wtorek, 5 kwietnia 2016

Zbrodnia w różanej altanie.


5 kwietnia 2016 r.
Uspokojona Nina zeszła do pokoju kredensowego, aby coś zjeść, bo śniadania nie tknęła. Trafiła jak najgorzej, bowiem Jaga była zła jak osa. Dopiero Walenty poinformował ją, że pani hrabina od rana przejawiała zdumiewającą aktywność. Raczyła nawet zajrzeć do kuchni i podarła menu obiadowe zatwierdzone przez Ninę, dysponując inne potrawy. Pani Ruchwalska dowiedziała się z jej ust, że powinna rozejrzeć się za inną pracą, bo w Makowie ochmistrzyni niepotrzebna. Warknęła na Kumosię dając jej do zrozumienia, że dobrze wie o chowanym przez klucznicę kocie. W domu, oprócz Grota, nie wolno było trzymać innych zwierząt, bo hrabina ich nie znosiła. Następną ofiarą jej agresji stał się Walenty. Paula oświadczyła mu wprost, że nie zamierza zatrudniać w domu starych niedołęgów. Szczególnie zawzięła się na Jagę, nie szczędząc jej złośliwych docinków i gróźb. Niania zawsze okazywała jej lodowatą uprzejmość, skrywającą głęboką pogardę dla parweniuszki. W obecności męża, Paula nie śmiała jej dokuczać, za to teraz używała sobie do woli, dając wszystkim do zrozumienia, że jest jedyną panią w tym domu. W Paulę rzeczywiście jakby diabeł wstąpił! Dokuczywszy niani, kazała wezwać do siebie pana Bochniaka i oznajmiła mu, że wyjeżdża za granicę i w związku z tym życzy sobie, aby rządca rozejrzał się za kimś odpowiednim, kto chciałaby nabyć pałac, ponieważ zamierza Maków sprzedać! Po tej rozmowie, pan Bochniak wyszedł czerwony z miotającej nim pasji, i zwierzył się pani ochmistrzyni, że mało go krew nie zalała na taką bezczelność. Wydając służbie sprzeczne rozkazy, Paula spowodowała nieopisany chaos. Nie zważając na zamieszanie, udała się do kasjera i zażądała wypłacenia kilku tysięcy rubli na koszta podróży. Stary zaufany urzędnik hrabiów Klonowieckich, grzecznie lecz stanowczo odmówił, tłumacząc że musi mieć na to zgodę samego pana hrabiego. Rozwścieczona Paula urządziła mu dziką awanturę, grożąc natychmiastowym wyrzuceniem z pracy, co jednak nie zrobiło na kasjerze większego wrażenia. Hrabina wypadła z biura jak oparzona i parskając niczym wściekła kocica, biegała po pałacu siejąc postrach wśród służby.
Nina bała się jej, lecz postanowiła nie spuszczać Pauli z oka. W tym celu usiadła w malinowym salonie z książką w ręku udając, że czyta i przez szeroko otwarte drzwi do sieni, obserwowała spocone pokojówki, fruwające niby spłoszone ptaki z konewkami gorącej wody i stosami ręczników, bo pani hrabina zażyczyła sobie wziąć kąpiel. Milczący wystraszeni lokaje, dźwigali ciężkie kufry podróżne, pudła z kapeluszami i ustawili w sieni istną górę bagaży. Stach otrzymał rozkaz, by dobrze nakarmił konie przed długą podróżą i przygotował karetę do drogi.
Nina postanowiła nie dopuścić do wyjazdu Pauli, przed przybyciem do domu hrabiego i zdecydowała się działać, zamykając nawet wściekłą babę w jej pokoju na klucz! Tego dnia Paula była nienaturalnie podekscytowana i wyraźnie zdradzała oznaki rozkojarzenia. Niebawem zeszła po schodach odświeżona po kąpieli, uperfumowana i ślicznie ubrana. Ale jej czarne oczy były mętne, jakby szklane, a ona nie potrafiła skupić wzroku na jednym miejscu, ciągle przenosząc spojrzenie z jednego przedmiotu na drugi. Nina siedziała z otwartą książką na kolanach, udając zatopioną w lekturze. Paula przystanęła i zmierzyła ją uważnym wzrokiem.
- Cóż, spakowałaś się? Mam nadzieję, że rozsądek pozwoli ci podjąć właściwą decyzję.
Nina nie odpowiedziała, tylko na jej ustach ukazał się ironiczny półuśmiech. Ale Paula wzięła jej milczenie za zgodę.
- Dobrze że zgadzasz się ze mną. Idę się trochę przejść, a kiedy powrócę masz być gotowa do drogi. Nie chcę więcej słyszeć żadnych wykrętów.
- Jak to? - Nina artystycznie udała zdumienie. - Nie poczekamy nawet na powrót pana Alka?
- Po co? Za granicą znajdziesz sobie inny obiekt do romansu. Po obiedzie wyjeżdżamy. Nie znoszę tej nędznej wiochy i tego ponurego domu! Tu wszyscy chcą mnie skrzywdzić. Kto wie, może nawet otruć! Nikogo tutaj nie lubię. - pochyliła się, zbliżając twarz do twarzy Niny. - Wiesz, ciebie także nie lubię! - szepnęła, uśmiechając się dziwnie.
"Jezu, ona naprawdę jest obłąkana!" - pomyślała Nina, starając się zapanować nad ogarniającą ją paniką. Patrzyła na Paulę z dreszczem trwogi, jaka ogarnia normalnych ludzi w zetknięciu się z psychicznie chorymi. W mętnych oczach Pauli, ujrzała własną śmierć!
Skinąwszy jej niedbale głową, hrabina wyszła na taras i rozpięła nad sobą białą umbrelkę jedwabnej parasolki. Lekko zbiegła po kilku schodach i poszła aleją w głąb parku. Nina patrzyła za nią, nie mogąc ochłonąć z przerażenia. Była pewna, że coś złego znowu wisi w powietrzu. Paula niby to mówiła rozsądnie, aby za moment uczynić jakiś gest, czy wypowiedzieć słowo, nie mające z aktualną sprawą związku. Gdyby nie była tak brutalnie otwarta i dziecinnie chełpliwa, nikt nie domyśliłby się jak bardzo staje się niebezpieczna.
Odłożywszy książkę Nina także wyszła na taras, podążając wzrokiem za wysmukłą sylwetką Pauli. Hrabina miała na sobie poranną białą suknię z muślinu, a lekki wiatr unosił przejrzysty materiał i białe atłasowe wstążki na szerokim kapeluszu. Idąc spacerowym krokiem, dłonią w białej rękawiczce podtrzymywała kołyszącą się zalotnie krynolinę. "Ciekawe, dokąd ona się wybrała w tak upalny dzień?"- Nina zadała sobie to pytanie niepewna, jak ma postąpić. Dzień był od rana wyjątkowo skwarny, nawet jak na koniec czerwca. Słońce prażyło żywym ogniem. O tej porze Paula nigdy nie wychodziła z domu, dbając o swoją delikatną kremową skórę. Nina starała się zrozumieć, co ją skłoniło do przechadzki w takim upale?
Po namyśle podjęła decyzję, że powinna hrabinę śledzić. Umierała z chęci dowiedzenia się, dokąd Paula zmierza. Odczekawszy aż zniknie w głębi alei, pomknęła za nią, kryjąc się za potężnymi pniami drzew. Tymczasem Paula minęła część lipowej alei i skręciła na ścieżkę prowadząca do włoskiego ogrodu. Nina przyśpieszyła nie chcąc stracić jej z oczu. Park był ogromny i łatwo było się w nim ukryć. Koniecznie musiała dowiedzieć się, po co Paula wyszła z domu, bo dla samej przyjemności przechadzki nie narażałaby cery na opalenie.
 Przebywszy szybkim krokiem polanę, hrabina zmierzała wprost do różanej altany, oplecionej wspaniałymi purpurowymi kwiatami. Uniosła zwisające luźno pnącze różane i weszła do altany. Do uszu Niny dotarła rozmowa dwóch osób i wybuch wesołego śmiechu. Ktoś czekał na hrabinę w altanie! "Muszę podsłuchać o czym rozmawiają i dowiedzieć się, kto tam z nią jest!" Nina zmierzyła wzrokiem odległość dzielącą ją od altany. Z miejsca w którym się znajdowała, mogła wprawdzie usłyszeć głosy, ale nie poszczególne słowa..
Aby dostać się niespostrzeżenie w pobliże altany, należało nadłożyć drogi, przeciskając się przez gąszcz wielkich rododendronów, krzewów azalii, heliotropów oraz bukszpanowy żywopłot. Bez namysłu obeszła polanę i zaczęła przedzierać się przez krzewy, drąc suknię, drapiąc ręce i ciężko dysząc ze zmęczenia w tropikalnym upale. Od altany dzielił ją już tylko wysoki żywopłot stanowiący część labiryntu bukszpanowego. Właśnie zamierzała go sforsować, przeciskając się przez wąski wycięty w nim otwór, ale jej uwagę zwrócił odgłos cwałującego konia. Ktoś nadjeżdżał kierując się w stronę altany. Przykucnęła, kuląc się i wciskając w zielony gąszcz żywopłotu. Minął ją zmęczony koń, chrapiąc i wydzielając silną woń potu. Jeździec zatrzymał wierzchowca na skraju polany. Na ścieżce zaskrzypiał żwir pod szybkimi, energicznymi krokami. Z gałęzi smukłego modrzewia donośnie zaskrzeczała sroka, zaintrygowana nowym przybyszem. Sójki wrzeszczały ostrzegawczo. Ninę paliła ciekawość, by wyjrzeć i zobaczyć kto przyjechał. Ale rozsądek podpowiadał jej, żeby cierpliwie czekała w ukryciu. Przeciskając się przez wąski otwór żywopłotu w krynolinie, narobiłaby hałasu niczym stadko dzików żerujących na polu ziemniaczanym.

Jeździec zapewne dostał się do parku przez boczną furtę, bo tego dnia Świtała nie spuścił brytanów, zapewne na polecenie hrabiny czekającej na swego gościa. Żeby cokolwiek usłyszeć, odważyła się podpełznąć bliżej. Spoza żywopłotu nie mogła nic zobaczyć, lecz miała nadzieję, że może cokolwiek usłyszy. Przybysz przystanął, przysłuchując się zapewne rozmowie dochodzącej z altany. Po chwili znowu zaskrzypiał żwir, kiedy ruszył z miejsca i wszedł do wnętrza altany. Prowadzona tam wesoła rozmowa nagle się urwała. Do uszu Niny dobiegł ogromnie zdumiony głos Pauli, pytającej o coś przybysza. Zaraz potem rozległ się jej straszny, rozdzierający krzyk.
Huknęły dwa strzały i ponownie zapadła cisza.
Przestraszone ptaki znowu zaczęły świergotać, wiewiórki beztrosko goniły się po pniach drzew, a w dali stukał dzięcioł i kukała kukułka. Oblana zimnym potem Nina, trzęsła się ze strachu i całym ciałem wtuliła w gęstwinę żywopłotu, nie śmiejąc nawet głośniej oddychać. Ktoś przebiegł obok, roztrącając gałęzie krzewów. Słyszała jak spazmatycznie dyszy. Koń parsknął, zatupał w miejscu. Świsnął pejcz i koń pomknął galopem w głąb parku. Skulona Nina długi czas trwała w bezruchu, oczekując z trwogą na dalszy rozwój wypadków. Ale nic się nie działo. Przez zielony baldachim liści, słońce rzucało na trawniki złociste strzały promieni. Pachniała nagrzana ziemia, a nad kielichami kwiatów unosiły się roje pszczół.
Odczekawszy jakiś czas Nina uznała, że może już opuścić kryjówkę i postanowiła sprawdzić, co się wydarzyło w altanie. Skradając się na palcach, podchodziła coraz bliżej, rozglądając się i nadsłuchując, gotowa do ucieczki. Lecz z różanej altany nie dobiegał żaden dźwięk. Delikatnie uniosła zwieszające się pnącza różane i stanęła na progu. Poczuła, że drżą jej kolana i przez moment gotowa była zawrócić. Jednak musiała znać prawdę i przemagając strach weszła. Zmrużyła powieki, chcąc przyzwyczaić oczy do panującego w altanie półmroku, następnie szeroko je otworzyła i w tej samej chwili odskoczyła do tyłu, wydając zdławiony okrzyk. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyła, były dwa ciała spoczywające u jej stóp.
Paula leżała z rozrzuconymi na boki ramionami, jej czarne oczy były otwarte i pełne przerażenia. Rozchylone w ostatnim krzyku usta, ukazywały rąbek zębów, a rysy wyrażały grozę śmierci. Biała muślinowa suknia pokryta była plamami krwi, a pod lewą piersią rozlewała się czerwona plama, tworząc przy boku kałużę. W nogach Pauli spoczywał mężczyzna, w którym Nina rozpoznała ze zdumieniem Rafała. Twarz miał zupełnie spokojną i lekko przymknięte powieki. Z prawej strony głowy, na skroni, widniał niewielki otwór, którym wszedł pocisk. Zapewne w chwili śmierci zwrócił się ku Pauli i gdy trafiła go kula, upadł na jej suknię. Tył jego czaszki był krwawą masą odłamków kości i strzępów bladoróżowego mózgu.
Makabryczny widok dosłownie sparaliżował Ninę. Stała nie mając siły ruszyć się z miejsca. Naraz zakręciło się jej w głowie, a w uszach narastał przeraźliwy gwizd i szum. Czepiając się ścian, wyszła zataczając się jak pijana obawiając się, że zemdleje i upadnie w kałużę krwi. Było jej bardzo niedobrze. Usiadła na progu altany oślepiona blaskiem słońca. Oddychała chrapliwie, krztusząc się i dławiąc podchodzącymi do jej do gardła wymiotami. Naraz przypomniała sobie zmiażdżoną głowę Żabca i z głuchym jękiem przewróciła się na trawę, szarpana gwałtownymi torsjami. Przestała być świadoma tego co czuje, a dokoła niej zamknęła się ciemność. Obrazy których nie mogła znieść, zniknęły i rozpłynęły się w niebycie.
Kiedy odzyskała przytomność, leżała wyczerpana, słaba, osowiałym wzrokiem wpatrując się w bezchmurne niebo ziejące żarem. Zwieszające się nad nią pnącza różane kojarzyły się teraz ze strugą krwi. Na wprost niej, na wysokim cokole, stał marmurowy posąg Amorka i uśmiechał się tajemniczo, przykładając do ust paluszek. Nie miała siły żeby się podnieść i uciekać z tego okropnego miejsca. Jej myśli były leniwe i tępe. Mówiła sobie:"Paula i Żabiec nie żyją." - ale te słowa były jedynie pustym dźwiękiem, który nic nie oznaczał. Ani nie cieszył, ani nie smucił. Nie chciała o tym myśleć. Pragnęła leżeć na miękkiej, pachnącej murawie już do końca świata. Ponownie poczuła mdłości i znowu zwymiotowała. Od dwóch dni żyła nerwami, niewiele jadła, a pusty żołądek sprawiał jej ból.
Po pewnym czasie, oprzytomniała nieco i wspierając się na rękach, resztką sił zdołała podnieść się i stanąć na drżących nogach. Miała zawroty głowy i uginały się pod nią kolana. Pragnęła ponownie położyć się na ziemi i zasnąć. Całą siłą woli przemogła niemoc i ruszyła przed siebie, chwiejąc się, potykając - byle dalej od miejsca zbrodni. Marzyła, żeby od tego momentu minęły lata i, aby będąc już staruszką, mogła z perspektywy czasu wspominać te straszne chwile bez wzruszenia i emocji. Czuła się dalej bardzo źle i z pewnym zdziwieniem stwierdziła, że kłapie zębami i trzęsie się, niczym stary paralityk. Zupełnie wyzbyta z sił, ciężko opadła na kamienną ławkę i dysząc głośno odpoczywała.
W pobliżu była fontanna, granitowa nimfa przesiewała przez palce krople źródlanej wody. Dowlokła się do fontanny, upadła na kolana i zaczerpnęła dłońmi krystalicznie czystą wodę, chciwie pijąc. W cudownie chłodnej wodzie obmyła twarz, szyję i kark. Powróciła jej całkowita przytomność umysłu i natychmiast uświadomiła sobie, jakim doniosłym faktem w jej życiu była śmierć Pauli. Tajemniczym zbiegiem okoliczności, hrabina i Żabiec zginęli w tym samym miejscu, gdzie Paula próbowała pozbawić życia hrabinę Teklę.
Wystarczyły dwie kule i Władek Lasewicz został pomszczony, a sprawcy jego tragicznej śmierci powędrowali śladem swojej ofiary. Oboje nie zasługiwali na współczucie i Nina wcale ich nie żałowała. Hrabina i Rafał już nikomu nie wyrządzą krzywdy! To było stwierdzenie pełne satysfakcji. Mimo to, gdzieś w głębokich zakątkach mózgu zatliło się zwątpienie, nasunęła się myśl zbyt potworna, żeby ją rozpamiętywać. Nina spychała ją na obrzeża świadomości, lecz ona uparcie wracała, nie dając jej spokoju.
Objęła ramionami zimny, kamienny krąg fontanny i skuliła się, pełna nieopisanego przerażenia. Nie mogła uwolnić się od poczucia zagrożenia i kiedy tylko przestawała się kontrolować, wyobraźnia natychmiast przenosiła ją do różanej altany, w pobliże skrwawionych trupów. Wiedziała, że od tego obrazu nie uwolni się do końca swojego życia i wiele razy ujrzy go we śnie. Ale nie to było najstraszniejsze, choć wyobrażony obraz był niezwykle wyrazisty, a każda sekunda niemożliwie rozciągnięta w czasie. Nina bała się czegoś zupełnie innego. Powoli wzniosła ręce i zatopiła palce we włosach.
- Nie! - jęknęła. - Ja nie chcę! Chryste, to przecież niemożliwe i z pewnością się mylę. - lecz usłużna pamięć zaraz podsunęła jej zasłyszane niegdyś słowa Aleksa: "Pewnego dnia zabiję cię! Zatłukę jak wściekłego psa!" - i wydawało się jej, że znowu słyszy przeraźliwy krzyk Pauli smaganej pejczem.
Zerwała się na równe nogi, blada i zdeterminowana. Jak zwykle w chwilach prawdziwego zagrożenia, powrócił jej spokój i zdolność analitycznego rozumowania. Nie wiedziała dlaczego hrabia zdecydował się na tak ryzykowny krok, nie zważając na niebezpieczeństwo, jakie niosła dla niego śmierć żony. Prawdopodobnie pragnął za wszelką cenę pomścić śmierć swojego podwładnego i zmazać hańbę ze swojego nazwiska. Lecz Rafał był na usługach żandarmerii i śledztwo w sprawie jego śmierci z pewnością będzie szczegółowe. Policja może powiązać tę zbrodnię z pisanym niedawno donosem. Władze carskie wszędzie węszyły spisek.
Boże, powinna coś zrobić, żeby odwrócić od ukochanego nawet cień podejrzenia. Teraz od jej przebiegłości i mądrości, zależeć będzie jego honor i życie. W panice rozejrzała się dokoła. Co powinna zrobić? Ludzie od dawna plotkowali o jej romansie z wujem. A teraz jak grom, spadnie na nich wiadomość o śmierci Pauli i Żabca, wywołując lawinę nowych plotek i niezdrową sensację. Zakręciła się bezradnie na miejscu, nie wiedząc od czego ma zacząć. Na wszelki wypadek, postanowiła raz jeszcze wrócić do altany. Kto wie, może pozostał tam jakiś ślad, mogący naprowadzić policję na trop Aleksa? Zwalczyła w sobie okropne przerażenie i wróciła do altany, odmawiając pacierze za umarłych.
Zdawała sobie sprawę, że powinna się śpieszyć, bo istniało prawdopodobieństwo, że oprócz niej, ktoś jeszcze mógł posłyszeć strzały i sprowadzić do altany ludzi. Umierała ze strachu, jednak lęk bezpieczeństwo o Aleksa był silniejszy.
W różanej altanie nie się nie zmieniło. Słodko pachniały róże, a promienie słońca prześwietlały zielony gąszcz liści, tworząc jaśniejsze i ciemniejsze płaszczyzny światła i cienia. Przyzwyczaiwszy wzrok do panującego półmroku, zaczęła się uważnie rozglądać. Jakoż zaraz spostrzegła pod nogami jakiś przedmiot. Podniosła go i obejrzała. Był to pistolet z którego oddano strzały. Lufa jeszcze cuchnęła prochem. Broń była stara, lecz posiadała dwie lufy, umożliwiające oddanie dwóch strzałów bez potrzeby ponownego nabijania. Hrabia strzelał z bliskiej odległości, a jego strzały były straszliwie celne. Zastanawiała się gorączkowo, czy znalezioną broń należy zostawić na miejscu, czy też ją usunąć? Nie mogła się zdecydować, co ma zrobić i stała trzymając pistolet w dłoni. Zrobiła jeszcze krok i niechcący potrąciła stopą dłoń Rafała. Z obrzydzenia i strachu znowu było jej niedobrze. Wydawało się jej, że lada moment z posadzki podniesie się Paula i cała zalana krwią, rzuci się na nią. Znowu zaczęła się modlić, błagając z całej duszy Boga o ratunek. Półgłosem wzywała hrabinę Teklę, żebrząc o pomoc w tej beznadziejnej sytuacji. Lada moment ktoś mógł tu wejść i zastać ją z wystrzelonym pistoletem w dłoni!
"Boże, - błagała - spraw, żebym wymyśliła coś takiego, aby policja nie musiała szukać zabójcy! Cioteczko, pomóż mi, nie opuszczaj mnie w tej strasznej godzinie. Ratuj Alka!" Czując narastające poczucie klęski, wzniosła oczy ku górze, oczekując jakiegoś znaku. Ale nic się nie działo, a w głowie miała kompletną pustkę. Zdruzgotana cisnęła z rozpaczą pistolet na posadzkę. Upadł przy prawej dłoni Rafała.
Naraz doznała olśnienia! "Dzięki Ci, Boże!" - zaśpiewały w jej duszy chóry anielskie. Policja nie będzie szukała sprawcy zbrodni, bo rozwiązanie zagadki znajdzie na miejscu. Plan jej był dziecinnie prosty. Zarumieniona z podniecenia, przykucnęła przy Żabcu i rozchyliła palce jego prawej dłoni, jeszcze nie stężałej po śmierci. Włożyła mu pistolet i mocno zacisnęła palce na rękojeści i cynglu broni. Elastyczne ramię ułożyła w ten sposób, jakby samo opadło pod ciężarem pistoletu.
Miała wrażenie, że zaraz sama skona ze wstrętu i przerażenia, bo dłoń Rafała była jeszcze ciepła i lekko wilgotna. Mamrotała modlitwy polecając się wszystkim świętym, ale nie poprzestała na tym i zrewidowała jeszcze torebkę Pauli i kieszenie sutanny Rafała. Przy Rafale znalazła klucz do bocznej furty, widocznie na nowo dorobiony. To był ważny dowód dla śledztwa, więc pozostawiła go w jego kieszeni. W torebce Pauli nie znalazła nic godnego uwagi. Teraz już mogła stąd odejść przekonana, że nikt nigdy nie dowie się, co naprawdę wydarzyło się w różanej altanie.
Idąc w stronę pałacu, układała w myślach swoją wersję wypadków. Musiała być bardzo opanowana i wiarygodna, bo w carskiej policji nie było ludzi łatwowiernych i naiwnych. O tej porze ogrodnicy 
pracowali już w sadach i ogrodach warzywnych. Rozglądnęła się, lecz nie zauważyła nikogo. 
 Przystanęła, przeżegnała się i zaczerpnąwszy głęboko powietrza, zerwała się do szalonego biegu. Błyskawicznie przebiegła park, popędziła aleją i wpadła do sieni dysząc, chwiejąc się na nogach i rozpaczliwie, głośno wzywając domowników. Była śmiertelnie blada i wyglądała jak osoba porażona okropnym przeżyciem. Bez tchu osunęła się na krzesło, chwytając zachłannie powietrze.
Z kredensu wybiegła Jaga i na jej widok załamała ręce pytając, co się stało? Nina omdlewającym ruchem wskazała na gardło, a potem zwisła bezsilnie, zemdlona. Jeden z lokajów pochwycił ją na ręce i zaniósł do malinowego salonu, ostrożnie kładąc na kanapce krytej liońskim jedwabiem. W jednej chwili salon zapełnił się domownikami. Za Jagą przybiegła pani ochmistrzyni z kroplami bobrowymi, a za nią Kumosia z solami i trzy kobiety próbowały przywrócić zemdloną Ninę do przytomności, przeszkadzając sobie wzajemnie. Zdezorientowana i przestraszona służba zgromadziła się przy drzwiach, nie rozumiejąc, co się panience przydarzyło.
- Kotuniu, otwórz oczka! Słyszysz mnie? - wołała Jaga, przemywając twarz Niny chłodną wodą.
Nina nieznacznie uchyliła powieki i przez rzęsy zerknęła na otaczające ją kobiety. Powinna była tak dobrze zagrać swoją rolę, żeby wywołać u słuchaczy szok! Udała, że odzyskuje przytomność i otworzyła oczy, rozglądając się po twarzach zgromadzonych ludzi.
- Boże miłosierny. - wyszeptała słabym, drżącym głosem - Stała się rzecz straszna, potworna. W różanej altanie Żabiec zastrzelił panią hrabinę i sam się zabił!
Z pewnym zadowoleniem usłyszała głośne okrzyki zdumienia i zgrozy. Jaga przeżegnała się i usiadła obok niej, ujmując ją za rękę.
- Bój się Boga, dziecko! Co ty pleciesz? - zawołała przekonana, że musiała się przesłyszeć.
Z gromady osłupiałej służby, wysunął się Walenty i podszedł do kanapki.
- Czy to prawda, jaśnie panienko? Ten Żabiec zabił rzeczywiście kogoś? - upewniał się, przysłaniając dłonią ucho, aby lepiej słyszeć.
- Zabił panią hrabinę. - wyszeptała. - O Boże, znowu mi słabo!...Walenty, proszę dopilnować, żeby niczego w altanie nie ruszano, aż do przybycia policji. Poślijcie konnego po sprawnika Boruchina na posterunek policji, i poszukajcie pana hrabiego na folwarkach. Żabiec po zastrzeleniu hrabiny, popełnił samobójstwo. Tak strasznie wygląda....
Z całą świadomością powtarzała wiadomość o samobójstwie Rafała wiedząc, że ludzie łatwo ulegają sugestii. Kiedy zobaczą Rafała, leżącego z wystrzelonym pistoletem w dłoni, będą się później zaklinali na wszystkie świętości, że od od dawna nosił się z tym zbrodniczym zamiarem. Ta niesamowita nowina dotarła wreszcie do świadomości wstrząśniętych ludzi, wywołując odmienne reakcje. Kobiety z obowiązku zaczęły pochlipywać, mężczyźni wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Stary kamerdyner pokiwał tylko głową, a po jego ustach przemknął zimny uśmiech, który Nina dostrzegła i zrozumiała. Walenty cieszył się ze śmierci Pauli! Przez chwile przebierał nogami, jak wysłużony koń wyścigowy, a potem raźno podreptał do różanej altany, a za nim reszta służby, głośno komentując okropne wydarzenie. Na przedzie migała biała, wysoka czapka kuchmistrza, kroczącego z chochlą w dłoni.
W jednej chwili cały pałac opustoszał. Leżąca Nina nieznacznie otworzyła jedno oko i stwierdziwszy, że pozostała przy niej jedynie Jaga, usiadła na kanapce bez śladu osłabienia.
- Idź za nimi, nianiu i dopilnuj, żeby do altany nikt nie wchodził. Trzeba zawiadomić proboszcza, wojewodzinę i ciotkę Marię. Ojej, znowu mi niedobrze! - jęknęła, chwytając się za brzuch i czując powracające nudności. - Idź, nianiu, proszę!
Jaga posłała jej badawcze spojrzenie i bez słowa, podkasawszy krochmalone halki i spódnice, jak kula potoczyła się do parku. Do salonu wsunęła się cichutko Kumosia, niosąc na tacy kieliszek mocnego wina i lukrowany sucharek.
- Biedny nasz kwiatuszku, jeszcze panienkę słabi? - pełna współczucia położyła rękę na czole Niny. - Proszę wypić to wino i zjeść sucharek, zaraz będzie lepiej. Zaparzę melisy na uspokojenie, dobrze?
- Nie, lepiej mięty. - wymamrotała Nina, obolała i zmęczona wymiotami.
- Dobrze, ale najpierw zrobię panieneczce kompres na czółko. Boże, kto mógł się spodziewać takiego nieszczęścia. Wprost w głowie się nie mieści!
Zrobiwszy okład, Kumosia usiadła przy kanapce, wyjęła z kieszeni różaniec i półgłosem zaczęła odmawiać pacierze za dusze zmarłych bez sakramentów. Nina wypiła wino, zjadła sucharek i się    położyła .                
Odkrycie, że Aleks jest w konspiracji, stało się dla niej źródłem ustawicznego niepokoju, a wypadki toczyły się z zawrotną szybkością, nie pozwalając jej ochłonąć. Nagła tragiczna śmierć przyjaciela. Wiadomość, że mężczyzna, którego kocha jest w szeregach spiskowców, potem jego wyprawa na Łysą Polanę i odrażające wyznania Pauli. Następnie tajemnicza śmierć obojga kochanków, mogły zwalić z nóg osobę starszą i o wiele silniejszą. Mnóstwo spraw było dla niej niezrozumiałych, a nawet sprzecznych z rozsądkiem. Na przykład, dlaczego hrabia pozostawił przy zwłokach pistolet, choć powinien się go pozbyć wrzucając do stawu. Paula również nie wydawała się przerażona nagłym wtargnięciem męża do altany. Była zdziwiona lub zaskoczona. Takie wrażenie odniosła Nina, słysząc jej głos.
Alibi Aleksa także nie należało do pewnych, bo ktoś mógł go widzieć, jak jechał w jasny dzień przez park. 
Było w tej sprawie dużo zagadek, na które nie znajdowała odpowiedzi. Obawiała się śledztwa, lecz gotowa była zebrać siły i całą przytomność umysłu, by nie zdradzić się jakimś nieostrożnym słówkiem.
"Paula nie żyje!" - powtórzyła w myślach i nagle opanował ją lodowaty strach. Zupełnie zapomniała, o czym wspominał kilkakrotnie Aleks, że choćby hrabina zmarła na katar, jej donos trafi do rąk żandarmerii. Usiadła tak raptownie, że spłoszyła tym ruchem rozmodloną Kumosię.
- Może coś podać, słoneczko? - dopytywała się starowinka tonem szczerej troski.
- Dziękuję Kumosi, już mi lepiej. - uspokoiła ją Nina, zdejmując kompres z czoła. - Pójdę się przebrać, bo ta suknia zmięta i nieświeża.
Słaniając się na nogach, Nina wyszła z salonu wolno, trzymając się ściany. Sień była pusta, więc uniosła wysoko suknię i skacząc po dwa schody na raz, lekko pobiegła do apartamentów Pauli. Nacisnąwszy klamkę stwierdziła rozczarowana, że drzwi są zamknięte na klucz. Musiała iść do gabinetu i przynieść wiszący tam duplikat. Trzymając cały pęk kluczy, dopiero po dłuższej chwili natrafiła na właściwy i przekręciła go w zamku.
Weszła na palcach do "złotej komnaty", przypominając sobie, jak przed rokiem po raz pierwszy przestąpiła ten próg, olśniona i pełna zawiści, zazdroszcząc panującego tu przepychu. Teraz ten pokój wyglądał tak, jakby Paula miała tu zaraz wrócić. Na stoliczkach i na łożu leżały porozrzucane części garderoby oraz drobiazgi toaletowe. Na fotelu stał wytworny sakwojaż w części wypełniony nocną bielizną. Szeroko otwarte szafy ukazywały swoje wnętrza, w powietrzu unosił się zapach perfum różanych. Nina odwróciła się i wrzasnęła z przerażenia, bo ze złotych ram wyjrzała ku niej Paula. Raz tylko i bardzo pobieżnie oglądnęła ten obraz. Teraz podeszła i z ciekawością pomieszaną z lękiem, przyjrzała się portretowi.
Malarz przedstawił hrabinę jako Fryne. Czarne włosy upięte w grecki krobylos, podkreślały jej południową urodę. Biała grecka tunika luźno opadała z jej ramion, odsłaniając niemal całe piersi. Paula trzymała krużę z winem, podnosząc ją do ust. Cała postać wychylająca się z ciemnego tła portretu, była niezwykle plastyczna i sugestywna. Ciemne oczy Pauli płonęły ogniem namiętności, usta rozchylał tajemniczy, odrobinę przekorny uśmiech. Znakomity artysta doskonale uchwycił podobieństwo i jej demoniczny urok. Było to prawdziwe arcydzieło słynnego malarza francuskiego Jean Baptisty Corota. Widok Pauli wywarł wstrząsające wrażenie i wpatrzonej w portret Ninie, naraz wydało się, że biała szata splamiona jest krwią, a oczy Pauli wyrażają grozę śmierci.
Oderwała się od obrazu, przypomniawszy sobie, że ma ważniejsze sprawy do załatwienia, niż gapienie się na portret. Chciała jeszcze przed przybyciem policji, dokładnie przeszukać pokoje hrabiny, żeby nic kompromitującego nie wpadło w łapy śledczym. Kobieta tak zagadkowa jak Paula, musiała mieć mnóstwo sekretów, o jakich policja nigdy nie powinna się dowiedzieć. Energicznie zabrała się do dzieła, metodycznie przeszukując szafy, szuflady komód i sekretarzyków. Zajrzała do bieliźniarki, lecz nic nie znalazła. W sekretarzyku natrafiła na listy jakiejś Wiery, pisane po francusku z wieloma błędami ortograficznymi, o treści tak skandalicznej, że Nina odłożyła je z niesmakiem.
Następna korespondencja należała do mężczyzny, posługującego się znakomitą francuszczyzną, lecz Nina nie doczytała jej do końca, gdyż jego zwierzenia miłosne bliskie były pornografii. Zawstydzona, spaliła listy w kominku. Załatwiwszy się z tym, szukała dalej niezmordowanie, przeglądając wnętrza szaf w garderobie. Odzież Pauli nie była jeszcze w całości spakowana i oglądając przepyszne toalety paryskie i drogie futra, Nina skonstatowała z goryczą, że Aleks nie żałował pieniędzy na stroje żony. Pomimo gorliwych poszukiwań nie znalazła nic i stanęła bezradnie na środku pokoju obawiając się, że policjanci, o wiele bardziej doświadczeni w tych sprawach, mogą znaleźć coś, co umknęło jej uwadze. Dałaby pół życia, żeby dowiedzieć się, gdzie Paula przechowuje słynny donos, którym przez lata szantażowała Aleksa. Może ma go Woroncew? Nie, to niemożliwe, bo pułkownik już dawno posłużyłby się nim. Paula nie ufała kochankom i adwokatom twierdząc, że wszyscy są przekupni! W takim razie, gdzie ukryła donos?
Raczej instynktem niż słuchem wyczuła, że ktoś stoi za drzwiami. Jednym skokiem znalazła się za ciężką kotarą zasłaniającą wejście do garderoby. Przez szparę widziała, jak drzwi uchylają się powoli i bezszelestnie. W szczelinie ukazało się czyjeś oko, skrawek liberii, a następnie do komnaty wsunął się Walenty. Obserwowała go, gdy stanął i rozglądnął się, jakby kogoś szukał.
- Co Walenty tu robi? - spytała groźnie, wychodząc z surową miną z ukrycia.
Staruszek wcale nie zaskoczony, posłał jej filuterne spojrzenie i uśmiech.
- Wiedziałem, że jaśnie panienka musi tutaj być, bo w gabinecie nie ma zapasowego klucza. Pewnie jaśnie panieneczka przyszła sprawdzić, czy nie ma tu czegoś ważnego, prawda?
- Niestety, nic nie znalazłam. Boję się, że mogłam coś przeoczyć.
- Bo też panieneczka nie szukała tam, gdzie trzeba. Zaraz coś pokażę! - uważnie obejrzał kominek i mocno nacisnął listwę przy posadzce. Odchyliła się ukazując duży schowek. Walenty sięgnął do wnętrza i wyciągnął sporą metalową kasetkę.
- Ona kazała ten schowek zrobić, jak tylko tu nastała. - wyjaśnił, wręczając kasetę osłupiałej Ninie.- Ale po robocie, ja majstra spiłem i on zdradził mi, jak tę skrytkę otworzyć. Dopóki ona żyła, bałem się tu zaglądać, a nawet jaśnie panu hrabiemu o skrytce nie wspomniałem, żeby ta gadzina nie zemściła się na nim. Ale Bóg sprawiedliwie pokarał ją za grzechy! Przeglądnij, nasz kwiatuszku, te papiery. Trzeba się śpieszyć, bo zaraz policja tu będzie.
Nina posłała mu spojrzenie pełne najgłębszej wdzięczności i trzęsącymi się rękami otworzyła kasetę. Na samym wierzchu leżały jakieś mapy i koperty upstrzona lakowymi pieczęciami. Otworzyła jedną z nich i wyjęła arkusz papieru zapełniony kolumnami cyfr. U spodu były pieczęcie z dwugłowym orłem carskim i zygzakami podpisów. Domyśliła się, że to musi być jakiś szyfr. Pod mapami znajdowała się elegancka koperta z czerpanego papieru przesiąknięta zapachem róży. Była zaadresowana do konsula Królestwa Prus w Warszawie. Odłożyła ją na bok, niewiele z tego rozumiejąc.
Sięgnęła po następną kopertę i serce jej zaczęła nagle bić tak mocno, ze czuła jego uderzenia w całym ciele. Kolana ugięły się pod nią i upadła raczej, niż usiadła na najbliższym krześle. List adresowany był do III Wydziału Cesarskiej Kancelarii w Warszawie. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Oto trzymała w ręce tak poszukiwany, śmiercionośny donos! Od Aleksa wiedziała, że III Wydział kierował wywiadem rosyjskim, zajmował się działalnością szpiegowską oraz prowokacją. List skierowany był pod właściwym adresem. Rozdarła kopertę i przeczytała donos pisany po francusku. Było to formalne oskarżenie hrabiego Aleksandra Klonowieckiego z Makowa, byłego sztab-rotmistrza czerwonych huzarów gwardii cesarskiej, o przynależność do spisku wojskowego w Petersburgu, mającego na celu wywołanie buntu w armii. List zawierał wiele faktów, cytował wyjątki z rozmów i załączał całą listę nazwisk. Sugerował również, że spiskowcy działali w porozumieniu z opozycją rosyjską "Ziemli i Woli" oraz z Hercenem i Ogariewem w Londynie, wydającym gazetę "Kołokoł".
Bliska zemdlenia, Nina odczytywała nazwiska przyjaciół oskarżonych o przynależność do tajnej organizacji militarnej na terenie Gór Świetokrzyskich. Na liście figurował nawet proboszcz, przyjmujący przysięgę od konspiratorów. Tego już Paula nie mogła wiedzieć i musiał jej o tym wspomnieć Żabiec. Każde słowo tego strasznego listu – donosu, było wyrokiem śmierci. Zdawało się Ninie, że już słyszy świst kańczugów i widzi zalane krwią ciała bliskich sobie osób. Osławiony III Wydział, miał skuteczne metody wydobywania zeznań, opierając się na metodach świętej Inkwizycji. Pod donosem nie było podpisu. Widocznie Paula nie zamierzała się ujawniać w obawie, że sama zostanie pociągnięta do odpowiedzialności, za długie zatajanie informacji o spisku. Przyjrzawszy się donosowi, Nina stwierdziła, że musiał być napisany zupełnie niedawno. Papier był świeży, nie pogięty, a atrament czarny.
Zastanawiała się, czy pierwszy donos został przez Paulę zniszczony, a może w ogóle nie istniał? Kto wie, czy nie był to iście szatański podstęp tej kobiety, przez całe lata grożącej mężowi denuncjacją i żyjącej w luksusie za jego pieniądze. Tak czy inaczej, list z donosem leżał w skrytce niedługo. Ale dlaczego hrabina postanowiła wydać męża właśnie teraz? Może zamierzała się zemścić za otrzymane baty? Albo choroba umysłowa uczyniła w jej mózgu takie spustoszenie, że już nie potrafiła logicznie myśleć? Tę tajemnicę Paula zabrała z sobą na drugi świat. Zresztą to już nie miało żadnego znaczenia, bo hrabina i Rafał nie żyli.
Nina siedziała blada, zlana zimnym potem, trzymając w ręce fatalny list. Walenty czekał cierpliwie, aż ona ochłonie. Wreszcie zaniepokojony wyrazem jej twarzy, odezwał się półgłosem:
- Jaśnie panienko, może ja wody podam? Słabo panieneczce?
  Podniosła się, podeszła do niego i zarzuciwszy mu ramiona na szyję, ucałowała jak ojca.
- Niech Pan Jezus błogosławi Walentemu. - szepnęła wzruszona do łez. - Gdyby ten list wpadł w łapy policji.... Chryste! To była podła, okrutna istota.
- To był diabeł wcielony i bardzo się cieszę, że nareszcie poszła do piekła, tam gdzie jej miejsce, razem ze swoim gachem! - powiedział kamerdyner z powagą. - Ktokolwiek to zrobił, dobrze zrobił. Oni nie zasługiwali na litość.
Nina zastanawiała się przez chwilę, czy oddać Aleksowi donos. Ale po namyśle doszła do wniosku, że należy oszczędzić mu tej przykrości.
- Proszę, niech Walenty wrzuci te papiery w ogień. Jad tej żmii już nie zabije nikogo!
Z ponurą satysfakcją patrzyli, jak płomienie pożerają dokumenty i listy. Poczerniały w ogniu i nagle rozsypały się w popiół. Walenty wymiótł resztę z kominka i wyrzucił przez okno. Pofrunęły z wiatrem. Nina raz jeszcze uścisnęła staruszka i rozstali się, bardzo z siebie zadowoleni. W swoim pokoju z rozkoszą zanurzyła twarz w chłodnej wodzie, umyła ręce i zmieniła nieświeżą suknię. Uczesała się inaczej, opuszczając warkocze na ramiona. W tej fryzurce wyglądała jak pensjonarka, ale nie życzyła sobie, by policjanci traktowali jej zbyt poważnie. Zdejmując z nóg pantofelki spostrzegła, że podeszwy umazane są zakrzepłą krwią. 
Natychmiast wrzuciła je do pieca i spaliła.