czwartek, 14 kwietnia 2016

Wielkopańskie rozrywki i przepowiednia przyszłości?


14 kwietnia 2016 r.
Nieubłagane zasady dobrego wychowania, które były w jej sferze aksjomatem1, nie pozwalały napisać do hrabiego Klonowieckiego szczerego listu. Słówka „nie wypada”, przestrzegano w towarzystwie ludzi dobrze urodzonych, z żelazną konsekwencją. Osobę próbującą wyłamać się z obowiązujących norm towarzyskich, czekał bojkot, a drzwi salonów zamykały się przed nią raz na zawsze. Pannie z dobrego domu, nie wypadało rozmawiać o miłości nawet z narzeczonym. Nina wyrzucała sobie ze wstydem, że wielokrotnie pogwałciła konwenanse, otwarcie wyznając Aleksowi, że go kocha. Panny skromnie wychowane, obowiązywał surowy reżim. Matki, ojcowie, babki i ciotki, strzegli ich cnoty, jak diabeł grzesznej duszy. Nie wypadało przebywać ze starającym się o rękę dziewczyny konkurentem, pod jednym dachem, nie należało pisać do niego listów, chyba że matka zezwoliła dopisać się do swej korespondencji. Ukazanie się panny w towarzystwie mężczyzny na ulicy, rozumiano jako zapowiedź rychłego małżeństwa. Rozmyślając o swoim zachowaniu, Nina doszła do wniosku, że hrabia jej nie szanował, bo sama nie potrafiła się uszanować. Paliła się z upokorzenia, na wspomnienie pocałunków, jakimi go obsypywała. Och, dlaczego była tak inna, od sztywnych, pełnych obłudy salonowych panien? Westchnęła i odeszła od lustra.
Na reunion obie damy pojechały wynajętą dorożką. W mroku, jaśniały okna salonów w pałacu Sapieżyńskim i dobiegała stamtąd muzyka. W przedpokoju, wygalowany lokaj odebrał od pani Salomei atlasową rotundę, i zdjął z ramion Niny jedwabny płaszcz balowy. Na progu salonu, powitali obie panie gospodarze domu.
Nina  Łuszczewska
- Jak to miło, pani Salomeo, że zechciała pani sobie o mnie przypomnieć. – powiedziała uprzejmie pani Łuszczewska, przypatrując się ciekawie Ninie.- A to zapewne moja imienniczka?
- Państwo pozwolą, – pani Borutyńska wzięła Ninę za rękę. – że przedstawię im pannę Ninę Nałęczowską, córkę bohaterskiego powstańca, zgasłego w germańskiej niewoli. – starsza pani nie wahała się użyć patetycznych wyrażeń, gdyż w domu państwa Łuszczewskich, patos był dobrze widziany. Nina przysiadła w tak niskim ukłonie, że jedwabna krynolina rozłożyła się dokoła niej na kształt kielicha kwiatu.
- Miło mi poznać panią, drogie dziecko. Podobno okrzyknięto cię już najpiękniejszą panną w stolicy. Ale ja, stara warszawianka, ostrzegam, że lepiej dla młodej panienki, kiedy o niej nie mówi się nic w naszym plotkarskim mieście. – pani Łuszczewska powiedziała to z uśmiechem, który miał wyglądać macierzyńsko, ale był złośliwy. Będąc matką dwóch mało powabnych córek, pani Łuszczewska była zazdrosna o urodę innych młodych dziewcząt.
W ogromnym salonie, obitym szarym jedwabiem w złoty rzucik, pani Salomea wybrała wygodną kanapkę w rogu pod palmami. Przyjechały dość wcześnie, aby uniknąć wchodzenia do sali, pod obstrzałem spojrzeń zgromadzonych gości. Apartamenty były bardzo bogato urządzone, pełne posągów, zwierciadeł, kosztownych mebli. Na posadzkach leżały ogromne dywany, a sufit zdobiły stiuki. Rozglądając się po salonie, Nina stwierdziła z zadowoleniem, że jej mieszkanie jest równie wykwintne, ale gustowniej urządzone. Obejrzawszy dyskretnie toalety znajdujących się w sali pań, pogratulowała sobie wyboru sukni. Co prawda, większość dam miała na sobie ciemne stroje, lecz zawsze rozjaśnione jakimś akcentem: białą koronką na głowie, barwnym szalem, czy bukietem kwiatów.
Salon państwa Łuszczewskich.
 - Ciocia zauważyła, że te panie nie noszą żałoby? – szepnęła do ucha pani Borutyńskiej.
- To oczywiste, kochanie. Pan Łuszczewski jest zaufanym pracownikiem margrabiego Wielopolskiego, sprawując funkcję dyrektora Komisji Spraw Wewnętrznych. Dlatego jego żona i córki, a także bywające tu damy, zadowalają się jedynie demi-deuil2.
Do kanapki zaczęli się zbliżać znajomi pani Borutyńskiej, z zainteresowaniem przypatrując się Ninie. Musiała całować starsze damy w rękę, wstawała, dygała, siadała i prędko miała tych ceremonii po dziurki w nosie. Lokaj co jakiś czas meldował powszechnie znane nazwisko: słynnego literata, muzyka, artystę, lub cudzoziemca, bawiącego przejazdem w Warszawie. Pani Salomea szeptem informowała Ninę, kto właśnie wchodzi do salonu. Uwagę Niny zwróciła siwa dama, w czarnej atłasowej sukni przybranej dżetami. Niegdyś musiała być bardzo piękna, bo jeszcze teraz znać było na jej twarzy ślady wielkiej urody.
- Kim jest ta pani! – spytała półgłosem.
 - Ta dama w czerni? To pani hrabina Rozalia Rzewuska, née3 księżniczka Lubomirska. Żona legendarnego emira Wacława Rzewuskiego, poległego w powstaniu.
- Czy tego, komu pan Mickiewicz poświęcił wiersz „Farys”? – Nina zrobiła wielkie oczy.
- Właśnie tego. Pamiętam, że niegdyś zawsze towarzyszyła jej córka, włoska księżna Teano. Wyjątkowo piękna i wykształcona młoda kobieta. Niestety, zmarła młodo, osierocając matkę, męża i dzieci.
- Jakie to przykre.
- Pani Rzewuska to istna polska Niobe. W powstaniu utraciła męża i podobno syna, lecz jej tragedia zaczęła się wiele lat wcześniej. Jako mała dziewczynka była świadkiem okropnej śmierci swej matki księżnej Lubomirskiej, ściętej w Paryżu na gilotynie w czasie rewolucji francuskiej.
- Ścięli Polkę? - Nina wzdrygnęła się z przerażenia.
- Tak, bo księżna Lubomierska była serdeczną przyjaciółką królowej Marii Antoniny. – wyjaśniła pani Salomea.
- Potworne.
- Pani hrabina jest osobą utalentowaną. Pisze pamiętniki i wydała książkę o królowej Jadwidze.
- Aha. A kim jest ten pan, z którym rozmawia pani Łuszczewska?
- To pan Kazimierz Wóycicki, autor „Klechd domowych”.
Pani Borutyńska znała wszystkich, liczących się w Warszawie ludzi. Pokazała Ninie doktora Ludwika Sauvana, niegdyś osobistego lekarza hrabiego Zygmunta Krasińskiego, panią Sewerynę Pruszakową, poetkę i literatkę, oraz wiele innych znakomitości. Pewne wrażenie zrobił na Ninie pan baron Leopold Kronenberg, słynny bankier, polityk i przywódca stronnictwa Białych. Baron raczył zauważyć panią Salomeę, którą pamiętał z czasów, gdy była osobą majętną i zaszczycił ją ukłonem, a Ninę komplementem. Baron posiadał koncesje rządowe na rozbudowę Kolei Warszawsko- Wiedeńskiej i był właścicielem „Gazety Polskiej”, redagowanej przez Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Edward Jurgens.
Tego dnia na reunionie, obecny był nawet dawny zesłaniec pan Edward Jurgens, uważany za najinteligentniejszego człowieka w Warszawie. Udzieliwszy Ninie wszystkich informacji, pani Borutyńska pouczyła ją, że pannę Łuszczewską należy całować w rękę przy prezentacji.
- Dlaczego? – zdziwiła się Nina. – Oficjalnie, panien nie całuje się w rękę.
- W tym przypadku jest to hołd oddany talentowi panny Jadwigi.
Nina wzruszyła ramionami nie przekonana, ale nim coś zdążyła powiedzieć, do sali weszła Deotyma, witana szmerem uwielbienia. Była to niska, krępa kobieta, zbliżająca się do trzydziestki. Miała na sobie fantastyczną szatę, przepasaną złotym sznurem, na stopach złociste sandałki, a na głowie coś w rodzaju diademu ze złotych liści. Jej oczy były duże i wyraziste, a włosy długie i gęste. Reszta twarzy pozbawiona prawie brwi, wyglądała pospolicie. Mierzonym krokiem przeszła przez salon i usiadła na krześle przypominającym tron. Jej zachowanie wydało się Ninie obrachowane na tani poklask. Bystre oczy panny Łuszczewskiej obiegły salon i zatrzymały się na jej twarzy. Pochyliła się w stronę matki i szepnęła jej kilka słów. Pani Łuszczewska skinęła głową i podeszła do kanapki.
- Jadwinia dziękuje, że raczyła pani nas odwiedzić. – zwróciła się do pani Borutyńskiej. – Prosiła, żeby zechciała pani przypomnieć panu Januszowi, że sesja Towarzystwa Dobroczynnego, została przesunięta na czwartek. Czy pan Janusz znajdzie chwilę czasu, by zbadać tych biedaków z Dobrej?
- Mam nadzieję. – pani Salomea bez entuzjazmu skinęła głową.
- Pozwól, moje dziecko. Przedstawię cię córce. – pani Łuszczewska wyciągnęła do Niny rękę. Miała przy tym taką minę, jakby zamierzała zaprezentować ją cesarzowej. Podeszły do „tronu”.
- Jadwiniu, to panna Nina Nałęczowska. Od niedawna przebywa w Warszawie.
Deotyma zmierzyła prezentowaną pannę wyniosłym spojrzeniem, jakby chciała powiedzieć: „To widać!”.
- Mam nadzieję, że mile spędzi pani czas. – odezwała się, wyciągając rękę gestem monarchini.
„Wątpię!” – pomyślała Nina i dygnęła.- Jestem ogromnie wdzięczna, że dostąpiłam zaszczytu znalezienia się w gronie osób, których nazwiska przejdą do historii kultury narodowej. – oświadczyła uprzejmie.
Miała na myśli pana Kronenberga i Wóyciciego ale Deotyma wzięła jej słowa za komplement i uśmiechnęła się łaskawie. Zaraz jednak spochmurniała, bo Nina ignorując rady pani Borutyńskiej, poprzestała jedynie na uściśnięciu pulchnych palców poetessy i ukłonie. Wracając na kanapkę, pocieszała się myślą, że najgorsze ma już za sobą. Okazało się jednak, że była zbytnią optymistką.
Mała orkiestra kameralna zakończyła grany „Koncert Brandenburski” Bacha i w całej sali zapanowała cisza. Deotyma powstała i przybrawszy dramatyczną pozę, zaczęła deklamować coś długiego i tak nudnego, że wszystkie damy błogosławiły wynalazcę wachlarza. Pani Salomea przesunąwszy się głębiej w cień palmy, walczyła z chętką ucięcia sobie drzemki. Ninę rozbolały szczęki od powstrzymywanego siłą szerokiego ziewnięcia.
- Ciociu. – odważyła się szepnąć. – Ona długo tak może bredzić?
- Jeden Bóg raczy wiedzieć. – pani Borutyńska wysoko uniosła brwi i położyła palec na ustach.
Jadwiga Łuszczewska Deotyma.
 Najwidoczniej i Pan Bóg się znudził, bo nagle Deotyma zachrypła. Nastała upragniona przez wszystkich przerwa. Po sali krążyli lokaje, roznosząc lody, ciasta od Louisa, wino i herbatę dla pań. Nina pomyślała, że tylko na wsi można jeszcze dobrze sobie podjeść.
- Ciotuniu, a kiedy wypada stąd wyjść? – zapytała, skubiąc od niechcenia widelczykiem ciasteczko z polewą czekoladową. - Moje biedactwo! – pani Salomea roześmiała się, obejmując czułym spojrzeniem jej znudzoną buzię. – Dlatego właśnie jak ognia, unikam zaproszeń na podobne imprezy. Niestety, cała Warszawa patrzy na Deotymę oczami pani Łuszczewskiej. Matka odebrała dziewczynie dzieciństwo, robiąc z niej atrakcję swojego salonu. Umiała jej wmówić przeświadczenie o charyzmatycznej roli, jaką ma do spełnienia. Panna uwierzyła i śmiertelnie obraziła się na biskupa Łętowskiego, który wysłuchawszy deklamacji, poradził jej poczciwie, żeby wyszła za mąż!
Pani Łuszczewska tłumaczyła gościom, jak bardzo jest jej przykro, że Jadwinia ma dziś kłopoty z głosem. Miała zmartwioną minę i odruchowo wygładzała fałdy fioletowej krynoliny.
„W tych fioletach wygląda jak chodzący katafalk!”. – pomyślała Nina i zagryzła usta, żeby nie parsknąć śmiechem.
- Moja córka odziedziczyła talent literacki po mnie.– pochwaliła się pani Łuszczewska. – Znacie państwo mój dwuwiersz o roli kobiety? Brzmi następująco:" Kochać w milczeniu – mówić w spojrzeniu. Cierpieć w westchnieniu - żyć w poświęceniu."
„I umrzeć z nudów! – dokończyła w myśli Nina. – Rymu wprawdzie nie ma, ale jest przynajmniej sens!”. Goście robiąc dobrą minę dali damie brawo.
- Nadzwyczaj trafnie. – pochwaliła pani Salomea.
- Też tak uważam. – przytaknęła pani domu bez cienia skromności. – A może pani nam coś zagra? - spytała Ninę łaskawie.
Nina zmieszała się i nie wiedziała co powiedzieć. W tym salonie koncertowały już sławy.
- To chyba nie wypada, żebym występowała w obecności tak znakomitych osób. – wzbraniała się, czując paraliżującą tremę.
- Ależ nie, drogie dziecko. Zaprowadzę panią do fortepianu. – pani Łuszczewska nie zamierzała ustępować.
W rogu sali stał wielki koncertowy instrument. Nina usiadła nieśmiało na brzeżku aksamitnego taboretu i zdjęła jedwabne rękawiczki. Goście przerwali rozmowy, przybierając zdawkowo uprzejme miny i gotowali się do pobłażliwego wysłuchania popisu panny z prowincji. Kiedy położyła dłonie na klawiszach, w mgnieniu oka zapomniała o wszystkim, odzyskując pewność siebie i przekonanie, że ukochany instrument nie zawiedzie, a żaden fałszywy dźwięk, nie wymknie się spod jej palców. Postanowiła zdobyć słuchaczy przebojem.
Koncert rozpoczęła opanowanym do perfekcji Wielkim Polonezem Es-dur Chopina. Gdy w salonie rozległy się delikatne dźwięki Andante spianato, słuchacze zareagowali dyskretnym szmerem pochwalnym. Ale Nina już tego nie słyszała, cała oddana muzyce. Jej drobne, długie paluszki jęły ścigać się z klawiszami, fruwając nad klawiaturą jak motyle. Mała dłoń miała chwilami tak potężne uderzenie, że muzyka zdawała się rozsadzać ściany salonu. Zakończywszy Poloneza, zdecydowała się zagrać Etiudę c-mol z opusu 25, niesłychanie trudną technicznie. Wykonała ją po mistrzowsku, zalewając salę burzą dźwięków i przebiegając klawiaturę w piorunujących pasażach. Utwór był bardzo widowiskowy i ona o tym wiedziała. Blada z uniesienia, zakończyła etiudę i siedziała z mocno bijącym sercem, bardzo zdenerwowana.
 W sali panowała cisza. Bliska płaczu podniosła się z taboretu, a wtedy salon zatrząsł się od oklasków i okrzyków zachwytu. Wzruszeni goście nagrodzili młodziutką pianistkę owacjami i prośbami o bis. 
 Wysłuchała komplementów ze słabym uśmiechem, nagle zniechęcona do wszystkiego. Nawet słowa 
Baron Leopold Kronenberg.
 barona Kronenberga, który wyraził z przekonaniem opinię, że oto w Warszawie pojawiła się nowa Maria Szymanowska4, nie zrobiły na niej wrażenia. W jednym momencie stała się ośrodkiem zainteresowania zgromadzonych gości, dopytujących się u pani domu, kim jest ta piękna, utalentowana panna. Pani Łuszczewska uśmiechnęła się zadowolona. Raz jeszcze udowodniła, że w jej domu nie ma miejsca dla miernot. Zaprezentowała Ninę hrabinie Rzewuskiej i innym, równie dostojnym damom.
Powróciwszy na kanapkę, Nina zastała tam otyłą panią w przepięknej kolii z ogromnych pereł i ametystów. Dama najwyraźniej była nią zainteresowana.
- W jakie dni pani przyjmuje? – zagadnęła, wpatrując się w Ninę parą małych, ciemnych oczek.
- Nie prowadzę domu otwartego, bo mieszkam tylko z nianią i ze służbą.
- Oczywiście, ale może pani, kochane dziecko, prosić o szaperonowanie5 panią Salomeę. Wystarczy wybrać sobie jakiś dzień na jour fix.
- Pomyślę o tym.
- Koniecznie. – dama chrząknęła i energicznie się powachlowała, gdyż w sali było duszno. – Bardzo przejęłam się wiadomością o śmierci naszej nieodżałowanej Tekluni. Byłyśmy nawet spokrewnione. Á propos, czy pan hrabia Klonowiecki jest pani krewnym?
Nina drgnęła, jak ukłuta szpilką i przybrała chłodny, nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Owszem.
- Oh, mon Dieu, jaki to dystyngowany mężczyzna! – pochwaliła dama, sięgając po mleczny poncz podany przez lokaja. – Podobno niedawno osierociła go żona? Widziałam ją raz na balu u książąt Lubomirskich… Nie, to było na Zamku, u księcia namiestnika Gorczakowa. Zrobiła wtedy furorę toaletą i urodą. Czy to prawda, że nieboszczka miała jakiś, pardon, liaison ďamitiez6 z mnichem czy z klerykiem? Hm, osobliwy gust. Ale jej śmierć spowodowała wiele szumu w Warszawie. Nasz entourage7 lubuje się w krwawych dramatach, niczym Rzymianie w igrzyskach. Gdy tylko minie okres żałoby, wyobrażam sobie ten wyścig panien na wydaniu, bo pan hrabia jest nie tylko bogaty, ale i wyjątkowo przystojny. – paplała dama, nie zauważywszy, że Nina zbladła i siedziała w milczeniu. – A co powie pani na ten zbójecki zamach? – podjęła po chwili, patrząc z sympatią na Ninę. – Wstydziłam się za moich rodaków. Ale wielki książę zachował się z prawdziwie chrześcijańską dobrocią. To przeuroczy człowiek. Razem z panią margrabiną Wielopolską i panią hrabiną Rzewuską, złożyłyśmy księstwu wizytę w Belwederze i przyjęto nas bardzo mile. Jego Wysokość wielki książę Konstanty, sam zabawiał nas rozmową, a wielka księżna raczyła nalewać nam herbatę! Jej Wysokość wielka księżna, marzy o wspaniałym dworze, gromadzącym damy z najlepszych polskich rodzin. Pani, mon enfant8, byłabyś ozdobą tego dworu. Masz znakomite parantele, znałam twoją rodzinę. Postaram się, żeby została pani przedstawiona księstwu i zaręczam, że będziesz najłaskawiej przyjęta.
Otyła dama zasapała się i Nina zdołała dojść do głosu.
- Przykro mi, lecz jestem w żałobie i nigdzie nie bywam. – rzekła chłodno.
Pani Salomea w milczeniu wysłuchała tej niemądrej paplaniny, ale Nina była przekonana, że słowa tej kobiety obrażały ją i bolały. Tłusta dama nie zamierzała jednak zamilknąć.
- A nie, nie! W pani wieku nie należy zamykać się w domu. – energicznie poprawiła rajer spadający jej na oko. Na jej palcach błysnęły brylantowe pierścienie. – Wielka księżna uszczęśliwiła nas, pokazując wyprawkę dla mającego się narodzić dzieciątka. Wzruszyłyśmy się do łez! Pieluszki przyszłego Romanowa!... O mój Boże! – jęknęła naraz z głębi obfitej piersi. – Deotyma wchodzi! Musimy siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą. Proszę, tu jest mój bilet. Pragnę przedstawić pani mego syna Przyjmuję w piątki i będę z niecierpliwością oczekiwała obu pań.
Deklamująca Deotyma
 Deklamacje trwały tak długo, że zmęczeni goście zaczęli zasypiać. Wieczór zakończył się o pierwszej w nocy. Przed pałacem czekał Jaś i sprowadzona przez niego dorożka. Był zły, palił papierosa i klął pod nosem.
- Myślałem, że zamierzacie tam nocować! – zauważył gniewnie, pomagając paniom wsiąść do powozu. – Chcę się wyspać!
- To nie nasza wina, misiu. – westchnęła Nina boleśnie. – Nigdy w życiu nie wynudziłam się tak okropnie. Boże, jakież to snoby…
- I ludzie obojętni na los ojczyzny. – dorzuciła pani Salomea surowo.
Jechali ulicami uśpionego miasta, a Nina rozpamiętywała z urazą zachowanie Deotymy, która zignorowała jej pożegnalny ukłon. Pomyślała z pogardą, że gdyby dziadek panny Łuszczewskiej nie popełnił wstrętnego mezaliansu, żeniąc się z nędzną tancerką, być może Deotyma mieszkałaby dziś w suterenie, a nie w pałacu Sapieżyńskim. Tylko dzięki temu, że pan generał Żółtowski miał gust do ordynarnej komediantki, jej wnuczka zadzierała nosa wobec niej, panny Nałęczowskiej, prawnuczki senatorów i całego szeregu dostojników świeckich i duchownych. Nina prychnęła pogardliwie i postanowiła nigdy więcej nie przyjmować zaproszeń do państwa Łuszczewskich.
Drzwi otworzyła jej Walerka i spytała, czy podać kolację? Nina nie była głodna i kazała jej się położyć. Weszła do sypialni i nie rozbierając się, opadła na najbliższe krzesło, zasłaniając twarz dłońmi. Czuła się bezgranicznie nieszczęśliwa i samotna w tym wielkim mieście i obcym, nie lubianym mieszkaniu. Do pokoju zajrzała Jaga, narzuciwszy wielką chustę na nocną koszulę. Widocznie nie spała, czekając na nią.
- Dlaczego się nie rozbierasz? Cóż, nie podobało ci się u pana szambelana dworu carskiego? – spytała ironicznie. – Nina, dlaczego ty znowu płaczesz? – nie doczekawszy się odpowiedzi, prędko rozpięła haftki stanika jej sukni, schowała biżuterię do szkatułki i rozpuściwszy włosy Niny, jęła je energicznie szczotkować, splatając potem warkocze. – Co za beksa! – zrzędziła. – Może dowiem się w końcu, dlaczego beczysz, jak to cielę prowadzone do rzeźni? Ach rozumiem, mam sobie pójść spać i nie gadać, żeby nie zawracać głowy jaśnie panience, bo nie masz ochoty do rozmowy ze mną.
Nina poruszyła się i wydobyła głos ze ściśniętego gardła.
- Proszę, nie dokuczaj mi nianiu. Tak mi smutno, nienawidzę tego miasta i tego mieszkania. Jestem bardzo nieszczęśliwa. – chlipnęła żałośnie.
- Nina, a ciebie co ugryzło?
- Zostaw mnie! – Nina wybuchnęła głośnym płaczem i rzuciła się na łóżko, bijąc pięściami w kołdrę.
- Uspokój się natychmiast, albo wezmę trzepaczkę! – zagroziła Jaga podniesionym tonem. – Jak dostaniesz lanie, będziesz miała powód do płaczu. Po prostu histeryzujesz.
- Czy to moja wina, że los mnie tak bezlitośnie karze? – krzyknęła Nina, podnosząc czerwoną i zalaną łzami twarz. – Narzekasz, że płaczę, ale może nadejść taki dzień, że będziesz się modliła, żebym zapłakała. – powiedziała nagle, jakby w proroczym natchnieniu.
- Nie kracz! – Jaga odruchowo uczyniła na piersi znak krzyża. – Wiem, dlaczego tak spazmujesz. Mówię ci, wyrzuć go z pamięci i z serca. Do Makowa więcej nie wrócisz. To koniec! Twoje miejsce jest tutaj. Masz wspaniałe mieszkanie, pół kamienicy na własność, a najlepsze domy zapraszają cię do siebie. Musisz ułożyć sobie życie na nowo. Panicz Jaś ma wielu kolegów, może zapozna cię z jakimś przyjemnym chłopcem.
- Nie o takim życiu marzyłam. – Nina ukryła twarz w poduszce.
Jaga z hukiem zatrzasnęła szufladę komody, skąd wyjęła dla niej nocną koszulę. Podeszła do okna i starannie zaciągnęła story, bo wstawał już świt pogodnego, letniego dnia. Zdmuchnęła świecę i rozejrzała się po pokoju, jakby chcąc odpędzić od siebie niespokojne myśli.
- Marzeniami żyć nie można, bo one się nie spełniają, pozostawiając tylko gorycz i rozczarowanie. – powiedziała sucho i stanowczo. – Czy nie przyszło ci do głowy, że gdyby pan hrabia kochał cię naprawdę, to już by tu był? Bóg strzegł, że nie doszło między wami do jakiejś poufałości, bo tego już bym nie przeżyła.
„Jaka szkoda, że nie doszło. – myślała Nina ze smutkiem. – Przynajmniej pozostałyby mi wspomnienia”.
- Taki wielki pan, nie ożeni się z dziewczyną bez posagu. Bo co znaczą twoje grosze przy jego majątku? Przecież samotnie nie spędzisz życia, a ja wiecznie nie będę przy tobie. Zostaniesz sama. Wybierz sobie kogoś. O, pan Szwarce! Przystojny mężczyzna i ma dobry zawód. Inżynier!
Nina kopnęła kołdrę w bezsilnej złości.
- A w podróż poślubną pojadę z nim na Cytadelę, lub na Sybir, bo on z pewnością spędzi tam resztę życia. – wysyczała, gniotąc z wściekłością poduszkę.
- Głupstwa pleciesz. Lepiej weź się do jakiejś pracy, to zapomnisz o tej niemądrej miłości. Jesteś niewdzięczna, bo gdyby nie dobroć świętej pamięci pani hrabiny, żyłabyś dalej na łaskawym chlebie. Więc nie grymaś i ciesz się tym, co masz!
Ostatnie słowa Jagi, zraniły Ninę do żywego, przypominając czasy, o których pragnęła zapomnieć. Oblała się krwawym rumieńcem i wytarła łzy, biorąc do ręki modlitewnik.
- Dobranoc. – wycedziła lodowato. – Rano proszę mnie nie budzić. Chcę się wyspać. – wstała z łóżka i uklękła na klęczniku.
Jaga zerknęła na nią, a potem na palcach wysunęła się z pokoju, obawiając się, że tym razem przedobrzyła i wpadła w niełaskę. Nina odprowadziła ją wzrokiem, a gdy za nianią zamknęły się drzwi, rzuciła modlitewnik i podniosła się z klęcznika.
Opanowało ją nerwowe drżenie, a rozsądne rady Jagi obudziły w niej strach przed widmem ubóstwa. Zaczęła się zastanawiać, na jak długo wystarczą jej posiadane pieniądze. Co prawda, miała mieszkanie, a czynsze z połowy kamienicy przynosiły jej zysk, ale Warszawa była drogim miastem, a pieniądze rozchodziły się błyskawicznie. W mieście za wszystko trzeba było płacić. Sporo już wydała na nowe toalety i codzienne zakupy. Opłacała służbę i niezliczone składki na cele patriotyczne, które potrafił wyciągnąć od niej Jaś. Pomyślała o małżeństwie, lecz zniechęcał ją do tego nieudany mariaż Bini. Wstydziła się wyjść za mąż z rozsądku i kupczyć własnym ciałem, oddając się niekochanemu mężczyźnie.
Gdy umęczona zasnęła, przyśniła jej się kaplica grobowa. W otwartej trumnie leżała Paula, przykryta czarnym woalem. Była niby martwa, ale naraz ożyła i śmiejąc się, na złość Ninie, zamierzała podnieść z twarzy welon. Nina chwyciła ją za ręce, chcąc ją powstrzymać w obawie, że znowu zobaczy jej potworną, trupią maskę. Paula śmiała się coraz głośniej i nagle odepchnęła ręce Niny, zrywając z twarzy welon….
Z przeraźliwym krzykiem Nina usiadła na łóżku, mając jeszcze w uszach wysoki, ptasi chichot zmarłej. Cała była zlana zimnym potem, serce waliło jej w piersi, a w gardle uwiązł krzyk. W pokoju był półmrok, bo kotary nie przepuszczały dziennego światła. Upiorny śmiech Pauli, okazał się wrzaskliwym szczekaniem psa na podwórzu. Kapryśny lekki wietrzyk poruszał koronkowe firany. Nina oparła głowę na podkulonych kolanach i próbowała śmiać się z samej siebie. Jednak dźwięki, które wydobyły się z gardła, bardziej przypominały szloch. Wyciągnęła rękę i pociągnęła bogato haftowaną taśmę dzwonka. Pokojówka zajrzała do sypialni i widząc, że panna nie śpi, z uśmiechem weszła do pokoju.
- Jaśnie panieneczka tak smacznie spała, że nie budziłyśmy. Podać śniadanie?
- Dziękuję, nie jestem głodna. Przynieś mi tylko, Walerciu, kompotu. Aha, powiedz Florkowi, niech przywoła dorożkę. Pojedziesz ze mną do modystki. Warszawa podoba ci się? Wolisz mieszkać w mieście niż na wsi?
Pokojówka odsłoniła okna i otworzyła je szeroko. Cały pokój napełnił się jasnym blaskiem słońca i zapachem jabłek rosnących na drzewie w ogródku. Walerka nalała z dzbanka chłodnej wody do porcelanowej miednicy, a obok powiesiła czyste, wykrochmalone ręczniki. Z komody wyjęła świeżą bieliznę. Wykonanie tych czynności nie przeszkadzało jej głośno zwierzać się młodej pani:
- Bo ja nawet nie myślałam, że w mieście tak ładnie i wesoło. Wczoraj byłam na karuzeli. Leciałam tak wysoko, że aż ze strachu krzyczałam. Byłam też w cyrku. Ojej, małpy tak śmiesznie tańcowały! Człowiek na wsi przez całe życie nie zobaczy tego, co tu w jeden dzień. Bogate miasto. Widziałam nawet księcia namiestnika, jak jechał powozem. Niczego sobie mężczyzna, ale ma takie cudaczne wąsy na policzkach.
Słuchając jej szczebiotu, Nina powoli zapominała o koszmarnym śnie.
- To nie są wąsy, tylko bokobrody, mój ty głuptasku. – wyjaśniła, z rozkoszą chlapiąc się w chłodnej wodzie.
- E, takie dziwaczne, nieładne. – Walerka zręcznie wytarła ją szorstkim ręcznikiem, podała świeżą bieliznę i zasznurowała gorset. Nina usiadła przed lustrem, a Walerka zaczęła rozczesywać jej włosy, szczotkować i układać je możliwie płasko, żeby można było włożyć kapelusz.
- Słyszałam,Walerciu, że trafił ci się konkurent. – spojrzała na pokojówkę, odbitą w tafli lustra. – Chcesz wyjść za niego za mąż?
- Jak mi jaśnie panieneczka pozwoli… - Walerka zarumieniła się i skromnie dygnęła.
- Jeżeli to porządny człowiek, a ty go lubisz, to dlaczego nie? Zawiadomię twego ojca. Ode mnie dostaniesz sto rubli i wyprawkę. Mąż ci nie powie, że wyszłaś za niego bez posagu. Weź sobie także tę popielatą suknię, która ci się tak podoba i ten słomkowy kapelusz.
Dziewczyna z wybuchem radości rzuciła jej się do rąk.
- Jaśnie panienka to taka dobra, jak ten anioł z nieba. Wszyscy to w Makowie mówili. A skłonność do pana Marcina mam, owszem. – przyznała zawstydzona. – Chłopak uczciwy, pracowity, to i żonkę uszanuje. Będziemy zbierać pieniądze, żeby sobie własny sklepik z jarzynami otworzyć.
- Cieszę się, że masz już plany na przyszłość. Wobec tego, weź sobie jeszcze tę białą torebkę i rękawiczki. – powiedziała Nina i niespodziewanie poczuła piekącą zazdrość.
Ta prosta, wiejska dziewczyna, łatwo znalazła drogę do szczęścia. Praktyczna i trzeźwa, będzie miała męża, rodzinę i zapewniony byt. To tylko ona nie może dotąd znaleźć swojej drogi i błądzi, czekając nie wiadomo na co.
- Marcinek powiada, że jak jaśnie panienka się zgodzi, to można dać na zapowiedzi. – pokojówka przerwała jej zadumę.
- Tak szybko? Przecież krótko się znacie.
- A na co czekać, jaśnie panieneczko? Człowiek dwa razy nie żyje. – oświadczyła dziewczyna rezolutnie, pokazując zdrowe zęby w szerokim uśmiechu. – Jaką mam suknię podać?
- Ciepło na dworze?
- Jezusie! – Walerka wzniosła oczy ku sufitowi. – Żar leje się z nieba. Nawet wiatru nie ma. Na wsi poszłoby się do stawu, wypluskało i dobrze.
- A widzisz? Nie wszystko na wsi było takie złe. – Nina westchnęła. – W takim razie podaj mi tę białą z markizety, a do niej aksamitną czarną szarfę.
Do sypialni zajrzała Jaga i popatrzyła na Ninę, pragnąc się przekonać, w jakim jest humorze. Lecz ona nie pamiętała już o urazie. Była tylko smutna.
- Moje słoneczko blado dziś wygląda. – rzekła czule niania. – Źle się czujesz?
- Nie, ale miałam koszmarny sen. Wyobraź sobie, że śniła mi się Paula leżąca w trumnie. Podejrzewam, że czekają mnie kłopoty.
- Trumna? Ależ to dobry znak i oznacza szczęśliwą odmianę losu. – zapewniła ją Jaga. – Nie jadłaś śniadania? W gorsecie jeść niezdrowo.
- W tym upale nic mi nie smakuje. Zjem obiad. – Nina stanęła na środku pokoju, czekając aż pokojówka narzuci na nią suknię i zapnie stanik. Obejrzała się w lustrze i włożyła na głowę szeroki kapelusz z florenckiej słomki, przybrany polnymi kwiatami.
Od początku pobytu w mieście nie miała apetytu, a jedzenie jej nie smakowało. Wychodząc, dała Florkowi bilecik polecając, by zaniósł go do pani Borutyńskiej, z zaproszeniem do Wilanowa. Eskortowana przez pokojówkę zeszła do dorożki. Na ulicy buchnął na nie ciężki, duszący upał. Pełne kurzu rozpalone powietrze drgało z gorąca. Za to przymiarka u modystki, sprawiła Ninie przyjemność. Nowa suknia wieczorowa wydała się jej imponująca. Uszyta z ciężkiej cŕepe de Chine, w kolorze ciemnej morskiej zieleni, miała bogato drapowaną spódnicę, łączoną klinami z ciemnozielonego aksamitu Duży dekolt i króciutkie rękawki, zdobiła piana kremowych koronek. Dodatkiem do sukni był stroik na głowę, imitujący wodorosty. Głęboka barwa vert de mer9, znakomicie podkreślała kolor jej włosów, brązowych, z lekkim odcieniem miedzi i przejrzyste oczy. Przyglądała się w lustrze, wyginając do tyłu i obracając dokoła, by sprawdzić, czy długość spódnicy jest odpowiednia.
- Skromnie, lecz wytwornie. – osądziła Madame Clementine, patrząc z dumą na swoje dzieło.
- Za luźna w talii. – stwierdziła Nina, zdejmując suknię przy pomocy Walerki i panny z magazynu. – Madame, proszę żeby toaleta gotowa była na jutro rano. Poproszę jeszcze o długie kremowe rękawiczki i torebkę odpowiednią do barwy sukni.
- Oczywiście. – Madame skłoniła głowę. – Jutro moja panna odniesie suknię i dodatki.
Nina wyszła z magazynu bardzo zadowolona. W pobliżu znajdował się sklep jubilerski. Na wystawie leżały w czarnych aksamitnych pudełeczkach klejnoty. Przystanęła, sycąc oczy tęczowymi błyskami drogich kamieni. Miała szaloną ochotę na delikatny naszyjnik z jednym dużym szmaragdem, lecz nie stać jej było na tak kosztowny nabytek. Westchnęła, wsiadła do dorożki obok Walerki i kazała się zawieść do parku Łazienkowskiego. Wielkomiejski ruch bardzo ją drażnił. Jezdnia pełna była ciężkich wozów, bryczek i otwartych powozów. Środkiem ulicy przechodziły w takt warkotu werbli, kolumny piechoty. Pomimo piekielnego upału, żołnierze szli równo, dźwigając na plecach ciężkie tornistry i karabiny. Dorożkę mijały miejskie omnibusy, pełne spoconych, umęczonych pasażerów.
Łazienki.
W Łazienkach było nieco chłodniej pod drzewami i o wiele ciszej. Pośród zielonych liści sennie świergotały ptaki. Biały pałac na tle zieleni i gładka, błękitna tafla stawu z pływającymi łabędziami, uczyniły na Ninie wstrząsające wrażenie. Przez moment doznała słodkiego złudzenia, że znajduje się w makowskim parku. „Boże! – zawołała w duchu, stając nad brzegiem wody. – Powróć mnie tam, choćby na mgnienie oka!” Usiadła na ławce i przymknąwszy powieki, przeniosła się w marzeniach w ukochane strony.
Jakże tam było pięknie o tej porze roku. Rabaty kwiatowe błękitne były od krzewów hortensji, czerwone od pelargonii, cykorii i wielkich pachnących goździków. Wszędzie rosły krzewy różane. Wielka fontanna wyrzucała strumienie wody, a po gałęziach drzew śmigały rude wiewiórki. Może i jej ulubienica przybiegała na taras w nadziei, że pani rzuci jej smaczny kąsek? Maciek pewnie ujeżdża Mignon. „Moja konisia”.... – szepnęła, zaciskając dłonie. Punktualnie z wybiciem godziny dwunastej, Walenty zanosił hrabiemu do gabinetu, świeżo zaparzoną przez Kumosię kawę, bardzo mocną, z kropelką koniaku. Taką właśnie Aleks lubił pić, pracując przy biurku. Aż zachłysnęła się na wspomnienie tamtego cudownego życia.
Jakież tam były zimy śnieżne i wesołe kuligi, a potem tańce po dworach. Albo wiosna rozkwitająca fiołkami i białymi konwaliami. Wielkanoc! Poranna Rezurekcja i rozmodlony proboszcz celebrujący nabożeństwo. A w domu stoły uginały się pod ciężarem święconego. Wielkie baby na samych jajkach, kolorowe pisanki, mazurki, ogromne szynki i zwoje wędzonych kiełbas oraz mnóstwo maślanych i cukrowych baranków, które rozdawała wiejskim dzieciakom. Wspominała letnie wypady do boru na grzyby i poziomki oraz uroczyste Boże Ciało. Dymy z kadzielnic, droga usłana kwiatami, proboszcz idący po płatkach czerwonych piwonii i pachnących peoni, trzymając w podniesionych rękach złocistą monstrancję. Nad jego głową amarantowy baldachim haftowany złotem, niesiony przez dziedziców w kontuszach i przy szabli. A potem noc świętojańska, wianki rzucane do Świśliny i płonące ogniska nocą, przez które skakali chłopcy. Tyle było śmiechu… Jesienią jechali czasem we dwoje z Aleksem konno w pole i piekli w popiele ziemniaki. Grot szalał z radości, goniąc po ścierniskach przerażone kuropatwy. Aleks obierał dla niej ziemniaki z łupinki i śmiał się, patrząc na jej buzię czarną od sadzy, całując brudny nosek. Boże!... Pożerana straszną tęsknotą, zerwała się z ławki i gnana obudzonymi niebacznie wspomnieniami, pobiegła do wyjścia. Wskoczyła do dorożki, ciężko dysząc.
- Dokąd mam jechać? – spytał stary dorożkarz.
- Gdziekolwiek. – wtuliła się w kąt i zacisnęła powieki, powstrzymując łzy. Myślała o tym, że pamięć ludzka jest tak nietrwała, doznania tracą wyrazistość, umysł wypacza obraz przeszłości, uwypuklając jedynie to, co chciałby zachować.
W dorożce budę podniesiono, ale i tak było w niej piekielnie gorąco. Walerce pot spływał spod słomkowego kapelusza. Zmęczony koń wolno człapał, ciągnąc z wysiłkiem powóz, a wyłażące spod siedzenia sprężyny uciskały pośladki pasażerek. Jednak Nina głęboko zamyślona, wcale tego nie czuła. Spocona szkapa jeszcze zwolniła i teraz wlekli się noga za nogą. Byli w pobliżu Cytadeli, kiedy żelazne bramy twierdzy otworzyły się ze zgrzytem i z głębokiego tunelu wyłonił się długi szereg więźniów, eskortowanych przez kozaków harcujących na małych, zwinnych konikach. Twarze pędzonych ludzi były wynędzniałe i ponure. Szli powoli, mierzonymi krokami, skuci grubym łańcuchem niesionym lub wleczonym po bruku. Przeraźliwy hałas żelaza stawał się coraz głośniejszy w miarę, jak pochód zbliżał się, schodząc ze wzniesienia. Obie dziewczyny zerkały bojaźliwie na katorżników.
A. Sochaczewski. Pochód katorżników.
 - To są przestępcy, prawda? – zapytała Nina dorożkarza, otrząsając się z apatii.
- Są i przestępcy, a między nimi niewinni, skazani za pochody i śpiewanie zabronionych pieśni. Nikt nie wie, ilu ich tam teraz idzie między kryminalistami. A przecież i zbój też człowiek i jakieś ludzkie traktowanie mu się należy. Gnają tych biedaków do kopalń na Ural i na Sybir. Wielu padnie, ale buntowników nie brakuje! – twarz dorożkarza ściągnęła się grymasem bezsilnej wściekłości.
Nina ogarnięta litością, sięgnęła do torebki.
- Mam przy sobie trochę pieniędzy. Rzucę im na chleb i papierosy.
- A niechże wielmożna panna głupstw nie robi! – dorożkarz błyskawicznie obrócił się na koźle. – Pieniądze eskorta zabierze, a my powędrujemy do cyrkułu. Ej, trzeba stąd zmykać! – zaciął konia batem i dorożka potoczyła się, podskakując na nierównej drodze. Obraz wlokących się katorżników, zapisał się w pamięci Niny na zawsze, jak złowieszcza przepowiednia przyszłości.
1 Aksjomat - dogmat,pewnik.
2Demi-deuil - żałoba połowiczna.
3 Née- nazwisko panieńskie.
4 Szymanowska Maria ( 1789 – 1831) słynna pianistka i kompozytorka, jej córka Cecylia była żoną A. Mickiewicza.
5Szaperonować - towarzyszyć. Jour fix - dzień przyjęć.
6 Liaison d'....- tu: przygodę miłosną.
7 Entourage – sfera, środowisko.
8Mon enfant - moje dziecko. Parantele - koligacje. Rajer - cenne pióro czapli,ozdoba fryzury lub kapelusza.
9Vert de mer - kolor morskiej wody.