piątek, 29 kwietnia 2016

Znowu same zmartwienia.


29 kwietnia 2016 r.
Aleks wrócił do Makowa następnego dnia. Zaraz po przywitaniu, Nina opowiedziała mu o wizycie Prusaka.
- Sądzę, że Paula lekkomyślnie zobowiązała się, dostarczyć konsulowi jakieś informacje, dotyczące tajemnicy wojskowej. – mruknął.
- Nie rozumiem. – Nina potrząsnęła głową. – Przecież król Prus jest kuzynem cara. Nie mógł się go po prostu zapytać?
Aleks wybuchnął śmiechem i pocałował żonę, rozczulony jej naiwnością.
- Kochanie moje, królowie nie mają krewnych. Paula miała mnóstwo znajomości w sferach wyższych oficerów. Przy jej urodzie, zdobycie informacji było bagatelą . Konsul pożyczył jej pieniądze, a ona je wydała, nie dotrzymując umowy. Prusak stracił nerwy i przysłał tutaj tego bałwana.
- Całe szczęście, że od ciebie nie zażądali spłaty jej długów. – Nina parsknęła śmiechem. – Ale mylisz się, bo ona umowy dotrzymała. W jej skrytce znalazłam kopertę adresowaną do konsula, a w niej papier pełen cyfr i pieczęci wojskowych. To był z pewnością szyfr, prawda? Wspominałam ci o tym.
- Przypominam sobie. Szkoda, że to zniszczyłaś. Musiało to być coś ważnego, w przeciwnym razie, pan konsul nie byłby taki hojny. Trudno. – przygarnął ją do siebie. – Tęskniłaś za mną?
- Uhm! Powiesz mi, po co pojechałeś do Radomia?
- Miałem tam z kimś spotkanie.
- Alek, mam nadzieję, że to nie była kobieta! – nastroszyła się, wysuwając się z jego ramion.

Płk. Zygmunt Sierakowski.
- Nie. To był mężczyzna. Spotkałem się z moim przyjacielem, pułkownikiem Sierakowskim. Był przejazdem w Radomiu i nareszcie mogliśmy sobie pogadać.
- Powinieneś zaprosić go do Makowa, chciałabym go poznać.
- Śpieszył się, bo wracał do Rosji. On także ma młodą żonę. Wiesz, pokazałem mu twoją fotografię, nie mógł się napatrzeć. Powiedział, że gdyby nie był żonaty, zakochałby się w tobie na umór. No, powiedz sama, czy ja nie mam powodu, żeby być o ciebie zazdrosny? Pułkownik przesyła ci ukłony i ucałowania rączek. Jedna rączka, a teraz druga. Całusa dostanę?
Cmoknęła go od niechcenia, nie przestając wpatrywać się w niego podejrzliwie.
- To mówisz, że pan Sierakowski był w Radomiu przejazdem? A ty siedziałeś tam aż tydzień!
- Musiałem.
- Proszę, musiałeś! – prychnęła ze złością. – Tak się odpowiada żonie. Czasem mam wrażenie, że zachowujesz się wobec mnie, jakbym była szpiclem policyjnym. Uprzedzałam cię, że nie zamierzam być żoną, o której mąż przypomina sobie wieczorem, kładąc się do łóżka. Mam prawo wiedzieć o mężu wszystko. Tadek nie robi tajemnic przed Zosią. To od niej dowiaduję się, czym mój małżonek się zajmuje. Alek, błagam ciebie, żebyś przestał mieszać się do polityki!
W jednej chwili spoważniał i zmienił się na twarzy.
- Nie mogę rozmawiać z tobą o sprawach, nie będących moją tajemnicą.
- Jestem twoją żoną. Nie ufasz mi? Dlaczego Tadeusz nie ma podobnych obiekcji?
- Bo nie był oficerem. Może wydaje mu się, że rozkaz utrzymania tajemnicy nie dotyczy żony. Dobrze, że mi o tym powiedziałaś. Pomówię z nim na ten temat. Zresztą Siekielski nie był mężem Pauli i nie ma moich doświadczeń.
Zaciął usta i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju, celowo omijając ją wzrokiem. Był zły, a jego oczy rzucały gniewne błyski.
- Nino, lepiej dajmy temu spokój. – powiedział zauważywszy, że ona chce coś jeszcze dodać. Ale Nina także była już zdenerwowana, bo przyszło jej na myśl, że ponure wspomnienie Pauli prześladować go będzie do końca życia.
- O waszych tajemnicach wróble na dachach ćwierkają. – mruknęła, zaciskając zęby. – A twoje obiekcje nie wynikają z przykrych doświadczeń, lecz są jedynie kwestią zaufania do mnie. Nie ufasz mi, w takim razie nie zamierzam wymuszać zwierzeń, bo wiem, że nie powiesz mi prawdy. – wzruszyła ramionami. – Cóż, jakoś to przeżyję. – umilkła, szukając tematu, który nie zahaczałby o politykę.- Aha, przypominam ci, że moja niania do tej pory nie otrzymała należnego jej spadku po cioci Tekli. To nie wypada.
Zrozumiał, że żona jest obrażona i złagodniał. Próbował ją objąć, ale wykręciła się zręcznie.
- Kochanie, Jaga z pewnością dostanie te pieniądze ode mnie, ale może nieco później. Mam teraz pewne kłopoty w gotówką.
- Nieprawda! – krzyknęła uniesiona gniewem. – W tym roku były wspaniałe zbiory i mamy mnóstwo pieniędzy. Zapominasz, że ja też kontroluję księgi. Żałujesz mojej niani tysiąca rubli? Nie chcesz spełnić mojej prośby! Przecież ja nigdy o nic ciebie nie proszę. Zadowalam się tym, co sam mi ofiarujesz! – wołała coraz głośniej i zapalczywiej.
- Zrozum, że Jaga w tej chwili pieniędzy nie potrzebuje, a ja większą kwotę z funduszy uzyskanych za zbiory, już przekazałem do banku Francuskiego. Baron Kronenberg tym się zajął. – tłumaczył jej cierpliwie.
- To nie nasza rzecz, czy pieniądze są niani potrzebne i co z nimi zrobi. Ja chcę, żeby dostała te tysiąc rubli w złocie! – tupnęła nogą.
- Nino!
- Nie? W takim razie sprzedam jakiś klejnot!
- Rozumujesz jak dziecko. Nie masz racji. Oczekuję od żony rozsądku i cierpliwości. A ty, zachowujesz się jak kłótliwa przekupka.
Zwróciła ku niemu wykrzywioną z wściekłości twarz.
- Tak? Ja jestem kłótliwa, bo proszę cię o parę groszy? Paula nigdy nie musiała długo prosić cię o pieniądze. Dla niej byłeś o wiele hojniejszy!
Wspomnienie znienawidzonej rywalki doprowadziło ją do pasji. Nie oglądając się, wybiegła z pokoju trzaskając drzwiami i nie pokazała się na kolacji. Przez cały wieczór miotała się po sypialni, parskając jaki zła kotka. Kiedy Aleks przyszedł wieczorem i zapukał, drzwi do sypialni okazały się zamknięte na klucz.
- Nino. – usłyszała jego stłumiony głos. – Kochanie, opamiętaj się. Nie pozwól, żeby gniew ciebie zaślepił. – nadsłuchiwał, lecz w pokoju panowała cisza.
- Promyczku, nie rób mi tego. Proszę, porozmawiajmy, jak dwoje dorosłych ludzi. Chcę tylko z tobą pomówić, nic więcej.
Usiadła na łóżku, ale nie odpowiedziała.
- Nino, jeżeli teraz odejdę, nigdy ci tego nie wybaczę, słyszysz? Nigdy! Nino, proszę!
Wepchnęła sobie chusteczkę do ust, żeby głośno nie szlochać, ale nie zareagowała. Kiedy się oddalił, wtuliła twarz w poduszkę, w tym miejscu, gdzie zawsze spoczywała jego głowa i tuląc ją do ust, zapłakała gorzko. Rano miała nadzieję, że mąż ją przeprosi, jednak przy śniadaniu nie odezwał się się do niej nawet słowem. Obserwowała go ukradkiem, jak siedział, czytając przy stole gazetę. Poprzednio nigdy tego nie robił. Zwykle przy śniadaniu razem planowali, jak spędzą dzień. Parę razy prowokująco chrząknęła, by zwrócić na siebie jego uwagę. Na moment podniósł oczy i spojrzał na nią, jakby była zrobiona ze szkła. Po prostu jej nie zauważał. Uznała, że mąż zachowuje się skandalicznie, wstała i z wysoko zadartym nosem, wymaszerowała z jadalni.
Przebrała się w amazonkę i poszła do stajni. Gdy weszła do boksu, Mignon podeszła do niej i musnęła ją po twarzy chrapami. Nina pocałowała ją i prędko klacz osiodłała. Dosiadła Mignon i pojechała do Brzezińca, pożalić się Zosi. Jak zwykle, przyjęta została serdecznie i zatrzymana na obiedzie. Zasiedziała się u Siekielskich, z właściwą sobie lekkomyślnością zlekceważywszy bilecik męża, wzywający ją do powrotu. Wróciła do domu dopiero o zmierzchu, postanawiając tak zmiękczyć Aleksa, żeby sam poprosił ją o przebaczenie. Pewna była, że on uczyni to wieczorem, kiedy przyjdzie do sypialni. Naturalnie, wtedy pozwoli się przeprosić, bo nie potrafiła długo się gniewać i tęskniła za nim. Nie była wcale zdziwiona, widząc uśmiechniętą Jagę, trzymającą w ręce pokaźny worek, pełen złotych monet.
- Popatrz tylko, kotku, jaki ten pan hrabia dobry. – zawołała niania. – Nigdy w życiu nie miałam tyle pieniędzy! Same złote imperiały. Oj, dziecko, masz takiego kochającego męża i nie potrafisz go docenić. Dlatego nie wróciłaś na obiad? Przecież pan hrabia posłał po ciebie chłopca. Nie wiem, co między wami zaszło, ale dobra żona nie zamyka przed mężem drzwi sypialni. Przecież ślubowałaś mu posłuszeństwo!
Nina osłupiała, a ochłonąwszy z wrażenia, posłała niani karcące spojrzenie.
- Skarżył się do ciebie? – wzruszyła ramionami, udając obojętność.
- Nie, ale rano drzwi sypialni były zamknięte na klucz, stąd wiem. – Jaga uśmiechnęła się przebiegle, lecz zaraz spoważniała. – Nino, nie rób tego więcej, bo zrazisz męża i możesz stracić jego miłość.
- Zasłużył na nauczkę, ale przez wzgląd na ciebie, postaram się wybaczyć mu wyrządzoną mi przykrość. – oznajmiła Nina łaskawym tonem.
Ale Jaga nie podzielała jej optymizmu.
- No, nie wiem, kotku. – rzekła, pełna niedobrych przeczuć. – Pan bywa pamiętliwy, a dziś był w wyjątkowo złym humorze. Posłuchaj mojej rady i bądź dla niego słodziutka.
- Zobaczę. – bąknęła Nina czując w sercu cień niepokoju. – Nianiu, pomóż mi się przebrać do kolacji.
Stanęła w garderobie przed lustrem i z pomocą niani, włożyła nową śliczną suknię z kremowego kaszmiru, w delikatny kwietny wzór. Okręciła się na pięcie, stwierdzając z radością, że wygląda w niej prześlicznie. Poprawiła szeroki kołnierz z koronek i pomyślała, że Aleks musiałby być z kamienia, żeby nie zwrócił uwagi na jej błyszczące oczy, różowe usta, złożone jak do pocałunku i piersi widoczne w dużym dekolcie.
 Jaga spoglądała na nią z pobłażliwym uśmiechem, stwierdzając w myślach, że w gruncie rzeczy, Nina jest jeszcze bardzo dziecinna. Westchnęła, obawiając się, że hrabia może nie okazać się tolerancyjny dla młodziutkiej żony. Siedząc przy stole, Nina oczekiwała, że mąż pierwszy się do niej odezwie. Ale spotkał ją przykry zawód. Wszedł do jadalni, mówiąc tylko: „ dobry wieczór” i poprzestał na oficjalnym ukłonie. Jadł szybko i zaraz po kolacji udał się do gabinetu, pozostawiając ją przy stole samą.
Była jego zachowaniem bardzo rozczarowana, lecz nie tracąc nadziei, usiadła w sypialni na kanapce z książką w ręku, udając, że czyta. Nie rzuciwszy nawet okiem na otwartą powieść, nadsłuchiwała. Ale mąż pracował do późnej nocy. Znudzona siedzeniem, przebrała się w strojną nocną koszulę i w sposób widoczny pozostawiła uchylone drzwi do sypialni. Aleks wrócił do siebie dopiero po północy i ściszonym głosem rozmawiał ze służącym przygotowującym mu kąpiel. Słyszała z łazienki chlupot wody, a po jakimś czasie w jego pokoju zgasło światło i zapanowała cisza. Podniosła się z łóżka i boso, na palcach, pobiegła do drzwi. Przystanęła nadsłuchując. W ciszy nocnej usłyszała równy, głęboki oddech męża. Spał! Zrozumiała, że to już bardzo poważna sprawa. „O mój Boże, co ja narobiłam!”. – pomyślała z przerażeniem. Wróciła do łóżka i wtuliwszy twarz w poduszkę, zaczęła chlipać, pełna skruchy i żalu. Rano pokojówka przyniosła jej na tacy list od Jasia. Umówionym sposobem donosił, że powrócił do domu i na razie czuje się bezpieczny. Na szczęście wielka wsypa go ominęła. Dąbrowski dalej siedział w Cytadeli i jak dotąd, niczego nie zdołano mu udowodnić. Odwiedzała go panna Pelagia Zgliszczyńska, przekazując wiadomości i odbierając od niego rozkazy. Jaś pochwalił się, że rozpoczął praktykę lekarską i nie spodziewał się nawet, że od razu zyska tak wielu zamożnych pacjentów, co umożliwiło mu wynajęcie własnego gabinetu. Obiecywał, że w najbliższej przyszłości postara się znaleźć trochę wolnego czasu, aby wpaść do Makowa.
To była wspaniała wiadomość i Nina korzystając z okazji, jaką był list od Jasia, postanowiła pogodzić się z mężem. Ucieszona, zabrała list i poszła do gabinetu. Stanąwszy pod drzwiami, zapukała lekko i przybrawszy przymilną minkę weszła, zdecydowana przeprosić Aleksa za niemądre fochy. Jej czarujący uśmiech zamienił się w grymas zawodu, bo w gabinecie nie było nikogo. Zaczęła więc najpierw chodzić, a potem biegać po domu, szukając męża.
- Jezu, gdzie on się podziewa? – utyskiwała pod nosem, zatrzaskując z hukiem kolejne drzwi. – Przecież miał dziś pracować w domu.
Na korytarzu spostrzegła Walentego i odetchnęła, bo kamerdyner zawsze wiedział najlepiej gdzie pan przebywa.
- Czy pan hrabia pojechał dziś na jakiś folwark? – spytała, podchodząc.
Staruszek wysoko uniósł brwi ze zdziwioną miną, ale natychmiast przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Jaśnie pan hrabia raczył rano wyjechać. Sam pakowałem mu sakwojaż1 na drogę. – oznajmił z ukłonem.
Pod Niną ugięły się nogi i musiała oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Wyjechał? Dokąd? Wybrał się w podróż, nawet nie żegnając się z nią? Boże, jak mógł tak okrutnie się zachować? Z trudem powstrzymywała napływające do oczu łzy, szybko mrugając powiekami. Ale stary służący dostrzegł, jak pojedyncza łza połyskując niczym srebro, toczy się po jej policzku.
-Walenty nie wie, dokąd pan hrabia się udał? – spytała. – Spałam tak mocno, że zapewne nie chciał mnie budzić… - urwała rozumiejąc, że jej kłamstwo jest żałośnie naiwne i Walentego nie oszuka.
Stary kamerdyner był serdecznie przywiązany do młodziutkiej pani i współczuł jej z całego serca domyślając się, że małżonkowie musieli się poważnie poróżnić. Lecz nie wypadało mu okazać, iż domyśla się tego.
- Jaśnie pan hrabia nie powiedział dokąd się wybiera, ani kiedy wróci. Ale ja sądzę, że nie wyjechał na dłuższy czas, bo wziął z sobą tylko jeden sakwojaż, a nie kufer. – wyjaśnił i była to z jego strony próba pocieszenia młodej pani.
Nina była mu za to bardzo wdzięczna.
- Dziękuję Walentemu. – szepnęła i wolno odeszła.
W swojej sypialni nie musiała już hamować ogarniającej ją rozpaczy. Z głośnym szlochem rzuciła się na fotel i płakała, zasłoniwszy twarz dłońmi.
- Jezu Chryste, ale mnie przestraszyłaś! – wykrzyknęła Jaga, wychodząc z garderoby. – Nina, dlaczego ty znowu płaczesz? No, daję słowo, że nic nie rozumiem!
- Czy wiesz, że Alek wyjechał i wcale się ze mną nie pożegnał? – wybełkotała Nina, łkając i połykając wyrazy.
Jaga pokiwała głową i posłała jej wymowne spojrzenie.
- Aha, widzę już po twojej minie, że chcesz powiedzieć: „a nie mówiłam?” – chlipnęła Nina z goryczą.
- Nie powiem tego, bo nie chcę sprawiać ci bólu. Ale przypomnij sobie, że ostrzegałam ciebie, czym się twoje grymasy mogą skończyć. Przemyj twarz w chłodnej wodzie. Służba nie musi wiedzieć, że pani hrabina ma kłopoty. Płaczem niczego nie zmienisz. Jak to wygląda, żeby dama mazała się, jak dziecko i ryczała niby dziki osioł! Wysiąkaj nos! Ludzie słuchają. Wyglądasz, jak półtora nieszczęścia. Uzbrój się w cierpliwość i czekaj.
- Nawet ty mnie nie pożałujesz! – żałośnie zapłakała Nina. – Przecież ja nie zasłużyłam na takie traktowanie.
Kiedy siedziała taka zapłakana i nieszczęśliwa, nie można jej było nie kochać. Długie rzęsy ociekały łzami, a maleńki dołeczek tworzący się na wilgotnym policzku, był tego dostatecznym powodem. Jaga nie umiała obojętnie patrzeć na jej rozpacz. Podeszła i przytuliła głowę wychowanki do swej obfitej piersi.
- No, już cicho, mój słodki skarbie. Ludzie powiadają, że skłóconych małżonków najlepiej godzi róg pierzyny. – pocieszała Ninę, raczej bez większego przekonania. Mimo że hrabia zawsze zachowywał się wobec niej z nienaganną uprzejmością, jednak ona trochę się go bała i wątpiła, by pupilka znalazła u jego boku małżeńskie szczęście.
- To co ja mam teraz robić? – Nina patrzyła na nią bezradnie.
- Masz czekać aż pan przyjedzie. Potem pocałować go i przeprosić. Wyrządziłaś mu krzywdę. Nie wolno bezkarnie ranić człowieka i oczekiwać, że zaraz zapomni o urazie.
- Myślisz, że on mi wybaczy? – w głosie Niny zabrzmiał ton nieśmiałej nadziei.
- Kto wie? Jak go ładnie poprosisz? – zaśmiała się Jaga i pocałowała ją w czoło. Jednak w głębi duszy podejrzewała, że sprawa jest o wiele poważniejsza, niż się to Ninie wydaje. Lecz wolała milczeć, by zawczasu jej nie martwić.
Nina wzięła sobie do serca jej nauki i otarłszy oczy poweselała, wyobrażając sobie, że wszystko skończy się dobrze. Odpędziwszy od siebie ponure myśli, umyła twarz i wklepała w skórę krem liliowy. Za namową niani, postanowiła odwiedzić Zosię. Zmieniła poranną suknię na amazonkę i poszła do stajni. Nie wołając masztalerza, sama osiodłała Mignon przekonana, że Tadeusz najlepiej będzie wiedział, dokąd mąż się wybrał. Do boksu zaglądnął Maciek.
- A czegóż to jaśnie paniuleczka sama konia obrządza? Trza chłopaków wołać. Każdy chętnie usłuży. – rzekł widząc, że młoda pani osobiście siodła klacz. – Jaśnie pani na spacer jedzie? To może ja pojadę z jaśnie panią hrabiną? – dorzucił pamiętając, że z polecenia hrabiego miał zawsze towarzyszyć jej w konnych spacerach.
- Jadę tylko do Brzezińca i nie wiem kiedy wrócę. Jutro pojedziemy razem na spacer. – wyjaśniła i pozwoliła, by Maciek pomógł jej dosiąść wierzchówki.
Dzień był pochmurny, niskie ciemne obłoki wróżyły opady deszczu. Ale było bardzo ciepło, a na polach roiło się od ludzi, zbierających z pośpiechem plony przed nadejściem słoty. Polne drogi zatłoczone były chłopskimi wozami. Mignon udając strach boczyła się, uskakując w bok, kiedy jakiś parobek strzelił z bata lub pokrzykiwał na zmęczone, ledwie wlokące się konie. Nina przemówiła do klaczki, klepiąc ją po szyi. Lecz Mignon była rozbrykana i co jakiś czas sprawdzała czujność pani, drobiąc w miejscu, parskając i rzucając łbem. Raz nawet spróbowała wysadzić Ninę z siodła, dźwigając się w górę i stając dęba. Zrobiła to wyraźnie na pokaz, ale ten popis w niczym nie zagroził amazonce, mocno siedzącej w siodle. Jednak Nina cały czas musiała się pilnować uważając, by klacz nie poniosła. Przyjechała do Brzezińca z obolałymi mięśniami ramion.
Biały dwór w zieleni winorośli i bluszczu, oplatającego kolumny ganku, wyglądał sielankowo. Służąca zaprowadziła Ninę do sypialni. Zosia leżała, tonąc w puchach małżeńskiego łoża. Była sama i trzęsła się ze złości.
- Jak to dobrze, że przyjechałaś, Ninetko! – jęknęła, unosząc się na łokciu. – Nie patrz na mnie. Wyglądam jak potwór i muszę leżeć, bo zaledwie mogę się ruszać. Mam przeczucie, że dziś zacznę rodzić. Tymczasem Tadek, ten niewdzięcznik… - skrzywiła się płaczliwie, ale gniew szybko osuszył łzy i ciągnęła z narastającą pasją: - … ten wstrętny egoista, akurat dziś wybrał się w podróż! No, powiedz sama, kochanie, czy ja nie mam powodu do zdenerwowania?
- To Tadzia nie ma w domu? – zdziwiła się Nina, robiąc w duchu uwagę, że biedna Zosia naprawdę wygląda fatalnie. Miała spuchniętą twarz, a cała figura mocno poddana do przodu, z wielkim sterczącym brzuchem, budziła litość swą brzydotą. Ten widok obudził w sercu Niny kobiecą solidarność. Biedna Zosia, ofiara męskiej namiętności, z pokorą znosiła swoje cierpienie. Pochyliła się nad łóżkiem i ucałowała blady policzek trusi. :Jakże się ta biedaczka zmieniła” – pomyślała, przypominając sobie wiotką, śliczną pannę w błękitnej krynolinie, tańczącą walca na weselu Bini. Przysiadła na skraju łóżka i czule pogłaskała jasne, zlepione potem włosy przyjaciółki.
 - Nie denerwuj się, najmilsza, bo jeszcze sobie zaszkodzisz. – upomniała ją, poprawiając poduszkę, wygładzając kołdrę i pomagając Zosi podnieść się wyżej. – Nie uwierzysz, ale mój Alek także się gdzieś zapodział, nie powiedziawszy mi nawet adieu! Całe rano beczałam, jak rzewna koza, bo pokłóciliśmy się i przez dwa dni udawał, że mnie nie dostrzega. Taką miałam nadzieję, że Tadek powie mi, gdzie mój mąż się wybrał. Ale teraz podejrzewam, że razem się gdzieś wypuścili.
- Właśnie! – Zosia uderzyła z furią obiema pięściami w kołdrę. – Teraz wiem tyle samo co ty. Rano przyszedł mnie pocałować i oznajmił, że wyjeżdża, bo musi! Rozumiesz? Aha, jeszcze dodał, że nawet żona nie powinna dopytywać się o sprawy, które dotyczą tylko mężczyzn. Skandal! On musi wyjechać, a ja w tym czasie mogę sobie umrzeć w połogu, leżąc samotna jak palec!
Z tą samotnością Zosia odrobinę przesadziła, bo dwór pełen był służby, lecz tłumaczyło ją rozżalenie i choroba. Poniewczasie Nina pożałowała, że robiąc mężowi wymówki, stawiała mu za przykład Tadeusza. Widocznie Aleks zmył mu głowę za długi język. Było jej bardzo przykro, że niechcący skrzywdziła przyjaciela. Na szczęście Aleks bardzo Siekielskiego lubił i chyba na niego nie wrzeszczał.
Rozżaloną Zosię ogarnęła chęć do płaczu. Ukrywszy głowę w fałdach amazonki Niny zaczęła płakać, głośno pociągając nosem. Nina bez namysłu jej zawtórowała i przez chwilę obie zawodziły, jak na pogrzebie, trzymając się w objęciach.
- Doprawdy, dziwię się Tadziowi. – wymamrotała Nina, gdy żal spłynął im łzami. – Przecież wie, że masz rodzić.
- No wie, bo doktor powiedział, że poród nastąpi za dwa, trzy tygodnie. Tymczasem ja już dzisiaj czuję się źle, a moja gospodyni powiada, że wkrótce urodzę, bo dziecko przesunęło się ku dołowi. Nie szkodzi! – stęknęła z zawziętością. – Zdąży przyjechać na mój pogrzeb! Och, Nino, boli mnie! – poskarżyła się płaczliwie, chwytając się za brzuch.
- Trzeba koniecznie wezwać lekarza i akuszerkę. – powiedziała wystraszona Nina.
- Nie. – jęknęła Zosia, ocierając spocone czoło. – Pewnie mi coś zaszkodziło.
Nina podała jej herbatę i przez chwilę milczała zatopiona w myślach.
- A nie domyślasz się, dokąd oni mogli pojechać? Tadek nic nie mówił?
- Nie wspominaj mi o tym egoiście! – prychnęła Zosia. – Tak myślę, że wybrali się do Warszawy. Podobno tam odbywa się zjazd Białych.
- Nasi panowie do Białych nie należą. – zauważyła Nina.
- Oczywiście, ale nie zapominaj, że w Warszawie ma siedzibę Komitet Centralny Narodowy! Może zostali wezwani?
- To mi się wcale nie podoba. – Nina zmarszczyła brwi. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak zabawiają się w stolicy samotni mężczyźni.
Zosia zapomniała o bólu, uniosła się i zerknęła na przyjaciółkę z rozbudzoną ciekawością.
- Wiesz coś o tym? – szepnęła podekscytowana. – Opowiedz!
- Kiedy to bardzo wulgarne. – wahała się Nina, lecz Zosia nalegała, a i sama była pełna najgorszych obaw. Pochyliła się do ucha Zosi i wyszeptała: - Wiesz, oni chodzą do takich domów...- oblała się rumieńcem, nie wiedząc, jak się wyrazić. – No, do domów rozpusty. – dokończyła szybko.
 - Tadek tam nie pójdzie! – stwierdziła Zosia stanowczo.

Tancerka w XIX w. tańcząca kankana.
- Tam może nie pójdą, ale mogą odwiedzić kabaret. Alek chodził do kabaretu w Paryżu, choć się do tego nie przyznaje. Ale Paula raz się wygadała i stąd wiem. Och, taka byłam ciekawa, jak taki kabaret wygląda. Widziałam zajeżdżające wieczorem dorożki pełne oficerów i różnych panów. Raz próbowałam nawet zaglądnąć przez okno, ale źle na tym wyszłam. Przystanęłam udając, że przy buciku rozwiązała mi się sznurówka i widziałam jak portier otwierał drzwi, wchodzącym tam mężczyznom. Sala była wybita czerwoną tkaniną i wyglądała jak piekło Może zobaczyłabym coś więcej, ale nadeszła niania i o mało nie sprawiła mi na ulicy lania. Awanturowała się do samego domu. Chciałam tam iść z Alkiem, ale on obraził się na mnie, jakbym powiedziała coś nieprzyzwoitego. Świętoszek! Gniewaliśmy się przez tydzień! Potem wyjaśnił mi, że tam są osobne gabinety, w których panowie zamykają się z takimi… - no wiesz! Piją szampana i je obszczypują. A te kobiety tańczą na stołach kankana. Nago!!!
Zafascynowana jej słowami Zosia, słuchała z otwartymi ustami, a w jej oczach zapaliły się iskierki ciekawości.
- Ale kankana nie widziałaś?
- Nie, ale wiem jak się go tańczy.
- Och, kochanie, pokaż!
Ociągając się, Nina wstała i wyszła na środek pokoju. Uniosła wysoko tren amazonki i nucąc galopa, zaczęła tańczyć wcale nie gorzej od tancerki.
- Och! – sapnęła Zosia, nie spuszczając z niej oka. – To rzeczywiście jest odrobinę nieskromne.
- Ale panom taniec się podoba. To jeszcze nie wszystko! - Nina ściszyła głos do szeptu.- Wyobraź sobie, że w Paryżu tancerki nie mają na sobie dessous! Rozumiesz więc, co się dzieje, kiedy one tańczą, podnosząc szerokie spódnice i wypinając na gości gołe pupy?
Przez pełną napięcia chwilę patrzyły na siebie zarumienione, a potem prędko zaczęły rozmawiać o czymś innym. Zaledwie zdążyły wypić kawę ze śmietanką i nieco poplotkować, gdy rozległ się turkot zajeżdżającego przed ganek powozu. Wysiadła z niego Dorota Biecka.
- Oho! – wycedziła Nina przez zęby. – Podejrzewam, że Kazio wyciął żonce figla.
Rozległo się pukanie i do sypialni wtargnęła Dorota, w przekrzywionym kapeluszu, z wyrazem wściekłości w oczach.
- Sophie, nie było tu dziś mego nicponia? – spytała od progu. – Mówił, że wybiera się do Tadka. – była bardzo blada, a jadowicie zielony kolor sukni, podkreślał jeszcze jej ziemistą cerę.
- Nie, dziś go nie było. – powiedziała zdumiona Zosia, siadając na łóżku.
- Jezus Maria, ten łotr przepuści w karty cały mój posag! Ugania się za kokotami i kupuje aktorkom złote pierścionki za moje pieniądze. Tylko patrzeć, a będę musiała dać krowę jakiejś dziewusze ze wsi, której on zrobi dziecko. Rano wyjechał i tyle go widziałam. Chyba diabeł podkusił mnie, żebym poślubiła tego łajdaka.
Wyrzuciwszy z siebie jednym tchem te słowa, Dorota obróciła się i nagle zamilkła, ujrzawszy stojącą przy oknie Ninę. Otworzyła usta i oniemiała. Tym razem Nina nie zamierzała jej dogryzać. Stwierdziła, że najwidoczniej wszyscy panowie wynieśli się z domów, nie mówiąc żonom dokąd jadą. Biecki należał do oddziału Aleksa i ta myśl przyniosła jej pewna ulgę.
- Wejdź, Doroto i usiądź. – odezwała się szorstkim, lecz krzepiącym tonem.- Możesz podziękować Bogu, bo tym razem twój ananas zawieruszył się razem z moim mężem i Tadziem.
- O, to pan hrabia także wyjechał? – Dorota była tą wiadomością wyraźnie ucieszona. Uspokoiwszy się, usiadła przy łóżku. – Bogu dzięki. W takim razie to polityka, nie dziewki. Widziałam też rano Wacia Barycza, jak jechał bryczką w stronę Suchedniowa.
Zosia przypomniała sobie o bolącym brzuchu.
- Tadek urządza wojaże, a ja jeszcze dziś zacznę rodzić! – stęknęła, masując sobie żołądek.
- W Bodzentynie jest dobra akuszerka. – przypomniała sobie Dorota, tracąc zwykłą sztywność i zaczepność. – Bez położnej nie damy sobie rady. Ja raz chciałam popatrzeć, jak rodziła moja pokojówka, ale matka wygoniła mnie z pokoju.
- Dziewczęta! – zapłakała Zosia. – Nie zostawiajcie mnie samej. Czuję się taka opuszczona i samotna.
Dorota pytająco spojrzała na Ninę.
- Powinnyśmy zostać, prawda? Mama ostatnio zrobiła się taka marudna, że trudno z nią pięć minut wytrzymać. A papa, ciągle wypomina mi ten nieszczęsny mariaż z Kaziem. Tak, jakbym ja życzyła sobie, żeby mój mąż uganiał się za dziewkami i grał w karty!
- Poślę do Ciążyn po pana Syrwina. – zaproponowała Nina.
- Nie, nie, cóż mi tatuś pomoże? Będzie się tylko niepotrzebnie zamartwiał. – Zosia umęczona bólem przymknęła powieki.
- W takim razie trzeba wysłać bryczkę po akuszerkę. – ożywiła się Dorota - I zawiadomię mamę, żeby czasem nie wpadło jej do głowy złożyć ci wizytę.
Nina podniesiona na duchu myślą, że nie tylko ona ma kłopoty z mężem, wstała wolno z fotela.
- Napiszę liścik do niani, że nie wrócę na noc do domu.
Resztę dnia spędziły zgodnie, narzekając na politykę odciągającą mężów od rodziny i grożącą zesłaniem. Akuszerka przyjechała dopiero pod wieczór. Zbadawszy Zosię oświadczyła, że do porodu pozostało jeszcze wiele czasu. Lecz w samym środku nocy, obudziła Ninę wystraszona służąca, prosząc ją do swej pani. Narzuciwszy na siebie kaftanik Zosi, zarazem niespokojna i zaciekawiona Nina pobiegła do sypialni.
W pokoju jasno było jak w dzień, bo paliły się wszystkie świeczniki i lampy. Od zapachu świec było duszno, więc uchylono okna, a przy łóżku krzątała się zaaferowana akuszerka. Służące wbiegały i wybiegały, znosząc gorącą wodę, ręczniki i czyste prześcieradła. Zosia leżała na wznak, z kolanami podciągniętymi do brzucha, blada i mokra od potu. Jasne włosy lepiły się do jej czoła, a delikatna twarzyczka i wielkie niebieskie oczy, wyrażały cierpienie i lęk. Pojękiwała, gryząc dolną wargę do krwi. Na widok Niny, uśmiechnęła się boleśnie, a w jej oczach stanęły łzy. Wyglądała, jak niewinnie skrzywdzone dziecko.
- To boli. – poskarżyła się, usiłując przewrócić się na bok. – O Boże, jak to strasznie boli.
Nina delikatnie pomogła jej zmienić pozycję, omijając wzrokiem wykrzywioną bólem twarz położnicy.
- Powiedzieliście, że pani ma jeszcze dużo czasu do porodu. – zwróciła się do akuszerki oskarżycielskim tonem.
- A bo to, proszę jaśnie pani hrabiny, u każdej kobiety inaczej się zaczyna. – usprawiedliwiła się akuszerka, usiłując gorliwością nadrobić niedbalstwo.
- A może ja przeszkadzam? – Nina rozejrzała się niepewnie.
Ogromnie współczuła Zosi i z całego serca pragnęła jej pomóc, ale ten jasny pokój i głośne jęki położnicy przerażały ją i miała ochotę wynieść się stamtąd jak najszybciej.
- Nie. Niechże jaśnie pani zostanie i popatrzy. Przyda się to, kiedy jaśnie pani sama zacznie rodzić. – kobieta dygnęła, uśmiechając się poufale.
Nina nie lubiła dzieci i nigdy nie zamierzała ich mieć, mając w pamięci dramatyczny okrzyk Pauli: „Nigdy nie miej dzieci!”.
- Mnie to nie dotyczy. – oznajmiła wyniośle. – Nie zamierzam być matką.
- Ojej, proszę jaśnie pani, a czy to kobieta może nie chcieć? – roześmiała się akuszerka. – Musi rodzić, chyba, że chora i bezpłodna. Przecie to nic strasznego, a u pani dziedziczki wszystko dobrze idzie i do rana pani urodzi.
- Co? Dopiero rano? – przeraziła się Dorota, rozczochrana i ziewająca. Weszła do sypialni, obudzona hałasami w domu. – Bójcie się Boga, kobieto, pośpieszcie się, bo jaśnie pani się męczy!
Akuszerka pokazała w szerokim uśmiechu wszystkie zęby.
- Ja się nie mogę pośpieszyć. Pani dziedziczka musi to zrobić. – odrzekła z humorem.
Poród zaczął się na dobre, a Nina zatykała uszy dłońmi, żeby nie słyszeć przeraźliwych krzyków i wycia rodzącej. Obie z Dorotą trzymały ręce Zosi w swoich dłoniach, pocieszając ją, same do głębi serca przejęte jej męką. Ninie zrobiło się słabo i zapragnęła wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza. Ale Zosia zacisnęła palce i przytrzymała ją, wpatrując się w jej twarz przekrwionymi, zdziczałymi z bólu oczami.
- Nie odchodź! – wycharczała z trudem. – Dopóki tu jesteś, staram się to wytrzymać. Na Boga, nie odchodź!
Nina upadła przy łóżku na kolana i objąwszy mocno jej barki, wytrwała przy niej do końca. Biedna trusia wiła się z bólu, prężyła i płakała, a potem krzyczała wniebogłosy, wzywając męża. Dopiero o świcie wydała okropny krzyk, a na rękach akuszerki znalazła się czerwona drobna istotka, skrzecząca cieniutkim głosem, w którym nie było nic ludzkiego. Potworek miał wielką, łysą głowę oraz maleńkie rączki i nóżki. I darł się, co sił w płucach.
- Piękny chłopak! – zawołała ucieszona akuszerka, podnosząc wysoko noworodka. – Dziedzic jak malowane.
Zosia wyciągnęła ku niemu ramiona.
- Proszę mi go podać. – wyszeptała słabym głosem. – Chcę zobaczyć mego synka. – przytuliła noworodka do piersi, uśmiechając się z macierzyńską dumą. – Mój śliczny synuś! – ucałowała potworka w wypukłe czoło. – Nino, Dorotko, chodźcie tutaj, zobaczcie jaki on jest śliczny!
Ninie zbierało się na wymioty, a dziecko budziło w niej nieprzezwyciężony wstręt. Było takie brzydkie, że nie mogła zrozumieć, jakim cudem Zosia nie widzi jego brzydoty. Ale młoda matka była nim zachwycona i kazawszy zwołać wszystkich domowników, z dumą prezentowała im dziecko.
- Będzie miał na imię Stefan, na pamiątkę króla Batorego. No, powiedzcie dziewczęta, czy on nie jest rozkoszny? O, jakie śliczne ma usteczka…
- Rzeczywiście, wyjątkowo udane niemowlę. – pochwaliła Nina półgębkiem, a Dorota uśmiechnęła się z przymusem.
Zmęczona Zosia zasnęła, a obie panie postanowiły wracać do domów.
- Ciekawa jestem, – odezwała się Nina do pani Bieckiej, ubierającej się do wyjścia. – czy nadejdą takie czasy, kiedy to my, kobiety, będziemy zdecydować, czy chcemy mieć dzieci, czy nie.
- Dopóki mężczyźni nie zaczną rodzić, a będą nadal sprawować rządy, to raczej nie. – odpowiedziała Dorota z kwaśną miną i skinąwszy jej głową, odjechała.
W drodze powrotnej, Nina z przerażeniem rozpamiętywała okropne męki rodzenia, dochodząc do wniosku, że natura tylko dla mężczyzn okazała się łaskawa. Rozmyślając o poniżającej roli kobiety w procesie prokreacji, wróciła do domu rozgoryczona i zbuntowana. Rozbierała się w sypialni, nie wzywając pokojówki. Chodziła nerwowo z kąta w kąt, rzucając na dywan rękawiczki, kapelusz i żakiet, urywając przy nim dwa guziki. Jaga, przeważnie nie przejmująca się takimi drobnostkami, jak prawo do prywatności, nie pukając weszła do pokoju.
- Wyglądasz, jakbyś grabarzowi spod łopaty uciekła! – oznajmiła tonem, jakim zwracała się do Niny wówczas, gdy ta miała dziesięć lat. – Dlaczego nie wróciłaś na noc do domu? Ja czekam i czekam, a ciebie gdzieś nosi.
Nina wydęła wargi, omijając nianię w milczeniu. Jaga schyliła się i pozbierała porozrzucane części garderoby, obserwując kątem oka bladą, zaciętą twarz wychowanki.
- Niechże się niania nie schyla. – mruknęła Nina. – Ulisia to posprząta.
Była to jej nowa pokojówka, podobnie jak Walerka wybrana przez kamerdynera.
- Nie pozwolę, żeby służba widziała, jaka jesteś nieporządna. – oświadczyła Jaga kłótliwie. – Kiedy ty się nauczysz kłaść wszystko na swoim miejscu? Ale ja do ciebie mówię, jak do tej ściany!
- To niech niania nie mówi. – odburknęła Nina, dokładnie tak samo, jakby to zrobiła, mając dziesięć lat.
- Chcesz żebym sobie poszła? Przeszkadzam ci?
- Przepraszam nianiu, jestem tylko zmęczona. Wiesz, Zosia urodziła syna. Nie spałam całą noc, bo nie chciała mnie od siebie puścić. Widziałam poród.
Jaga zaniemówiła i z rozmachem przysiadła na krześle.
- Panno święta! Czyś ty, dziewczyno, rozum straciła? Przecież to nie wypada żeby niewinna panienka… Ojej, zapomniałam, że jesteś mężatką, ale i tak nie uchodzi. To sprawa akuszerki i lekarza. To dlatego jesteś taka blada. Czekaj kotku, pomogę ci rozsznurować gorset. Ulisi nie wołać?
- Nie wołaj nikogo. Dziś nie mogę swobodnie myśleć, kiedy kręci się koło mnie więcej osób.
Zręczne dłonie Jagi uwolniły ją od gorsetu. Odetchnęła i usiadła przy toaletce, zdejmując z trudem z nóg buty do konnej jazdy. W tafli lustra dostrzegła odbicie swojej zmęczonej twarzy i podkrążonych oczu.
- Kotuniu, powinnaś koniecznie coś zjeść. – rzekła niania, rozczulona jej mizernym wyglądem. – Przyniosę ci omlecik z grzybami i trochę bulionu.
- Nie chcę! – Nina wstrząsnęła się z obrzydzeniem. – Jest mi niedobrze.
- Ja myślę. – Jaga z irytacją potrząsnęła głową. – Umyj się i do łóżka.
Nina przemyła twarz chłodną wodą, narzuciła na siebie nocną koszulę podaną przez nianię i położyła się na łóżku na wznak, patrząc w sufit. Na kominku trzaskał żywy ogień i pachniała żywica topiąca się ze świerkowych drewien. Powoli uspokajała się szczęśliwa, że znajduje się już w swojej bajkowej sypialni, w ciszy i blisko niani.
-Nigdy nie chcę mieć dzieci! – oznajmiła stanowczo. – Widziałam jak kobieta w jednej chwili staje się udręczonym, wyjącym zwierzęciem. To jest i wstrętne i okropnie bolesne.
Jaga spojrzała na nią i przysiadła na skraju łóżka, ujmując jej zimną dłoń i gładząc długie, delikatne palce.
- Posłuchaj, kochanie, nie masz racji. – powiedziała, składając na czole Niny lekki pocałunek. – Ja nie umiem mówić uczenie, bo prosta ze mnie niewiasta, ale myślę, że to najpiękniejsza chwila w życiu kobiety. Ma prawie boską moc: bo czy jest dar większy od życia? Przyjdzie czas, że i ty zapragniesz dziecka. Przecież po to wyszłaś za mąż.
- Nic podobnego! – wykrzyknęła Nina, wpatrując się w nią płonącym wzrokiem. – Wyszłam za mąż, bo kocham Alka, chciałam być panią Makowa i do końca życia mieć dużo pieniędzy! Kobieta przy nadziei, wygląda jak beczka na dwóch nogach. Coś ohydnego! Nie zamierzam brzydnąć tylko dlatego, żeby mój małżonek doczekał się potomka. Pomijając już kwestię bólu, sam poród jest odrażający. A niemowlęta budzą we mnie obrzydzenie. Ślinią się, brudzą pieluchy i cuchną. Poza tym, karmienie piersią jest nieestetyczne i nie uchodzi damie, bo wtedy podobna jest do krowy! – Nina, nie zdając sobie z tego sprawy, powtarzała dokładnie słowa usłyszane od Pauli.
- Nie mam zamiaru wysłuchiwać takich głupstw! – rzekła Jaga, marszcząc brwi. – Pan hrabia nie byłby tym zachwycony, a ja najchętniej wlepiłabym ci klapsa!
- Mnie? – wrzasnęła rozzłoszczona Nina, siadając na łóżku tak gwałtownie, aż sprężyny jęknęły. – A co ty możesz o tym wiedzieć?
- Moje ty, głupie cielątko, przecież byłam przy twoim urodzeniu! – zaśmiała się Jaga. – Twoja matka miała ciężki poród. Nawet asystujący lekarz nie gwarantował, czy zdoła to wytrzymać. Była przecież taka delikatna i wątła. Twój ojciec i ksiądz pleban, modlili się w domowej kaplicy, błagając Boga o zmiłowanie. Urodziłaś się w samo południe, kiedy w kościele biły dzwony i nie żyłaś! Pani Helenka dowiedziawszy się, że urodziła martwe dziecko, zemdlała. Ale ja nie traciłam nadziei. Złapałam cię za nóżki, główką w dół i wlepiłam ci pierwszego w życiu klapsa! Dopiero wtedy otworzyłaś oczka i zaczęłaś krzyczeć. Boże, jaka to była radość ! Kiedy kładłam cię do kołyski, już umytą i przebraną, kichnęłaś i tak jakby uśmiechnęłaś się do mnie. Od tej chwili, byłaś już dla mnie najsłodszą kruszynką pod słońcem, chociaż darłaś się, jak opętana dzień i noc i ciągle moczyłaś pieluszki. Byłaś brzydka, czerwona i pomarszczona, ale rodzice niemożliwie cię rozpieszczali, a ja kochałam ciebie jak własne dziecko, choć byłaś nieznośna, uparta i wrzaskliwa.
Nina przysunęła się do niej i otoczyła ramionami jej szyję. Tak, niania to było poczucie bezpieczeństwa w ciemne noce, gdy prześladowały ją złe sny. To była ulga w cierpieniu i dwie dobre, czułe ręce, kładące kojące kompresy na jej rozpalone z gorączki czoło. Będąc małym dzieckiem, wyobrażała sobie, że jedno oko Jagi nigdy nie zasypia i zawsze nad nią czuwa. Niania, to była sama dobroć i macierzyńska miłość. Jej mocne ramiona chwytały jej pierwsze, niezdarne kroczki i były puklerzem przed strachem i bólem.
- Ukochana moja. – szepnęła z najgłębszą wdzięcznością. – Jakbym kiedykolwiek zapomniała, czym dla mnie byłaś i jesteś, niechaj i Bóg zapomni o mnie w godzinie śmierci i niech piekło mnie pochłonie. To dla mnie zrezygnowałaś z życia osobistego, a podobno miałaś narzeczonego.
- To było jeszcze przed twoim urodzeniem. – Jaga nie lubiła mówić o sobie i wspominać o latach młodości. - Wychowałam się na dworze pani marszałkowej i tam poznałam mego narzeczonego, dzierżawcę jednego z folwarków twej babki. Był przystojnym, porządnym człowiekiem i wcale nie biednym, bo jego rodzice posiadali mająteczek koło Kruszwicy. Pani marszałkowa dała mi ładną wyprawę i postanowiliśmy pobrać się na Wielkanoc. Marzyłam wtedy o własnym domu i dzieciach, oczekując z niecierpliwością wesela. - Jaga westchnęła ciężko i umilkła. Po raz pierwszy mówiła o swoim życiu. Zawsze była bardzo skryta, a Nina nie śmiała jej pytać o życie osobiste. - Zima była wtedy bardzo ostra i mroźna. Alojzy przeziębił się, ale nie przywiązywał do tego wagi, chcąc przechodzić chorobę. Dostał zapalenia płuc i po kilku dniach już go nie było.
Nina miała oczy pełne łez. Pochyliła się i z czcią ucałowała obie spracowane ręce Jagi.
- Moja ty, najmilsza, wyobrażam sobie co przeżyłaś. Kochałaś go, prawda?
- Pewnie tak, bo nigdy więcej nie myślałam o małżeństwie, choć miałam starających się o moją rękę. Potem wyjechałam z twoją matką do Jaśminowa, a kiedy ty się urodziłaś, byłam już szczęśliwa. Teraz czekam, aby wziąć w ramiona twoje dziecko. Pamiętaj o tym!
Wstała i szczelnie zasłoniła okna, aby światło dnia nie przeszkadzało Ninie. Lecz ona nie mogła zasnąć, bo ręce miała obolałe i ciągle słyszała przeraźliwy krzyk rodzącej, widziała krew buchającą z ciała Zosi. W atakach bólu, Zosia wbijała paznokcie w jej delikatną skórę, raniąc ją. Czując nerwowe dreszcze, Nina zwinęła się w kłębek i otuliła szczelnie puchową, krytą atłasem kołdrą. Zapadając w sen dziękowała Bogu za to, że nigdy nie będzie miała dzieci. Czekałyby ją wtedy długie miesiące ciąży i bolesny poród, może nawet śmierć. Wiedziała, że setki tysięcy kobiet umierało bez ratunku na gorączkę połogową. Wydanie na świat dziecka graniczyło z ryzykiem, poza tym Aleks nie zasługiwał na takie poświęcenie. - myślała, zbuntowana na męża i cały świat, jej zdaniem zupełnie źle urządzony.
1 Sakwojaż - torba podróżna.