środa, 27 kwietnia 2016

Wizyty u sąsiadów i mnóstwo nowych wrażeń.


27 kwietnia 2016 r.
Następnego dnia spotkały Ninę trzy przyjemne niespodzianki. Rano na parapecie okna, zobaczyła swoją ulubioną wiewiórkę, która jakimś cudem potrafiła ją odszukać. Potem, powróciwszy z konnego spaceru na Mignon, zastała w domu wielką skrzynię, zawierającą prezent ślubny od Świerczyńskich. 
W skrzyni znajdował się komplet do kruszonu na dwa tuziny osób, oraz kieliszki do koniaku, wszystko wykonane w Murano z różowego kryształu. W kryształ wpuszczone były nitki ze złota. Czytając dołączony do prezentu list od Bini, Nina doznała zawodu, gdyż spodziewała się, że jeszcze przed zimą Binia przyjedzie do Sarnik. Niestety, biedna Binia ponownie oczekiwała dziecka. Nie czuła się źle, ale Edward nie zgodził się, żeby w tym stanie podróżowała tak daleko. Pomiędzy wierszami jej pogodnego listu, Nina wyczuła cichą skargę. Zaciskając pięści, wymyślała w duchu Świerczyńskiemu. Wydał się jej zimnym egoistą, nie pozwalając żonie odetchnąć po tak długiej i ciężkiej chorobie i narażając ją na przykrości drugiej ciąży. Nina domyśliła się, że nawet kochająca dzieci Binia, nie była zachwycona swoim stanem. Wprawdzie przyznawała uczciwie, że mąż był dobrym ojcem, spędzając więcej czasu w pokoju dziecinnym niż matka, jednakże ich małżeństwo było zaledwie poprawne. Na szczęście, mały Zygmunt okazał się zdrowym, radosnym dzieckiem. Miał dobry apetyt i prędko stał się największą pociechą obojga rodziców.
 Skończywszy lekturę listu, Nina postanowiła na gorąco podzielić się z siostrą wrażeniami z pierwszych tygodni małżeństwa. Usiadła przy sekretarzyku w nowym uroczym, purpurowym buduarku, ale nie zdążyła napisać nawet kilku słów, bo lokaj zameldował, że przyjechała jaśnie pani dziedziczka z Brzezińca!
 Poprzedniego dnia, Nina posłała do Brzezińca bilecik, zawiadamiając Siekielskich o powrocie do Makowa. Tadeusz momentalnie zareagował, przysyłając zaproszenie na kolację. Widocznie jednak, Zosia nie mogła się doczekać wieczoru i pierwsza przybyła do Makowa. Nina zgarnęła spódnice i wybiegła na jej spotkanie. Całowały się, piszcząc z uciechy.
- Ninetko, jak ty ślicznie wyglądasz! – zawołała Zosia, nie wypuszczając przyjaciółki z objęć. – Tylko na mnie nie patrz! Za miesiąc spodziewam się rozwiązania i z każdym dniem mnie przybywa. Zapewne urodzę pięcioraczki. No, pocałuj mnie raz jeszcze, bo strasznie stęskniłam się za tobą. – nadstawiła Ninie różowy policzek. – Udało mi się cichaczem wymknąć z domu, bo Tadek zanudza mnie swoją troskliwością i nie pozwala nigdzie się ruszać. O mój Boże! – westchnęła, wchodząc do buduarku i składając dłonie. – Jak tu cudnie. Można zajrzeć do sypialni? Istny przedsionek raju. – zachwycała się szczerze, bez cienia zawiści. – A ty, kochanie, wyglądasz bardzo wytwornie. – osądziła, obejrzawszy Ninę ze wszystkich stron. – To takie kreacje nosi się teraz w Warszawie? Bardzo ci w tej sukni do twarzy. Nie pisałaś do nas, niedobra, i martwiliśmy się z Tadziem o ciebie. Tadek już wybierał się do Warszawy, aż tu przyszła depesza z zawiadomieniem o waszym ślubie. Ogromnie się ucieszyliśmy, bo ja zawsze mówiłam, że wszystko się dobrze skończy i będziesz szczęśliwa. Ale opowiadaj, złotko, jak to się odbyło? – Zosia zadyszała się i zamilkła, nareszcie dopuszczając przyjaciółkę do głosu.
Uszczęśliwiona jej widokiem Nina, zaczęła się zwierzać, pokazywała nowe mieszkanie i otworzyła szafy, prezentując wyprawne stroje. Pamiętała w Warszawie o Zosi, przywożąc jej turkusowe kolczyki i kosztowny koronkowy szal. Nie pominęła zresztą nikogo z domowników i każdy otrzymał od niej prezent. Wróciwszy do buduarku, raz jeszcze obejrzały podarunki od Świerczyńskich. Zosia zmęczyła się, więc Nina posadziła ją na kanapce, podłożyła pod krzyże poduszki i poleciła lokajowi podać herbatę i kruche ciasteczka z konfiturą.
- A teraz ty, trusieńko, opowiedz mi, jak sąsiedzi zareagowali na wiadomość o naszym ślubie?
Na delikatnej twarzyczce Zosi odmalował się wyraz zakłopotania.
- Złotko, ty najlepiej wiesz, jak bardzo ludzie są tutaj konserwatywni, żeby nie powiedzieć zacofani. Podobno twoja ciotka, pani Borutyńska, otrzymawszy depeszę dostała spazmów i musiała się położyć. Pani wojewodzina w same żniwa wyjechała do Marienbadu na kurację, bo poczuła się słabo....
- Akurat! – mruknęła Nina z gniewem. – Nie chciała się z nami spotkać.
- Staruszkę tłumaczy wiek. Może rzeczywiście poczuła się niedobrze... – Zosia mając dobre serce, próbowała tłumaczyć wojewodzinę.
- Oho, jakby Alek ożenił się z jakąś hrabianką, to pani wojewodzina galopem przyjechałaby do Warszawy! – Nina westchnęła. – A Dorota i pani Jabłocka?
Zosia lekceważąco machnęła dłonią.
- Przecież znasz je, to dziwaczki. Swoim zwyczajem, jeżdżą po dworach roznosząc plotki. Ale byłam oburzona na siostry Wąsockie. Wyobraź sobie, że mają wam za złe, że nie przestrzegaliście państwo żałoby. Nino, to płytkie i niemądre dziewczęta i nie należy się nimi przejmować.
Nina wysłuchała jej spokojnie. Rozumiała, że Zosia pragnie zaoszczędzić jej brutalnego zetknięcia się z niemiłą rzeczywistością. Nie miała złudzeń i dobrze wiedziała, że czeka ją niejedno przykre doświadczenie. Ale nie przejmowała się tym zbytnio, pewna miłości męża.
- Spodziewałam się tego. – w zamyśleniu pokiwała głową. – A ty, trusieńko, co myślisz o naszym małżeństwie? Proszę cię o szczerość. – spytała, patrząc prosto w jasne oczy przyjaciółki.
Zosia spoważniała, wzięła w obie dłonie jej rękę i uścisnęła ją mocno.
- Oboje z Tadziem cieszymy się, że nareszcie znaleźliście państwo szczęście. – rzekła serdecznie. – Znamy się od dziecka, lecz nigdy nie ośmieliłabym się osądzać ciebie. Trudno udawać, że zmarła pani Paula zostawiła po sobie świetlaną pamięć. O umarłych nie mówi się źle, lecz była to naprawdę niegodziwa osoba. Nic dziwnego, że pan hrabia zapragnął wziąć sobie za żonę pannę, godną ze wszech miar tego zaszczytu.
Nina ucałowała ją i odkryła tajemnicę, opowiadając jej o latach męki, przeżywanych przez Aleksa przy boku psychicznie chorej kobiety. Powtórzyła jej wszystko, co usłyszała od Pauli, o jej strasznym dzieciństwie i o fatalnym romansie z Rafałem. Na koniec wspomniała, że sam arcybiskup Feliński wyraził zgodę na ich małżeństwo. Zosia słuchała jej, szeroko otwierając błękitne oczy, wstrząśnięta tą niesamowitą opowieścią.
- Nic dziwnego, że pan hrabia, po takich tragicznych doświadczeniach, zapragnął mieć normalną żonę i rodzinę. – zauważyła.- Ale dość już o tych okropnych dziejach. Lepiej powiem ci coś o Bieckich!
Małżeństwo Doroty od początku okazało się nieudane. Kazio bez skrupułów zaciągał nowe długi, przegrywając posag żony w karty. Tracił setki rubli w gubernialnym mieście, utrzymując kochanki i zdradzając żonę nawet z jej pokojówkami. Dorota próbowała ukrywać jego grzeszki, ale niczego nie dało się ukryć i wszyscy sąsiedzi plotkowali na ich temat.
- Dobrze jej tak! – rzekła Nina bezlitośnie. – Kazio nauczy ją odrobiny pokory. Pisałaś trusiu, że Jadwiga zakochała się w panu Starewiczu?
Zosia skrzywiła się z niesmakiem.
- Mówiąc między nami, zaczynam tracić do niej serce. Od kiedy pani wojewodzina przebywa w Marienbadzie, pan August mieszka w Lipieńcu i oboje codziennie się widują. Ale on nawet nie raczył się zaręczyć i wyznaczyć daty ślubu. Wydaje się, że ochłonął z miłości dowiedziawszy się, że Jadzia otrzyma o wiele mniejszy posag, niż się spodziewał. Ale ona jest w nim szalenie zakochana, chociaż pan August już zdaje się nią znudzony. Być może…. No, rozumiesz?
Oczy Niny zaokrągliły się ze zdumienia, gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Chcesz powiedzieć, że Jadzia i on?... – uczyniła znaczącą przerwę.
- Nie wiem. Mogę się tylko domyślać. – Zosia zarumieniła się mocno.
- W takim razie bardzo jej współczuję. – westchnęła Nina. – Starewicz to twardy człowiek i interesowny. Obawiam się, że może ją skrzywdzić.
- Ja również tak sądzę. – przytaknęła Zosia. – Widzisz, Siewki i dwa folwarczki, to nie miliony pana hrabiego Klonowieckiego. A sama Jadzia, owszem, przystojna panna, ale nie może się mierzyć urodą z tobą. Ach Boże, czy ksiądz proboszcz wspominał, co odkrył w pokoju Żabca?
- Nic nie mówił. – rzekła zdziwiona Nina.
- Wyobraź sobie, że po śmierci Rafała, w jego pokoju znaleziono kwity z żandarmerii. Płacono mu za donosy. Okazało się również, że Żabiec okradał kościelną kasę.
Nina wzdrygnęła się i spuściła oczy. Była świadkiem, jak Rafał wręczał pieniądze Pauli, przed świętem 3 Maja. Potrząsnęła głową głęboko poruszona. Zosia wypiła herbatę, zjadła ciasteczko i spojrzała na zegar.
- Ależ się zasiedziałam! – zawołała z przerażeniem. – W domu czeka mnie awantura, bo Tadek z pewnością powrócił z Tarczka. – stęknęła wstając i ze stoliczka zgarnęła rękawiczki i torebkę. – Tak się cieszę, że wróciłaś. Bez ciebie czułam się bardzo samotna. – powiedziała, całując Ninę w policzek. – A więc do zobaczenia u nas na kolacji.
Nina sama sprowadziła ją do powozu, nakazując stangretowi, żeby jechał bardzo ostrożnie. Pani wojewodzina przebywała za granicą, tak więc pierwszą oficjalną wizytę, należało złożyć w Sarnikach. Na samą myśl o tym, Nina dostała gęsiej skórki, wyobrażając sobie, jakie ich tam czeka powitanie. Przy obiedzie powtórzyła Aleksowi wszystko, co mówiła Zosia o zachowaniu ciotki Marii i wojewodziny, na wiadomość o ich ślubie. Lękała się i nie miała ochoty jechać do Sarnik, lecz mąż nalegał. Wujostwo byli już powiadomieni i oczekiwali ich z podwieczorkiem.
Już to samo było dowodem lekceważenia. Gdyby Aleks ożenił się z panną posiadającą tytuł i duży posag, wujostwo Borutyńscy wystąpiliby na powitanie młodej pary ze wspaniałym obiadem i rautem. Ale Ninie musiał wystarczyć zwykły podwieczorek. Świadomość tej zniewagi doprowadzała ją do białej gorączki. Jej duma była głęboko urażona i postanowiła zrewanżować się wujostwu chłodną i wyniosłą postawą. Kiedy dojeżdżali do Sarnik, widok starego dworu i okno pokoju Bini wzruszyły ją, przywołując wspomnienia lat dziecinnych. Powóz zatrzymał się przed gankiem, ale nikt nie wyszedł im na spotkanie. Nina wysiadła, chwytając kurczowo rękę Aleksa.
- Boję się! – wyszeptała. – Mam wrażenie, że za moment znajdę się w gnieździe żmij!
- Kurażu, chérie1. – podniósł jej dłoń do ust. – Pamiętaj, zawsze jestem gotowy wystąpić w twojej obronie. Nie jesteś sama.
Poprzedzani przez służącego w zwykłej liberii, weszli do salonu pełnego gości, oczekujących z ciekawością widoku nowożeńców. Na kanapie rozsiadły się, jak dwie nastroszone kwoki, Dorota i pani Jabłocka. Przy fortepianie stały obie siostry Wąsockie, rozmawiając ze Starewiczem. Było też kilka zupełnie nieznanych osób. Nina natychmiast domyśliła się, że ciotka celowo urządziła pokazowe widowisko w nadziei, że siostrzenica czymś się skompromituje. Lecz ona nie zamierzała sprawić ciotce tej przyjemności. Uniosła wysoko głowę i wkroczyła do salonu uśmiechając się swobodnie.
 W zapadłej ciszy wszystkie oczy skierowały się na nich. Ciotka Maria pośpieszyła w ich stronę, całując Ninę z wymuszoną serdecznością. Równie mało wylewnie powitała ciotecznego brata. Wuj Ksawery nie silił się nawet na serdeczność. W milczeniu ucałował powietrze nad dłonią Niny i bez słowa uścisnął Aleksa. W salonie powiało chłodem. Nina zauważyła, że nie zaproszono Siekielskich i pominięto kilku sąsiadów, którzy zawsze okazywali im życzliwość.
- Jak to miło, że przyjechaliście. – rzekła ciotka Maria, ze źle maskowaną niechęcią. – Oh, chere Nina toujours belle2. Widzę, że i ty, Olesiu wyglądasz także awantażownie3. Pozwólcie, kochani, dalej… Spodziewaliśmy się was dopiero na wiosnę. – zwróciła się do Niny. – Dziwię się doprawdy, dlaczego Oleś nie zabrał cię do Wenecji. To idealne miejsce na miesiące miodowe, prawda?
Zmierzyła siostrzenicę od stóp do głów i nieznacznie pomacała jej suknię.
- To wygląda na chiński jedwab. – mruknęła.
- To j e s t chiński jedwab, ciociu. – powiedziała Nina dobitnie.
Jadąc do Sarnik, szczególnie starannie obmyślała toaletę, nie chcąc wydać się prostacko wystrojona. Czarna suknia z chińskiego jedwabiu była skromna, lecz uszyta w najdroższym magazynie. Przez przeźroczysty tiul rękawów przeświecała biel ciała. Spod szerokiej krynoliny, widoczne były czubki pantofelków od Hiszpańskiego. Z biżuterii, miała jedynie na szyi medalion z dużą czarną perłą, obrączkę i pierścień zaręczynowy.
Ciotka zawistnym okiem doceniła wytworną skromność stroju. Rozpoczęły się powitania i prezentacje. Starewicz składając pocałunek na dłoni Niny, tak mocno przywarł do niej wargami, że zmuszona była cofnąć rękę. Aleks obrzucił dawnego rywala groźnym wzrokiem i zaledwie raczył skinąć mu głową. Za to bardzo uprzejmie powitał panny Wąsockie, szczególnie Stasię. Nina wpatrywała się w nią z przerażeniem. Z wesołej, tłuściutkiej panny, pozostał żałosny cień. Znikła jej dawna czupurność i chęć do żartów. Stała na uboczu, w grubej żałobie i prawie się nie odzywała. Kiedy Nina zbliżyła się do niej, Stasia podniosła oczy i spojrzała na nią z niezrozumiałą wrogością. Za to Jadwiga bardzo wyładniała. Z rozanieloną miną wodziła wzrokiem za Starewiczem, na jej twarzy malowała się miłość i oddanie. Bystrym okiem dostrzegła przeciągły pocałunek Starewicza i ogarnięta zazdrością, zaledwie uścisnęła rękę Niny. Zaraz potem odwróciła się do niej plecami. Pamiętała, że pan August starał się niegdyś o jej rękę. Ta wyraźna wrogość bliźniaczek była tak ostentacyjna, że Ninie zrobiło się bardzo przykro. Ciotka Maria powierzywszy kuzyna opiece męża, wzięła siostrzenicę pod rękę i spacerowała z nią po pokoju wypytując, dlaczego zrezygnowali z podróży poślubnej i jak się bawili w Warszawie. Pytała o Jasia, bowiem zawsze martwili się z wujem o niego i wspomniała o liście pani Salomei. Prowadząc rozmowę, manewrowała tak zręcznie, że niby to przypadkiem zatrzymała się przy kanapie, obok pań Bieckiej i Jabłockiej.
- Zajmijcie się, moje drogie, Niną, bo ja muszę doglądnąć podwieczorku. – lekko popchnęła siostrzenicę na stojący przy kanapie fotel i uśmiechając się pod nosem, prędko wyszła z salonu.
Dorota obrzuciła Ninę nieprzyjemnym, dociekliwym spojrzeniem, zatrzymując wzrok na wysokości jej talii. Nina zrozumiała to aż nadto wymowne spojrzenie, i siłą woli stłumiła ogarniającą ją panikę. Właśnie zamierzała powiedzieć coś miłego, lecz Dorota odezwała się pierwsza:
- Przytyłaś! – oznajmiła impertynenckim tonem. – Prawda mamo, że Nina wyraźnie się roztyła?
Ale Nina nie należała do osób, które można było bezkarnie obrażać. W mgnieniu oka zapłonęła jak siarka, odzyskując pewność siebie.
- Żałuję, lecz nie mogę zrewanżować się podobnym komplementem. – rzekła słodko. – Ty, niestety, wychudłaś na szczapę. Widocznie małżeństwo ci nie służy.
- Wkrótce i tobie przestanie służyć! – odpaliła Dorota z groźbą. – Nie bądź taka zarozumiała, bo wszystkim wiadomo, że stanęłaś przed ołtarzem, wyłącznie dzięki znanej rycerskości pana hrabiego. Wasze pośpieszne małżeństwo, ludzie tłumaczą sobie w sposób jednoznaczny.
Nina posiniała i mocno zagryzła wargi. Gdyby nie dobre wychowanie, wymierzyłaby Dorocie solidnego kopniaka w baniastą krynolinę. „O czekaj, ty głupia, perfidna ropucho, ja ci jeszcze pokażę!”. – pomyślała z wściekłością, obiecując sobie rychły rewanż. Nigdzie nie umiano tak bezlitośnie zabijać słowami, jak właśnie w salonach. Wybuchem prostackiej złości, naraziłaby się na kompromitację i dałaby swoim adwersarkom powód do satysfakcji. Toteż siedziała spokojnie, uśmiechając się kącikiem ust i wpatrując się w Dorotę złowrogo, pociemniałymi źrenicami.
- To, co powiedziałaś, nie przynosi ci zaszczytu. – oświadczyła tonem uprzejmej perswazji. – Za rok przekonasz się, że twoje aluzje były bezpodstawne. Prawdziwa dama zna wartość słowa.
- Naturalnie! – podjęła Dorota. - Ale w tym salonie, oprócz dam, znajdują się jeszcze dawne ubogie rezydentki, które zawrotną karierę zawdzięczają wątpliwej urodzie i niewątpliwemu sprytowi!
Nina zaniemówiła z oburzenia. Pani Jabłocka uznawszy, że być może córka posunęła się za daleko, wtrąciła się do rozmowy, jak przysłowiowy Piłat w Credo.
- Drogie dziecko, Dora bynajmniej nie zamierzała być niegrzeczna. – odezwała się afektowanym tonem. – Chciała tylko życzliwie dać ci do zrozumienia, że wasz pośpieszny ślub niewątpliwie zaszkodził twojej opinii. To prawda, że zrobiłaś doskonałą partię, lecz ludzie opowiadają o tobie straszne rzeczy. Powinniście jakiś czas odczekać, mieszkając za granicą. Nieboszczka pani hrabina żaliła się, że ciebie i pana hrabiego łączą nie tylko rodzinne sentymenty. Nie zamierzam dociekać, ile w tym prawdy, niemniej wszyscy zgodnie uważamy, że zlekceważyliście przyjęte normy obyczajowe. Nic dziwnego, że ludzie są zbulwersowani.
Nina wysłuchała tej przydługiej przemowy, nie mrugnąwszy nawet okiem.
- Hrabina Paula mówiąc o nas źle, próbowała w ten sposób zbagatelizować swój romans z Żabcem. Gdybyśmy czuli się winni, przebywalibyśmy teraz za granicą. – wyjaśniła uprzejmie. – Niemniej, dziękuję paniom za cenne przestrogi i życzliwość. Cóż to, - celowo zmieniła temat i udała, że się rozgląda. – a gdzie się podział Kazio?
Pani Jabłocka zastygła z otwartymi ustami, a Dorota strzepnęła wachlarzem niewidzialny pyłek ze spódnicy.
- Mąż pozostał w domu. – wyjaśniła, nie patrząc na Ninę.- Jest niedysponowany.
- O, źle się czuje? – zmartwiła się Nina nieszczerze.
- Tak. Mówił, że koniecznie musi się położyć i odpocząć. – Dorota oblała się rumieńcem i wlepiła wzrok w dywan.
- W takim razie, byliśmy z mężem świadkami cudu, bo jadąc do Sarnik, widzieliśmy Kazia. – oznajmiła Nina, nie kryjąc złośliwego uśmiechu. – Wydawał się zdrowy jak rybka. Stał przy karczmie Szmula i flirtował z Ryfką. Śliczna z niej bestyjka, a Kazio jest znanym demokratą i nie uznaje różnic klasowych. Słyszałam, że bywa równie uprzejmy dla aktorek, jak i dla twojej żeńskiej służby. Miał świetny humor i powiedział nam, że wybiera się do Kielc, bo tamtejszy teatr wystawia jakąś kapitalną sztukę! To bardzo cię pocieszy, że tak prędko wyzdrowiał, nieprawdaż?
Wbijając Dorocie szpilkę za szpilką, nie czuła dla niej ani krzty litości.
- To nieprawda, kłamiesz! – małe oczy pani Bieckiej napełniły się łzami. W jednej chwili straciła całą swą poprzednią arogancję, przeistaczając się w nieładną, zrozpaczoną kobietę, niekochaną żonę.
- To prawda i ty o tym wiesz. Zresztą możesz spytać mego stangreta. Panie wybaczą, miło się rozmawiało. – Nina wstała, złożyła im obojętny ukłon i odeszła.
Dorota ukryła twarz w dłoniach i się rozpłakała. Matka pocieszała ją szeptem, sama również widocznie zmartwiona.

Przeszedłszy salon, Nina podeszła do męża, któremu właśnie ciotka Maria uskarżała się na niewdzięczność chłopstwa.
- Usiądź przy nas. – ciotka zgarnęła suknię, robiąc jej miejsce przy sobie. – A czemu to Dora płacze?
- Bo przekonała się, że złośliwość nie popłaca. – Nina usiadła na sofie z niewinną miną.
- Chyba się przemówiłyście? Przecież Dora jest tak dobrze wychowana. Wyrosła na prawdziwą damę. Mam dla niej wiele sympatii.
Nina spojrzała na ciotkę z politowaniem.
- Bo nie miała ciocia okazji posłuchać, jak ta młoda dama wyraża się o przyjaciółkach swojej matki! – odcięła się bez namysłu.
Pani Borutyńska udała, że ta ironiczna uwaga do niej nie dotarła. Aleks posłał żonie pytające spojrzenie. Nieznacznie dała mu znak, że nie potrzebuje jego interwencji. Ciotka nie wytrzymała i tłumacząc się obowiązkami gospodyni, wstała i wydawszy jakieś polecenie służącemu, podeszła do Jabłockiej. Do Aleksa zbliżył się wuj Ksawery, częstując go cygarem. Nie chcąc przeszkadzać panom w rozmowie, Nina zamierzała porozmawiać z bliźniaczkami, ale zauważywszy odpychający wzrok Jadwigi, skierowała się do drzwi i wyszła do ogrodu. Na progu natknęła się na Starewicza. Stał paląc papierosa, znudzony widocznie towarzystwem sióstr. Mijając go, Nina dostrzegła jego pożądliwe spojrzenie, jakim ogarnął jej smukłą postać. Skłonił się jej z przesadną uprzejmością, ustępując z drogi.
- Teraz już rozumiem, dlaczego nie zostałem przyjęty. Miałem rywala w panu Klonowieckim. Trudno mi było z nim konkurować, bo nie mam Makowa i jego milionów.
- Nie może pan konkurować z moim mężem pod żadnym względem! – oświadczyła wyniośle i minąwszy go jak słomianą kukłę, podążyła grabową alejką nad strumyk, gdzie dawniej często wypłakiwała rozpacz i marzyła o księciu z bajki.

- Pani hrabina zechce przyjąć ode mnie najszczersze życzenia szczęścia. – usłyszała za sobą znajomy głos.
Obejrzała się i zaskoczona zobaczyła Orlewicza. Przyszło jej na myśl, że gdyby niegdyś uległa ciotce, dziś byłaby panią Orlewiczową nie przyjmowaną w towarzystwie.
- Dziękuję. Miło mi widzieć pana. – wyciągnęła do niego rękę. – Chciałam wyrazić panu wdzięczność, za przechowanie mego Maćka.
- To tylko drobna przysługa, nie warta wzmianki. Mam nadzieję, że teraz jest pani szczęśliwa? – na jego gładkiej twarzy wykwitł słaby rumieniec.
- Z całego serca życzę i panu takiego szczęścia. – powiedziała serdecznie.
- To raczej mało prawdopodobne. – złożył jej ukłon i zniknął pomiędzy drzewami.
Patrzyła za nim zamyślona. Było jej żal Orlewicza, lecz w głębi serca czuła zadowolenie, że mężczyźni się w niej kochają.
- Aha! Przyłapałem cię na schadzce i będę miał powód do rozwodu! – usłyszała cichy śmiech męża. Szedł ku niej z założonymi do tyłu ramionami. – Szukam mojej ślicznej małżonki i znajduję ją w krzakach, w dodatku nie samą!
- Wyszłam z salonu, bo źle się tam czułam. Pan Orlewicz składał nam tylko życzenia. – podbiegła i objęła go wpół ramionami.
- Tobie składał życzenia i to z bólem serca! Doprawdy, mógłby już sobie znaleźć inny obiekt uwielbienia.
Po raz kolejny zaskoczyła ją przenikliwość męża. Nigdy nie wspominała mu o oświadczynach Orlewicza, ale on o tym wiedział. Uniosła głowę i zajrzała mu w oczy. Lubiła gdy był o nią zazdrosny, choć trochę się go wtedy bała, ale był to rozkoszny lęk, upajający jak wino. Razem powrócili do salonu. Jadwiga przeglądała nuty, a jakiś młody mężczyzna stroił skrzypce. Nina przypomniała sobie wieczorne koncerty w Makowie i Władzia Lasewicza grającego na altówce. Wzruszona, podeszła do siedzącej na uboczu Stasi i uścisnęła jej rękę, opuszczoną bezwładnie na kolana.
- Stasiu, czy twoja decyzja wstąpienia do klasztoru, jest ostateczna? Przecież możesz chwalić Boga także poza murami klasztoru. Jesteś jeszcze taka młoda…
Panna Wąsocka podniosła na nią oczy, bez żadnego wyrazu, jakby martwe i wyrwała rękę. Twarz miała jak z drewna, kąciki ust opuszczone pod wpływem cierpienia i goryczy.
- Proszę cię, Nino. – odezwała się bezdźwięcznym głosem. – Przestań się mną zajmować. Już raz, z winy Klonowieckich, spotkało mnie nieszczęście.
- Bój się Boga, Stasiu! – Ninę zabolało niesłuszne oskarżenie. – To Władek zaufał Żabcowi, mimo, że go ostrzegałam.
- Gdyby nie pani Klonowiecka, wikary byłby uczciwym człowiekiem, a mój Władek żyłby! – oczy panny Wąsockiej rozbłysły złym ogniem. – Wybacz, muszę do Jadwigi. – dygnęła i pozostawiła Ninę samą, zanim ta zdobyła się na odpowiedź.
Usiadła więc na kanapce marząc, by natychmiast stąd wyjechać. Ale nie wypadało wychodzić przed podwieczorkiem. Koncert się rozpoczął, a do niej przysiadł się pan Rusocki4 z Grzegorzowic, przystojny mężczyzna, przyjaciel Bieckiego. Podobnie jak Kazio, pan Rusocki przepuścił na hulankach posag żony i pieniądze krewnych. Patrząc na nią obleśnie, jął prawić jej komplementy, pochylając przed nią wypomadowaną głowę, a jego ręka nieznacznie szukała dłoni Niny. Te nachalne zaloty obudziły jej gniew. Miała ochotę spoliczkować go.
- Według pana, flirt jest jedynym tematem do rozmowy? – zagadnęła go opryskliwie, odsuwając się od niego z odrazą.
- Dziś tak! Uroda pani może nawet zmienić porę roku. Jesień tuż, a moje serce zakwita, jak w maju! - prawił podniośle,wpatrując się w jej dekolt. Był od niej starszy o wiele lat i choć owdowiał, cieszył się złą sławą. Jego osoba kompromitowała kobietę, więc Nina postanowiła dać mu należytą odprawę.
- Niesłychane! Jako mieszkaniec wsi, powinien pan wiedzieć, że spróchniałe drzewa nie kwitną! – prychnęła z pogardą i odeszła, pozostawiając go niebotycznie zdumionego. Nie pojmował, dlaczego jego słodkie słówka zostały tak nieuprzejmie przyjęte przez młodziutką hrabinę.
Zaraz po podwieczorku, ujęła Aleksa pod rękę i szepnęła mu do ucha:
- Jedźmy już. Źle się tu czuję.
Nieznacznie skinął głową i po jakimś czasie zaczęli się żegnać, zapraszając Borutyńskich na mający się wkrótce odbyć wielki raut, połączony z balem. Wizyta w Sarnikach była niemiłym obowiązkiem, za to kolacja u Siekielskich, zatarła przykre wspomnienie. W Brzezińcu Nina czuła się jak w domu. Nie krępowała się poprosić o jeszcze jedną porcję kremu, czy wziąć z półmiska drugi kawałek pieczonej kuropatwy. Panowie, mający identyczne poglądy polityczne, godzinami potrafili dyskutować na różne tematy, kłócąc się i godząc. Hrabia darzył szczególną sympatią Tadeusza, a ten odpłacał mu wielkim szacunkiem, a nawet uwielbieniem.
 Przy kawie i likierach, mężczyźni rozmawiali o naprężonej sytuacji, pomiędzy Francją i Prusami. Nina półgłosem zwierzała się Zosi z przykrości, jakich jej nie szczędzono w domu wujostwa. W pewnym momencie, Aleks przerwał dywagacje o możliwym konflikcie między Francją i Austrią uznawszy, że najwyższy czas wyjaśnić pewne sprawy.
- Proszę państwa o chwilę uwagi. – odezwał się, odsuwając kieliszek z kakaowym likierem. – Zdaję sobie sprawę, że nasze małżeństwo dało powód do plotek i niezdrowej sensacji. Otóż pragnę państwa poinformować, że nie uważałem za stosowne przestrzegać żałoby po kobiecie, noszącej moje nazwisko, ponieważ od dnia ślubu żyłem z nią w separacji, z winy odrażających nałogów, jakim ulegała. Z uwagi na honor, nie mogłem wystąpić do Konsystorza o unieważnienie małżeństwa, mimo, iż ta kobieta fizycznie nigdy nie była moją żoną. Kiedy umarła w atmosferze skandalu, nie widziałem powodu, dla którego miałbym nosić po niej żałobę. W tej kwestii radziłem się arcybiskupa Felińskiego, wyjaśniając, że z poprzednią żoną, nie miałem ślubu w kościele rzymskokatolickim. Zgodził się ze mną i za jego pozwoleniem, najlegalniej poślubiłem osobę z naszej sfery. Wracając w te strony, miałem nadzieję, że sąsiedzi ucieszą się naszym szczęściem. Myliłem się jednak. Już na wstępie, spotykały moją żonę zupełnie niezasłużone przykrości. Moim obowiązkiem jest strzec i bronić czci mojej małżonki. W tym celu, zwracam się do panów, jako do przyjaciół i ludzi honoru, prosząc o powtórzenie tego, co powiedziałem innym sąsiadom, a w szczególnie Jabłockim, Bieckim i Wąsockim. Zdecydowany jestem bronić dobrego imienia mej żony, z całą stanowczością, bez względu na konsekwencje.
Jego przemowa zrobiła na wszystkich wielkie wrażenie. Ojciec Zosi, pan Syrwin, trącił się z nim kieliszkiem i rzekł serdecznie:
- Tutaj jesteście państwo wśród przyjaciół. Proszę nie brać sobie do serca bezmyślnego babskiego ględzenia. Przecież nie podobna walczyć z babami.
Aleks posłał mu uśmiech, lecz jego oczy były zimne.
- Nie ośmieliłbym się mieć pretensji do pań. Satysfakcji z bronią w ręku zażądałbym od ich mężów! Przyznają panowie, że każdy mężczyzna ceniący honor rodziny, postąpiłby podobnie. Jak tylko dowiem się o jakiejś nowej plotce, natychmiast posyłam sekundantów. Parol szlachecki!
Aleks zamilkł przekonany, że gdy jego słowa dotrą do właściwych uszu, plotki ustaną, a jego groźba będzie skutecznym kneblem na usta złośliwych bab. Żadna plotkarka nie ośmieli się nawet pisnąć złego słowa na Ninę. Tadeusz wstał i wyciągnął do niego rękę.
- Panie hrabio. – powiedział, patrząc mu prosto w oczy. – W razie potrzeby służymy panu pomocą. Ja, mój ojciec i mój teść. Proszę na nas liczyć.
Aleks mocno uścisnął mu dłoń.
- - Dziękuję. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Jednak mam nadzieję, że do takiej ostateczności nie dojdzie.
- Z pewnością nie. – wtrącił starszy pan Siekierski. – To nieźli ludzie, tylko baby mają paskudne języki i mącą mężom w mózgownicach.
Tadeusz podszedł do Niny i ucałował ją w policzek i w rękę.
- Rozszarpałbym te wstrętne babsztyle na drobne kawałeczki, a już Dorota zasłużyła sobie na baty. Poradzę to Kaziowi! Oczywiście, że powtórzymy dokładnie sąsiadom każde słowo pana hrabiego. A ty, kotku, przestań się tym przejmować, bo masz wspaniałego męża i oddanych wam przyjaciół.
Siedząc już w powozie, Nina ze zniechęceniem potrząsnęła głową.
- Nie mam złudzeń, że coś się zmieni na lepsze, choć bronisz mnie tak po rycersku. Pani Jabłocka była, jest i pozostanie wstrętną plotkarą. A Dorota od dziecka mnie nie cierpiała. Dziś powiedziała mi, że ożeniłeś się ze mną ze znanej rycerskości!
Aleks roześmiał się.
- Pierwszy raz słyszę, żeby mężczyzna żenił się z rycerskości. A z tą panią Biecką, to ja sobie jeszcze przy okazji porozmawiam! – mruknął groźnie.
- Ona jest taka zawistna. – jęknęła Nina, przykładając dłoń do bolącej głowy. – Jak tylko sięgnę pamięcią, zawsze okazywała mi niechęć. Kiedy przyjeżdżała czasem do Sarnik, wystrojona, rozpieszczona jedynaczka, to przy każdej okazji ciągnęła mnie za włosy, szczypała, skarżyła na mnie do ciotki i przezywała mnie rudym szczurkiem! Naprawdę! Ona mi nigdy nie daruje, że poślubiłam hrabiego, podczas gdy jej mąż jest bez grosza i zdradza ją, przegrywając posag w karty. Pamiętam, że raz napluła mi do budyniu i uważam, że nawet Kazio Biecki jest dla niej za dobry!
Słuchając jej zwierzeń, Aleks z trudnością utrzymywał powagę.
- To już przeszłość, kochanie. – powiedział, całując jej zaróżowiony ze złości nosek.
- Nic podobnego! – zawołała ze wzburzeniem. – Ty nigdy nie byłeś ubogim rezydentem, popychadłem u zamożnych krewnych. Nie wiesz, jak gorzko smakuje łaskawy chleb. A ja faktycznie byłam brzydka, ruda i chuda jak patyk. Szczurek!
- Kochanie, nigdy nie byłaś brzydka. Przecież twoje rysy i oczy wcale się nie zmieniły. – zauważył, dotykając pieszczotliwie jej policzka.
- O nie! Wyśmiewano się z moich oczu, wielkich jak u sowy. Szydzono z rudych włosów i chudych nóg. Nikomu się nie podobałam. Tylko Binia, Zosia i Jaś mnie kochali. Tadzio też był dla mnie zawsze dobry. Niania pocieszała mnie, że kiedyś wyładnieję, ale ja jej nie wierzyłam. No, mniejsza z tym. Cieszę się, że te plotkary będą musiały zamknąć buzie, żeby nie narazić mężów na pojedynek. O, mam wobec ciebie wielki dług wdzięczności.
- Tak uważasz? – ujął jej twarz w obie dłonie i pocałował ją w usta powoli i leniwie. Przylgnęła do niego, upajając się słodyczą pocałunku. - Po powrocie do domu, natychmiast zażądam od ciebie spłaty długu. – szepnął jej do ucha. – Z procentami i odsetkami!

1Kurażu, chérie – Odwagi, kochanie.
2 Chere Nina.... - Droga Nina zawsze piękna.
3 Awantażownie - tu: korzystnie.
4Rusocki - postać autentyczna,dziedzic Grzegorzowic.