środa, 13 kwietnia 2016

Zamach na namiestnika i Wielkiego Księcia Konstantego Romanowa.


13 kwietnia 2016 r.
Okres, który dzielił miasto od przybycia wielkiego księcia Konstantego, Nina przeżyła w nerwowym napięciu, jakie udzieliło się jej od Jasia. Odwiedzał ją często zdenerwowany, i tak gwałtownie reagował na każde jej słowo, że wolała o nic go nie pytać. Pewnego dnia wstała wcześniej, wybierając się do modystki. Była śpiąca i ziewała, bo poprzedniego dnia zasiedzieli się z Jasiem do późna. W końcu wyszedł, zabierając z sobą Florka. Podejrzewała, że obaj mężczyźni dobrze się znają, bo służący na widok Borutyńskiego, odruchowo przybierał postawę na baczność.
Napełniła koneweczkę wodą i wyszła na balkon, żeby podlać przywiędłe z upału kwiaty. Była zmartwiona burzliwym i niebezpiecznym życiem Jasia, i współczuła biednej cioci Salomei, przeżywającej nieustanne tortury leku o życie syna. Apatycznym wzrokiem śledziła lot gołębi, przelatujących nad Ogrodem Saskim. Ptaki miały gniazda w koronach drzew. Park ten w przeszłości był miejscem wielu samobójstw oficerów polskich, których obraził publicznie wódz naczelny, wielki książę Konstanty Pawłowicz Romanow, stryj mającego przybyć do Warszawy księcia Konstantego Mikołajewicza. Działo się to jeszcze przed wybuchem Powstania Listopadowego, ale warszawiacy o tym nie zapomnieli. Nina polubiła Ogród Saski i często spacerowała po cienistych alejach, pełnych klombów rzadkich kwiatów i roślin. Nad dużym stawem stały ławeczki, a po wodzie pływały łabędzie. To miejsce zawsze przypominało jej Maków.
Staw w Ogrodzie Saskim.
  Maków! Z prawdziwie wielkopolską zawziętością przyrzekła sobie, wyrzucić Aleksa z serca i pamięci. Jego całkowity brak zainteresowania jej osobą, był po prostu obraźliwy i doprowadzał ją do pasji. Rozpamiętując z wściekłością wady jego charakteru, widziała przed sobą marzące bursztynowe oczy, złote włosy i zniewalający uśmiech, odsłaniający piękne zęby. A wówczas, twarde postanowienia pryskały jak nitki babiego lata, i pobiegłaby do niego piechotą, niechby ją tylko zawołał!
- Nie stój na balkonie w samej halce! – usłyszała za sobą głos Jagi.
Podskoczyła nerwowo i obejrzała się prędko.
- Nianiu, przestraszyłaś mnie! Kogo to może obchodzić, w co jestem ubrana? Z ulicy nic nie widać.
- Dama nie podchodzi do okna w porannym negliżu, a co dopiero w samej halce! – pouczyła ją Jaga podniesionym głosem. – Ktoś może pomyśleć, że w tym stroju wypatrujesz wielbiciela.
- Wtedy ubrałabym się staranniej! – powiedziała Nina opryskliwie. – Kochanie, przestań marudzić. Męczy mnie ten upał w mieście.
Jaga zdecydowała się wyjść na balkon i przy okazji narzuciła jej na ramiona peniuar. Wyjrzała na ulicę i skrzywiła się z niesmakiem.
- Ależ tu hałas! Na wsi przez cały rok nie nałykałyśmy się tyle kurzu, co tu w jeden dzień. Tylko naszej Walerce miasto się podoba. Wyobraź sobie, że znalazła sobie konkurenta. Zaleca się do niej jeden z tych chłopców, co tu przychodzą. Już dwa razy zaprosił ją na karuzelę i na spacery.
- Niech jej niania dobrze pilnuje. Dziewczyna nie zna miasta i jeszcze ktoś ją skrzywdzi. Obiecałam jej ojcu, że będziemy nad nią czuwały.
- A pewnie. Toteż dowiadywałam się o tego chłopca. Mieszka przy rodzinie, jest porządny i pracowity. Mówi, że chce się żenić z Walerką. Cóż, to chyba dobrze, że dziewczyna znajdzie tu swój dom.
- Tak. – szepnęła Nina z goryczą. – Innym los daje szczęście, rodzinę, dom, mnie pozostaje tylko samotność i cierpienie.
Jaga poczuła w sercu bolesny skurcz i pochwyciła ją w ramiona.
- Mój skarbie! Co wieczór modlę się do Pana Jezusa, błagając Go, żeby raczył odmienić twoje życie.
Przerwała, usłyszawszy w przedpokoju dźwięk dzwonka. Florek oznajmił, że przyszły dwie panienki, córki pani Heurich, ciotki Bronisława Szwarcego, i przyniosły jakieś paczki. Zaciekawiona Nina wyszła im naprzeciw, zapraszając do salonu. Poczęstowała panienki marcepanami, sokiem i zauważywszy niemy zachwyt, z jakim rozglądały się po pokoju, oprowadziła je po mieszkaniu. Obdarowane słodyczami, pożegnały ją z żalem.
Panny Heurich z matką.
starsza panienka, dygając na pożegnanie.
Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Nina zataszczyła paczki do sypialni i wiedziona ciekawością jedną otworzyła. Przed nią leżała sterta gazetek o nazwie „Ruch”. Jeszcze pachniały świeżą farbą drukarską. Postanowiła przeczytać gazetkę przed snem. Powróciła na balkon, unikając badawczego wzroku niani.
- Kto to był? – Jaga bez zwłoki wszczęła śledztwo.
- Dwie dziewczynki przyniosły jakieś paczki dla Jasia.
- A co w tych paczkach?
- Nie wiem, nianiu.
- Aha, ty nie wiesz! Nina, nie próbuj udawać, że to z miłości do ojczyzny ryzykujesz i narażasz się na więzienie, lub podróż na wschód.
Nina zaczęła bardzo pilnie oskubywać zwiędłe listki z kwiatów, rosnących w skrzynkach na balkonie. Jaga postukała się palcem w czoło.
- „Rozumie, przyjdź do mnie!” jak mawiała pani marszałkowa, twoja babka. Nie robisz tego z przekonania, ani dla panicza Jasia, tylko dla pana hrabiego! Koniecznie chcesz popisać się swoją odwagą? Nina, tacy panowie, jak pan hrabia, często romansują z pięknymi ubogimi dziewczętami, ale nigdy się z nimi nie żenią, rozumiesz? Niepotrzebnie zawróciłaś sobie nim głowę, mimo że przestrzegałam ciebie. Nawet nie przyszło ci do tej głupiej łepetyny, że pan hrabia nic nie wie, co tu wyprawiasz. Pewnie szybko by się po tobie pocieszył, ale ja mam ciebie jedną na świecie i dla ciebie żyję.
- Nie mogę inaczej, nianiu. Bardzo ciebie kocham, ale ja nie mogę… - powiedziała Nina łamiącym się głosem. Miała przy tym tak smutną, zbolałą twarz, że Jaga postanowiła nie wracać więcej do tego tematu, żeby jej nie ranić.
- Już dobrze, kotku. – rzekła pojednawczo. – A w jakiej sukni pójdziesz na raut do pani Łuszczewskiej?
- W nowej, od madame Clementine. Ale to nie będzie raut, tylko zwykły reunion1. Ciocia Salusia uprzedziła mnie, że pani Łuszczewska lubi gości żywiących się strawą duchową i częstuje ich byle czym. O, w Makowie to były rauty! Pamiętasz?
- Nie pamiętam! - odburknęła Jaga - Nina, proszę cię, wybij sobie nareszcie ten Maków z głowy. Cieszę się, że będziesz miała jakąś rozrywkę, bo to niezdrowo całe dnie spędzać w czterech ścianach.
- No, nie wiem. Ale zachodzę w głowę, skąd pani Łuszczewska dowiedziała się o mnie? Przecież ja jej wcale nie znam.
Przed paroma dniami, zupełnie niespodziewanie, otrzymała od kilku wielkich dam bilety wizytowe, z zaproszeniem do ich salonów. Kompletnie zaskoczona, nie wiedziała, co ma o tym myśleć, gdyż w Warszawie, w czasie pobytu na pensji, nigdzie nie bywała. Zastanawiała się, kto mógł ją polecić tym paniom. Na razie postanowiła przyjąć tylko dwa zaproszenia: do państwa Łuszczewskich, prowadzących w stolicy słynny salon literacki i do hrabiny Augustowej Potockiej z Wilanowa. Ale zaraz zapomniała o czekającym ją reunionie, skupiając uwagę na nadjeżdżającym powozie namiestnika, generała Lűdersa.
- Spójrz, kto jedzie, nianiu! Ten nędznik wydaje na pożegnanie wielki bal, oblewając otrzymany od cara tytuł hrabiowski!
- Carowi to on się naprawdę zasłużył. – stwierdziła Jaga z ironią. – Ależ te konie spasione, jak kluski. Widać jest bardzo pewny siebie, bo ma małą eskortę. Lepiej chodźmy stąd, kotku.
- A dlaczego? – zaperzyła się Nina. – Cóż to, patrzeć nie wolno?
Generał hr. Luders carski namiestnik
 Obserwowały lśniący powóz, zatrzymujący się przed bramą Ogrodu Saskiego. Generał w strojnym mundurze, wysiadł i otoczony niewielka świtą, wszedł do parku, podążając do Instytutu Wód Mineralnych, gdzie często pijał wody. Powóz czekał na niego, a wyprostowany na koźle kuczer2 w wojskowym mundurze, powstrzymywał niecierpliwiące się konie. Do Ogrodu wchodzili i wychodzili spacerowicze, matki z dziećmi, niańki pchające wózki z niemowlętami, panowie spędzający czas w pobliskiej restauracji. Potem wyszli z parku żandarmi z ochrony namiestnika i stanąwszy przy powozie, rozmawiali paląc papierosy.
- Ciekawe, namiestnik spaceruje bez eskorty. – zauważyła Nina.
Jakby w odpowiedzi na jej niewypowiedzianą myśl, w parku rozległ się wystrzał z rewolweru. Ludzie z krzykiem rozbiegli się po alejach, a żandarmi rzucili się biegiem do Ogrodu, podtrzymując dłonią szable, przeszkadzające im w pędzie. Przechodniów ogarnęła panika. Chowano się po bramach, bo zaraz zewsząd rozległy się przeraźliwe gwizdki i cała ulica zaroiła się od policjantów, żandarmów i tajnych agentów, spieszących z różnych stron do Ogrodu.
- Zamach na namiestnika! – krzyknął ktoś z ulicy. - Zabity!
- Nie zabity, tylko ranny, zaraz go stamtąd wyprowadzą. – sprostował inny przechodzień, przezornie umykając do domu.
W szalonym zamieszaniu, nikt nie zwrócił specjalnej uwagi na młodziutkiego oficera, który bez pośpiechu wyszedł z Ogrodu. W kieszeni miał wystrzelony rewolwer. Nazywał się Andrzej Potiebnia3.
- Uciekajmy z balkonu! – Jaga pochwyciła za rękę Ninę i zaciągnęła ją do pokoju. Zaledwie odsapnęły, gdy w przedpokoju rozległ się gwałtowny dzwonek, szarpnięty niecierpliwą ręką. Wiedziona ciekawością Nina otworzyła sama, a drzwi pchnięte z rozmachem, o mało nie rozbiły jej nosa. Odskoczyła i zrobiła wielkie oczy, bo do przedpokoju wszedł, a raczej wpadł, blady jak kreda Jaś, a za nim wbiegł rosyjski oficer.
- Gdzie Florek? – krzyknął od progu Jaś.
- W kuchni. – szepnęła z osłupieniem. – Co…
Borutyński minął ją i pobiegł do kuchni, wyciągając stamtąd służącego. Chłopak bez słowa wszedł do pokoju kąpielowego, i przystawiwszy krzesło, sięgnął do okna i bez wysiłku wydostał się na mały daszek od podwórza. Tą samą drogą weszli za nim obaj mężczyźni.
- Nic nie widziałyście! – rzucił Jaś skamieniałym ze zdumienia kobietom.
Zręcznie przedostali się na dach sąsiedniej kamienicy, a stamtąd przez strychy i podwórka, przeszli na dalszą ulicę, nie niepokojeni przez nikogo. Lejtnant
Pelagia Zgliszczyńska-Dąbrowska.
 Potiebnia spotkał się z łączniczką, panną Pelagią Zgliszczyńską4 i z jej pomocą bezpiecznie wyjechał z Warszawy. Lecz o tym Nina dowiedziała się o wiele później. Wszystkie wydarzenia rozgrywały się w tak błyskawicznym tempie, że zanim kobiety zdołały ochłonąć z wrażenia, po młodych ludziach nie było śladu. Florek siedział w kuchni i spokojnie przyszywał do kurtki zerwany guzik.
por. Andrzej Potiebnia.
Lüders został postrzelony w momencie, gdy spacerował aleją popijając wodę mineralną. Kula trafiwszy go w szyję, wyszła ustami. Rana nie była groźna i namiestnik opatrzony na miejscu, mógł o własnych siłach wyjść z parku i wsiąść do powozu. Tymczasem policja, żandarmeria i tajniacy szaleli, ale nikt nie zdołał trafić na ślad zamachowca. Pomimo to, aresztowano kilka osób. Stróż kamienicy, w której mieszkała Nina, zamknął bramę na klucz, lecz wkrótce rozległo się walenie kolbami i wściekłe wrzaski, domagające się jej otwarcia. Kilku policjantów i żandarmów zaczęło przeszukiwać dom od strychu do piwnic. Słysząc podniesione głosy, Florek wyjrzał z kuchni przez okno. Na podwórzu także stali policjanci, obserwując okna mieszkań.
- Proszę jaśnie panny, policja tu idzie. – odezwał się ostrzegawczo.
- Otwórz im, niech się nie tłuką. – odpowiedziała bezmyślnie, zupełnie roztrzęsiona rozgrywającymi się na jej oczach wydarzeniami.
- A gdzie jaśnie panienka położyła paczki? – Florek rozglądnął się po pokoju.
- Jakie paczki?... O Jezusie Maria! – wrzasnęła Nina i poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. – Zaniosłam je do sypialni. Koniecznie trzeba je ukryć, żeby nie wpadły w ręce policji.
- Wiem! – warknął chłopak ze złością. – Niech no panna Walercia nie otwiera jeszcze drzwi.
Mamrocząc pod nosem, pobiegł do sypialni, porwał obie paczki i obładowany, zaniósł je do pokoju kąpielowego. Jak gimnastyk wspiął się do góry, wypełznął na dach i wyciągnął ręce po paczki. Nina podała mu jedną, a Walerka drugą. Mając przy sobie paczki z tajną prasą, zaczął się czołgać po stromych i śliskich dachówkach, kierując się w stronę komina.
- Florek, uważaj na siebie! – zawołała Nina. Wskoczyła na krzesło i wyciągając szyję próbowała dojrzeć, co on robi.
- A bo też jaśnie panienka mogła wcześniej o tym pomyśleć! – gderał półgłosem, obejrzawszy się niecierpliwie. – Tera wszystko na łapu-capu!
Pomstując, zniknął za kominem, gdzie przygotował skrytkę. Po krótkim czasie, uśmiechnięty i zadowolony z siebie, zeskoczył z okna.
- Policja prędzej diabła zje, niż cokolwiek tu znajdzie. – zaśmiał się, otrzepując ubranie.
Policjanci weszli do mieszkania i rozejrzawszy się po pięknych salonach, zadali tylko kilka pytań i wyszli, grzecznie salutując. Nie mieściło się im w głowach, żeby zamachowiec mógł mieć coś wspólnego z tą prześliczną młodą panną, patrzącą na nich wyniośle. „Anarchistom” najczęściej sprzyjała biedota, bo ludzie dobrze sytuowani na ogół trzymali się z dala od polityki i awantur. Takie były w tym czasie poglądy władz carskich, nie pozbawione słuszności. Dopiero wybuch powstania zmienił to przeświadczenie. Jaga niewiele zrozumiała z rozgrywających się wypadków, ale i tak była śmiertelnie przerażona.
- Więcej nie puszczę cię ani na krok samej! – wybuchnęła. – Jezu kochany! Nie życzę sobie, żeby moje dziecko zostało zastrzelone jak kaczka. Czy panicz Janek nie ma rozumu, sprowadzając ci do mieszkania jakichś kryminalistów? Co za przeklęte miasto! – zawodziła głośno, zamykając okna i wejściowe drzwi na skoble i łańcuchy.
- Nianiu, nie zamykaj okien, bo się podusimy w tym upale. I proszę cię, nie nazywaj tych ludzi kryminalistami. To są patrioci. – sprostowała Nina łagodnie, obawiając się, żeby niania nie zmyła Jasiowi głowy. – Przecież sama jesteś dobrą Polką.
- Ale nie aż do tego stopnia, żebym narażała twoje życie! – odpaliła Jaga, surowo marszcząc brwi. – Powiem paniczowi, żeby więcej nie ważył się ich przyprowadzać, bo miotłą przepędzę! A ty, dostaniesz ode mnie lanie trzepaczką!
Była w tak wojowniczym nastroju, że Nina nie odważyła się pisnąć słówka. Na szczęście, kłopotliwa sytuacja rozwiązana została bez interwencji Jagi. Nazajutrz zjawił się Jaś, mając bardzo skruszoną minę. Przyniósł Ninie wielką bombonierkę i bukiet gladioli5. Wręczywszy jej prezenty, powiedział pokornie:
- Przepraszam, myszko. Nie powinienem był narażać cię na niebezpieczeństwo. Wybacz mi, więcej tego nie zrobię!
- O, to coś nowego! – nie bardzo uwierzyła w jego skruchę. – Nie chcecie już tu przychodzić? Dlaczego?
Jaś odchrząknął, i zerknął na nią boczkiem.
- Bo… - zawahał się i dokończył ściszonym głosem. – aresztowano kolegę, który tu bywał. – dostrzegł rozszerzające się źrenice Niny i pochwycił ją za rękę. – Nie bój się, kotku, on nic nie powie, ale ten lokal jest już spalony.
- Rozumiem. Jasiu, czy ten oficer… No, ten, co go tutaj nie było, jest już bezpieczny? – odważyła się spytać.
Spojrzał na nią karcąco, ale zaraz uśmiechnął się i skinął głową.
- Nie ma go już w Warszawie. Błagam cię, nigdy więcej, nawet w myślach go nie wspominaj.
-----------------------------------------
Strzał oddany do Lǜdersa, zapoczątkował całą serię zamachów, które wstrząsnęły miastem. Margrabia Wielopolski, przez wielu uważany za człowieka wysługującego się władzy carskiej, postawił jednak przed sobą wielkie cele. Domagał się zreformowania państwa, utworzenia Senatu, ustanowienia Rady Stanu i Sądu Najwyższego. Postulował oczynszowanie chłopów i równouprawnienia Żydów. Dążył do zreformowania zacofanej oświaty i otwarcia uniwersytetu zamkniętego po upadku Powstania Listopadowego.
Car zgodził się spełnić jedynie niewielką część tych postulatów. Program margrabiego znalazł poparcie arystokracji, inteligencji i bogatego ziemiaństwa. Ale prości ludzie nie rozumieli doniosłości tych reform, a sam Wielopolski nie umiał i nie chciał przekonywać do nich narodu, powodowany wrodzoną niesłychaną pychą. W jednomyślnym dotąd społeczeństwie zarysował się rozłam. Komitet Centralny Narodowy, doskonale zrozumiał grożące mu niebezpieczeństwo utraty zaufania, i postanowił zamachami wstrząsnąć niepewną jeszcze stabilizacją, stwarzając podstawy do wybuchu zbrojnego.
Jarosław Dąbrowski.
 Na czele Komitetu, stanął wybitnie uzdolniony, młody kapitan armii rosyjskiej Jarosław Dąbrowski. Ten uroczy mężczyzna, nazywany dla swego filigranowego wzrostu „Łokietkiem”, miał w sobie rzadką charyzmę i był absolwentem Akademii Sztabu Generalnego, którą ukończył z tytułem inżyniera. Delegowany do Warszawy przez petersburskie Koło Oficerów, kierowane przez szeroko ustosunkowanego Zygmunta Sierakowskiego, „Łokietek” pełen niewyczerpanej energii, zapału i determinacji, opracował plan natychmiastowego wybuchu powstania. Będąc oficerem sztabowym, był wtajemniczony w plany sztabu rosyjskiego, znał szyfry i sygnały świetlne, mogące mieć zastosowanie w razie wybuchu powstania. Liczył także na pomoc spiskowców w armii rosyjskiej. Przy ich udziale, zamierzał zdobyć dwie najważniejsze twierdze w kraju: Modlin i Cytadelę Warszawską.Plan był śmiały, prosty i miał pewne szanse powodzenia. Dąbrowski przedstawił go na posiedzeniu Komitetu, oczekując dyskusji. Tymczasem wśród członków Komitetu wybuchła panika! Na Dąbrowskiego zaczęto patrzeć, jak na groźnego szaleńca. Tajny plan rychło stał się przedmiotem zajadłych sporów, przetargów i oszczerstw, a nawet spowodował zamach stanu. Zwolennicy ewolucyjnych przemian, jakich w Komitecie nie brakowało, nawet słyszeć nie chcieli o natychmiastowym powstaniu. W atmosferze wzajemnych podejrzeń i nieufności, zmarnowano może jedyną szansę na powodzenie wybuchu zbrojnego. Plan Dąbrowskiego upadł, wkrótce w twierdzy Modlin wykryto spisek wojskowy i prowodyrów rozstrzelano. To właśnie ich śmierć pomścił Potiebnia, zamachem na generała Lűdersa, który ten wyrok zatwierdził. W tym samym czasie Ignacy Chmieleński, w największej tajemnicy poszukiwał dwóch odważnych młodych mężczyzn, penetrując środowisko rzemieślnicze. Nareszcie spotkał ludzi, o jakich mu chodziło. Obaj byli czeladnikami krawieckimi. Edward Rodowicz i Ludwik Jaroszyński, mieli po dziewiętnaście lat, byli naiwni, egzaltowani i gotowi oddać życie za niepodległość ojczyzny, zabijając tyrana.
Pewnego letniego poranka, niespodziewanie przyszedł Jaś i po śniadaniu zabrał Ninę na spacer do Ogrodu Saskiego. Szli długą śliczną aleją, pomiędzy kwitnącymi krzewami azalii, szukając cienia pod wielkimi drzewami. Dzień był pogodny i tak ciepły, że Nina zasłoniła się parasolką, chroniąc delikatną cerę. Minęli duży afisz, zapowiadający nowe przedstawienie w Teatrze Letnim i postanowili się na nie wybrać. Nad stawem znaleźli ławeczkę ukrytą w cieniu i usiedli, karmiąc bułkami podpływające do brzegu łabędzie.
Nina strzepnęła okruszki ze spódnicy i spojrzała badawczo na Jasia. Wydał się jej mizerny i chyba znowu nie sypiał po nocach, bo jego oczy otaczały sine obwódki. W milczeniu, ze ściągniętymi brwiami, przypatrywał się białym ptakom.
- Misiu, co ci jest? – spytała nieśmiało. – Źle się czujesz?
Poderwał nerwowo głowę i uśmiechnął się krzywo, próbując przybrać dawną, beztroską minę.
- Nie. Wszystko w porządku.
- Nieprawda! Nie próbuj mnie okłamywać. Przy śniadaniu zaledwie tknąłeś jedzenie, a normalnie apetytu można ci pozazdrościć. Powiedz mi, co cię gryzie?
- Pchła! – parsknął śmiechem, lecz ona dosłyszała w jego głosie nieszczerą nutę. – O, znalazł się detektyw, od siedmiu boleści. Spójrz tylko do lustra, na swoją smętną minę i przestań mnie wypytywać. A na wypadek, gdybyś miała ochotę się wypłakać, służę chusteczką!
- Dziękuję, ale nie skorzystam z propozycji, bo nie mam akurat nastroju do płaczu. Po południu wybieramy się z nianią i Walerką na Dworzec Petersburski, bo chcemy obejrzeć powitanie wielkiego księcia Konstantego i jego żony. Miasto jest tak wspaniale przybrane, aż miło popatrzeć. Podobno na Dworcu nie zabraknie nikogo z oficjeli.
Jaś poderwał się, jak ukąszony przez żmiję i po prostu struchlał.
- Oszalałaś? Ja… Chcesz w tłumie ciemnych, ograniczonych gapiów, witać tego Moskala? Zabraniam ci! – krzyknął, tracąc zwykłe opanowanie.
Nina przechyliła głowę na ramię i jednym okiem przypatrywała się mu ze zdumieniem. Jaś nigdy nie należał do szowinistów i nie oceniał ludzi wedle ich narodowości. Nigdy też niczego jej nie zabraniał. Jej zdaniem zachowywał się dziwacznie.
- Nie mam tam iść? Dlaczego?
- Powiedziałem, nie! Nie życzę sobie, żebyś chodziła na ten przeklęty Dworzec Petersburski. – rzekł podnosząc głos, coraz bardziej zdenerwowany.
- Nie krzycz na mnie, dobrze? – Nina także podniosła głos i najeżyła się. – Nie masz prawa niczego mi zabraniać!
Przez chwilę spoglądali na siebie, oboje nastroszeni i gotowi do kłótni. Jaś pierwszy zdołał się opanować i zamiast wybuchnąć gniewem, pochwycił obie jej rączki, całując je kolejno.
- Kotuniu, siostrzyczko, ja wiem, że jesteś młodą, upartą oślicą i lubisz stawiać na swoim. Ale tym razem mnie posłuchaj i nie upieraj się, dobrze? Przecież wiesz, że kocham ciebie i pragnę twego dobra. Proszę, błagam, nie chodźcie tam dzisiaj. Nie, nie! – pokręcił głową widząc, że ona już otwiera usta, aby zadać mu pytanie. – Nic ci nie powiem. Nie tym razem.
Gdyby krzyczał na nią, lub mówił podniesionym głosem, Nina nie ustąpiłaby ani o krok. Ale on tak serdecznie prosił i patrzył na nią błagalnie. Zrozumiała, że nie był to jakiś kaprys, lecz Jaś pragnął ją przed czymś uchronić. Nie pytała więc o nic wiedząc, że tym razem nie otrzyma odpowiedzi.
- Wstrętny despota. – mruknęła, udając, że jest obrażona. – No zgoda. Nie pójdę na ten Dworzec. Ale odmawiając mi przyjemności, winien mi jesteś duże lody śmietankowe od pana Loursa.
- Dobrze.
- To nie wszystko! Zaprosisz mnie do Semadeniego na tort czekoladowy i poncz. Kupisz mi bombonierkę czekoladek grylażowych i bilety na koncert braci Ładowskich! – ciągnęła, bezczelnie korzystając z okazji. - Aha, pójdziesz ze mną do pana Fukiera na wino!
- Niech będzie. – westchnął z rezygnacją. – Chociaż moim zdaniem, młoda panna nie powinna chodzić do winiarni i pić wina.
- Cicho! To jeszcze nie koniec. Domyślam się, że coś knujecie. Obiecaj, że po fakcie opowiesz mi o wszystkim.
- Jeeezu, ale ty jesteś nieznośna! – jęknął i nieznacznie otarł pot a czoła. – Przez ciebie pójdę na żebry, bo mnie zrujnujesz, o ile przedtem nie zwariuję. Na przyszłość proszę, żebyś mnie zawsze uprzedzała, kiedy zamierzasz wybrać się na jakąś imprezę.
- Bo co, misiu? – zaczepnie zajrzała mu w oczy.
- Bo ja tak chcę! – odparł tym samym tonem.
- Dobrze, panie doktorze, jak pan sobie życzy. – powiedziała tak słodko i pokornie, że każdy mężczyzna byłby święcie przekonany, iż ma przed sobą anioła. Wyglądała na osóbkę czarującą i naiwną, ale na szczęście Jaś nie miał co do niej złudzeń, znając ją od dziecka. Na pożegnanie ucałowali się, zupełnie z sobą pogodzeni.
Tego dnia, we środę 2 lipca, o godzinie siedemnastej, na dworzec Petersburski na Pradze, wjechał pociąg specjalny. Na powitanie dostojnych oczekiwanych gości, przybyli dygnitarze, generalicja i ojcowie miasta. Tłumy gapiów zalegały perony i otaczały budynek Dworca zwartym kręgiem, pragnąc choć z daleka zobaczyć nowego namiestnika oraz jego małżonkę.
W tłum wmieszali się obaj zamachowcy, Rodowicz i Jaroszyński, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Byli tak samo skromnie ubrani jak inni mieszkańcy przedmieść warszawskich, tylko w kieszeniach mieli ciążące im rewolwery, a za pasem zatrute sztylety. W największym napięciu oczekiwali na dogodny moment, żeby zaatakować księcia. Salonka z wymalowanym na niej dwugłowym orłem cesarskim, zatrzymała się w oznaczonym miejscu. W nagle zapadłej ciszy, rozległy się ostre głosy komendy, wojsko sprezentowało broń. Ozwał się warkot werbli i orkiestra zagrała majestatyczny hymn:„Boże, caria chrani”.Przy dźwiękach muzyki, w otwartych drzwiach wagonu stanął wysoki przystojny blondyn, o zimnych niebieskich oczach. Miał na sobie granatowy mundur, przypominający nieco uniformy polskich ułanów. Lśnił cały od brylantowych gwiazd orderowych i złota epoletów. Za mężem postępowała wielka księżna Aleksandra Osipowna, ładna młoda kobieta, w zaawansowanej ciąży z szóstym dzieckiem. Miała na sobie strojną żółto-granatową toaletę, o bardzo szerokiej spódnicy, nieco maskującej jej stan. Książę podał jej ramię i razem zeszli po schodkach na peron, zasłany purpurowym chodnikiem.
 Wtedy to wydarzył się incydent po prostu bez precedensu, jakże charakterystyczny dla mentalności patriotów- idealistów. Obaj młodzi zamachowcy, ryzykując zdemaskowanie i niepowodzenie całej akcji, zdecydowali się zrezygnować z ataku na Konstantego, nie chcąc narazić jego ciężarnej żony na okropny wstrząs!
Nowy książę namiestnik, uroczyście witany przez notabli, wsiadł z żoną do otwartego powozu i eskortowany przez oddział kawalerii, udał się wspaniale przystrojonymi ulicami miasta do Belwederu. Tym razem mieszkańcy stolicy nie podporządkowali się rozkazom władz podziemnych, zalecających bojkot uroczystości powitalnych. Ludzie łudzili się nadzieją, że rodzony brat cara, zaprowadzi wreszcie w państwie porządek i zapewni bezpieczeństwo jego obywatelom. Wierzono, że gwałty i bezprawie już się nie powtórzą. Oczekiwano niecierpliwie zniesienia surowych rygorów stanu wojennego.
Wielka księżna Aleksandra.
 Ignacy Chmieleński, dowiedziawszy się o samowolnym odwołaniu zamachu, oszalał z gniewu! Na naprawienie błędu jeszcze tego samego dnia, było już za późno. Lecz nazajutrz ponownie uzbroił chłopców i rozkazał im zabić księcia. Biedacy, przez cały dzień wędrowali niestrudzenie, szukając okazji do zamachu.
Wieczorem w Teatrze Wielkim, odbywało się galowe przedstawienie opery „Aleksander Stradella” Flotowa, z panią Rivoli-Leśniewską w roli bohaterki. Zamachowcy postanowili, że zaatakują księcia namiestnika w momencie, gdy ten wyjdzie z gmachu Teatru.
Strzał padł w chwili, kiedy książę wsiadał do powozu. Niestety, Chmieleński nie przewidział, że Konstanty przezornie nosi pod atłasową kamizelką, koszulkę kuloodporną. Rana okazała się całkiem niegroźna, a skamieniałego z przerażenia zamachowca natychmiast zatrzymano. Jeszcze trzymał w dłoni wystrzelony rewolwer!
„Niemoralny czyn” i „szaleńczy atak”, surowo potępił papież, mając na względzie uzyskanie u cara większych przywilejów dla Kościoła. Depesze gratulacyjne nadesłali cesarz Napoleon III, król Prus, cesarz Austrii i rządy innych państw. Cała Europa płaszczyła się, zgodnie potępiając młodocianych zamachowców, nie próbując nawet dochodzić motywów ich czynu. Arcybiskup Feliński nie szczędził z ambony słów potępienia, a Biali głośno wyrażali ubolewanie oświadczając, iż cały naród jednoczy się z księciem, dystansując się od skrytobójców i ich karygodnego czynu. Prasa podziemna z furią zareagowała na te ataki. Gromy oburzenia posypały się na głowę Felińskiego i Dyrekcji Białych, zarzucając im tchórzostwo i zdradę narodową.
Na drugi dzień po zamachu, Jaś Borutyński odwiedził Ninę. Przyszedł wynędzniały, z zaczerwienionymi oczami i rzuciwszy się na fotel, spojrzał na nią z ponurą miną.
- Teraz już wiesz, dlaczego nie pozwoliłem ci pójść na Dworzec. – odezwał się zachrypniętym głosem. Nina pogładziła jego jasną czuprynę i nie pytając o nic zadzwoniła, każąc podać mocną kawę i ciasto czekoladowe.
- Zostaniesz na kolacji. – powiedziała, siadając koło niego i ujmując go za rękę. – Będą zrazy z grzybami. Planowaliście zamach we środę, prawda? – spytała, gdy nie odpowiedział na zaproszenie, lecz tylko skinął głową.
- Uhm. – przymknął oczy, wspierając głowę o poduszkę fotela.
- A co stanęło na przeszkodzie?
Jaś otworzył oczy i ściągnął z sofy jeszcze jedną poduszkę, wciskając ją sobie pod plecy.
- Co? Cały splot niepomyślnych okoliczności. Chmieleński wybrał chłopców po prostu za młodych i to zadanie ich przerosło. Nie nadawali się na zamachowców. Byli głęboko religijni i kazali Chmieleńskiemu przysięgać, że zamach konieczny jest dla dobra ojczyzny i zgodny z zasadami wiary katolickiej.
Nina spojrzała na niego z niedowierzaniem i potrząsnęła głową.
 - I dlatego uciekli z Dworca?
- Oni nie uciekli. Postanowili nie strzelać do księcia, prowadzącego żonę przy nadziei. Wydaje mi się, że był to z ich strony naprawdę rycerski gest. – Jaś pociągnął nosem, bo w powietrzu rozszedł się smakowity zapach upieczonego ciasta i świeżo zaparzonej kawy.
Walerka nakryła serwetą stolik, ustawiła klosz z ciastami, filiżanki, dzbanek z kawą i dzbanuszek ze śmietanką. Jaś ożywił się, wsypał do filiżanki trzy łyżeczki cukru i skosztował ciasta. Na jego twarzy pojawił się wyraz błogości.
- Niebo w gębie! Bóg zapłać, kotku, bo już ledwie trzymałem się na nogach. Przed zamachem, nikt z nas przez kilka dni nie zmrużył oka. Jestem wykończony. Dlaczego nic nie mówisz?
- Bo mam dylemat: śmiać się, czy płakać. Czytałam wiele książek o Wielkiej Rewolucji Francuskiej i życiorysy słynnych wodzów, ale czegoś podobnego nie było chyba w dziejach świata. Na miłość boską, kto daje rewolwery do rąk dewotom? Ich czyn, moim zdaniem, nie miał nic wspólnego z rycerskością, a jedynie z głupotą i nieodpowiedzialnością. Swoim bezmyślnym uczynkiem, przyczynili się do pogorszenia sytuacji politycznej w kraju. Z pewnością, władze carskie zastosują wobec nas jeszcze ostrzejsze sankcje.
Jaś przestał poruszać szczękami i słuchał uważnie jej ostrej krytyki.
- Ho, ho! To ty jesteś zdania, że powinni wykonać wyrok w obecności brzemiennej kobiety?
Nina wpatrywała się w czubki swoich pantofelków, nie podnosząc oczu.
- Wiedzieliście od dawna, że księżna jest przy nadziei. Należało więc wyznaczyć inny dzień do zamachu.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. – przerwał Jaś. – Mieli strzelać?
Podniosła na niego oczy jasne i chłodne, jak górskie jezioro.
- Odpowiem ci inaczej. Jestem stanowczo przeciwna bezmyślnym prowokacjom i zamachom, bo niczego nie zmieniają na lepsze. Ale kiedy już się na to zdecydowaliście, Chmieleński powinien rewolwer wręczyć kobiecie, której syna, męża, brata, powieszono na stokach Cytadeli, zamęczono w kazamatach, lub zesłano na na Sybir. Tym nieudanym zamachem wyrządziliście społeczeństwu wielką krzywdę! – ciągnęła, coraz bardziej podniesionym tonem. – Wszyscy mieliśmy nadzieję, że wraz z przybyciem wielkiego księcia, unormuje się życie w kraju. Ja również liczyłam, że w końcu wrzucę do kubła te okropne czarne suknie, w jakich każecie nam chodzić, i wstawię do komórki latarkę, bez której nie wolno nam wieczorami poruszać się po mieście. Tymczasem, dzięki panu Chmieleńskiemu, możemy spodziewać się nowych represji. A po tym nieudanym zamachu, należałoby zmienić nazwę Komitetu Centralnego, na Stowarzyszenie Obrońców Dam w Stanie Błogosławionym!
Jaś przestał jeść i łypnął na nią złym okiem. Zlękła się, że przedobrzyła i umilkła. Ale gdy poprosiła go na kolację, w milczeniu przyjął zaproszenie. Jadł z apetytem, a nawet poprosił o dokładkę. Jego nadąsana mina przy szalonym apetycie, tak rozczuliła Ninę, że postanowiła już więcej mu nie dogryzać. Zmieniła więc temat, opowiadając o ciekawych imprezach, mających odbyć się w mieście, na cześć nowego namiestnika. Gdy wstali od stołu, pieszczotliwie pogłaskała go po policzku.
- Uważaj na siebie, misiuniu. Źle wyglądasz.
- Dzięki, że troszczysz się o mnie, ale nic mi nie dolega. Ach, prawda! Spotkałem dziś twoją dawną przełożoną z pensji, pannę Emilię Gousselin. Prosiła, żebyś ją odwiedziła. – oznajmił, jeszcze odrobinę naburmuszony.
Nina spojrzała na niego z pokorą.
- Przepraszam, braciszku, nie gniewaj się na mnie. Może nie miałam racji.
Roześmiał się, chwycił ją na ręce i i zakręcił się z nią, jak niegdyś w dzieciństwie, a potem ostrożnie postawił na podłodze.
- Jakie to szczęście, że ja się z tobą nie ożenię! Wyrosłaś na strasznie przemądrzałą pannicę, której przewróciło się w łepetynie.
- Ktoś w tym domu musi mieć głowę na karku. – oświadczyła i ze śmiechem wypchnęła go za drzwi.
W-wa. Pałac Sapieżyński.
 Zaproszenie do pięknych apartamentów w pałacu Sapieżyńskim, gdzie mieszkali państwo Łuszczewscy, było wielkim wyróżnieniem. Bywały tam najpiękniejsze kobiety i ludzie o najgłośniejszych nazwiskach. Jednakże sensacją każdego zebrania, była córka, panna Jadwiga Łuszczewska, poetka i improwizatorka, ogólnie znana jako „Deotyma”, lub jak mówili kpiarze: „Bogobojna”. Pani Nina Łuszczewska doskonale znała hrabinę Teklę i panią Salomeę Borutyńską, bo w czasie Powstania Listopadowego, trzy damy należały do Związku Dobroczynności Patriotycznej, założonego przez słynną pisarkę Klementynę z Tańskich Hoffmanową. Dobrze urodzona panna w wieku Niny, nie mogła przybyć na reunion sama, więc pani Salomea chętnie zgodziła się jej towarzyszyć. Na wykwintnym bileciku z zaproszeniem zaznaczono: „Strój balowy”. Na szczęście, nowa toaleta uszyta w magazynie Madame Clementine, była bardzo efektowna. Uszyta z ciężkiego granatowego jedwabiu, miała delikatny wzór liści bluszczu, haftowany srebrną nicią. Wezwany fryzjer uczesał Ninę modnie i bardzo twarzowo. Włosy rozdzielone na środku głowy, zwinięte były na półkolistym pręcie, tworząc wokół głowy gruby wałek. Cienki przedziałek we włosach, podkreślał idealny owal twarzy i piękno wielkich, smutnych oczu. Do tej toalety pasowały podarowane jej przez hrabinę Teklę szafiry. Patrząc na swoje odbicie w lustrze, Nina czuła, że początkowe podniecenie i radość z oczekiwanej rozrywki, zamienia się w przygnębienie. Wyglądała prześlicznie, ale nawet tak piękna, nie potrafiła zdobyć serca ukochanego mężczyzny. Ogarnęło ją uczucie ogromnej straty i boleśnie zatęskniła za Makowem. Jakże mogła sądzić, że wystarczy wyjechać, żeby miłość ostygła i stała się tylko wspomnieniem? Oszukiwała sama siebie.
1 Reunion - spotkanie towarzyskie z poczęstunkiem.
2Kuczer - stangret ,woźnica.
3Andriej Potiebnia ( 1838 – 1863) oficer rosyjski,walczył w powstaniu po stronie polskiej, zginął w bitwie pod Skałą.
4 Pelagia Zgliszczyńska (1843-1909) żona Jarosława Dąbrowskiego, z którym wzięła ślub w Cytadeli Warszawskiej. Brała udział w przygotowaniach powstańczych. Aresztowana, została zesłana do Arbatowa, skąd wykradł ją mąż. Po jego śmierci, powróciła z Francji do kraju i osiadła w Krakowie, wychowując trójkę dzieci.
5 Gladiole - mieczyki.