdy zostali w loży sami. – Masz kilka setek wielbicieli.
- Och nie, przesadzasz. – protestowała słabo, uszczęśliwiona swoim powodzeniem. – O, jaka piękna dama weszła właśnie do tej środkowej loży. – wskazała nieznacznie wielką frontową lożę, w której pojawiła się jasnowłosa dama w ślicznej toalecie, obsypana brylantami. Towarzyszyli jej wyżsi oficerowie rosyjscy.
Maria Kalergis-Muchanow muza Norwida.
 - To jest pani Maria z hrabiów Nesselrode, primo voto Kalergis, secundo voto Sergiuszowa Muchanow. Żona oberpolicmajstra i wielka protektorka artystów oraz ambitnych polityków. Stała się muzą pana Norwida, plotkują nawet, że sam Wielopolski jest jej wielbicielem. – wyjaśnił szeptem Jaś.
- Podobno cudownie gra Chopina. – dorzuciła pani Salomea.
- Jest bardzo piękna. – Nina potrafiła zdobyć się na bezstronność.
- Ale przekroczyła już trzydziestkę i ma wnuka. – uzupełnił Jaś.
- Wygląda młodo. – Nina uniosła lornetkę i przyjrzała się damie. – A co za suknia! Z pewnością paryska. Patrz, Jasiu, znowu się nam ktoś kłania. Iluż ty masz kolegów!
- To wszystko chłopcy z Akademii i znajomi z manifestacji. – Jaś sięgnął do bombonierki i wziął czekoladkę. – Mniam, pyszna! – mlasnął językiem. – Dzięki tobie i ja się pożywię. Wiesz, znam wielu interesujących panów, lecz oni zazwyczaj nie bywają w miejscach publicznych. Gdybyś wyraziła zgodę, mógłbym ci ich przedstawić... – uniósł brwi i posłał jej wymowne spojrzenie.
- Janku, proszę cię, nie mieszaj Ninki do swoich spraw. – łagodnie upomniała go matka.
- Ależ mamusiu, przecież ja jej niczego nie sugeruję. – bronił się z niewinną miną. Ale kiedy pani Borutyńska skupiła uwagę na akcji opery, pochylił się Ninie do ucha i szepnął: - Kotku, potrzebuję niekrępującego lokalu. U mnie zrobiło się bardzo ciepło. Oczywiście, jeżeli odmówisz, nie będę miał do ciebie pretensji.
- Dobrze. Dam ci klucz od drzwi na schody kuchenne. Możecie się spotykać w tym małym saloniku od podwórza, nawet bez mojej wiedzy.
To był wspaniały wieczór. Kurtyna raz po raz szła w górę, publiczność stojąc oklaskiwała kompozytora i artystów. Podobały się szczególnie tańce: wspaniałe polonezy, ognisty mazur i żywiołowe tańce góralskie. Widzowie szaleli z zachwytu. Nina wyszła z opery oczarowana.
Władysław Daniłowski.
  Nazajutrz po południu, przyszedł z wizytą Jaś, prowadząc z sobą dwóch młodych ludzi. Szczupły blondynek o marzących oczach, miał na sobie mundur Akademii Medyko-Chirurgicznej, a drugi, przystojny brunet, nosił elegancki garnitur letni. Przedstawili się jej tak cicho i niewyraźnie, że Nina nie dosłyszała ich nazwisk. Zaprosiwszy gości do salonu, z pobłażliwym uśmiechem słuchała prawionych jej entuzjastycznych komplementów.
- Czy raczy pani przyjąć ten skromny upominek? – mężczyzna z ciemnymi włosami wręczył jej z ukłonem pięknie zapakowany pakiet.
Zaciekawiona, odwiązała wstążki i odwinąwszy papier, wyjęła kilka dużych fotograficznych reprodukcji, przedstawiających cykl obrazów zatytułowanych „Warszawa I”. Jej oczy padły na wizerunek młodego chłopca, trafionego kulą w serce. Śmiertelnie ranny, wspiera się barkami o mur kamienicy podziurawiony pociskami. Z ręki wypadł mu modlitewnik, a z głowy spada konfederatka. „Boże, on zupełnie przypomina rannego, wpółżywego Jasia!- pomyślała z przerażeniem.
- To zapewne jedna z ofiar masakry kwietniowej. – zauważyła. – Obraz bardzo realistyczny i prawdziwy. Kto to malował?
- Janek wspomniał, że ma pani artystyczne zamiłowania. – rzekł brunet. – Ośmieliłem się więc przynieść reprodukcję prac pana Artura Grottgera. To młody, bardzo obiecujący malarz. Mieszkając w Wiedniu, może bez obawy cenzury, wypowiadać się artystycznie, ukazując męczeństwo naszego narodu.
- Dziękuję. Zrobił mi pan naprawdę dużą przyjemność. Powieszę te obrazki na honorowym miejscu. – zapewniła go Nina, stwierdzając mimo woli, że elegancki brunet ma duże błyszczące oczy i dystyngowane ruchy. Mówiąc, bardzo mocno grasejował3, jakby był Francuzem.
- Bronek ma znakomity gust i zaraz zgadł, co ci się spodoba. – pochwalił Jaś.
- Nie mów tego głośno, bo on jest już dostatecznie zarozumiały. – zaśmiał się blondynek.
- Pleciesz głupstwa, Władziu. – brunet zganił kolegę spojrzeniem. – Pani niedawno bawi w stolicy, prawda ?– zwrócił się uprzejmie ku Ninie. – Jakie wrażenie sprawiła na pani Warszawa?
- Wydaje mi się, że atmosfera w mieście nieco się unormowała. – stwierdziła, przechylając w tył głowę, by podkreślić ciężar wspaniałych włosów zwiniętych w węzeł. – Na ulicach widuje się mniej wojska, a policja jakby złagodniała.
- Bo tego wymaga sytuacja. – pan Bronek ironicznie wygiął usta. – Wielopolski powrócił z Rosji w glorii tryumfatora. Nie tylko umiał przekonać cara do swego programu reform, ale wpłynął na decyzję carską o nominacji Wielkiego Księcia Konstantego Mikołajewicza, na namiestnika Królestwa Polskiego.
- Wydaje mi się, że jest to dla nas raczej pomyślne wydarzenie. – wtrąciła Nina.
- Bardzo wątpię. – brunet potrząsnął głową ze sceptyczną miną. – Co prawda, wielki książę, rodzony brat cara, postrzegany jest w Rosji, jako przywódca stronnictwa liberalnego. Ale mimo wszystko, jest to Romanow, a interes imperium jest dla niego sprawą nadrzędną.
- Zgadzam się, lecz nie jest także brutalnym żołdakiem i złodziejem, jak obecny namiestnik generał Lüders. – upierała się Nina.
- Zobaczymy, jak wielki książę zachowa się w Polsce. – westchnął Jaś.
- Właśnie. – podjął pan Bronek. – Wracając do tematu, margrabia szczyci się sukcesem. Podobno Aleksander II, tak był ujęty jego zachowaniem, że uszczęśliwił Wielopolskiego judaszowskim pocałunkiem. Jednak swoje powodzenie pan margrabia zawdzięcza nie komu innemu, tylko nam!
- Nie pojmuję. – zdziwiła się Nina. – O ile wiem, pan Wielopolski uważa osoby o innej orientacji politycznej za wrogów.
Jaś posłał jej uśmiech, a pan Bronisław i jego kolega skłonili głowy, doceniając jej zdolności dyplomatyczne. Wyraziła się bardzo taktownie, unikając słowa „spiskowcy”, czy „konspiratorzy”.
- Zdaję sobie sprawę, że zabrzmiało to nieco paradoksalnie, ale margrabia nadaną mu przez cara władzę, zawdzięcza nadziejom władz rosyjskich, na rychłe uśmierzenie fermentów społecznych i zduszenie konspiracji. Car, kupił sobie Wielopolskiego tanim kosztem, nadając mu ograniczone koncesje polityczne. Aleksander II bywa chimeryczny i potrafi zmieniać poglądy na poczekaniu. Margrabia zręcznie wykorzystał jego chwilowo okazywany liberalizm.
- To twój punkt widzenia. – student skrytykował kolegę, zauważywszy zainteresowanie, z jakim słuchała go Nina.
- Nie zawracaj głowy, Władziu! – ofuknął go brunet. – Dlaczego z ulic zniknęło wojsko, a policja ma miny baranków? Bo wkrótce przybędzie tu wielki książę wraz z całą rodziną. Żeby nie psuć dobrego wrażenia, przysłonięto paszcze armat bukietami kwiatów! Władze miasta gotują księciu nadzwyczajne powitanie i próbują wmówić ogłupiałemu społeczeństwu, że zanosi się u nas na erę złotego wieku.
- No, my także zamierzamy go powitać!... – wyrwał się student i urwał, bo obaj koledzy spojrzeli na niego z wściekłością.
Na szczęście, Nina nie zwróciła uwagi na jego przejęzyczenie, bo do salonu weszła Walerka niosąc na tacy ciasta i owoce. Za nią szedł Florek, młody służący, protegowany Jasia, i dźwigał dymiący samowar. Pokojówka nakryła stolik do herbaty i wyszła, jeszcze w drzwiach zerkając zalotnie na młodych panów. Jaś ziewnął dyskretnie i wyszedł na balkon, wyglądając na ulicę. Wróciwszy do pokoju spojrzał na zegar.
- Kotku. – uśmiechnął się do Niny. – Chyba nie weźmiesz nam za złe, jeżeli przez godzinkę pogadamy sobie w tym małym saloniku. Zaraz przyjdą tu inni koledzy i nie chcę, żebyś się z nami nudziła.
- Ależ naturalnie. – powiedziała słodko. – Możecie panowie czuć się tu bezpiecznie. Florek przypilnuje, żeby nikt obcy nie kręcił się w pobliżu. Moje mieszkanie posiada trzy wyjścia: przez frontowe schody, przez schody kuchenne, oraz awaryjne, przez okno w pokoju kąpielowym, wychodzące na dachy sąsiednich budynków.
- Jasiek, masz kuzyneczkę anioła! – blondynek patrzył na nią z rozmarzeniem.
- Nie powiedziałeś żadnej rewelacji. – pochwycił z zapałem pan Bronek. – Bez wątpienia jest pani najpiękniejszą panną w stolicy.
- To bardzo uprzejmie stwierdzenie, ale na szczęście nie grozi mi zawrót głowy, ponieważ jestem wobec siebie bardzo krytyczna. – oświadczyła nieszczerze Nina, rumieniąc się jednocześnie z dumy. „Och, żeby Alek mógł to usłyszeć!” – pomyślała. – Podobno żona Konstantego, wielka księżna Aleksandra Osipowna, słynie z urody. - zauważyła głośno.
- O nie! – zawołał student z przekonaniem. – Przy pani wydawałaby się tylko pospolitą mieszczką.
- Powiadają, że księżna jest ambitna i pragnie dla męża polskiej korony. - pan Bronek wstał i skłonił się, dziękując za poczęstunek. - W Polsce będzie pierwszą damą w Królestwie, w Petersburgu jest tylko jedną z wielu krewnych cara, który zresztą nie darzy jej sympatią.
W przedpokoju rozległ się cichy dzwonek.
- Już są! – zawołał Jaś. – Chodźmy, chłopcy.
Do mieszkania weszło kilku młodych mężczyzn, którym Jaś wybiegł naprzeciwko. „Rozmowa” trwała niemal do zmroku. W tym czasie Nina dopilnowała, żeby kolacja była naprawdę elegancka i ponownie obejrzała reprodukcje, podziwiając mistrzowski rysunek i bijącą z nich prawdę historyczną. Do kolacji zasiedli we czworo, bo przybyli mężczyźni opuścili mieszkanie, wychodząc przez kuchenne schody. Przy kawie panowie poprosili ją o koncert. Łaskawie dała się namówić i zasiadłszy do fortepianu, wykonała kilka polonezów Chopina i jedną etiudę, popisując się świetną techniką. Zachwyceni młodzi ludzie, nie szczędzili jej komplementów, zupełnie zresztą zasłużonych. Gdy pożegnali się i wyszli, Jaś rzucił się w salonie na kanapę i wybuchnął śmiechem.
- Ależ z ciebie kokietka! Zawróciłaś w głowie tym biednym chłopakom. Tak wzdychali, że musiałem okno otworzyć, bo w pokoju zrobiło się duszno. Przyznaj się, wpadli ci w oko?
- No… byli sympatyczni. – oświadczyła powściągliwie, układając usta w ciup. – Ale jak się nazywają, bo tak cicho się przedstawili, że nie dosłyszałam nazwisk.
- Nie bądź za ciekawa, to niezdrowo. – mruknął, a potem spojrzał na nią i zmiękł, zauważywszy zawód malujący się na jej buzi. – W zasadzie obowiązuje mnie tajemnica, ale… Będziesz ich tu często widywać. Ten blondyn, to mój kolega ze studiów Władysław Daniłowski4, przywódca naszych chłopców z Akademii. Wpatrywał się w ciebie, jak piorun w żabę!
- Nie jesteś dżentelmenem. – prychnęła obrażona. – Czy ja przypominam żabę?
Bronisław Szwarce.
 - Cofam żabę. – poprawił się. – Wpatrywał się w ciebie jak cielę w malowane wrota! Normalnie nie ma takiej głupiej miny i jest ostry jak brzytwa. A ten brunet, na którego oczkowałaś, – nie zapieraj się, bo widziałem, – to Bronek Szwarce, inżynier. Urodził się we Francji, stąd jego akcent. Ma tu ciotkę, panią Emilię Heurichową. Jej córki coś ci przyniosą od czasu do czasu, na przechowanie. Niech Felek zrobi porządną skrytkę na dachu. Pamiętaj, powiedziałem ci to wszystko w zaufaniu.
- No wiesz, Jasiu? Czy ja ciebie kiedykolwiek zdradziłam? Myślisz, że nie widziałam, jak podbierałeś wujowi Ksaweremu cygara i ćmiłeś je w stodole? Gdybym coś wypaplała, wuj obdarłby cię ze skóry.
- Przyznaję, że kiedyś był z ciebie dobry kompan, ale teraz wyrosłaś na smarkatą zalotnicę! – w jego oczach zabłysły wesołe iskierki.
- A ty, zrobiłeś się niegrzeczny! Wcale nie jestem smarkata. Mam już siedemnaście lat! Aha!
- Racja, postarzałaś się. Masz już zmarszczki, a tylko patrzeć, jak wypadną ci zęby. – drażnił się z nią, patrząc z czułością na jej nadąsaną minkę.
- Jesteś wstrętny! Nie cierpię ciebie.
- Wzajemnie, bo uwodzisz moich biednych kolegów i robisz z nich sentymentalnych durniów. – śmiał się, przeczesując palcami jasną czuprynę.
- Wcale mi nie zależy na twoich kolegach. Nie dbam o nich, nawet tyle! – pokazała na paluszku, jak mało sobie z kogokolwiek robi.
- Naprawdę? A na kim ci zależy? – spytał podstępnie.
- Mnie? Na nikim! A w ogóle, to dziś zachowujesz się nieznośnie. Wynoś się!
Westchnął rozdzierająco, jak mężczyzna zmuszany do niemiłego obowiązku.
- Gościnna jesteś, ani słowa. No idę już, idę. A ty się zaraz połóż i wypoczywaj. Nie powinnaś przemęczać się długim siedzeniem po nocach.
- Skąd wiesz, że nie mogę spać? – burknęła zadziornie.
- Nigdy nie pytaj lekarza, skąd to wie. Jutro przyniosę ci brom. Powinnaś zażywać go przed snem.
Podeszła do niego, zarzuciła mu ramiona na szyję i ucałowała.
- Jesteś taki kochany, misiuniu. Zrobię, jak każesz.
- Grzeczna dziewczynka. – oddał jej pocałunek i wyszedł.
Ciotka B. Szwarcego pani Heurich z córkami.
  Wyglądając za nim z balkonu, Nina długo jeszcze słyszała gwizdaną przez niego arię: „La donna e mobile5”. Uśmiechnęła się z rozrzewnieniem. Był taki zabawny, taki kochany. Aria z "Rigoletta” była jego zemstą.
Odtąd jej mieszkanie stało się jednym z wielu lokali konspiracyjnych. O pewnej godzinie, schodzili się młodzi ludzie, i rzuciwszy krótkie hasło otwierającemu im drzwi Florkowi, znikali w bocznym saloniku. Czasami towarzyszył im Jaś, lecz najczęściej przychodzili sami. Nina spostrzegła, że przeważnie byli bardzo skromnie ubrani. Przemykali boczkiem do saloniku, starając się ukryć przed wzrokiem domowników, obszarpane nogawki spodni i dziurawe zelówki trzewików. Byli wśród nich studenci, czeladnicy z warsztatów rzemieślniczych, robotnicy z zakładów przemysłowych, a nawet uczniowie szkół licealnych. Czasami, powodowana ciekawością, Nina sama otwierała im drzwi, a wtedy chłopcy kłaniali się zawstydzeni i pospiesznie zmykali do pokoju. Zauważyła, że są wychudzeni i mizerni, musieli być niedożywieni i głodni.
Jaś opowiadał jej, że zwykle wynagrodzenie robotnika i rzemieślnika, kształtowało się w granicach 150-250 rubli rocznie. Tymczasem najskromniejsze utrzymanie kosztowało ponad 300 rubli rocznie. We wczesnym dzieciństwie, Nina często bywała głodna i nigdy o tym nie zapomniała. Nie potrafiła patrzeć obojętnie na ziemiste, chude twarze swoich gości. Wydała więc polecenie kucharce, żeby codziennie na stole w saloniku, stał półmisek z kanapkami, a Florek zanosił tam samowar. Po wyjściu młodych ludzi, półmisek był wymieciony do czysta, a herbata wypita. Chłopcy byli jej za to serdecznie wdzięczni, rewanżując się kilkoma kwiatkami, składanymi u drzwi jej pokoju.
Leon Frankowski.
  Z czasem zaczęła rozpoznawać twarze swoich gości. Bardzo lubiła młodziutkiego Leona Frankowskiego. Miał dziewiętnaście lat, wesołe oczy i rozwichrzoną czuprynę. Z rozkazu Wielopolskiego, został usunięty ze szkoły za kocią muzykę, urządzoną pod pałacem margrabiego. Wszyscy jego bracia działali w konspiracji, a najmłodszy z nich Leon, okazał się najbardziej bezkompromisowym entuzjastą walki zbrojnej. Pewnego dnia przyszedł młody, barczysty mężczyzna w ciemnym, skromnym ubraniu. Zachowywał się bardzo władczo i przemawiał rozkazująco. Jaś, szepnął jej, że był to sam Ignacy Chmieleński, przywódca sekcji terrorystycznej, mający wiele do powiedzenia we władzach konspiracyjnych. Innym razem, Nina zwróciła uwagę na młodego, jasnowłosego mężczyznę, niskiego wzrostu, o energicznej postawie żołnierza. Kiedy on przychodził, Florek właził na strych i stamtąd obserwował ulicę. W tym samym czasie, na schodach i koło bramy przechadzało się kilku młodych mężczyzn, bacznie przyglądając się przechodniom.
Zaintrygowana tym Nina, chciała się dowiedzieć, kim jest ten pan, otaczany tak troskliwą opieką, ale Jaś unikał odpowiedzi, wykręcając się jakimś żarcikiem. Daniłowski i Szwarce przychodzili także, lecz już oficjalnie, na spotkania spiskowców. Wiele miesięcy później, Nina dowiedziała się, że obaj byli członkami Komitetu Centralnego Narodowego. Ich nazwiska związane były nierozerwalnie z okresem przedpowstaniowym. Do końca życia z czcią przechowywała kartę z albumu, do którego wpisali się tylko imionami.
1 Kariatydy - posągi podtrzymujące fragmenty budowli np balkony.
2Passe - przeszły- tu: niemodne.
3Grasejować - wymawiać gardłowo spółgłoskę "r".
4 Władysław Daniłowski (1841 – 1878) działacz polityczny z okresu Powst. Stycz. Członek Komitetu Centralnego Narodowego.
5 La donna... - "Kobieta zmienną jest" - aria Księcia z opery "Rigoletto" G.Verdiego.