niedziela, 10 kwietnia 2016

Złowieszcza groźba i pożegnanie z Makowem.


 10 kwietnia 2016 r.
Nadszedł wieczór. Na dziedzińcu zaturkotały koła powozu. Hrabia Klonowiecki powrócił z Bodzentyna. Do pokoju wszedł Walenty, prosząc Ninę na kolację. Odmówiła, tłumacząc się brakiem apetytu i migreną. Bała się siedzieć z Aleksem sam na sam, przy długim stole, na którym płonęły wysokie białe świece w srebrnych kandelabrach. Musiałaby patrzeć na jego ponurą twarz i zastanawiać się, o czym on myśli. Wolała tego uniknąć. Nadejścia nocy oczekiwała z trwogą.
Poprzedniego dnia o tej porze była taka wściekła, zaprzątnięta myślami o awanturze i zerwaniu z Aleksem, że nawet nie miała czasu na strach. Ale dzisiaj przyszły jej na myśl opowieści o duchach. Wierzyła, że do czasu pogrzebu zmarli nawiedzają miejsca, gdzie mieszkali za życia. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że Paula jest w pobliżu, bo niemal fizycznie czuła przy sobie jej obecność. Nie była pewna, czy to zapach dolatujący z parku, czy w pokoju unosi się woń różanych perfum.
Jak na złość, pogoda wieczorem zrobiła się bardzo męcząca i przykra. Zewsząd zbierały się burzowe chmury, a powietrze było ciężkie i wilgotne, jak w tropiku. Deszcz nie padał, ale znad stawu unosiła się mgła. Jej welony pełzały nisko nad ziemią, skrywając park w nieprzeniknionej bieli. Daleko za Łysicą błyskało się i grzmiało.
Jaga starannie zaciągnęła kotary na oknach i w pokoju zrobiło się jeszcze duszniej. .Zrzuciwszy suknię, Nina umyła się w chłodnej wodzie, rozkoszując uczuciem świeżości. Wypiła zioła przygotowane przez Kumosię i wskoczyła do łóżka, podciągając wysoko długie rękawy nocnej koszuli. Gdyby spała sama, najchętniej rozebrałaby się do naga. Jaga uklękła przy łóżku i długo szeptała pacierze. Położywszy się przy boku Niny, niemal natychmiast zasnęła. Ale do Niny sen nie chciał przyjść. Układała się w różnych pozycjach i zaciskała powieki. Ale troski nie pozwalały na spokojne zaśnięcie. Przez kotary co jakiś czas rozbłyskiwało światło nadchodzącej burzy, zalewając pokój sinym blaskiem. Stróżujące brytany wyły czując w powietrzu śmierć. Przypomniała sobie pierwszą noc spędzoną pod tym dachem. Wtedy również była burza, a ona bała się spać w nieznanym pokoju. Wydało się jej, że od tego dnia minęło wiele lat.
Naraz przyszły jej na myśl słowa wypowiedziane przez Aleksa poprzedniego dnia:„Miałaś nadzieję, że potem ciebie poślubię”. Aż skręciła się na łóżku ze wstydu i upokorzenia. Jezu, przecież tak właśnie myślała, ponieważ wierzyła w jego miłość. Kochała także Maków i włożyła wiele trudu, troszcząc się o podniesienie jego piękna. A teraz musi opuścić ten dom na zawsze. Za kilka godzin zamkną się za nią bramy pałacu i wkrótce stanie się on tylko wspomnieniem, ostatnim kolcem w sercu. „Boże, dlaczego, dlaczego?..." Wyskoczyła z łóżka i bosymi nóżkami, wybiegła na balkon. Dookoła widziała tylko białą mgłę. Nie było ani tchnienia wiatru i powietrze uczyniło się jeszcze cięższe. Przez zasłonę mgły nie widziała kaplicy, lecz na samo wspomnienie o spoczywającej tam istocie zadrżała. Śpiesznie wróciła do łóżka, nie zaciągając kotary w drzwiach balkonowych w nadziei, że wpłynie przez nie odrobina rzeźwiejszego powietrza.
Odpychała od siebie myśl o Pauli, lecz przekorna wyobraźnia podsuwała jej złowieszcze obrazy. Oto smukła postać w czarnej sukni, bezszelestnie wymyka się z kaplicy i płynie w stronę domu. Już przeniknęła drzwi wejściowe, a teraz sunie ponad schodami i skręca w korytarz prowadzący do jej pokojów. Nina uniosła się na łokciu i nadsłuchiwała, czy posadzka nie skrzypnie pod atłasowym pantofelkiem widma. Lada chwila rozsuną się firanki nad łożem i ohydna twarz Pauli pochyli się nad nią z grymasem potwornego uśmiechu. Spojrzą na nią otwarte szeroko, puste i martwe oczy zasnute bielmem śmierci.
Okna rozbłysły sinym światłem błyskawicy. Skrzypnęła posadzka…
- Nianiu!!... – Nina usiadła na łóżku, szukając zapałek i świecy i nie mogła ich znaleźć.
- Co? Co się stało? – Jaga przebudzona z głębokiego snu, rozglądała się nieprzytomnie.
- Najmilsza moja, słodka nianiu, nie śpij! Okropnie się boję, że lada chwila ona tu przyjdzie z kaplicy! Błagam, nie śpij!
- Kto przyjdzie? – Jaga stęknęła opadając na poduszki.
- Paula. Tak się jej boję, nianiu.
- Nie trzeba było chodzić do kaplicy! – mruknęła surowo Jaga, wyciągając jednocześnie ramię i przygarniając ją do siebie. - Ależ z ciebie „kuropłoch”. A przecież nie powinnaś się niczego dziś bać, bo przyjęłaś świętą Komunię i złe nie ma do ciebie dostępu. Chyba, że znowu zgrzeszyłaś.
- Nie, raczej nie. – bąknęła Nina bez przekonania.
- Zmów pacierz za umarłych i śpij. – niania ziewnęła głośno.
- Och, jaka ta noc niespokojna. – Nina ponownie wyskoczyła z łóżka i zapaliła znalezioną świeczkę. Niania nie spała, więc i ona poczuła się raźniej. Noc była bardzo cicha, mgła wolno opadała i zrzedła, a w górze już świeciły gwiazdy. Pomiędzy drzewami, w oknach kaplicy migotało drżące światełko palących się gromnic.
- Kotku, nie stój boso, bo się przeziębisz. – usłyszała głos niani. – Chodź, dam ci kordiału. Zapewne serce ci bije za szybko i dlatego nie możesz zasnąć.- Jaga skrupulatnie odliczyła krople lekarstwa na łyżeczkę i podała jej ostrożnie.
Może sprawił to kordiał, lub świadomość, że niania czuwa, bo położywszy się Nina zaraz zasnęła i spała do późnego rana. Obudził ją świergot ptaków i pobożne pieśni, półgłosem nucone przez Jagę i pokojówkę. Obie krzątały się po sypialni, przygotowując dla niej wodę do mycia, bieliznę i suknię żałobną. Nina przeciągnęła się w pościeli i niechętnie wstała z łóżka, kompletnie zniechęcona do życia. Dzień był pochmurny i niemal równie upalny jak poprzedni. Ubierając się, wysłuchała nowin opowiadanych przez Walerkę. Okazało się, że w kaplicy już nie ma trumny, bo o świcie przyjechał karawan i zabrał zwłoki do kościoła w Sarnikch. Jaśnie pan hrabia jest już po śniadaniu i czeka na jaśnie panienkę, żeby razem pojechać na pogrzeb. Słuchając szczebiotu dziewczyny, Nina z namysłem ściągnęła brwi. Do pokoju wszedł lokaj, niosąc dużą tacę ze śniadaniem. Gdy skłoniwszy się wyszedł, Nina zwróciła się do pokojówki:
- Walerciu, kwiaty w wazonach są już przywiędłe, trzeba je zmienić. – wyprawiwszy dziewczynę spojrzała na Jagę. – Nianiu, pojedziesz ze mną karetą na cmentarz. Sama z hrabią nie pojadę!
- Ależ to nie uchodzi. – stanowczo sprzeciwiła się Jaga. – Umówiłam się, że pojedziemy wygodną bryczką z panią ochmistrzynią i Kumosią. Walenty powiedział, że na pogrzeb „tej kobiety” nie pojedzie. Wyobraź sobie tylko!
Gdyby to wypadało, Nina postąpiłaby podobnie. Lecz musiała być na pogrzebie, żeby nie wywołać nowego skandalu.
- Nianiu. – nie zamierzała ustępować. – Mogę w karecie zemdleć. Czy życzysz sobie, żeby pan hrabia musiał rozpinać mi stanik sukni?
Jaga spiorunowała ją wzrokiem.
- Twoje zachowanie jest wprost nieprzyzwoite! – oświadczyła z oburzeniem, ale musiała się zgodzić. - No zobaczymy. – bąknęła wymijająco. – A teraz siadaj i jedz śniadanie.
- Nie jestem głodna.
- Owszem, zjesz, bo inaczej nie puszczę cię z pustym żołądkiem. Mogłabyś w karecie zwymiotować w obecności pana hrabiego, a tego już bym nie zniosła. – nie wdając się w dalsze dyskusje, Jaga zawiązała jej serwetę pod brodą i przysunęła stoliczek na którym stała taca.
- Nie jestem głodna! – grymasiła Nina, odruchowo pociągając noskiem.
Spod srebrnej pokrywy unosił się zachęcający zapach. Uznała więc, że może warto coś przekąsić. Śniadanie było obfite. Prócz pieczywa i masła, w salaterce znajdowała się sałatka z rzodkiewek, szczypiorku, świeżych ogórków i gęstej śmietany. Na półmisku nęciły oko różowe plastry soczystej szynki. Pod pokrywą znajdowały się eklery, to jest jaja wpuszczone na wrzącą wodę, a gdy się ścięły, maczane w żółtku i panierowane w tartej bułce, a następnie smażone na maśle na złoty kolor. Nina nałożyła sobie sałatki, kilka eklerów, posmarowała chrupką bułeczkę masłem i położywszy na niej plaster szynki, zaczęła jeść, zupełnie zapominając, że podobno nie jest głodna. Zjadła wszystko i popiła kawą z mlekiem.
Kiedy wróciła Walerka z bukietem świeżych kwiatów, razem z Jagą dokończyły toaletę panny. Najedzona Nina ściśnięta gorsetem, zaledwie mogła oddychać. W pięknej żałobnej sukni z czarnej tafty, stanęła przed lustrem i nałożyła kapelusz z krepowym welonem.
- Mam już dość tej żałoby! – oznajmiła. – Wyglądam w niej jak ponura czarna wrona. W Warszawie sprawię sobie jasne toalety!
- Proszę bardzo! – prychnęła drwiąco Jaga . – A na ulicy łobuzy obleją cię czymś paskudnym. Przestań się grzebać, bo pan hrabia czeka.
Nina wygładziła fałdy sukni i przypomniała sobie, że niedawno ubierała się na pogrzeb ukochanej cioci. Dziś Paula idzie do grobu jej śladem. Potrząsnęła głową przejęta tym dziwnym zbiegiem okoliczności. Westchnęła i sięgnęła do szkatułki, wyjmując podarowane jej przez hrabinę złote kolczyki z dużymi diamentami. Błyski drogich kamieni widoczne były nawet przez krepowy welon. Jaga narzuciła na ciemny czepek czarny koronkowy szal i razem zeszły do karety czekającej przed kolumnadą. Hrabia stał przy drzwiczkach i niecierpliwił się, bo zależało mu na czasie. Po południu miał się odbyć pogrzeb Lasewicza, na który zejdą się tłumy. Przebąkiwano nawet, że policja będzie pilnować porządku, lecz nie była to prawda. Ludzie znajdowali się w stanie takiego wrzenia, iż żaden policjant przy zdrowych zmysłach, nie odważyłby się pokazać na cmentarzu.
Widząc Ninę wychodzącą z pałacu , Aleks złożył głęboki ukłon i wyciągnął rękę, chcąc jej pomóc wejść na wysoki stopień karety. Ale ona nie raczyła nawet spojrzeć na niego. Zgarnąwszy krynolinę, szybko i zręcznie wsunęła się do wnętrza, robiąc przy sobie miejsce dla Jagi.
- Źle się czuję i będę potrzebowała pomocy niani! – wyjaśniła krótko, nie podnosząc na niego oczu.
- Bardzo mi przykro. – podał rękę Jadze i pomógł jej usiąść obok Niny.
Czwórka koni ruszyła miarowym kłusem, dumnie wyrzucając łbami. Nina opuściła na twarz welon i siedziała cicho, nie odzywając się do nikogo. Powietrze nadal było przytłaczająco ciężkie, a z ołowianego nieba spływało szare, posępne światło. W powietrzu panowała martwa cisza, nie słychać było nawet śpiewu ptaków. Tylko z wieży sarnickiego kościoła rozlegał się głos dzwonu, wznosząc się i opadając i łącząc swój spiżowy dźwięk z trwożnym wtórem sygnaturki, z wieżyczki kaplicy grobowej. Na widok lśniącej czarnej karety, jadącej drogą pomiędzy zielonymi polami, pracujący na nich chłopi przerywali zajęcie i kłaniali się nisko, zdejmując z głów słomiane kapelusze. Kobiety wstydliwie opuszczały zadarte spódnice, a wszyscy zaglądali w okna powozu, chcąc zobaczyć dziedzica i pannę. Szeptem dzielili się uwagami, komentując dziwne zachowanie jaśnie państwa. Zwyczaj nakazywał, żeby po śmierci pana lub pani, czy nawet krewnego dziedziców, cała wieś brała udział w ceremonii pogrzebowej. Żywi odprowadzali do grobu zmarłego. Lecz tym razem było zupełnie inaczej. Ani nie zarządzono dnia wolnego od pracy, ani nie proszono gospodarzy na stypę. Na pogrzebie hrabiny Tekli, stypa trwała pół dnia. Co prawda, zabita hrabina nie zasługiwała na taki honor. Była obca i nie lubiana.
Nina myślała o tym samym. Po nagłej śmierci Pauli, nie przestrzegano zwyczajów żałobnych. Nikt nie zatrzymał zegarów w godzinę jej zgonu, nie przysłonięto luster, a służba nie ubrała żałobnej liberii. Sąsiedzi nie śpieszyli z kondolencjami i nie urządzono stypy. W jakimś milczącym porozumieniu uznano, że nic ważnego się nie wydarzyło, a życie w pałacu toczyło się normalnym trybem. Nina była pewna, że działo się tak na polecenie Walentego, który z właściwą sobie przenikliwością odgadł wolę swego pana.
W zakrystii czekał już na nich proboszcz i bez słowa, uścisnąwszy rękę hrabiego, zaraz skierował się do ołtarza. Rozległ się niski głos organów, a proboszcz, wspomagany przez księdza z Lipieńca, odprawił wotywę. Obaj duchowni zanieśli się łacińskimi psalmami pokutnymi, ponurymi jak sama śmierć. W kościele było tak duszno, że Nina obawiała się, iż nie doczeka końca nabożeństwa i spadnie z ławki zemdlona. Jaga sama spocona, podsuwała jej pod nos sole trzeźwiące, z niepokojem obserwując jej sine wargi i ziemistą twarz. Pani ochmistrzyni sięgnęła do torebki, wyjęła wachlarz i ofiarnie chłodziła nim Ninę, lecz to niewiele pomogło.
Kościół był prawie pusty. Prócz hrabiego, Niny, pani ochmistrzyni i Kumosi, był jeszcze pan Bochniak z rodziną. W ławce wujostwa Borutyńskich, siedziała wojewodzina z nadąsaną miną. Nie znosiła Pauli i przybyła na jej pogrzeb wyłącznie ze względu na Aleksa. Msza żałobna była krótka. Czterech parobków z plebanii wzięło na barki trumnę, na przedzie pochodu ukazała się czarna chorągiew z trupią główką i krzyż, a księża zanucili unisono:
- Miserere mei Deus!
Mijając kruchtę, Nina dostrzegła stojącą na posadzce trumnę z nieheblowanych desek. Przylepiona na wieku świeczka kapała woskowymi łzami. Wątły płomyk chybotał i przygasał. Obok trumny klęczało kilkoro chłopstwa i głośno lamentowali. To zwłoki pięknego Rafała oczekiwały na swoją kolej i pochówek.
Niewielki orszak wolno posuwał się cmentarną aleją w stronę muru, gdzie wykopano grób. Obok leżała sterta kamienistej ziemi i stał grabarz wsparty na łopacie. Pogrzeb osoby dobrze urodzonej trwał zawsze wiele godzin. Za trumną szło duchowieństwo, bractwo pogrzebowe i ciągnął długi szereg karet. Z cmentarza wracano na stypę, często mocno zakrapianą i niekiedy przypominającą wesoły raut. Lecz tym razem nie działo się nic podobnego. Sąsiedzi solidarnie zbojkotowali pogrzeb, a księża odprawiali ceremonię jak z łaski. Trumnę nieśli opłaceni parobcy, bo nikt inny nieść jej nie chciał. W pamięci Niny stojącej nad wykopanym dołem, rozlegał się głos Pauli skarżącej się rozpaczliwie, w ten pierwszy wieczór pod dachem pałacu: „Staniesz się żerem dla robaków, a świat nawet nie zauważy, że odszedł człowiek!”. Teraz Paula stała się nicością i nie wiedziała, że miejscem jej wiecznego spoczynku będzie ordynarny dół na wiejskim cmentarzyku. Nikt nie powiedział żadnej mowy. Duchowni, poleciwszy zmarłą miłosierdziu bożemu, odśpiewali:„Requiem” i trumnę spuszczono do grobu.
Ale Paula widocznie nie chciała tak łatwo rozstać się z tym światem, bo naraz jeden ze sznurów zerwał się i trumna bokiem runęła na dno dołu. Źle przybite wieko odskoczyło, a w szparze ukazała się ręka nieboszczki. Nina wyobraziwszy sobie, że Paula ożyła i chce wydostać się z trumny, wydała zdławiony jęk i o mało sama nie wpadła do grobu, bliska utraty przytomności. Jaga i pani ochmistrzyni prędko odciągnęły ją do tyłu, a Kumosia stanęła przed nią, zasłaniając jej makabryczny widok. Pani wojewodzina podała sole trzeźwiące. Otworzywszy oczy, Nina poszukała wzrokiem Aleksa. Stał ze spuszczoną głową, trupio blady, lecz zupełnie spokojny i opanowany. Grabarz wskoczył do dołu, ustawił trumnę i przykrył ją wiekiem. Wychodząc na powierzchnię, rozciął sobie rękę o wystający z trumny gwóźdź.
- A żeby cię jaśnista cholera! – warknął z wściekłością, i to było całe epitafium dla Pauli.
Zwały piaszczystej ziemi runęły z okropnym łoskotem na wieko trumny. Nina zatkała sobie uszy, nie mogąc znieść tego straszliwego odgłosu, ostatecznego dla zmarłego człowieka. Nad mogiłą wyrósł wysoki kopiec, a grabarz wbił weń drewniany krzyż z tabliczką. Złożono wieńce i kilka bukietów kwiatów. Nina podeszła do proboszcza i nieznacznie podała mu woreczek z pieniędzmi, prosząc go szeptem o pokrycie grobu granitem i wprawienie marmurowej tablicy.
- Pan Bóg ci pobłogosławi, bo masz dobre, czułe serce. – rzekł wzruszony ksiądz, gładząc ją po głowie. – Dopilnuję tego, a jeszcze dziś odprawię cichą mszę za spokój dusz tych dwojga nieszczęśliwych ludzi. – westchnął i nakreślił nad nią krzyż..
Wojewodzina w towarzystwie wujostwa Borutyńskich, którzy zaprosili ją na obiad, skierowała się w stronę dworu. Hrabia nie przyjął zaproszenia, tłumacząc się pilnymi obowiązkami. W rzeczy samej, poprzedniego dnia przyjechał administrator majątków nad Bugiem, z raportami i pragnął nazajutrz wracać, gdyż na folwarkach zaczynał się szczyt prac polowych. Obiecawszy przyjechać na pogrzeb Lasewicza, Aleks zbliżył się do Niny.
- Zostań w Sarnikach. – powiedział. – Marynia zaprasza cię na obiad. Przepraszam za ten koszmarny pogrzeb .Ja wracam do Makowa i spotkamy się tu o piątej.
- Wolę wrócić i przez chwilę odpocząć. – odparła apatycznie. Marzyła o umyciu się w chłodnej wodzie i położeniu na łóżku w ciszy swojej sypialni.
- Jak sobie życzysz. W takim razie chodźmy do karety.
Przed bramą cmentarną stał ubogo ubrany chłop i jakby na kogoś czekał. Zobaczywszy nadchodzącego hrabiego, zastąpił mu drogę. Stał hardo, nie zdejmując kapelusza, z założonymi za szeroki pas rękami. Szarymi, nienaturalnie błyszczącymi oczami, wpatrywał się w twarz Aleksa. Przez moment obaj mierzyli się wzrokiem.
- Czego chcecie? – spytał Aleks – Nie znam was.
W odpowiedzi usłyszał wściekły charkot.
- Ale ja was znam, jasny panie! – wyrzekł chłop cichym groźnym głosem, następując na niego zuchwale.
- Czy ja was kiedyś skrzywdziłem? – spytał Aleks, zdziwiony jego zachowaniem.
- Patrzajcie ludziska! – wybuchnął chłop z nienawiścią. – Niby to mnie nie ukrzywdziliście? A kogo przed dwoma pacierzami wrzucili do dołu jak zdechłego psa? Mego synka tak pochowali. Taki ci koniec miał mój Rafał!
Proboszcz posłyszawszy jego słowa, uniósł się gniewem:
- Opamiętajcie się, Żabiec! Syn wasz złamał daną Bogu przysięgę, a mnie pohańbił! To ja wprowadziłem tego łotra między uczciwych ludzi i ręczyłem za niego. Nie ważcie się kogokolwiek oskarżać o śmierć waszego syna, bo Rafał był nędznikiem i jak Judasz sprzedawał braci za srebrne ruble. Winien jest śmierci pana Lasewicza! Powinniście na kolanach błagać o przebaczenie jego nieszczęśliwą siostrę i narzeczoną umierającą z boleści. Wynoście się stąd!
Lecz stary Żabiec nie zważał na proboszcza, może go nawet nie słyszał. Cały czas wpatrywał się w Aleksa płonącymi oczami szaleńca. W głębi jego źrenic tliło się coś strasznego, co tak dręczyło jego mózg, że oczy błyszczały mu, jak rozżarzone węgle.
- Mój Rafał winowaty? – krzyknął z wściekłością. – A kto, jak nie wy, jasny panie, sprowadziliście tu sukę, co mojego chłopaka zgubiła? Laboga! – stary rozejrzał się, jakby wzywał obecnych na świadków swego nieszczęścia. – Tyle lat mordęgi, skamlania, kołatania do pańskich drzwi, żeby syna na człowieka wykierować. Mój Ty, Jezu kochany! Takem se myślał, że jak Rafał księdzem ostanie, to suknia duchowna zakryje chłopską sukmanę i już nikt nie będzie moim dzieckiem pomiatał, jak jego ojcami panowie poniewierali od wieków. Ano, wyszedł na księdza i miał szacunek u ludzi, ale zobaczył jaśnie panią i rozum mu odjęło. A tera leży mój synek w ziemi z kulą w głowie. Jezusie Maryjo, toć on nawet całej głowy nie ma! – ryknął z okropną rozpaczą.
Zachrypiał i zamilkł, wyszczerzywszy pożółkłe od żucia tytoniu zęby. Na jego wargach pokazała się piana, a oczy aż zbielały mu od miotającej nim nieubłaganej, morderczej furii. Podniósł ogromne spracowane dłonie, jakby zamierzał chwycić Aleksa za gardło i zdusić. Nina postąpiła krok naprzód, chcąc stanąć między nimi i zasłonić go własnym ciałem. Ale on odsunął ją na bok. Był bardzo spokojny i patrzył na nieszczęśliwego ojca ze szczerym współczuciem.
- Nie mogłem temu zaradzić, bo nic nie wiedziałem. – rzekł pojednawczo.
- Nie wiedzieliście? – wrzasnął Żabiec, wpatrując się w niego z okrutną chłopską nienawiścią. – Gadają, że mój Rafał zabił waszą żonę i sam się zastrzelił. Wierutne łgarstwo! Toć on nie umiał strzelać, a tę sukę kochał jak własną duszę i nigdy by jej nie ukrzywdził. To pewnie ciebie, jasny panie, zazdrość żarła, że twoja żonka pokładała się z chłopskim synem i ty ich postrzelałeś! Ale nim Pan Bóg pokarze ciebie za moją krzywdę, my jeszcze kiedyś porachujemy się osobno!
Nina o mało nie zemdlała po raz drugi, a proboszcz dotknięty do żywego, zaczął staremu wypominać wszystkie grzechy Rafała. Wuj Borutyński usłyszawszy podniesione głosy, zawrócił i dowiedziawszy się o co chodzi, zamierzał własnoręcznie obić laską zuchwałego chama. Hrabia jednak powstrzymał go i nie pozwolił skrzywdzić starego Żabca.
Uspokoiwszy zdenerwowanego proboszcza, podał ramię Ninie i zaprowadził ją do karety. Miał taki dziwny wyraz twarzy, że wprost się przeraziła. Odniosła wrażenie, że śni koszmarny sen i zbudzi się krzycząc ze strachu. W złych snach najstraszniejszy jest lęk, iż okażą się one zapowiedzią przyszłych, realnych wydarzeń. Proroctwem, przed którego spełnieniem nic człowieka nie uchroni. Starego chłopa lękała się jak samej śmierci. Zaczęły dręczyć ją wyrzuty sumienia, że nie zareagowała na jego oskarżenia i nie odważyła się głośno przyznać, iż hrabia nie miał nic wspólnego ze śmiercią Rafała, bo to ona włożyła pistolet w rękę trupa. Jednak zdawała sobie sprawę, że śledztwo natychmiast zostałoby wznowione i istniało prawdopodobieństwo ujawnienia konspiracyjnej działalności Aleksa. Dlatego musiała milczeć.
Droga powrotna do Makowa była dla niej męką. Brakło jej tchu i zacisnęła mocno usta, by ukryć że dzwoni zębami jak w ataku febry. W całkowitym milczeniu dojechali do domu. W czasie obiadu także prawie ze sobą nie rozmawiali. Ta ciężka przytłaczająca atmosfera, była dla niej nie do zniesienia. Jedząc znakomity bulion z bażanta, co chwilę uderzała łyżką o talerz, potrąciła szklankę z kompotem i oblała się sosem. Na drugie danie podano filety z bażanta, z młodymi ziemniaczkami po polsku i szparagami, arcydzieło pana Szymona i ulubiony przysmak Niny. Lecz Aleks odsunął talerz, nie kryjąc irytacji.
- Dziwię się, - zauważył zgryźliwie - że kuchmistrzowi nie przyszło do głowy, by zrobić jeszcze kompot z bażanta. Pani ochmistrzyni powinna zadbać o właściwy dobór dań!
- To ja zadysponowałam taki zestaw obiadowy! – oświadczyła oburzona, broniąc kuchmistrza i wdzięczna mu , że pamiętał o jej upodobaniach.
- Tak? Wybacz, ale ze względu na upał mogłaś kazać podać chłodnik.
- Wczoraj był chłodnik! – przypomniała, starając się nie okazywać przykrości. – Jutro będzie zupa „Nic1”. – wstała od stołu i złożyła mu ceremonialny ukłon, a potem skierowała się ku drzwiom.
- Przepraszam. – rzekł zmęczonym głosem. – Nino, musimy porozmawiać. Zechcesz poświęcić mi chwilę czasu?
- Proszę o odłożenie tej rozmowy do wieczora. Marzę o odpoczynku.
- Oczywiście. Decyzja należy do ciebie. – podniósł się i pożegnał ją skinieniem dłoni.
W sypialni rozpięła suknię i położyła się na łóżku. Myślała z niechęcią o czekającej ją rozmowie podejrzewając, że nie będzie przyjemna. Na dobrą sprawę, wyjechałaby z Makowa bez pożegnania, uznała jednak, że wypada podziękować mu za doznane w tym domu dobrodziejstwa. Żeby nie obecność Pauli, czułaby się tu bardzo szczęśliwa.
A.Grottger. Lud na cmentarzu.
  Pogrzeb Lasewicza stał się wielką manifestacją jedności narodowej. Skromny wiejski kościółek płonął światłami, huczał organami, pieśniami i biciem w dzwony. Ludzie z uniesieniem śpiewali „Boże coś Polskę” i „Suplikacje”. Trumnę Lasewicza niosło dwóch gospodarzy z Porajów i dwóch dziedziców z sąsiednich majątków. Pannę Kazimierę prowadził pod rękę sam hrabia. Za nimi szli pogrążeni w smutku i bólu Wąsoccy tylko z Jadwigą, bo Stasia ciężko chora, leżała nieprzytomna. Zosię prowadził ojciec, a Tadeusz podał ramię Ninie. Obie głośno płakały, nie wstydząc się wylewanych łez. Lasewicz zasłużył sobie na głęboki żal przyjaciół i dobre wspomnienie. Ale panna Kazimiera nie uroniła ani jednej łzy, tylko w oczach miała wyraz zastygłego przerażenia i jakby zdziwienia. Potykając się, szła za trumną brata nie widząc i nie słysząc nic, co się koło niej dzieje. Kiedy po długich przemówieniach i modlitwach, zasunięto ciężką płytę rodzinnego grobowca, oprzytomniała i z godnością przyjmowała składane jej kondolencje.
Opłakując śmierć przyjaciela, Nina rozmyślała o tragicznie zakończonej miłości Stasi. Otarła łzy i podeszła do panny Kazimiery. Bez słowa ucałowała ją serdecznie. Przyjechała na pogrzeb żeby pożegnać Władka, przede wszystkim jednak chciała porozmawiać z Zosią i prosić ją o pożyczenie powozu, który zawiózłby ją do Suchedniowa. Miała już zamówione miejsca w karecie pocztowej i nie zamierzała prosić Aleksa o nic więcej.
Dokoła kościoła kłębił się tłum rozchodząc się wolno. Przy bramie kościelnej stały karety, powozy, bryczki i zwykłe chłopskie furmanki. Zaczekała, aż hrabia odprowadzi pannę Kazimierę do karety i rozglądnęła się, szukając wzrokiem Siekielskich. Stali przy plebanii rozmawiając z proboszczem i Jabłockimi. Słodka twarzyczka Zosi wychylała się spod ronda czarnego kapelusza, a jej smukła figura była już mocno zaokrąglona, gdyż we wrześniu spodziewała się dziecka. Jakby pod wpływem telepatii, Zosia spojrzała w jej stronę i dostrzegła dany znak. Nina wolała nie podchodzić do Jabłockich, obawiając się jak ognia jadowitego języka Doroty. Z daleka złożyła im ukłon, czekając na Zosię. Obie usiadły na ławce przy grobowcu rodziny Siekielskich.
- Źle się czujesz, Ninetko? - Zosia spojrzała na nią oczami zaczerwienionymi od płaczu.- Miałaś ostatnio takie ciężkie przeżycia i wszyscy ci bardzo współczujemy. Mogę ci jakoś pomóc?
- Tak, trusieńko. – Nina z przykrości oblała się rumieńcem. – Potrzebuję powozu. Muszę już dziś w nocy jechać do Suchedniowa, bo mam tam zarezerwowane miejsce w karecie pocztowej do Warszawy.
- Najmilsza. – Zosia ujęła ją za rękę. – Dlaczego zdecydowałaś się na karetę pocztową? Możesz przecież jechać naszym powozem do samej Warszawy.
- Dziękuję ci, kochanie, ale postanowiłam że pojadę karetą pocztową. – powiedziała Nina stanowczo.
Na twarzy Zosi odmalował się wyraz zawodu.
- Jaka szkoda. – zawahała się i podjęła nieśmiało.- Ninetko, proszę, nie gniewaj się, że spytam: ale czy pan hrabia odmówił ci karety? Przecież zawsze był dla ciebie taki dobry.
- Ja nie prosiłam go o to. On ma teraz tak wiele zmartwień, że nie chcę zawracać mu głowy swoją osobą. Kochanie, nie wyobrażasz sobie co przeżyliśmy. Istne piekło! Muszę, po prostu muszę, na jakiś czas wyjechać z Makowa. Pragnę odetchnąć i zobaczyć moje warszawskie mieszkanie.
- Oczywiście. Odpoczniesz i wrócisz do nas, prawda? – Zosia pocałowała ją w policzek. – Posłuchaj, jedź z nami do Brzezińca. Nie powinnaś prosto z cmentarza wracać do domu2. Zapraszam na kolację, będą smażone pstrągi. Przecież lubisz ryby. Tadzio bardzo się ucieszy, bo już dawno u nas nie byłaś.
Nina wzruszona do łez, objęła ją i obsypała jej buzię pocałunkami. Na Zosię zawsze mogła liczyć. Ona i Tadeusz byli jej wiernymi przyjaciółmi, niemal rodziną. Ale do Brzezińca jechać nie mogła, bo czekała ją jeszcze rozmowa z Aleksem.
- Masz złote serce, Zosieńko i najmocniej ci dziękuję za zaproszenie. Ale dziś mam za sobą aż dwa pogrzeby i jestem tak zdenerwowana, że tylko siąść i płakać. Muszę wypocząć przed podróżą. Widzisz, ostatnio tak wiele i źle o mnie mówiono, że wolę wyjechać i przeczekać aż ustaną plotki o mnie. Pan Bóg widzi, że sumienie mam czyste i mogę z dumą nosić swoje nazwisko i herb. Jeżeli nie sprawi to wam kłopotu, to proszę, niech stangret przyjedzie po mnie o trzeciej nad ranem.
- Będziemy tęsknić za tobą. – powiedziała Zosia posmutniawszy. – Powoli nas ubywa. Binia mieszka w Księstwie Poznańskim, Władek nie żyje, Stasia ciężko chora, a teraz i ty wyjeżdżasz. Biedny Władek, najlepszy brat i taki wartościowy człowiek. Pamiętasz, jak ślicznie opowiadał nam o życiu ptaków? – Zosia rozpłakała się i mówiła dalej łkając. – Chłopi go uwielbiali, bo zniósł u siebie pańszczyznę i oddał im wielki kawał ziemi do podziału. Tak się boję o Stasię. Jezu, nawet nie wyobrażam sobie, jak ona zdoła przeboleć jego śmierć. Ogromnie się kochali. Ninko, pozwól chociaż, żebyśmy ciebie odwieźli do Makowa.
Nina chętnie wyraziła zgodę, bo nie miała ochoty wracać w karecie z Aleksem i całą drogę wpatrywać się w jego ponurą twarz. Siekielscy odwieźli ją aż pod samą bramę wjazdową. Tadeusz nawet mrugnięciem oka nie okazał zdumienia, jej nagłą decyzją wyjazdu. O nic nie pytał, lecz przez całą drogę nie spuszczał z niej oka. Dopiero kiedy powóz stanął, pomógł jej wysiąść i rzekł:
- Mam nadzieję, że do września wrócisz z Warszawy. Chcemy cię prosić na matkę chrzestną naszego dziecka.
- Dziękuję. Z pewnością wrócę. – skłamała.
- No, pamiętaj! I nie pozwalam ci kokietować miejskich lalusiów, rozumiesz? Jakbyś zasiedziała się w Warszawie, to przyjadę i osobiście spuszczę ci lanie, złotko. Ucałuj od nas Janka i panią Salomeę. – objął ją i pocałował , starając się ukryć wzruszenie.
- Jesteś słodki, Tadziuniu. – serdecznie oddała mu pocałunek.
Zosia żegnała ją ze łzami, pan Syrwin prosił o prędką wiadomość, bo córka będzie się martwić i wszyscy troszczyli się o nią, jak najbliższa rodzina. Wzruszona minęła bramę i szła, nie śpiesząc się aleją do kaplicy, pragnąc ostatni raz pomodlić się, i prosić hrabinę Teklę o opiekę nad sobą. Kaplica była jeszcze otwarta więc weszła, uklękła przed ołtarzem i zaczęła się modlić.
Naraz z przerażeniem uświadomiła sobie, że zaledwie przed kilkoma godzinami stała w tym miejscu trumna Pauli. W powietrzu unosił się jeszcze zapach stopionego wosku, a na posadzce leżały gałązki świerkowe. Nie dokończywszy pacierza, zerwała się i jak szalona wybiegła z kaplicy. Wróciwszy do siebie, kazała Walerce przygotować sobie kąpiel. Leżąc w blaszanej wannie, rozmyślała o czekającej ją rozmowie z Aleksem. Roczny pobyt w Makowie przyniósł jej zawód miłosny, wiele zmartwień i o mało nie pozbawił życia, w czasie dwóch ciężkich chorób. Po kłótni i wzajemnych oskarżeniach, właściwie nie mieli z nim sobie nic więcej do powiedzenia. Chociaż Siekielscy żegnali ją tylko na krótki czas, ona wiedziała, że wyjeżdża z Makowa na zawsze. Dla hrabiego byłaby obecnie tylko ciężarem, a dla ludzi obiektem plotek i oszczerstw. Jej osoba przywodziłaby na myśl jedynie przykre wspomnienia.
Długo leżała w wodzie, rozkoszując się wonią olejków kwiatowych, wlanych do wody przez pokojówkę. Odświeżona i ubrana w lekką suknię domową, usiadła z książką na balkonie. Dzień był nadal pochmurny i upalny, lecz z parku płynęły słodkie zapachy róż, lilii, goździków i aromat miodu z rozkwitających lip. Rabaty pełne były kwiatów w pełnym rozkwicie, staw wyglądał z dala jak tafla roztopionego ołowiu, zaś drzewa odbijały się w wodzie czarne i żałobne. Ale po starych murach pięły się kaskady róż i kapryfolium, śpiewały ptaki i gruchały gołębie. Nie było na świecie miejsca piękniejszego od Makowa.
Niegdyś marzyła, jakby to było cudownie zostać panią tego domu. Byłaby dobrą dziedziczką, dbałą o majątek i ludzi, bo nade wszystko kochała ziemię. Za kawałek własnej ziemi dałaby się zabić. W tym momencie przypomniała sobie, że hrabia podarował jej majątek nad Bugiem. Wstała i poszukała dokumentu w sekretarzyku. Raz jeszcze przeczytała akt darowizny, podniosła go do ust i złożyła starannie, postanawiając przed odjazdem pozostawić go w widocznym miejscu, razem ze wszystkimi prezentami ze złota i klejnotów, jakie od niego otrzymała. Zdjęła z palców pierścionki, ulubione kolczyki z koralami i włożyła wszystko do tekturowego pudełka. Pozostawiła sobie jedynie złoty krzyż z rubinami. Prócz odzieży, zamierzała zabrać tylko te rzeczy, które były podarunkami hrabiny Tekli.
Podskoczyła nerwowo usłyszawszy delikatne pukanie. Przyszedł Walenty i spytał, czy jaśnie panienka zechce zejść do biblioteki, gdzie czeka pan hrabia. Bez namysłu odpowiedziała, że jest cierpiąca i zaprasza pana hrabiego do buduaru. Potem przywołała Jagę.
- Nianiu, za chwilę przyjdzie tu pan hrabia. Proszę, zostań ze mną. Zawsze mnie pouczałaś, że dobrze urodzona panna nie powinna przebywać sama z mężczyzną.
Ale Jaga była w złym humorze.
- Pouczałam, ale ty nigdy mnie nie słuchałaś. – mruknęła cierpko.- Muszę się spakować. Poradzisz sobie.
Zanim Nina zdążyła zaprotestować, niania odwróciła się i wyszła mijając się w drzwiach z Aleksem, który skinął jej uprzejmie głową. Nina przyjęła go z wystudiowanym chłodem.
- To był męczący i bardzo przykry dzień. – odezwała się pierwsza, wskazując mu fotel. – Jestem wyczerpana przeżyciami i muszę wypocząć. Aha, w skarbcu są moje klejnoty, chciałabym je dostać, bo wkrótce wyjeżdżam.
- Nino, zachowujesz się tak dziwnie, jakbyś się mnie obawiała. – spojrzał na nią z wyrzutem i przysunął swój fotel bliżej. – Nie chcesz ze mną nawet porozmawiać?
Spuściła oczy i odpowiedziała wolno, akcentując każde słowo:
- Wydaje mi się, że w czasie naszej rozmowy w gabinecie, powiedzieliśmy sobie wszystko. Pozostaje mi tylko wyrazić najgorętsze podziękowania, za ofiarowany mi przez pana piękny rok pobytu w Makowie. Jestem głęboko wdzięczna za wszystkie dobrodziejstwa, jakich tutaj doznałam. Ogromnie mi przykro, że się uniosłam i zachowałam wobec pana niegrzecznie, wprost wulgarnie. Bardzo tego żałuję, ale tłumaczy mnie jedynie ogromny wstrząs, jaki przeżyłam tego dnia. Najmocniej pana przepraszam.
Każde jej słowo było zimne jak sopel lodu. Ale on znał ją doskonale i wiedział, że gdyby zachowała się zgodnie ze swoją namiętną, impulsywną naturą, to w tej chwili biegałaby po pokoju płacząc, wściekając się, kopiąc meble i przeklinając, ponieważ nigdy nie potrafiła zachować długo zimnej krwi.
- Oho, widzę, że jesteś na mnie bardzo zła. – pochylił się i wziął ją za rękę. - Dlaczego nazywasz mnie panem? Jestem ci winien przeprosiny, bo byłem wobec ciebie niesprawiedliwy i brutalny. Ale na podstawie kilku gniewnych słów wypowiedzianych w złości, nie wolno ci wątpić w szczerość moich uczuć. Ja się nie zmieniłem, nie wątpię, że i ty darzysz mnie nadal miłością. Są jednak rzeczy, których nie jestem w stanie ci teraz wytłumaczyć. – podniósł jej dłoń do ust i złożył na niej długi pocałunek. – Nino, w czasie tej fatalnej rozmowy oboje zadaliśmy sobie wzajemnie wiele bolesnych ciosów. Pragnąłbym cofnąć te słowa i chciałbym, abyś i ty o nich zapomniała. Wierz mi, byłem wtedy w takim stanie, że mogłem nawet zrobić ci krzywdę, czego nie wybaczyłbym sobie do końca życia. Kochanie…
Wstał z fotela, przyklękając przy niej tak, że ich oczy znalazły się na jednym poziomie.
- To było podłe z mojej strony. Wybacz mi, promyczku. Pragnąłbym zatrzeć te słowa w twojej pamięci.
Słuchała go nieufnie obawiając się, że ponownie ulegnie jego urokowi i uwierzy w czułe słówka. Ciepło jego dłoni przejmowało ją rozkosznym dreszczem. Przez mgnienie oka, zapragnęła z całej siły, przycisnąć do serca jego głowę, ucałować stanowcze usta, bursztynowe źrenice i zatopić palce w gęstwinie jedwabistej czupryny. Żeby się nie rozczulić powróciła do rzeczywistości, przywołując w pamięci tamtego mężczyznę, nieczułego na jej cierpienie, raniącego ją wyniosłością. Nie wolno jej było o tym zapomnieć.
- A wracając do celu pańskiej wizyty, o czym chciał pan ze mną rozmawiać? – spytała z wymuszoną uprzejmością, spuszczając oczy żeby nie patrzeć na niego.
- Promyczku, zdaję sobie sprawę, że boleśnie cię zraniłem. Ale uwierz mi, pragnę tylko twego dobra. Musisz na jakiś czas wyjechać z Makowa. Przypomnij sobie, że to ty upierałaś się przy wyjeździe do Warszawy i jedynie twój upadek z konia i ciężka choroba, zmusiły cię do odłożenia tych planów na przyszłość. Jesteś wyczerpana i koniecznie potrzebujesz zmiany otoczenia. Musimy spojrzeć na ostatnie wydarzenia z perspektywy czasu i zapomnieć o wzajemnych pretensjach. Nino, pragnę cię chronić, to mój obowiązek opiekuna.
Chciał pocałować ją w usta, lecz ona uchyliła się i tylko dotknął wargami jej policzka. Ale i ta pieszczota podziałała na nią, jak cios w splot słoneczny. Gdyby poszła za głosem serca, a nie dumy i rozsądku, zarzuciłaby mu ramiona na szyję i błagała, by całował ją do utraty tchu, a potem zaniósł na łoże i posiadł. Lecz zaraz rozum podpowiedział, że tego jej zrobić nie wolno, gdyż wówczas poniżyłaby się ostatecznie.
Wdychała znajomy zapach wody kolońskiej, jakiej zawsze używał i modliła się, żeby ta rozmowa się skończyła. W nagłym przebłysku świadomości stwierdziła, że nawet teraz zapewniając ją o swoim uczuciu, nie traktował jej jak osoby równej mu urodzeniem. Paula nie żyła, zyskał wolność i jego obowiązkiem było poprosić ją o rękę! Mogli przecież ten fakt zachować w najgłębszej tajemnicy, lecz ona wyjechałaby do Warszawy, jako jego oficjalna narzeczona i przyszła żona. Nie zrobił tego, a nawet nie uściślił, kiedy ona może wrócić do Makowa. Nie wolno mu było łudzić jej zapewnieniami o miłości, ponieważ wiedział, że to z winy jego i Pauli została skompromitowana, i stała się obiektem plotek obrażających jej godność. Zdecydowanym ruchem cofnęła rękę z uścisku, nie odpowiadając na pieszczotę.
- Była taka chwila, że chciałam bodaj na kolanach błagać pana o jedno dobre słowo. – gniew i poczucie własnej małej wartości sprawiły, że jej głos stał się ostry, a słowa gorzkie. – Ale nie doczekałam się go wtedy, kiedy tak bardzo potrzebowałam pociechy, odrobiny czułości. Odtąd coś we mnie umarło: może nawet wiara w szczerość pańskich intencji.
- Zapominasz, że to ty mnie wtedy skrzywdziłaś strasznym posądzeniem. – jego oczy stały się zimne, a wyraz twarzy surowy. Wstał i usiadł na swoim miejscu. – Czy wyglądam na kogoś, kto planuje morderstwo?
- Był pan na Paulę bardzo zły. – rzuciła ostro. – Nie mam pojęcia, co pan planował.
- Ach tak? W takim razie, z dala od Makowa będziesz miała możność obiektywnie przemyśleć sytuację. Nie chcę, żebyś pewnego dnia obudziła się z przeświadczeniem, że zawiązałem ci życie.
Jego słowa ponownie ją zraniły. Zbyt często nalegał na jej wyjazd, nie wspominając nawet o możliwości powrotu. Widocznie uznał, że powinna trzymać się z dala od Makowa.
- Nino.– podjął łagodniej – Nie chcę, żeby na twoje młodziutkie życie padł cień zbrodni. Odpoczniesz, a ja tymczasem sam uporam się z tym ciężarem, jakim stała się dla nas śmierć tych dwojga.
- Rozumiem! – ironia w jej głosie była zaledwie zawoalowana.
- Obawiam się, że nic nie rozumiesz! – jego ton świadczył, że poczuł się urażony. – Kiedy chcesz wyjechać? Pytam, bo Stach musi przygotować karetę do drogi.
- Wyjadę natychmiast, kiedy poczuję się nieco lepiej. – odpowiedziała wymijająco.
- Dobrze. Walenty przyniesie ci zaraz biżuterię. Masz pieniądze?
- Tak, dziękuję. Kasjer wypłacił mi procenty.
- W takim razie wyśpij się dobrze. Mam nadzieję, że jutro powitasz mnie milej. Dobranoc, Nino.
- Dobranoc. – zadała sobie gwałt, by nie wybuchnąć płaczem.– Żegnaj, Alku! – szepnęła, gdy drzwi zamknęły się za nim.
Upadła na kolana i ukrywszy twarz w dłoniach płakała i płakała. Cierpienie było zbyt głębokie, jak na jej siedemnaście lat. Miotała się bezradnie pomiędzy bałwochwalczą miłością, a niewiarą w szczerość jego uczuć. Po kolacji wcześnie się położyła. Przyszło jej na myśl, że to ostatnia noc pod tym dachem, a Paula pierwszą noc spoczywa na cmentarzu. Jeżeli istniał drugi świat, to z pewnością boleje, że zakopano ją w kamienistej ziemi jak zwierzaka i natychmiast o niej zapomniano. Nie lubiła Pauli, często się jej bała, ale świadomość, że po jej śmierci nikt, absolutnie nikt nie uronił ani jednej łzy, była dla niej przykra. Jakie to okrutne, odejść tak całkowicie, nie pozostawiając po sobie nawet cieplejszego wspomnienia, okrucha pamięci.
Ostatnia noc w Makowie była prawie bezsenna. O drugiej nad ranem do sypialni zapukała Walerka, rozszczebiotana i wesoła jak szczygieł. Podniecała ją myśl o dalekiej podróży. Pomogła ubrać się Ninie, wyglądającej przyjazdu powozu z Brzezińca. Jej przytulny zielony pokój sypialny i buduarek, który tak bardzo lubiła, teraz wydawały się jej obce. Półki opróżnione były z osobistych drobiazgów i książek, z szaf wyjęto odzież i bieliznę. Pragnęła, żeby zamknęły się już za nią bramy Makowa, bo bała się, że jeżeli dłużej zostanie, to rozchoruje się z rozpaczy.
Paweł wyniósł jej rzeczy do sieni. Przeżegnała się i wyszła z sypialni, nie oglądając się za siebie. Na dole oczekiwały na nią pani ochmistrzyni i Kumosia, trzymająca torbę pełną przeróżnych słoiczków i buteleczek. Służba nie wiedziała o jej wyjeździe, ale Walenty usłyszawszy ściszone głosy kobiet, zaintrygowany wyszedł ze swego pokoju. Zobaczywszy Ninę ubraną do podróży i stojące przy niej bagaże, szeroko otwarł oczy.
- A gdzie to się jaśnie panieneczka wybiera? – odważył się pierwszy zadać jej pytanie. – Po nocy? Czy Stach powiadomiony?
- Nie jadę ze Stachem, lecz karetą państwa Siekielskich do Suchedniowa, a potem pocztą do Warszawy. – odparła, unikając jego badawczego spojrzenia.
Stary kamerdyner był bardzo niezadowolony.
- Pocztą? Przecie to nie uchodzi. To dobre dla prostych ludzi, nie dla jaśnie panienki. – zrzędził pociągając nosem. – Jaśnie pan hrabia się zgodził?
W tej chwili zajechał powóz, a Nina nie odpowiadając na jego pytanie zaczęła się pośpiesznie żegnać. Stangret Siekielskich i Paweł, znieśli bagaże do powozu, za nimi podreptała Jaga, czule żegnana przez domowników i roześmiana Walerka.
- Kiedy jaśnie panienka do nas wróci? – dopytywał się Walenty. – Kto nam zagra, zaśpiewa i zaśmieje się? Pusto tu będzie i smutno. Już w domu źle się dzieje. – ściszył głos do szeptu. – Z jaśnie panem hrabią coś niedobrze.
- Chory? – przeraziła się Nina.
- A czy on się kiedy poskarży? Od dziecka taki skryty. Ale ja przecież widzę. Łoże nie ruszone, a pan po gabinecie chodzi, kurzy te papierosiska aż w gardle drapie i… pije! Kazał przywieźć sobie całą skrzynkę koniaku. Codziennie wyrzucam stosy niedopałków i opróżnione butelki.
Kamerdyner wiedział o domownikach wszystko, a przed jego bystrymi oczami nic się nie ukryło. Kochał młodego hrabiego jak ojciec i troszczył się o niego aż do przesady. Jeżeli ostrzegał, że z panem dzieje się coś złego, to z pewnością nie przesadzał. Nina zmartwiła się, jednocześnie czując do siebie pretensje, że los Aleksa tak bardzo ją jeszcze obchodzi. Nie potrafiła słuchać obojętnie opowiadania kamerdynera, że on pali, pije i może zachorować.
- Proszę, niech Walenty dopilnuje, żeby pan regularnie jadał i tyle nie palił.
- Jaśnie panienka tak mówi, jakby się od nas na wieki wybierała.
Nina uśmiechnęła się i nie chcąc przedłużać rozmowy, zaczęła się żegnać. Kumosia ze łzami w oczach objęła ją i uścisnęła.
- A wracaj do nas prędko, śliczny kwiatuszku. Wszyscy tu będziemy wyglądać powrotu panieneczki i tęsknić za tobą, słodki nasz ptaszku. Dałam do torby maść na bóle i kordiały, konfitury i te ciasteczka, które tak panieneczka lubi.
Wyściskana i wycałowana, Nina wyrwała się z objęć domowników i wsiadła do powozu.
- Boże, prowadź! – zawołał Walenty, stojąc na szczycie schodów.
 Stangret zaciął konie i powóz ruszył. Koła toczyły się skrzypiąc po żwirze podjazdu. Obejrzała się, spoglądając na oddalający się dom. Wszystkie okna były ciemne, tylko na piętrze świeciło się światło w gabinecie. Może Aleks zapomniał zgasić świece, albo usnął przy biurku, bo w przeciwnym razie zainteresowałby go odgłos zajeżdżającego powozu. Wpatrywała się w te jasne punkty oczami pełnymi łez. Czuła taki ból, jakby ktoś wyrywał jej serce z piersi. Żeby nie ambicja i przekonanie, że on jej nie potrzebuje, prosiłaby go na kolanach, aby pozwolił jej zostać w Makowie do końca życia, obojętnie w jakim charakterze. Odwróciła ponownie głowę, bo za powozem rozległo się donośne szczekanie. Biegł za nimi Grot. Pies chodził za nią przez cały dzień, z podkulonym smętnie ogonem, skomląc i podejrzliwie obwąchując podróżne torby. Zastanawiała się, jakim cudem zwierzęta wiedzą o mającej dopiero nastąpić podróży? Wychyliwszy się, kazała mu wracać do domu, ale Grot nie posłuchał i biegł za nimi uparcie.
- Zatrzymajcie się. – rozkazała stangretowi. Seter wskoczył do powozu, a ona przytuliła go do siebie, pogłaskała jego miękką sierść i pocałowała w czubek głowy. – Dobry piesek, kochany, ale ze mną nie pojedziesz. Wracaj do pana.
Pałac zniknął kiedy wjechali w lipową aleję. Przy bramie wjazdowej stał Świtała. Nina kazała mu zabrać Grota i odprowadzić do pałacu. Stary odźwierny przepuścił powóz i starannie zamknął za nimi obie połowy bramy. Do uszu Niny doleciało rozpaczliwe wycie. To Grot opłakiwał swoją panią. Po pochmurnym dniu, noc była chłodniejsza i księżycowa. Nad zaroślami i łąkami wstawały mgły, a znad stawów wiejskich odzywały się derkacze. Za nimi na tle jaśniejszego nieba, ciemniał masyw Sieradowskiej, góry najbliższej sercu Niny. Mijając w Sarnikach kościół i cmentarz, kobiety westchnęły pobożnie, odmawiając modlitwę za duszę Lasewicza i potępionych na wieki Pauli i Rafała. Z dala widoczne były wysokie topole otaczające dwór Borutyńskich. Jaga odmówiwszy pacierz, spojrzała w tamtą stronę i rzekła:
- Wypadałoby pożegnać się z państwem Borutyńskim. Wychowali ciebie.
- To ty mnie wychowałaś, nianiu. Posłałam im list pożegnalny, wystarczy. – powiedziała Nina. Wiedziała, że ciotka cieszy się z jej niepowodzenia i nie zamierzała dawać jej okazji do złośliwych komentarzy. Odbierze jej tę przyjemność, a sobie zaoszczędzi przykrości. Jaga przez chwilę odmawiała różaniec, a potem zasnęła. Walerka już dawno spała, wtulona w kącik powozu.
Suchedniów. Kosciół p.w.św. Andrzeja.
 O świcie dojechali do Suchedniowa. Śliczne starożytne miasteczko, malowniczo położone pośród wzgórz i ważny ośrodek przemysłowy, powitało podróżniczki poranną ciszą. Powóz zatrzymał się przy budynku stacji pocztowej, obok znajdowała się porządna gospoda. Stangret wynagrodzony sutym napiwkiem odjechał, a kobiety weszły do wielkiej, niskiej izby z belkowanym sufitem. Na ogromnym kominku z ociosanych głazów płonął ogień, a na rożnie obracał się prosiak, nabierając apetycznej złocistej barwy. Przy stołach siedzieli kupcy i dwóch oficerów rosyjskich, spożywając zrazy z kaszą. Pod ciemnym sufitem wisiały na hakach całe szynki, wędzone boczki, balerony i pęta kiełbas, a także wiązki suszonych ziół i białe główki czosnku.
Kiedy usiadły przy stole w pobliżu okna, tłusta gospodyni przyniosła dymiący samowar, szklanki, sztućce i talerze. Jedzenia nie zamawiały, bo Jaga zaopatrzyła się w prowiant. Nina wzięła kanapkę z roladą z prosięcia, ale zaraz się nią zadławiła uświadomiwszy sobie, że to ostatni chleb z domu, który już przestał być jej domem. Z trudem przełknąwszy kęs chleba, odłożyła kanapkę. Ciągle się zastanawiała, jak postąpi Aleks kiedy rano Walenty zawiadomi go, że wyjechała i doręczy jej bilecik z kilkoma uprzejmymi słowami wyjaśnienia. W głębi duszy łudziła się nadzieją, że wzruszony jej rozpaczliwą ucieczką, hrabia przyjedzie za nią i zabierze ją z powrotem do Makowa. Co chwilę wyglądała oknem, spodziewając się ujrzeć pędzącego Rexa i Aleksa pochylonego nad jego grzbietem. Ale na piaszczystej drodze nikt się nie pojawił.
 Zaspany stajenny głośno ziewając, wyprowadził ze stajni cztery konie i zaczął je czyścić, przeklinając siarczyście, gdy umykały mu spod ręki. Z wysokiej wieżycy kościoła pod wezwaniem św. Andrzeja, rozległ się głos dzwonu wzywającego na poranne nabożeństwo.
W karecie pocztowej był komplet pasażerów. Nina zajęła miejsce przy oknie obok niani. Naprzeciw usiadła czerwona z emocji Walerka, trzymając jej torbę podróżną. Rozległ się głos trąbki pocztyliona i ciężka kareta ruszyła wolno, wzbijając tumany kurzu i niemiłosiernie trzęsąc. Nina próbując bezskutecznie wyprostować nogi, zrozumiała różnicę podróżowania elegancką, znakomicie resorowaną karetą, a tym pospolitym środkiem lokomocji. Z goryczą pomyślała, że już nie jest jaśnie wielmożną panną z pałacu, tylko zwykłą dziewczyną i odtąd do końca życia podróżować będzie takimi oto rozklekotanymi wehikułami.
1 Zupa "Nic" z mleka,cukru,żółtek , wanilii oraz rodzynków. Podawana z drobnymi owocami np. z poziomkami i schłodzona.
2 Zwyczaj wywodzący się z czasów pogańskich.